Oświęcim - pamiętnik więźnia/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Halina Krahelska
Tytuł Oświęcim - pamiętnik więźnia
Wydawca Wydawnictwo Komisji Propagandy Biura Informacji i Propagandy KG AK
Data wydania 1942
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
VII.

Praca. Wiem, że bardzo ważne jest napisać porządnie o pracy internowanych, przy której i w związku z którą umarło i umiera tyle ludzi.
Nie trzeba tego tak rozumieć, że sama praca, jako taka, zabijała ludzi. Zwłaszcza dla ludzi zdrowych i przyzwyczajonych do fizycznego wysiłku — tak ciężkiej pracy w obozie nie było. Powiedziałem zresztą, że umierają ludzie przy pracy i w związku z pracą i to jest ścisłe, bo zabija nie sama praca, a praca w związku ze złym odżywianiem, przeziębianiem się i t. d. Właściwie w okresie kwarantanny, gdy nas jeszcze nie dopuszczają do żadnej pracy, wszyscy się do niej wyrywamy. Bo wydaje się, że skróci to nieograniczony czas pobytu w tej przeklętej kaźni, oderwie myśl, stworzy jakąś ulgę. Zwłaszcza silni, dobrze zbudowani, rozrośnięci mężczyźni, o wyrobionej muskulaturze, przyzwyczajeni do ciężkiej pracy fizycznej, upatrują w tej pracy sposób umożliwienia sobie przetrwania w obozie. Ale te oczekiwania i nadzieje zazwyczaj kończą się wielkim rozczarowaniem, gdyż praca — jak wszystko w obozie koncentracyjnym — najeżona jest najprzeróżniejszymi szykanami, udręczeniami i nieraz poprostu męczeństwem.
Właściwie zasadniczym przekleństwem tu jest, że praca nasza /niezależnie od rodzaju/ odbywa się pod kontrolą specjalnych dozorców, mianowanych spośród więźniów i noszących szczególny tytuł ”capo” /czytać: kapo, z włoska głowa/; tytuł ten przywędrował tu z niemieckich /a zapewne i włoskich/ obozów koncentracyjnych, bo zdaje się Włosi przodowali w tym ohydnym wynalazku. W mojej sztubie był człowiek, który przed Oświęcimem zdążył już być w jednym z niemieckich obozów koncentracyjnych, jego też opowiadaniom zawdzięczam pewną możność porównywania. Otóż w Oświęcimiu tak jak i w niemieckich obozach koncentracyjnych we właściwej Rzeszy urząd ”capo” obejmują zasadniczo Niemcy.
Tu muszę nadmienić, że w Oświęcimiu początkowo byliśmy sami chyba Polacy. Po pół roku mniej więcej przywieziono Niemców-więźniów i tych umieszczono w odrębnym bloku. Wśród nas zaś siadywali i dzielili nasz los t. zw. volksdeutsche, jeśli ich tu za jakie winy zesłano. Niemcy internowani nie wychodzili do pracy. Kolega, który znał obóz w Niemczech, opowiadał, że tam SS gnębiła Niemców nie mniej, jak Polaków. Tu u nas w Oświęcimiu — ze zrozumiałych względów — SS-mani nie mogli sobie na to pozwolić. W niemieckich obozach obowiązki starszyzny pełnią podobno często polityczni. W Oświęcimiu urząd capów powierzono przeważnie Niemcom-kryminalistom. Rozróżnia się to według koloru trójkątów, naszywanych na ubraniu więźniów. Polityczni i my wszyscy Polacy mamy czerwone trójkąty.
Godność zastępcy ”capo”, zwanego ”untercapo” /pod-kapo/ powierzono w Oświęcimiu Polakom. Taki ”untercapo” ma pod sobą 20 więźniów, podczas gdy ”capo” około 100. Wybierają oczywiście ludzi dobrze władających językiem niemieckim, a więc z natury rzeczy trafiali się tu Ślązacy. Stąd może pochodzić, że zwalniani z Oświęcimia często mówią o złym zachowaniu się więźniów ze Śląska, a raczej — niesłusznie uogólniają fakty jednostkowych podłych i niegodnych wyczynów Polaków tej dzielnicy. Przez dłuższy czas do Oświęcimia przywożono tylko Polaków ze Śląska i z t. zw. ”Generalnego Gubernatorstwa”. Z Pomorza i Poznania nie widać było ludzi, wysyłali ich wgłąb Rzeszy.
Jeżeli zaś chodzi o Ślązaków, to np. ja na jesieni r. 1940 zastałem na stanowiskach ”capo” /lub może zastępców/ ludzi ze Śląska, jak się zdaje, wybranych spośród więźniów kryminalnych z tej dzielnicy. Potem zaś mianowano już spośród ogółu więźniów, gdy się który wydał odpowiedni.
