Opowieść o dwóch miastach/Księga druga/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Opowieść o dwóch miastach
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Tale of Two Cities
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Księga druga
Pobierz jako: Pobierz Cała Księga druga jako ePub Pobierz Cała Księga druga jako PDF Pobierz Cała Księga druga jako MOBI
Indeks stron


Rozdział siedemnasty.
Noc.

Nigdy jeszcze słońce nie zaszło tak pięknie nad cichym zakątkiem przy ulicy Soho, jak owego wieczora, gdy doktór Manette siedział z córką w cieniu starego platanu. Nigdy jeszcze miesiąc nie świecił nad Londynem pogodniejszym blaskiem, jak owej nocy, gdy ujrzał ich, jak siedzieli pod platanem, i przez liście oświetlił ich twarze.
Nazajutrz miał być ślub Łucji. Ostatni wieczór poświęciła ojcu, i oto siedzieli teraz razem pod platanem.
„Szczęśliwy jesteś, ojcze?“
„Tak, moje dziecko!“
Mówili niewiele, chociaż siedzieli tu już oddawna. Kiedy nawet dość było jasno, by czytać lub wyszywać, nie wzięła do rąk robótki ani nie czytała mu jak zazwyczaj. Często zajęta była książką i haftem pod tym samym piatanem, przy jego boku. Ale dzisiaj nie było podobne do żadnego dnia, i nic nie mogło tego zmienić.
„I ja jestem dziś bardzo szczęśliwa, ojcze! Jestem taka szczęśliwa miłością, którą niebiosa zesłały mi — moją miłością do Karola i jego miłością do mnie! Ale gdybym po ślubie nie mogła życia mego w dalszym ciągu poświęcać tobie, albo gdyby wskutek mego małżeństwa miało mnie dzielić od ciebie choćby tylko kilka ulic, byłabym bardziej nieszczęśliwa i większe czyniłabym sobie wyrzuty, niż ci to wyrazić potrafię! Nawet teraz...“
Nawet teraz nie umiała opanować wzruszenia.
W smutnej poświacie miesiąca otoczyła szyję jego ramionami i przytuliła twarz do jego piersi. W poświacie księżyca, która zawsze jest smutna — jak smutne jest i światło słońca, jak smutne jest światło zwane życiem ludzkiem, co wschodzi i zachodzi...
„Najdroższy mój! Czy możesz mi powiedzieć ten ostatni raz, iż wiesz, że żadna miłość, żadne obowiązki nigdy nie staną między nami? Ja wiem to dobrze — ale czy ty wiesz? Czy w sercu swojem jesteś tego pewny?“
Ojciec odpowiedział z głębokiem przekonaniem, które nie mogło być udane: „Zupełnie jestem pewny, kochanie! Więcej nawet“, dodał, całując ją tkliwie. „Przyszłość moja wydaje mi się daleko jaśniejsza, gdy spoglądam na nią poprzez twoje małżeństwo, niż mogłaby być — nie, niż była kiedykolwiek — gdybyś nie wyszła zamąż!“
„Gdybym mogła mieć nadzieję, że tak jest, ojcze!“
„Wierzaj mi, kochanie, że tak jest naprawdę! Pomyśl, jakie to naturalne i piękne, że tak właśnie jest. Ty, oddana mi, młoda dziewczyna, nie pojmiesz nigdy, jakie niepokoje dręczyły mię, że może życie twoje...“
Położyła mu dłoń na ustach, ale odjął ją delikatnie i powtórzył:
„...może być zmarnowane, moje dziecko, — że może być zmarnowane, wyrwane z naturalnej kolei spraw — dla mego dobra. Twój altruizm nie jest w stanie pojąć jak, bardzo się tem martwiłem! Ale zapytaj siebie, czy szczęście moje mogło być zupełnie, gdy twoje zupełne nie było?“
„Gdybym nie była poznała Karola, ojcze, byłabym szczęśliwa z tobą“.
Uśmiechnął się na to naiwne przyznanie, że byłaby nieszczęśliwa bez Karola, i odpowiedział:
„Moje dziecko, aleś go poznała! Poznałaś Karola. Gdyby nie był to Karol, byłby to kto inny. Albo, gdyby to nie był kto inny, ja byłbym tego przyczyną, a wtenczas mroczny okres mego życia rzuciłby cień na mnie, i cień ten upadłby na ciebie“.
