Obrazy z kraju/Obraz pierwszy: Kropiwnik

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj

                                                         Kto mi dał skrzydła? kto mnie odział pióry?

J. Kochanowski.

                                                         Italia! Patria mia! donna mia formosa... [1]

Leopardi. [2]
I.

Za dawno już nic nie wiem, co się z tobą dzieje,
Pytam więc, choć nie prędko odpowiedź otrzymam,
Bo chyżej myśl niż pismo przeleci te knieje
Cieniste, jednak – myśli potoku nie wstrzymam…
W chwilach, kiedy się serce pełne tajnych wrażeń,
Co z chmur tęskne wessało, przechyla się jak czara
Zbyt pełna, niechaj drugie po upale marzeń
Jak kwiat bierze je rosą, i niechaj się stara
Jak arfa, co w oddali drugiej arfy brzmienie
Dosłyszy, odpowiedzieć tony słowiczemi.
Niech tęskna swe akordy puści na przestrzenie,
A w drodze się spotkają – i ulecą z ziemi!
                   * * *
Od tygodnia tu bawię, mieszkam w małej chacie,
Dzikiej, jak orle gniazdo, rzuconej na górze,
Opierścienionej Stryjem szumiącym, i z szacie
Zielonej dzikich sosen; chorał ich w naturze
Gubi się szumem westchnień, które w chmurach giną;
Orły krążą samotnie, chmura chmurę goni,
Księga-olbrzym rozwarta – wśród niej czasy płyną,
I zda się raj straconym nie jest w tej ustroni…
Góral strzelec mnie gości, co ma siedmiu synów,
Jak sam dzikich myśliwych, co biją niedźwiedzie,
Z nimi w górach Nemroda bywam świadkiem czynów.
Czasem też samotnego pies mnie we mgłach wiedzie
Ponad zdroje szumiące, co z skał upadają
I lecą tęskne, rytmem spienionej pogoni,
Z zieleni mchów i świerków ku otchłaniom grają
Wodnemi struny, ginąc wśród skalistej błoni…
Góral mój – typ, jakiego dzisiaj już nie kupi
Za żadne skarby świata, tak w skały wrośnięty,
Homerycznie grubiański, szekspirowska głupi [3],
Ale nieoceniony, gdy jako jest wzięty.
Jakim Czyrek, Pan łowczy, także rad się wabi,
A w kodeksie myśliwskim biegły jak sam Rabbi;
Iwan, Hnat, Stefan, Jędruś, Paweł, Hryń, Wasylek,
To siedmiu synów zastęp, typów, które wabi
Niedźwiedź, dzik, czasem oczy Maryn i Marylek…
Ale wierzaj mi, nie raz Jakuba synowie
I świat biblijny tak dziwnie tu odzwierciedlony,
Że patrzę czasem zdumion, ba! i zachwycony
W obrazy tej prostoty, co mi dają zdrowie.
Czasem, jak stary Budrys ze swymi synami
Prawi o dawnych czasach, łże myśliwskie dzieje,
Pełne dowcipu, leśne tworzy epopeje;
Czasem sięgnie za podań rdzawymi skarbami,
Od fletu jego płaczą rozrzewnione knieje,
Od bajek bolą boki, jeżeli komiczne,
A włos się jeży czasem, jeżeli tragiczne –
Pełne duchów, czarownic, te światy upiora
Niejednego w wędrówce przerażą znachora.
Kropiwnik leży cudnie! Środkiem srebrna wstęga
Szypotem zwierciadlanym szumi w koło góry,
We wieńcach czarnych lasów, skroń ich niebios sięga,
A w niebiesiech się waży orzeł wichropióry…
Stryj filut, między skały jaszczurką się kręci, [4]
Stuletnie podmył drzewa i w głębiny nęci,
Rusałki w nim, gdy księżyc zabłyśnie, pluskają,
Biegnąc po mgłach murawy, w kwiaty te dzierzgają…
A nocą liczne trzody nie raz wilk przeraża,
Czasem niedźwiedź zagości w pasiece włodarza,
Po sosnach się swawolna przemyka wiewiórka,
Kuje dzięcioł w pobliżu… a w dali przepiórka,
Dalej Rybnik, wioseczka dziko porzucona
W dołach, tak cudna, że w niej rozkochać się trzeba,
Do koła gór i borów stokiem otulona,
Sama – jak śród rodziny dziecię tęskne nieba!
Ciemna zieloność nad nią i mchów aksamity,
Nad borami na chmurach tęczy koloryty,
Głos pielgrzymi żurawia, co swe loty trudzi
I wędrujące z szumem nieustannym lasy:
Że idą naprzód, próżno własny szum je łudzi!...
Zgrzyt tartaków i bydląt dzwonki, echa ludzi,
Wrzask cyganów przechodnich, wędrowne niewczasy,
Ale to wszystko cudne i tęsknotę budzi.
