Obrazki z natury (Kraszewski)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Obrazki z natury
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Obrazki z natury.


I.

Ciekawa to nauka, nauka ludzi, — i chociaż na nią niéma katedry, niéma prawie teoryi, niéma prawideł, choć to jest nauka, w któréj czas nauczycielem, każdy powoli w ciągu życia poduczy się jéj trochę.
Któż nie uważał choć raz w życiu, że ludzie, wcale z sobą niepokrewni, mają jednak jedni z drugiemi familijne jakby jakie podobieństwo charakterów, twarzy, ruchów, głosu, któreby mogły ułatwić klasyfikacyą, gdyby się na nią mógł kto odważyć. Dotąd, mimo prób tego rodzaju, właściwéj nauki człowieka, obejmującéj charakterystykę duszy jego i ciała, nie mamy; wszystko co w téj mierze uczyniono, jest widocznie niedostateczném, może dlatego, że wszyscy antropologowie z fałszywego punktu na człowieka patrzyli, którego ani z nosa, ani z oczu, ani z guzów frenologicznych poznać i zadeterminować nie można, tylko z tego czegoś niepojętego, zależącego od całości i połączenia wszystkich szczegółów.
Co do mnie, nieraz mi się zdarzyło widziéć bogacza i biédaka jakby w jednéj formie odlanych i tylko tyle różniących się, ile ich położenie, wychowanie, świat, w którym żyli, różniło, nieraz w najoddaleńszych stronach spotykałem twarze przypominające mi znajomych postacie i charaktery. To mię przekonywa, że klasyfikacya ludzi byłaby podobną, gdybyśmy tylko mogli zadeterminować typy pierwotne, których reszta idywiduów jest modyfikacyą tylko. Lecz znowu tyle jest odmian, tyle rozmaitości w ludziach, nawet z sobą podobnych i charakterami pokrewnych, że dwaj sobie podobni, których by do jednéj klasy zaliczyć wypadało, bywają jeden karykaturą drugiego, choć oba od tegoż pochodzą pierwiastkowego typu. Liczba tych pierwiastkowych typów w każdym narodzie jest zapewne bardzo określona i możnaby ją może w końcu ograniczyć, ale, że się nikt temu nie poświęca, nikt o tém nie myśli, a w dodatku do téj fizyonomologii potrzebaby poszukiwań nad charakterami mozolnych, długo poczekamy, aż się coś podobnego utworzy. Lecz nie bójmy się, przyjdzie do tego wreszcie, że się znać będziemy! ludzie tak usilnie pracują nad odarciem świata z reszty złudzeń, które ich szczęście stanowią!
Tymczasem, póki ta, o któréj mowa, historya naturalna człowieka nie zostanie stworzona, chciejcie przyjąć moje szkice charakterów wybitniejszych i częściéj spotykanych na naszéj ziemi. Niektóre z nich są spólne innym krajom, niektóre wszystkim, inne są nam właściwe tylko. Rozumiem, że choć narysowane tylko, przedmiotem zająć potrafią.

II.

Opiszę wam naprzód filozofa, jakiego mi się często spotykać zdarzało. Rozumiem, że nie jest on rośliną naszego tylko kraju, można go zapewne mało co odmiennym w innych krajach obaczyć.
Do tego wielkiego imienia filozofa, nieskończona ilość ludzi, mniéj więcéj słuszne miéwa pretensye. Największa liczba dobija się tego tytułu tylko jakąś dziwaczną ekscentrycznością, przesadzaniem swoich przymiotów, a często i wad. Lecz cóż począć, kiedy do téj przesady często ich popychają ludzie i okoliczności! Każdy ma coś, co go psuje, co go zwodzi, co mu pochlebia, co go popycha w drogę fałszywą, do któréj z natury już jest skłonny. Spikają się na to częstokroć ludzie i przypadki, a człowiek podsycony pochwałą, podziwieniem — coraz żwawiéj i z większą determinacyą posuwa się naprzód, i przychodzi do tego w końcu, że się staje karykaturą swoich usposobień i skłonności.
Nié mam wcale ochoty malować wam istnego i prawego filozofa, ideału jakiegoś, biorę owszem dziwaka tylko, którego nieprawnie czczą tém nazwiskiem. Najsłuszniéj zwać-by się on powinien tylko egoistą.