Pierwszy to raz, z wyjątkiem owego procesu, wspomniał o dniach swoich katuszy. Dziwnie i niesamowicie brzmiały te słowa w uszach Łucji i długo jeszcze słyszała je potem.
„Spojrzyj!“ powiedział doktór z Beauvais, wskazując ręką księżyc. „Nieraz patrzyłem nań z okna celi i nie mogłem wtedy znieść jego światła. Patrzyłem nań kiedy taką mękę sprawiała mi myśl, iż świeci nad tem, co ja na zawsze utraciłem, że głową biłem wtedy o mury. Patrzyłem nań bezmyślnie, w stanie jakiegoś zapamiętania, czy letargu, myślałem tylko o tem ile linii pionowych mógłbym przeprowadzić przez księżyc w pełni i iloma liniami poziomemi mógłbym go przeciąć?“ Potem dodał z zadumanym i skupionym wyrazem, patrząc w księżyc: „Było ich dwadzieścia w każdym kierunku, ale dwudziestą trudno było zmieścić“.
Przykre uczucie, jakiem napełnił ją nawrót ojca do dawnych czasów, potęgowało się w miarę jak mówił. Ale nie było w sposobie mówienia doktora nic, co mogłoby ją zaniepokoić. Zdawało się, że porostu przeciwstawia swoje obecne szczęście i radość temu, co cierpiał wtedy.
„Patrzyłem na księżyc i po tysiąc razy wracałem myślą do nienarodzonego dziecka, od którego mię oderwano. Czy żyje? Czy urodziło się żywe? Czy nie zabiła je rozpacz matki? Czy to będzie syn, który ojca pomści kiedyś (był czas, kiedy chęć zemsty była we mnie bezgraniczna!), czy też syn, który nigdy nie dowie się o losie swego ojca? Syn, który żyć będzie, być może, w przekonaniu, że ojciec jego zniknął z własnej woli? A może jest to córka, która kiedyś wyrośnie na kobietę?“
Przytuliła się do niego mocniej i całowała jego policzki i ręce.
„Wyobrażałam sobie, że córka zupełnie napomniała o mnie — a raczej zupełnie o mnie nie wie, nie myśli o mnie. Liczyłem jej wiek, rok po roku. Widziałem ją żoną człowieka, który nie wie nic o moim losie. Zniknąłem z pamięci żyjących i dla nowego pokolenia byłem pustką, niczem“.
„Mój ojcze! Tak boleśnie słuchać mi, że mogłeś myśleć o takiej córce, jaka nigdy nie istniała, jak gdybym to ja była owem dzieckiem“.
„Ty Łucjo? Właśnie dlatego, że byłaś dla mnie pociechą i ostoją, wspomnienia te powstają i przechodzą między nami i księżycem w ową ostatnią noc. Na czem stanąłem?“
„Nie wiedziała nic o tobie. Nie troszczyła się o ciebie...“
„Tak! Ale bywały i inne noce księżycowe, kiedy smutek i milczenie działały na mnie inaczej — budziły we mnie odmienne uczucia — kiedy odczuwałem coś jakby pełen smutku spokój, na którego dnie kryje się ból — wtedy wyobrażałem sobie, że ona wchodzi do mojej celi i wyprowadza mię za mury twierdzy. Widziałem nieraz postać jej w świetle księżyca, jak teraz widzę ciebie. Tylko, że nigdy nie trzymałem jej w objęciach. Stała między okratowanem okienkiem a drzwiami. Rozumiesz chyba, że nie było to dziecko, o którem mówiłem?“
„Ta postać była... obrazem — marzeniem?“.
„Nie. To było coś innego. To stało przed moim zakłóconym zmysłem wzroku, ale nigdy nie ruszało się. Wizja, która prześladowała mię w myślach, była innem i bardziej realnem dziecięciem. Wiedziałem tylko tyle, że zewnętrznie podobna jest do matki. Tamta też podobna była do mojej żony — jak ty — ale to była inna postać. Czy możesz mnie zrozumieć, Łucjo? Przypuszczam, że z trudem! Obawiam się, że trzeba być samotnym więźniem, żeby zrozumieć takie zawiłe subtelności“.