Ryb tam nie ma – lecz za to rybki czarnobrewe,
Wiotkie i rusałczane, z kwiatkiem i piosenką,
Wysoko podkasane [5], przypomną ci Ewę
I raj, co tutaj począł się za gór światami!
Czasem ślepiec wędrowny brzęknie swą lirenką,
Nim pociągnie daleko, hen! za żurawiami!
(O jednym wieść, że ślepy był i grał śród głodu,
A pszczoły do ust niosły mu z łąk swoich miodu.
Więc pszczołom a nie ludziom dziękował piosenką.)
Życie wiecznie wesołe w chacie z góralami,
Ci przędą, ci śpiewają, skrzypce i fujarka,
Bajki, szepty i śmiechy, krąży z miodem czarka,
I cyganiątko czytać uczę wieczorami…
Cisza nocy tu cudna! Szum rzeki na dole,
Gwiazdy nad gór szczytami, co trzmielą wieczyście,
Dzwonki krów – w dali ognie jasne płomieniście,
I patrzące na księżyc góralskie pacholę,
Co gra na swej fujarce. Tony echem płyną,
Cisza błoga do koła – nikt pieśni nie słyszy,
Chyba ją słuch anioła ułowi w tej ciszy,
Gdy wieczór przelatuje nad tą gór krainą…
Wschód słońca czasem budzi mnie na mojem sianie,
Złoci ściany sosnowe, któremi zagląda,
I słuchając promieni, trza rzucić posłanie.
Serce, oko i dusza nowych cudów żąda.
Idę – i jedna wielka Kropiwnik dolina,
Przecięta wężem rzeki, ciągnie się bez końca,
Góry coraz się piętrzą, las nad lasem spina.
Burza!... już chmur warkocze owiały twarz słońca,
Już zygzak płomienisty przeleciał po niebie,
Ryknął lwem przebudzonym w czarnych chmur pogrzebie,
Odegrzmiały mu nieba. Góry niedźwiedzice
Zaryczały zjeżone – na nich czarownice
Plączą nić błyskawiczną na swój kołowrotek,
A co się przerwie nitka, i zaplącze motek,
Leci kłębek ku ziemi z szczytów w dół daleki,
Leci strugą spienioną… szczyt żegna na wieki –
A grzmot rykiem przeraża całą okolicę
I kona, w łzach błyskawic mrużąc lwie powieki!
Jak gdyby sto dział na raz zagrzmiało akordem
I szatani już niebo szturmowali mordem,
Jednak darmo ich wściekłość ramię swe natęża,
Bo piekło i tyrany prawda tu zwycięża,
Na chmurach płomienistych śnieżna depce węża…
Świat, szum, hałas i łoskot wezbranych z gór zdrojów,
Co przeskakując głazy, po sosnach zwalonych
Pluszczą w dół; z dali ryki trzód w las rozpierzchnionych,
Nawoływanie, głosy pełne niepokojów.
Grzmot słabnie, nikną chmury – tu zwalona sosna,
Po jej mchach łzawy strumień pędzi na kamienie,
I znów cicho – fujarkę słychać i dzwonienie.
O! powraca urocza, pełna cudów wiosna…
Dźwigają się już chmury – ta legła na skale,
Ta się ruszyła, tamta dźwiga się niedbale,
Lecz uchodzi i ryczy skarg głosem spiżowym.
Ach! tęcza! wschodzi drżąca i cała radośna,
Aureola łez ziemi, nad borem sosnowym!
Joannę wtedy śniłem [6][7]; tęskny jej oblicza,
Zdało mi się w tej tęczy dojrzeć, jak dziewicza
W kształt jej się przeaniela, we mgłach tajemnicza.
Biegnę ku niej, wyprzedzam orły, góry, skały!
W tej tęczy się źrenice moje zakochały;
Lecę, przeszkody strącam, po gadzie, co szepcze:
„Nie chodź!” i grozi żądłem, idę dalej, depczę!
Spieszę – dosięgam kresu – chwila, jeszcze chwila!
Przelatują po głazach, co z muzyki zdroju
Wyjrzały, drzew się chwytam, drę się w niepokoju,
O drogę pytam orła, jaskółki, motyla.
Stanąłem – wytężyłem drgające ramiona
I tęczę [8] mą na wieki przykułem do łona!

II.

Spytasz mnie, jak dzień schodzi? z największą prostotą!
Ale wieczór żal za nim, że minął. Pieszczotą
Wspomnień się każda chwil wdzięczy, jak motylek,
Co drżał na polnej róży parę wietrznych chwilek…
Rano po śnie kamiennym a pełnem wywczasu,
Budzi cię samo słońce, śpiew ptaków, brzęk kosy.
Otwieram oczy – słyszę szum wody i lasu,
A słońce sosnowemi szparami ścian, włosy
Złotych promieni wpuszcza i jakimś kolorem
Napełnia mój alkierzyk, którego by wzorem
Fra Angelico złocił tła swojej madonny.