Człek to stary, czerwononosy, siwy, ale żwawy jeszcze i rzeźwy, oczki ma szare, małe pod brwiami wzdętemi, zapalone i opasane czerwoną powieką napuchłą, usta nieco zwisłe i szerokie. Mimo swych pięćdziesięciu i przeszło lat, trzyma się prosto, udaje młodość, nosi się nie wykwintnie, lecz czysto, gardzi jednak modą jak śmiesznością.
Filozofia jego zależy na tém, żeby niemiłosiernie pędzać, ganić, prześladować wszystko, co w jakikolwiek sposób da się kwalifikować uczuciem, słabością, obłąkaniem, przesądem i t. p. Niéma przedmiotu, do którego-by uczepić nie potrafił wykrzykników krytyki swéj, pełnéj cynizmu, a rzadko nawet dowcipnéj. Dla niego wszystko jest śmieszném — i wstyd młodych panien, i rumieńce młodego chłopca i łzy po stracie czyjéj, i wesoła zabawa; ma bowiem stałe postanowienie utrzymywać się w swéj roli recenzenta wszystkich czynności ludzkich, wszystko sprowadza z jego ust dyatryby, ucinki, szyderstwa, bardziéj malujące jakąś złość zazdrosną, niż myśl potężną. Wszystko mu szkodzi! a najbardziéj jednak, gdy w towarzystwie nie dość uważają na niego, nie dość go szanują, nie dość go słuchają i cenią. Wówczas to dopiéro z wystrzałami swego cynizmu z uwielbieniem stanu natury, z maksymami o szczęściu bydląt, wyjeżdża tryumfalnie. Znajdzie słuchaczy, a krzycząc coraz głośniéj, wśrubuje się nawet w uszy niechętnym i obojętnym a grzecznym. Kobiety boją się go jak ognia, muszą mu się nawet uśmiechać. Biedne istoty, które on tak nizko ceni, tak po sułtańsku traktuje!
Nie chce on, nie umié, i z umysłu nie jest dla nikogo grzecznym, zdaje mu się, że filozofia jego na tém zależy, żeby na nikogo nie uważać, przed nikim się nie uchylić, nikomu pobłażania nie okazać. Jest-to rodzaj zuchwalstwa, taki, że w oczy gotów nasz filozof prawić najsroższe rzeczy przytomnym, pewien, że jego filozoficzna sława, jego wielkość, postrach, jaki wraża jego język niewstrzymany, zasłonią go od odpowiedzialności — przytém wié, że stary i że starość ma swoje przywileje bezkarności.
Jednę to dopiéro stronę filozofa pokazaliśmy, z téj strony widzim tylko skoncentrowany egoizm, działaczem jedynym. Pobłażanie ludzi otaczających rozwija w nim naturalną skłonność ku gderaniu i poniewieraniu wszystkiém; stracone życie, zawiedzione nadzieje, utopione żądze wywyższenia się wzbudzają ten zapał Don-Kiszoteryi przeciw wszystkiemu, walki z całym światem lepszym, piękniejszym, szczęśliwszym, niż on się czuje.
Takim się on między ludźmi okazuje, lecz w bliższych stosunkach, w inny sposób rozwija się jego filozofia, a raczéj egoizm monstrualny. W domu, jest on czystém dziecięciem natury, jakiém-by go miéć chcieli najzapaleńsi naturofile XVIII w., to jest bydlęciem i nic więcéj. Nie myśli nigdy o swéj duszy, o czémś wyższém, lepszém, wznioślejszem, nic go nie zajmuje prócz ciała, brzucha i nasycenia zmysłowych chuci. Jest-to tyran najsroższy w domu, wszystko tam jemu tylko służy, żona i dzieci (jeśli ich ma), słudzy, krewni, goście. O zwyczajnéj godzinie musi być podaném jadło, napój, musi być wygrzane łóżko, wylecona kąpiel, nałożona fajka — okropne burze, gdy mu co chybi. Sługa chory! co mu do tego. Noc, słota, boleść, nic u niego nie wymawia najlżejszych uchybień w usłudze koło jego osoby. Czci on siebie tak wysoko, że niéma bezprawia, któreby kładł w równi z obrazą swego żołądka i swoich wygódek zakompromitowaniem.
