Omyłka (Junosza, 1877)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Omyłka
Podtytuł Obrazek miejski
Pochodzenie „Kalendarz Lubelski Na Rok Zwyczajny 1877“
Wydawca Wł. Kossakowski
Data wydania 1877
Druk Wł. Kossakowski
Miejsce wyd. Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.

Wszystko poszło wyśmienicie. Wujaszek z panem senatorem przypadkowo spotkał się w ogrodzie, a Michaś także niby przypadkiem przechodził tamtędy i skłonił się wujaszkowi, który mu dał znak aby się przybliżył.
— Przedstawiam panu senatorowi mego siostrzeńca, pan Michał *** młody urzędnik... już jest pomocnikiem referenta.
Michaś skłonił się bardzo nizko.
— Bardzo mi... hm... odrzekł pan senator kiwnąwszy głową na ukłon Michasia, bardzo mi... tego... ale powiedział to tak niezrozumiale, że ani wujaszek, ani Michaś nie dowiedzieli się co właściwie jest panu senatorowi, czy bardzo przyjemnie, czy ciepło, czy też obojętnie...
Rozpoczęła się rozmowa, przy której naturalnie wujaszek nie omieszkał nadmienić, że pełen nadziei młody człowiek pragnąłby wejść w bliższe stosunki z jaką zacną rodziną, której głowa stoi na wysokiem i zaszczytnem stanowisku, że piękna przyszłość czeka ludzi pracy i zdolności i że on sam, to jest wujaszek, radby widzieć swego siostrzeńca u celu pięknych i poważnych marzeń, które pochwala i powodowany rodzicielską dla młodego człowieka życzliwością w zupełności podziela.
Pan senator wypogodził bardzo dokładnie wygolone oblicze; podzielał przekonania wujaszka, a odchodząc podał Michasiowi dwa palce, i rzekł:
— Zdaje mi się, że mieszkamy w jednym domu, bądź że przeto łaskaw szanowny panie Michale odwiedzić nas kiedy.

· · · · · · · · · · · ·

Michaś pracował jak wół.
Mydlik, benzina, millefleurs, woda kolońska, szuwaks, pomada, grzebienie i szczotki, leżały porozrzucane dokoła, a bohater nasz uwijał się wśród tego wszystkiego, jako wywabiacz plam i jako fryzyer.
Chciał wyglądać świetnie, bo dzień ów był dla niego tem, czem jest przesilenie w gorączce, lub ciągnienie 5-ej klassy loterji dla tego, który 75,000 rubli wygrywa. Miał pójść z pierwszą wizytą do pana senatora, widzieć panny senatorówny, zdobywać serce jednej z nich. Serce biło mu w piersi jak młotem kiedy dotykał dzwonka.
Otworzono mu bramy raju.
Pan senator przywitał go grzecznie, zapytał o zdrowie wujaszka i wprowadził do salonu, w którym były damy.
— Przedstawiam wam młodego człowieka, rzekł, pana Michała ***...., moja żona i córki...
Michaś skłonił się do samej ziemi, lecz kiedy podniósł głowę, zdumienie jego nie miało granic.
Gdzież się podziały owe śliczne brunetki z czarującem wejrzeniem? Na krzesłach siedziały dwie panny — ale okropne.
Wysokie, blade, zawiędłe o oliwkowej cerze i fizjonomjach dewotek.
Michaś osłupiał... a senator dziwnie jakoś był wesół i dowcipny.
— To starsza, mówił, Pelagja, urodziła się w roku... ale to do rzeczy nie należy, miała już kilkanaście świetnych partyi.
Gdyby nie oliwkowa cera panny Pelagji, dziewica ta byłaby się zarumieniła na wzmiankę o partji.
— A to, mówił dalej gospodarz, Izabelka młodsza, skończyła pensją u Sakramentek, a dziś zostałaby chętnie kanoniczką, gdyby kanonikom wolno było mieć żony.
Michaś stał jak na rozzażonych węglach.
— Teraz kiedy je znasz, staraj się o ich względy i... wybieraj.
Podobny zwrot był dla Michasia ciosem stanowczym.
— Ja sądziłem, rzekł...
— Pozwól pan, że go wyprowadzę z błędu, rzekła złośliwie pani senatorowa... żal mi pana, iż źle trafiłeś, gdyż te dwie wykrochmalone panienki, za któremi się pan uganiasz, są to córki szewca, który mieszka na drugiej stronie.
To mówiąc, ukłoniła mu się z ironją.
— O piekło! piekło! wrzasnął Michaś i bez pożegnania wybiegł na korytarz...
A gdy już był na schodach spostrzegł jak z za uchylonych drzwi z przeciwka, wyjrzały dwie różowe twarzyczki o czarujących oczach.
Śmiały się jak warjatki, wyglądając z po za drzwi uchylonych, na których był przybity profil ogromnego buta z papieru od cukru.

· · · · · · · · · · · ·

Michaś nie wychodził przez trzy dni ze swej stancji, i nie mógł widzieć jak pan Inocenty, emeryt, przywdział frak granatowy na ślub Marynki z dzielnym chłopcem, pracownikiem z warsztatów kolejowych.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.