Czasem cię piorun zbudzi, jak na sąd straszliwy,
Co rozdarł w górach trzewia sosny nieszczęśliwej;
Czasem góral dyskretny zagra ci na trąbie,
Lub palnie do jastrzębia, do strzałów zbyt skłonny,
Albo gdy (by nie zbudzić) cichaczem drwa rąbie –
Tapczan prosty – i siana na nim kopiec wonny,
Którego koniczyna i niezapominki
Skoszone, jeszcze marzą więdnąc, co się działo
Wczoraj, na świecie łąk – i jaką rosą zapłakało
Oko, zanim je kosa musnęła dziewczynki
O piosnce tak tęsknej… Ledwom rozwarł oczy,
Już mnie czujnych górali drużyna otoczy,
W dużej misie przynoszą mleko, czyr [9] dymiący
Za chleb czarny przeprasza cię gazda goszczący,
Chleb ten, to samo zdrowie, ostry, smaczny, czarny,
Plaster miodu tak wonny przy tem ci postawi
Jak gdyby od Hymetu, lub Piasta ofiarny…
Miód ten, to płynny bursztyn, złoci się i łzawi,
W jego barwach i woni wszystkie tajemnice
Stworzenia i natury – co pszczoły lirnice
Tajemniczo brzęczące, zniosły i odkradły
Samemu Stwórcy i myśl jego drobną zgadły,
Co każdy kwiatek marzył i lipa matrona,
To w tym miodzie zaklęte! myśl balsamów wonna!
Leżąc jeszcze na sianie, tuż w głowach okienko
Małe mam, którem góry, niebo, wstęgę rzeki
Widzę i lasów ciemnych widnokrąg daleki.
Z ich szumem łączę pacierz ranny w krótkiem słowie,
Potem na ten chleb czarny górala kozikiem
Miód bursztynowy kładę – i oto śniadanie,
Dalej czyr, misa z mlekiem, jagła i z koszykiem
Stawiają ci poziomki, lub malin podanie,
Nawet herbata z ognia „w hornietku” już dymi,
A stawia się hornietko na olbrzymiej dyni,
Co tuż przy oknie wzrosła w słońcu parafianka,
Ale mniej, niż nie jedna w Galicji… szlachcianka.
Na dzień dobry też zaszły dwie czubate kury
Godne pieszczoty rączek Zosi (z Tadeusza),
Miotam im okruszyny, za niemi kot bury
(Nicpoń! który mi szynkę zjadł w spółce ze szczury),
Dwa psy w progu rytmicznie chwostami porusza.
Jeden brytan, osadza pojedynkiem dzika,
Drugi gończy – to śpiewak, baryton lasowy,
Od wilka ma trzy szramy, wierny i rasowy,
On w górach zwykł mi służyć za przewodnika,
Połoninami w lasach, na wierzch Kalinowy,
A jeźli zbłądzę, on mnie sprowadza z dąbrowy.
Dalej, krótki rozhowor, górale z kosami
Idą na połoniny, a drudzy z strzelbami
Na jarząbki, zostaje Hrynio ze skrzypkami
I Andruś, bo nieborak skaleczył się w nogę,
Więc kapelusz wyplata i mówi: nie mogę!
Schodzę w dół – najprzód kąpiel w tym Stryju dziewiczym
Co pędzi niewstrzymany, jak rapsod liryczny,
Zimny ukrop! aż gwiazdy w zygzak błyskawiczny
Migają przed oczyma – lecz potem z obliczem
Pogodnym, odrodzony – pędzisz tak na góry,
Jakbyś z tej wody skrzydła wyniósł wśród natury…
I czujesz jakieś wonie, nigdy pierw nie czute,
I widzisz jakieś barwy, pierwej nie widziane,
Takie zdrowie gra w tobie, chwile zapomniane
Swobody dziecka znów wracają! Na nutę
Smętną słyszysz góralskie echa, drżące śpiewki,
Co w dolinach przy sierpie chórem nucą dziewki!
I las ci szumi wdzięcznie, jak księga Homera
Idziesz dalej i dalej przestwór się rozwiera,
Na wsze strony wzrok wszędzie coś nowego wita.
Tam – wśród jałowców bujna roślinność wykwita,
Tam – łąka potrząśnięta turkusów garściami,
To ciche niezabudki marzą pod lasami
A każda na cię patrzy źrenicą niebieską
Nieobłudną i w oku z brylantową łezką…
Tu wrzos różowy pełen dziewiczej świeżości
I astr górski, co w ostrych kolcach niewinności
Martwy, bez barwy, woni, jak bez serca cnota,
Jak mile przy nim fiołka odbija prostota!
Tu znów podła pokrzywa, ten Moskal natury,
Co kosztem róż i fiołków drapie się do góry…
Tuż wierny bodiak… maczek krwawy, co cyganka
Wplata w heban warkocza, dalej macierzanka.