Takiego to dziwaka, egoistę zowią jednak filozofem i boją się go i służą mu nawet obcy. A jednak bydlę to tylko z twarzą ludzką, i gdybym klasyfikował ludzi, położyłbym go najbliżéj stanu natury, któren wielbi przy samym barłogu wiernego ucznia natury — wieprza. Jednakże nasz wściekły egoista nie jest całkiem głupi, nie, — dał się tylko opętać swemu cielsku, i służy mu duszą. Od czasu jak począł swoje bydlęce życie, nie czyta, nie myśli, tylko je i trawi. Wszystkie uczucia szlachetniejsze, uczucia piękności, cnoty, poświęcenia, uważa za głupstwo. Jego przysmak wieczorny lub śniadaniowy więcéj znaczy dla niego, niż losy świata i ludzi, oddałby swoję nieśmiertelność duszy, za dobry beefsteak, lub smażone rydze. Sąsiedzi uważają naszego pana za cudo mądrości i dowcipu, wielbią, czczą go, unoszą się nad nim, przyjmują go, poją, karmią, słuchają niegrzeczności jego, za cukier i miód przyjmują jego żarty i ucinki za dowcip najpierwszéj próby.
Tymczasem nasz bohater maskuje się bardzo zręcznie, aby się z próżną głową swoją nie wydać; złość u niego zastępuje naukę i dowcip. Ale przez urywkowe zdania, koncepta, żarty, nie ujrzysz, co tam dzieje się w jego głowie, nie pojmiesz jego wiary i sposobu myślenia, często bowiem nawet złapiesz go na sprzecznościach z sobą samym. A to nowy fenomen, nasz bohater jest komiczną opozycyą; kiedy więc kto z jego własném zdaniem wyjdzie na plac, będzie go zbijał, jedynie dlatego, że niewolno nikomu w jego obecności miéć racyi. Nie cierpi téż naśladowców swoich, chce tylko sam jeden być oryginalnym, wielkim! najmniejsze współzawodnictwo niecierpliwi go i pobudza do wojny.
Taki człowiek rzadko się lub nigdy w nowych towarzystwach nie pokazuje; lubi tylko swoich, przywykłych, swój albo pobłażające mu sąsiedzkie domy; obcy ludzie go męczą, bo wobec nich czuje jakiś wstyd, jakąś niepewność siebie, jakieś wahanie się, nim się ośmieli wykryć ze swoim egoizmem; zmyślać zaś inną postawę do okoliczności, uledz, pochylić się nie potrafi. Boi się także, aby go nie poznano, boi się trafić na podobnego sobie; boi się, czując słabym, aby się nie dał zaćmić.
Chcesz-li lepiéj jeszcze poznać starego egoistę, wejdź do jego mieszkania, tu się odmaluje człowiek w téj skorupie, jaką sobie uczynił. Znajdziesz u niego w domu wszystko do wygody, nic dla oka i dla duszy; wszystko wygodne, nic pięknego, żadnéj książki, obrazu, żadnego nawet wyszukanego przedmiotu, któryby wydawał człowieka z uczuciem wykształconém, ze smakiem. Będą tam tylko wszelkich form, do poobiedniego trawienia, fotele, choć stare i odarte; łóżko wysoko i miękko usłane; choć w szaréj alkowie, gdzie jednak niéma przeciągu, wilgoci; — kominek, podnóżek, kanapa, ale mury będą brudne, okna nie myte i nic tu coby służyło ku wygodzie serca, żadnéj pamiątki, żadnéj ciekawości, żadnéj fantazyjki, żadnego dowodu tych umysłowych namiętności, które według mnie, zawsze są w człowieku oznaką czynną niepróżnującéj duszy.
W domu naszego starego, żadnego wdzięku; wszystko stare, czarne, brudne, choć wszystko wygodne, i to tylko, do czego już on nałogowo przywykł. Zdziwisz się, gdy ci powiem, że widziałam tego rodzaju ludzi, którzy, mimo swego zeźwierzęcenia, w domu żyli najniewygodniéj. Temu była inna przyczyna, egoizmu przemyślnego, myślącego o jutrze, bojącego się wydatków i drżącego nad niedostatkiem, jaki przyjść mógł kiedyś... Z dwojga jedno woleli przecierpiéć, a być spokojni, że i jutro tyle miéć będą co dzisiaj, niż zjeść przyszłość swoję. To tylko uczynić potrafią ci, którzy nie dbają o jutro i o siebie.