Jego spokój i opanowanie nie mogły jednak przeszkodzić temu, by krew nie krzepła jej w żyłach, gdy tak analizował swój dawny stan.
„W owych spokojniejszych chwilach wyobrażałem sobie, że oto zbliża się w poświacie księżycowej, aby mi pokazać, że dom jej, kobiety zamężnej, pełen jest gorących wspomnień o ojcu. Portret mój wisiał w jej pokoju i wspominała mnie w swoich modlitwach. Życie jej było czynne, pożyteczne, radosne, ale historja mego smutnego życia przenikała je całe“.
„Ja byłam tem dzieckiem, ojcze! Nie byłam ani w połowie tak dobra, ale byłam niem przez moją miłość!“
„I pokazywała mi swoje dzieci“, ciągnął doktór z Beauvais. „A dzieci te słyszały o mnie, i nauczono je litować się nade mną. Przechodząc obok więzienia, odsuwały się od jego zimnych murów, spoglądały na jego kraty i mówiły szeptem. Nie mogła dać mi wolności. Wyobrażałem sobie, że pokazawszy mi to wszystko, zawsze odprowadza mię z powrotem do celi. Ale wtedy padałem na podłogę i, znajdując ulgę w gorących łzach, błogosławiłem ją!“
„Mam nadzieję, że ja jestem tem dzieckiem, ojcze! Och drogi, kochany, czy tak samo gorąco pobłogosławisz mię jutro?“
„Łucjo! Wspominam te dawne czasy cierpienia, gdyż kocham cię dzisiaj więcej, niż potrafię wyrazić to słowami, i dziękuje Bogu za moje wielkie szczęście! Najśmielsze moje marzenia nie wybiegały tak daleko, by spodziewać się takiego szczęścia, jakiego zaznałem przy tobie i jakie nas czeka“.
Uścisnął Łucję, uroczyście powierzył ją niebiosom, pokornie dziękował im, że mu ją dały. Po jakimś czasie wrócili do domu.
Na ślub zaproszono tylko pana Lorrsy. Nie miało też być żadnej drużki, prócz chudej panny Pross. Małżeństwo Łucji nie miało wnieść żadnej zmiany do ich skromnego domu. Udało im się rozszerzyć mieszkanie przez donajęcie wyższego piętra, zajmowanego dotychczas przez apokryficznego, niewidzialnego lokatora, i nie pragnęli niczego więcej.
Podczas wieczerzy doktór Manette był bardzo wesoły. Byli przy stole tylko troje — licząc pannę Pross. Żałował, że Karol nie przyszedł; prawie gniewał się, że przeszkodził mu przyjść jakiś mały spisek miłosny, i serdecznie wzniósł jego zdrowie.
Nadszedł czas, by życzyć Łucji dobrej nocy, pożegnali się więc. Ale w ciszy nocnej, około trzeciej nad ranem, Łucja zeszła na dół i zajrzała do pokoju ojca: trapiły ją jakieś nieokreślone obawy.
Wszystko staio na swojem miejscu. Wszędzie panował spokój. Ojciec spał spokojnie, z siwemi włosami rozrzuconemi malowniczo na gładkiej poduszce, z rękami skrzyżowanemi na kołdrze. Postawiła świecę w cieniu, ostrożnie wśliznęła się do sypialni i dotknęła ustami jego warg. Potem pochyliła się nad nim i zaczęła się w niego wpatrywać.
Gorzkie łzy niewoli wyżarły ślady na jego pięknem obliczu. Ale on starał się je ukryć z postanowieniem tak silnem, że potrafił panować nad sobą nawet we śnie. W ową cichą i spokojną noc trudnoby na całym obszarze snu znaleźć twarz bardziej zdumiewającą spokojem i rozważnem opanowaniem walki wewnętrznej z niewidzialnym wrogiem.
Ostrożnie przyłożyła rękę do jego ukochanych piersi, i westchnęła do Boga, aby pozwolił jej być mu zawsze tak wierną, jak chce tego jej miłość, a zasługuje jego cierpienie. Potem odjęła rękę, raz jeszcze przytknęła usta do jego warg i odeszła. A potem wzeszło słońce, a cienie, padające od liści platanów, zaczęły się ślizgać po jego twarzy tak cicho, jak poruszały się wargi Łucji, gdy szeptała słowa modlitwy za niego.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.