Ranek cudny i na chwilę powracam do chaty,
Na brogu lub na skale z księgą leżę
Najmilej tam pod brzozą, zkąd widok bogaty
W odległościach bez końca! gdzie oko dostrzeże
Błękity Claude Laurraina, [10] Ruisdala bory, [11]
Wody Ewerdingena [12] i Calama [13] wzory!
(Czytam Jarochowskiego, [14] oburzony czasem
Na bezładną epokę z popuszczonym pasem,
Za którą później darła z nas Nemezis pasy,
A oby ztąd nauka znów nie poszła w lasy…)
Później – ze starym gazdą idziemy na łąki,
Wynieść obiad dla synów, co koszą od rana, -
Jak Dawid nosił braciom, w trawach po kolana.
Po rosie, w lasach, z nieba słychać gdzieś skowronki,
Które nam przewodniczą – pasmami dzikiemi
W górę, przez „Pereposty” lasy szumiącemi,
I już brzęk kosy słychać, więc radość, bo blizko,
(Już z paproci wyziera żelazko na lisy)
Odzywają się echa – i kładą ognisko.
Drewnianymi łyżkami z [15] wspólnej jedzą misy
I z garnków polewanych, smaczny specjał wszelki,
I spocząłem na górach. O! lica mej ziemi
Okiem was obejmuję i skrzydły orlemi
Wzleciawszy, radbym spytać, jako świat ten wielki,
Gdzie kraina nad Polskę, strojną cudy swemi?
Znam, ich, o! znam nie mało, a jednak stęskniony
Do Polski wracam – (nie do ludzi!) rozrzewniony!
Dla czego ci piękniejsza? nie trudna zagadka!
Tamto kochasz oczyma – tę – sercem, bo matka!
Dla czego w pośród cudów dalekich ci śpiewa
Jej imię na dnie serca? bo jest nieszczęśliwa!
W dalekie nieraz góry zapędzon samotnie,
Wśród jarów odpoczywam, zachwycon stokrotnie,
W dali widziałem Urycz tak, mi ukochany,
Wyłaniający z borów szczyt swój wiekom znany,
Poznałem że od strony idąc Kropiwnika
Najwspanialszy, (od Tustanowic, w lasach znika).
Z tąd zaś jak skamieniała katedrą dwuwieża,
Co Reims cudnym frontonem aż w niebo uderza…
Czasem tratwą się puszczam w te góralskie tany
Po szypotach, gdzie w słońcu już klejnot z kamyka.
Ach! i z smutkiem poglądam na ten kraj kochany,
Gdzie niestety polonizm jak kamfora znika,
Bo piędź po piędzi ziemi dzierży cudzoziemiec,
Jeźli nie żyd powszechny, pewnie wrogi Niemiec:
A lud bez mistrza, biedny, nieszczęsny, zwodzony,
Jest jak mąż co do czasu w posąg zamieniony…
Lecim, płyniem, a wioślarz na skrzypeczkach skomli
I mały bojko sobie wtórzy wciąż na dromli…
Tam passało macieństwo [16] dwie bieluchne gąski
I górskich kwiatów niosło mi z uśmiechem wiązki.
Z nim śmiać się, płakać razem umiałem sieroco.
Więc macieństwo płakało za mną (było o co!).
Oto Dołhe – tam piękne Podhorce leżą,
Ich ustroniem rytmiczne rzędy topól bieżą,
Dwóch braci znakomitych [17] [18] za to że kochali
Naukę, utracili z pod nóg ojcowiznę!
Smutno! kiedy się widzi tak biedną ojczyznę
W której ci co się pną, zawsze w tyle stali!
W której się tyle trutniów ich kosztem bogaci,
A drugie tyle marnie drogą ziemię traci!
Dalej, Stryjem się ściele cicha Jagielnica
I wspanialsza nad to wszystko Kruszelnica!
I Korczyn – gdzie Paraszki tron na Karpat szczytach,
Która cicho króluje w gromach i błękitach.
Na jej czole najpierwszy blask wschodzącej zorzy
Błyska – i zachodząc tarcz słońca się korzy,
Purpurą łun wieczornych jak płaszczem królewskim
Odziewając jej biodra w przestworzu niebieskiem…
Wiem nawet, że kochanków para zbyt śmiała,
Na jej szczycie swą miłość pierwszy raz wyznała…
O Korczyn! cudny – czeka pełen cichej grozy
Pędzla przyszłego kiedyś Salvatora Rozy. [19]
Jakżem w tym małym domku nad Stryjem wspominał
Dni pierwsze, gdym żyć ledwie i myśleć poczynał…
Do Kropiwnika wracam, minęło południe,
Zanim się opatrzemy, już powietrze chłódnie,
Słońce spada, do domu czas, tam grają trąbki
Myśliwskie, z chaty już nas witają! Jarząbki
Przyniósł Hnatko z Rybnika, i Jędruś tymczasem
Kapelusz mi słomiany uplótł pod szałasem,
A Hrynio zbiegł do tratwy i z skrzypkami wita
I czeka by mnie przewiózł, z ręki mu wykwita
Olbrzymi bukiet z górskich ziół – mych przygód pyta…
I Jędruś mnie rozmową zabawia naiwną
Kiedy spoczniem w pasiece, on z słodyczą dziwną
Prawi o swej siostrzyczce, co się utopiła
Dzieckiem, kiedy na Stryju wielka woda była…
Prawi o swej kochance i przyszedłem weselu,
A niekiedy ją nawet i porzucić grozi!