III.

Półuczeni są ciekawym typem wszędzie, po całéj Europie znajomym, lecz rozumiem, że nigdzie ich tyle, co u nas. Zdarzyło mi się spotykać ich tak gęstemi masami, że to było prawdziwie zastraszającém; w niektórych okolicach, są całe familie półuczonych, dziedzicznie sobie podających tradycyą półuczoności. Rodzą się oni tam i wzrastają szczęśliwie, wśród zdumionego obywatelstwa, poklaskującego im z cicha i z uszanowaniem.
Są to pospolicie ludzie średniego wieku, jeszcze młodzi, lub chcący za młodych uchodzić, wyszli oni ze szkół, czasem nawet z uniwersytetu, z bardzo szumnemi świadectwy, które po większéj części winni są dobréj tylko pamięci. Lecz dobra pamięć tak często łączy się z talentem i tak go naśladuje czasem, że uczniowie, co tylko ją mają, wychodzą ze szkół pełnemi nadziei subjektami. Podniesieni w dumę pochwałami, nagrodami, podziwem współuczniów, przyjaźnią nauczycieli, uklepawszy nieco wierszydeł w szkołach, wchodzą w życie uniwersyteckie, którego okruszyny uczone do nich przylegają, w towarzystwie ludzi uczących się i uczonych nabierają wiadomości niektórych potocznych i z niemi, a z wyuczonemi na pamięć lekcyami, występują na świat.
Sława ich uprzedziła na świecie; wszyscy witają ich wdzięcznie jak nadzieję, ciekawie oglądają, czekają, pytają — czekają i czekają — nic i nic.
Ci zaś panowie, siadłszy na wsi, polują, grają, piją, a nadewszystko kochają się, bo powiedziawszy sobie, że mają w duszy poezyą, pierwszy z niéj użytek czynią namiętności dogadzając. Trzeba wiedziéć, że półuczonych niezbyt nauka bawi, zda im się, że jéj zapas dostateczny na całe życie ze szkół wynieśli, z nudy tylko ostatniéj biorą książkę, do ręki; i to lekką a zabawną, szukają powierzchownych, encyklopedycznych o wszystkiém wiadomości, aby niemi cokolwiek swój ładunek odświeżyć i dopełnić, co zwietrzało. Kiedy wreszcie przyjaciele, blizcy sąsiedzi radzą co pisać, kiedy wypytywać poczną, czy czego nie pisze, nad czém pracuje, półuczony pociera czoło i od niechcenia odpowiada:
— A wistocie pracuję — pracuję! — Lecz czyż teraz warto się temu poświęcić! literatura stoi na tak nizkim stopniu. — Albo:
— Tyle mam zatrudnień, tyle interesów na głowie! niepodobna znaléźć chwili wolnéj. — Albo jeszcze:
— Prawdziwie nie chcę się mięszać do literatury, trzeba-by się jéj całkiem oddać, a tu tyle jest przeszkód! A potém ludzie tak są niewdzięczni!
Ta niewdzięczność jest im wymówką. Snać jeszcze na wdzięczność nie postarali się zasłużyć. Naówczas gdy to wyrzecze pseudo-uczony, stary jaki jegomość odzywa się: — A przyszłość?
Półuczony udaje, że o nią nie dba, ramionami rusza.
Ciekawa to rzecz widziéć go w ręku literatów z profesyi. Jest to najzabawniejsza w świecie komedya, żaden złodziéj przed sędziami nie może się lepiéj wywijać i pocić, aby się ze zbrodnią nie wydał, jak półuczony poci się i trudzi, aby się nie pokazał ze swoją, w jakimkolwiek przedmiocie, niewiadomością. Szarpany na wszystkie strony, zapytywany, łechtany, skubany, wychodzi najczęściéj zwycięsko, lekko i pogardliwie nauki traktując, udając wyższość pogardą rzeczy, których nie pojmuje.
Lecz za to jaki tęgi i śmiały, gdy między nieuków wpadnie! Wówczas to literaturę i nauki wynosi i śmiało się oświadcza, że im życie poświęcił. Jest to jakby inszy człowiek, zdarza mu się nawet wówczas podpaliwszy myśléć na swój rachunek w tych wielkich przypadkach, i odzywać się ze śmiałemi bardzo a szumnemi zdaniami, ale to tylko wówczas, gdy wie pewnie, że go słuchacze nie pojmą.