Niech płacze! w świat odejdę, tam, do krajów wielu;
Niech płacze! pójdę druciarz, zamiast paść tu kozy!
– A jeźlić za górami serce się zepsuje
I z tęsknoty ci pęknie? – „To go zadrutuję!”
I ze śmiechem ucieka Jędruś mój faworyt,
Sam zostaję w pasiece – i na gór koloryt
Patrzę w cichej rozkoszy i niemej zadumie
„I nie znam samotności w myśli moich tłumie!”
Wirchy gór od południa długo złoci słońce
I stopniami blednieje… a trzody dzwoniące
Z gór schodzą ku dolinom, stają pić u rzeki…
Tam fujarka pastusza – głos dzwonu daleki,
Ptactwo senne ku gniazdom cięgnie… jak przed wieki!
Kościołek mały stoi, prześlicznie rzucony,
A w nim stare portrety patrzą tak serdecznie!
Z Sobieskim wy chadzali, hen! w dalekie strony,
Więc cześć wam, cześć i miłość niech świeci słonecznie!
Coraz ciszej… Słońce się ściele ku dolinom,
Spada, ozłaca wstęgę Stryja – i wiklinom
Śpiew wróciły słowiki; a las w westchnień tłumie
Jęczy gdzieś w chrobrych wieków pogrążon zadumie.
Dzwon wieczorny już umilkł z tamtej strony rzeki,
Pół słońca z za gór, strugę świateł już z wysoka
Zlewa – ostatnim blaskiem patrzy w świat daleki,
Jak przeszłość, co umiera z jasnością proroka!
Zgasło!... Jeszcze flet słychać, bliżej dzwonią trzody
I cicho rycząc, u wrót stanęły, od wody.
Cisza w chacie – samotno, ostatnie promyki
Drżą na ścianie jak błędne, gasnące ogniki,
Brzęk much tylko jak w ulu, i głos mego pióra,
Co lata po papierze – w cieniach niknie góra.
To noc! Leci, rozplata włosy chmur powiewem
Chłodnym a poprzedzona nocnych ptaków śpiewem
I wlokąc płaszcz gwiaździsty za sobą, osłania góry
Perły rosy lśnią łzawo – z warkoczów jej chmury
Błysnął diadem czoła – księżyc jej perłowy
Chłodzi wiew szat jej lotnych, trzmieli bór sosnowy,
Więc okienka zawarto i wieczór gotowy.
Gaździna już zapala łuczywo i ściele
Kożuchy na tapczanach, na nich legniem śmiele.
Patrzę, czy się gdzie nie skrył cichy wąż pod ławę,
By się ogrzać przy ogniu (oczy ma ciekawe
Jak człowiek, co się dobrem nie godzien ucieszyć,
W wszystkiem szuka złej strony, słodki, wart rozgrzeszyć).
Więc gawędy, powiastki, bajki, toż myśliwi
Legli z krótkiemi fajki, wpółsenni, szczęśliwi.
Hrynio chrapie na piecu, a przy nim dwa koty,
I zeszli się sąsiedzi, radzą do roboty.
Dziwnie lud ten uzdolnion. Jest tam pisarz gminny,
Zwany Świszczem, któremu wszystko prawie znane,
Ludy, dzieje, obyczaj najdalszej krainy,
I uczy własne dzieci, choć czoło stroskane,
Wieloryb czy krokodyl, Chińczyków dziwactwa
Zan, czy do wędrownego przyłączał się ptactwa,
Czy o tych krajach gadał z bocianem, żurawiem?
Gdzie on to słyszał? czytał, badał? albo ja wiem?
W pracy ciężkiej sam sierpem i sam kosą robi,
A jak mistrz swą pasiekę nad wszystkie sposobi [20].
Po rusku Słowackiego „Ojca zadżumionych”
Czytał. Szczęśliwy wieszczu! iluż uwieńczonych
Pozazdrościć ci może, że do serca ludu
Przemówić potrafiłeś tym językiem cudu!
A tymczasem na kuchni, co jak katakomba
Głęboko murowana jest i bez komina,
Ogień huczy i dym się u sklepienia spina,
Ulatując sufitem – czasem leśna trąba
Ozwie się z bydłem w dali – płomień bucha, lecą
Iskry, jak bujne ziarna, i wśród cieniów świecą.
I góral, gdy już płomień ścianę przygrzał szczerze,
Rzekł, „że czerwone ciele czarną krowę liże.”
Znowu misa na stołku i górale siedzą
Z łyżki drewnianemi, razem z wolna jedzą.
Psy wierne szczurzą uszy, w kącie na przypiecku
Stara cyganka na sen coś tam szepce dziecku;
Stary Czyrek się z fajką tuż przy ogniu skulił
I jął prawić bajeczkę (wódką się rozczulił).
Tylko jego głos słychać. Na siedzących w koło
Ogień po czarnej ścianie Rembrandta tonami
Rzuca półświatła, miota płomieniem wesoło
Przy cichym śpiewie świerszczów, co swemi szparami
Patrzą – jeden do ognia ku garnkom wyłazi,
A Czyrek bajkę prawi, wie że nią przerazi:
„Była sobie dziewczyna, której nie żądano
Do tańcu, gdy wesoło w karczmie tańcowano,
Bo zawsze była smutna; czemu? nie wiedzieli,
I nie umiała dobrze uprząść swej kądzieli;
Tylko upiór, co w kącie za ławą siadował,
Kilka nocy z nią w dzikim tańcu przetańcował…
I raz gdy szła do domu, upiór za jej cieniem
Powlókł się po księżycu, stanął za podsieniem,
Każe: otwórz Marysiu! Rzekła: nie otworzę! –
Ojciec umrze! – Niech umrze! precz w piekło upiorze!
Nazajutrz umarł ojciec; wieczór po pogrzebie,
Puk do chaty. Znów upiór, tęskny widzieć ciebie.
Każe: otwórz Marysiu! Rzekła: nie otworzę! –
Matkać pomrze! – Niech będzie! Precz hydny upiorze!
Nazajutrz matka zmarła. W trzy dni puk do chaty,
Upiór drży już od zimna, wyje pies kudłaty.
Stał długo, śmiał się puszczyk – czy Maryś otworzy?
Maryś wrzeciądz zaparła i wzywa sąd boży.
Otwórz, otwórz Marysiu! Rzekła: nie otworzę! –
To umrzesz! – Niechaj umrę, precz w piekło upiorze!
I nazajutrz umarła.
                                   W całej wsi płakano,
Choć za życia tańcować z nią nigdy nie chciano.
Pochowali ją w wianku, z chlebem i pierogiem,
Ale kazała jamę wykopać pod progiem
I pod próg swoją trumnę przynieść, by nie wiedział
Upiór, gdzie ją poniosą, choćby sto lat siedział…
A rzekła, że oskarży go przed Panem Bogiem.
Po pogrzebie, gdy zapiał kur i księżyc błysnął,
Upiór przywiał do chaty, słucha, ząb zacisnął,
Wchodzi – chata otwarta, okna, drzwi otworem,
Pustka! Pyta siekiery, czy tu nie robili
Trumny? Odrzekła: nie wiem. Progu rozhoworem
Bada, czy tu nie nieśli dziewki w smutnej chwili?
Nie widziałem! próg odrzekł. Więc pyta się drogi,
Czy tędy nie powieźli Marysieńki drogiej?
Nie wiem! odrzekła droga i lasy westchnęły,
A z warkoczy brzóz ciche perły popłynęły,
I upiór w grób powrócił.
                                             W lesie na polanie
Był kurhan Marysieńki nad dzikim rozdołem,
Nad wstęgą krętej rzeki, co głucho szumiała,
Stare jodły trzmieliły jako mnichy społem,
Gdy w północ błyskawica w łzach nocy szalała.
Tam Maryś dawniej pasła owce i ognisko
Podpalała, i siedząc śpiewała piosenki,
Obrywając tak sobie kwiatuszek maleńki.
Wędrownego myśliwca czasem widywała,
Co lubił piosenek słuchać; siadał przy niej blizko.
I po księżycu smutny przyszedł tam myśliwy,
Pierzchła sarna, co pasła się na jej mogile,
I znikła we mgłach. On długie przefrasował chwile,
Zastał różę na grobie, która we łzach kwitła;
Zerwał ją i w swą czapkę wetknął frasobliwy…
I do dom ledwie wrócił, gdy już noc oświtła.
Rzucił czapką o ławę, i róża, co zbladła,
Z za czapki poza ławę w ciemny kąt upadła…
Rano znów szedł na łowy, i nie jadł obiadu,
Ale schował na ławie i poszedł do lasu.
Wróciwszy głodny, senny, zanim użył wczasu,
Zajrzał do misy – pusta! a! biada ci dziadu!
I sługę wybił srodze. Tak na zajątrz było,
Ba! i na trzeci dzień się to samo trafiło.