Pseudo-uczony, że sam nic nie pisze, uchodzi za wyrocznią krytyki na wsi. Jest-to rzecz osobliwsza, że zawsze ci, co sami nic nie piszą, a niby czytają, mają przywiléj krytyków i sami poniekąd niemi się sądzą. Pewni, że ich nikt nie zgłębi, bo nie dają się złapać na żadnym uczynku, sądzą i ćwiertują piszących, nie czekając ich zemsty, zupełnie tak jak wrona dziobie chodzące po ziemi stworzenie, pewna, że ona jéj nie odda, bo latać nie może; sądy tych arystarchów są enigmatyczne, najczęściéj kończą się dowcipném szyderstwem, a w głębi ich jest tylko złość i zazdrość. Trzeba albowiem wiedziéć, że półuczony nie pisząc, trochę zawsze zajrzy piszącym i talentu i sławy, nie ma jednak dość śmiałości, żeby się odważył wystąpić, może dlatego, że się nie czuje na siłach.
Półuczonego poznasz na wsi po tym najpewniejszym znaku, że się zawsze przed nieukami z nauką i niezrozumiałemi dla nich rzeczami odzywa. Jest to albowiem cechą ludzi, usiłujących paradować jakąś odrobiną, że występują przed takich tylko sędziów, których się nie boją i wówczas dokazują. Prawdziwie uczony nie skompromituje siebie i nie sprofanuje nauki, rzucając ją w oczy prostakom, bo wie przysłowie łacińskie (którego nie powiem).
Półuczony ma chwile zamyślenia, ma kaprysy, lubi, aby go zwano oryginalnym, i sądzi się być judex natus sztuk pięknych, wyrocznią w rzeczach smaku. Ma to niby za przymiot wrodzony; to téż z nieporównaném zuchwalstwem będzie sądził obrazy, posągi, budowy, zawsze jednak oglądając się, aby tego w oczach prawdziwego znawcy nie uczynić. Jeśli wszakże zdarzy mu się (co rzadko bywa) trafić nieszczęściem na znawcę, który go refutować zacznie, półuczony śmiało go zakrzyczy i zagada, za oczy wyśmieje broniąc siebie (choć o sobie wątpi), a zapobiegając, aby to nie zostawiło złego wrażenia i nie złamało uroku jego wysokiéj mądrości, w którą tak wierzą poczciwi sąsiedzi.
Daléj starzejąc się półuczony, coraz gorzéj tępieje, schodzi on z roli organisty-nieuka, na rolę pozytywka, który tylko to powtarzać umié, co w niego przed laty włożono. W jego towarzystwie usłyszysz zawsze też same powieści, też same sądy, mowę o tych samych dziełach; nie czytając nowych i nie czytawszy wiele, nasz półuczony ma w pamięci kilku wybranych pisarzy, których cytuje wszędzie i zawsze i do wszystkiego. W końcu staje się to tak nudném jak jednostajne klapotanie kół młyńskich, a jednak dobroduszni sąsiedzi powiadają:
— Co to za uczony człowiek! co za szkoda, że starzeje!
A inni:
— Tęga to głowa, szkoda, że nie pisał!
Każdy to uważał, że podobni ludzie stają w literaturze na jakimś punkcie, z którego daléj nie chcą, czy nie mogą się ruszyć. Jest-to tak właśnie jak podróżny, co nic doszedłszy wierzchołka góry, siada, ogląda się i wytłomaczy sobie, że już z wysokości nicby więcéj i lepiéj nie widział. Półuczony staje także, czy to na punkcie nauk szkolnych, czy to na chwili, w któréj ostatni jego abonament się skończył, i z tego miejsca już się ani rusza, resztę późniejszéj literatury mając za fatałaszki, jak zegar, co zawsze jednę bije godzinę, on zawsze jedno powtarza. Nie może się inaczéj przed sobą i przed ludźmi tłómaczyć tylko wzgardą dla reszty, to téż co przechodzi granice jego uczoności, jest dla niego rzeczą niewartą nauki! Najgrubsza niewiadomość już go daléj nie wstydzi; gardzi i pluje na to, czego nie zna, żeby nie był obowiązany uczyć się i poznawać.
Dnia 20 września 1839. Omelno.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.