Wreszcie rzekł sługa: Panie a łowcze łaskawy,
Patrz, to nie ja ci obiad wyjadam. Z pod ławy
Róża wyszła, zmieniona w prześliczną dziewicę,
Różowa jej sukienka, nad gór śniegi lice!
Siedząc na ławie, jadła objad zostawiony,
A potem znowu kształt jej w różę zamieniony,
Zmalał, w małe listeczki główkę schylił odzian
I zsunął się pod ławkę. Ramiona wzniósł młodzian
Z podziwu i łzy raptem z ócz mu się rzuciły,
Jak na wiosnę rozmarzły zdrój, co z góry pędzi.
Nazajutrz się zaczaił, na ławy krawędzi
Postawił misę pełną, drżący dla swej miłej…
I skoro wyszła, gromem chwycił ją w objęcie!
I odrzekła radością na jego zaklęcie.
Usta jej były zimne, ale tysiąc razy
Piękniejszą się zdała (bo nie z tego świata).
Była jak powój, co się po dębie oplata
I jako te ciosane, białe jak śnieg głazy,
Co mają skrzydła, – zwą je ludzie aniołami,
I przychodzą na ziemię tylko z promieniami,
A w człowieku nie ozwą się nigdy dwa razy…
Rzekł łowiec: weź ślub ze mną, będziemy szczęśliwi!
Dobrze, ale mi ślubu dać nie mogą żywi.
Jam z upiorem tańczyła, rodzicom przyspieszyła
Śmierć, choć bez winy – więc jak ty nie będę żyła!
I poszli wraz na cmentarz o burzy godzinie,
Moc wichrów miota lasem, księżyc lampą płynie,
Błyskawice, gromnice, duchy biją w dzwony,
Sowy trzepocą w dziuplach i kruk ostrzy szpony,
Północ dzwoni i wstaje czarny ksiądz z mogiły,
Daje ślub, wkłada pierścień łowiec swojej miłej;
Szkielety wstają w koło z żółtemi świecami,
Na kurzych stopkach trupie główki są świadkami.
Trzasł grom – zapadły w groby łopoczące duchy,
Łowiec na koń z dziewczyną i pędzi do domu,
Ale pędził przez bory, kędy ludzkie słuchy
Nie dochodzą, i chata nie znana nikomu
Stała na czubie skały, nad jezior zwierciadły.
Bocian cię na niej gnieździł i jaskółki kładły
Tam gniazdka. Pełno kwiatów, motyli – lecz ludzi
Nie bywało (i niech się żaden tam nie trudzi,
Bo by im chyba przyniósł nieszczęście, co w świecie
Ludzkim toczy jak robak, że ich lica zbladły).
W rok powiła mu syna – lecz krwi nie miał w sobie.
I znów Maryś umarła, lecz rzekła: Nim w grobie
Złożysz mnie, puść od serca kroplę krwi na dziecię,
A on i ja odżyję. Mąż miał nóż u pasa,
Którym nie jedno zwierzą ugodził śród lasa,
Więc pierś zranił – ożyła! dziecię pokraśniało
Jak Wisznia. Odtąd bujnie w niebo urastało,
Ale ojciec już nie miał na twarzy rumieńca
I taił że był starcem z obliczem młodzieńca;
Bo więcej niż trza było pierś krwi utraciła!
Tak żyli i nie było szczęśliwszych na ziemi,
Jak tych troje w tej chacie, z pieszczoty swojemi
Gdy raz upiór tam zajrzał ślepiami sowiemi,
I skała od macierzy urwana, stoczyła
Się grzmiąc z nimi i z chatą w otchłań, w głębię rzeki,
Czoło dumne pod ziemią rozdartą zaryła,
I dziś tam, obrośnięta lasem, drzemią wieki!
A po pod skałą fale szumią i szumią,
I gdy niedźwiedź zaryczy, owce się tam tłumią.
Czasem słychać, jak upiór w skały aż do rana
Puka i każe: otwórz, Marysiu kochana!
I lecą błyskawice, ślepną w górach zorze,
A troje głosów szumi: Precz w piekło upiorze!”
                   * * *
Cóż chcesz? bym ci komentarz dał filozoficzny. [21]
O krwi serca i róży zmienionej w anioła?
O złości, co upiorem pereł zdrój kryniczny
Bierze z oczu – a proga odpytać nie zdoła?
Nie! Nie! Komentarz sobie zrób, jeśliś ciekawy,
A mnie bez filozofji daj dzielić zabawy
Tego ludu dzikiego, który polubiłem;
W nim jeszcze jest fantazja, co przepadła w świecie,
U nich nie raz znalazłem, co indziej straciłem,
I młodości zapały tum rwał w bujnym kwiecie!
By czuć poezję ludu, trza umieć żyć z ludem,
A na to trza go kochać: i pojmie się cudem!
Więc nie dziw się, że rankiem cichym i wieczorem
Ten zwój wrażeń zebrałem, co mnie zachwyciły
Nie mniej niż te, co śniłem dzisiaj nad Bosforem,
Wśród wybranych ostatni żaden! – każdy miły.
Gdybym miał Beethovena geniusz, inną cerę
Niż ta róża pod ławą, u misy zgłodniała,
Z tej bajki najpiękniejszą stworzyłbym operę…
Pod warunkiem – by w końcu w otchłań spadła skała!

Kropiwnik 1875.
Przepisane w Stambule w dzień Bejramu 1876.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Italia! Patria mia! donna mia formosa... – Italio! Ojczyzno moja! pani moja kształtna...
  2. Przypis własny Wikiźródeł Giacomo Leopardi (1798-1837) poeta włoski, którego twórczość nacechowana jest pesymizmem i współczuciem.
  3. Przenośnia ta oczywiście nie co innego wspomina jak typy gburów Homera i z głupia frantów Szekspira.
  4. Przypis własny Wikiźródeł „Stryj filut, między skały jaszczurką się kręci,” – Autorowi chodzi wicie się między skałami rzeki Stryj.
  5. Góralskim obyczajem z powodu licznych przełazów.
  6. Mowa o utworze dramatycznym tego imienia.
  7. Przypis własny Wikiźródeł Zapewne chodzi o dramat „Joanna Grey”.
  8. Tęczę lud tamtejszy zowie: kraska.
  9. Przypis własny Wikiźródeł Czyr dymiący – patrz artykuł w Wikipedii.
  10. Przypis własny Wikiźródeł Claude Laurrain – Claude Lorrain, był pseudonimem Claude Gellée (1600-82) wybitnego francuskiego malarza i grafika, specjalizującego się w pejzażach: Kampanii we Włoszech, przystani morskich (zwł. ze sztafażem mitologicznym, biblijnym, pastoralnym, i historycznym – vide: „Zachód słońca w porcie morskim”, „Odjazd św. Urszuli”). Claude Lorrain od ok. 13 roku życia przebywał we Włoszech.
  11. Przypis własny Wikiźródeł Ruisdale – Zapewne Jacob van Ruisdael (†1682) a nie jego wuj i zarazem mistrz. Jacob należał do czołówki pejzażystów holenderskich, specjalizował się w: szerokich krajobrazach Holandii ujętych w świetle zza chmur („Wiatrak w Wijk”, „Widok Haarlemu”), odludziach („Cmentarz żydowski”), w tym często lasach, stąd wspomnienie autora; widokach marynistycznych, („Krajobraz po burzy”) i gór z powodu których to pejzaży wspomina go Autor. Często przedstawiają one wodospady, (vide „Krajobraz z Wodospadem” w Muzeum Narodowym w Warszawie), klimat ich jest często nacechowany napięciem, udramatyzowany, na poły fantastyczny.
  12. Przypis własny Wikiźródeł Ewerdingena – Allaert van Everdingen, przebywał w Norwegii, współpracował z Jacob’em van Ruisdael’em posyłając mu szkice tamtejszych wodospadów. (Za: Adam Bochniak „Historia sztuki nowożytnej”, PWN, Warszawa, Kraków; 1985, tom II, str. 148.)
  13. Przypis własny Wikiźródeł Calam –?
  14. Przypis własny Wikiźródeł Kazimierz Jarochowski (1829-88), historyk zajmujący się okresem panowania Sasów w Polsce, (opublikował m.in. „Dzieje panowania Augusta II…” i liczne źródła historyczne). Od r. 1878 był członkiem Akademii Umiejętności. Nadto był publicystą.
  15. Przypis własny Wikiźródeł W pierwodruku: „Drewnianymi łyżkami w wspólnej jedzą misy”, ale to literówka.
  16. Przypis własny Wikiźródeł Macieństwo – złożenie dwu słów: maleństwo i Maciej.
  17. Piotruscy – jeden zoolog, drugi heraldyk i autor nieznanych prac belletrystycznych, godnych poznania, bo na zacnym gruncie wyrosłych.
  18. Przypis własny Wikiźródeł Stanisław Konstanty Pietruski (1811-74) był zoologiem, członkiem Academia Leopoldina w Halle. W swoim majątku w Podhorcach założył ogród zoologiczny, (nie zwierzyniec, ale oparty o dorobek nauki). Publikował prace m.in. zarówno na temat biologii kręgowców jak i entomologii oraz ochrony zwierząt.
  19. Przypis własny Wikiźródeł Salvatore Rosa (wymawiane Roza, 1615-1673), barokowy malarz, grafik i poeta, działający w Neapolu i u Medyceuszów we Florencji (1641-49) oraz w Rzymie (od 1649), batalista i pejzażysta. Jego pejzaże charakteryzuje bogaty sztafaż.
  20. Otrzymał nagrodę od Tow. pszczelniczego.
  21. Przypis własny Wikiźródeł Autor był z wykształcenia na UJ filozofem i prawnikiem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Tarnowski.