Trzeba zrozumieć, jaką tu rolę odgrywa znajomość niemieckiego języka. Ja sam po niemiecku prawie nic nie rozumiem, dopiero w Oświęcimiu nauczyłem się znaczenia kilkunastu, paru dziesiątków wciąż powtarzanych wyrazów. Mogę więc z własnego doświadczenia stwierdzić — i to się pokrywa z opinią wielu więźniów, w tym samym, co ja położeniu, — że nieznajomość tego języka dzieli nas odrazu jakby murem od naszych oprawców, od SS-manów. Zapewne, że łatwiej i prędzej — w złości — zatłuką na śmierć człowieka, który nie rozumie rozkazu, nie potrafi odpowiedzieć itp. Ale ileż rzeczy oszczędzone nam jest, gdy nie rozumiemy powodzi słów w tych wstrętnych gardłowych wrzaskach; w iluż wypadkach — gdy musi iść ten znający język — my, masa pozbawiona tej znajomości, pozostajemy na miejscu. Natomiast Ślązacy lub też wogóle ludzie z zachodnich dzielnic, poprzez sam fakt mówienia po niemiecku, odrazu wyodrębniają się jakby z tłumu, uzyskują bezpośredni dostęp do władz i choćby byli najprzyzwoitszymi Polakami — stają się jakimś ogniwem pośredniczącym między niemiecką władzą obozową a nami, polakami, więźniami. To samo co do ”capów” stosuje się również do więźniów mianowanych ”starszymi” sztub i bloków, dalej — pisarzami lub sekretarzami bloków. Oczywiście zawsze są to tylko ludzie dobrze mówiący po niemiecku.
Podobnie jak unter-capowie starszyzna sztub i bloków otrzymuje z rąk Niemców swój ”urząd”, swoje funkcje. Muszą się wykazać należytą sprawnością, gdyż sami są więźniami i każdy z nich, gdy się nie podoba SS-manowi, otrzymuje nie gorzej od nas w twarz, kopniaka butem; może podlegać każdej karze: chłosty, ”słupka” itp. więc boi się, unika, wysługuje cię władzy. Pozatym z tytułu ”starszeństwa” i ”capowstwa” mają ci ludzie pewne przywileje, np. dowolna porcja zupy, chleba, lepsze posłanie, bo ja wiem, co jeszcze bywa? I to jest też nie do pogardzenia. Nie brak też zapewne i takich obliczeń, że jeśli się dobrze zasłuży, może uzyskać łatwiej zwolnienie. To są te wszystkie okoliczności, które sprawiają, że starszyzna z więźniów i capowie szybko się demoralizują. Więc: męczą więźniów wymaganiami nadmiernego wysiłku; biją; wnoszą niekiedy sami o przedstawienie więźnia do kary ”protokularnej”. /O karach w lepszej chwili będę pisał szczegółowo./
Rodzaje pracy są różne. Najlżejsza i najbardziej pożądana jest praca w kuchni. Obieranie kartofli, zmywanie kuchennych naczyń. Swoje manażki i kubki więźniowie sami zmywają. Osobiście nie pracowałem w kuchni. Nie upiekło mi się. To zależy od przypadku! Za czas mego pobytu tam jeden więzień od początku do końca trwał przy tej pracy. Inni — zmieniali się. Wszyscy oczywiście tę pracę raczej chwalili. Praca w ciepłym pomieszczeniu, w dużej mierze siedząca. Od wielu ”kartoflarzy” słyszałem, że i capowie kuchenni naogół bywali znośni. Jeden tak mi to tłumaczył: ”Wiesz? W cieple, — to żarcie sobie paruje! — a chce, to w każdej chwili coś wsunie — to jemu i na złość się nie zbiera!” — Dobre to jest wyjaśnienie.
Inne prace — niekoniecznie wszystkie ciężkie, ale też często zabijające swą bezmyślnością. Zresztą poganianie, ciągłe bicie, śrubowanie wysiłku, nastawianie capów na tresowanie więźniów, na obrzydzenie im życia — wszystko to sprawia, że właściwie każda praca jest nieznośna. Zwłaszcza, że do pracy wyganiają nas w każdą pogodę: deszcze, śnieg, chłód.
Najcięższe, oczywiście, są prace budowlane, zresztą sprowadzające się dla nas raczej do gromadzenia, ściągania, noszenia materiałów budowlanych dla zamierzonej w okolicy niemieckiej fabryki lub innych budynków. Materiały budowlane są ciężkie i bez żadnej miary bywają ładowane na człowieka. Warto tu nadmienić, że jeśli praca ta wypadnie więźniom, będącym w kompanji karnej, muszą ją nadto wykonywać biegiem. A — wogóle — poganianie tempa przy tej lub innej pracy, zależy przecież od widzimisię, humoru, temperamentu itp. dozorcy. Tu naprawdę nieszczęśliwi są i gęsto składają swe życie w ofierze ludzie słabsi, starsi, a również ci zgoła nie przyzwyczajeni do żadnej fizycznej pracy. Niezręczność, niesprawność fizyczna biednych naszych uczonych, profesorów, księży, adwokatów — wyprawia ich w obozie o niesłychane codzienne męczeństwo. Bo u młodych zwierzaków niemieckich, którym cały intelekt wegnano w mięśnie nóg i rąk — każdy niezręczny, niezaradny ruch więźnia, każde potknięcie budzi nieopisany szał wściekłości. Bardzo często zabijają w takim wypadku na miejscu lub też stłuką tak, że człowiek musi w najkrótszym czasie życie zakończyć. Widziałem raz sam zdaleka, jak biegł z cegłami starszy, chudy, wysoki więzień, /zdaje się był to inżynier/; zresztą nie wyglądał wcale na niedołężnego. Ale zdarzyło mu się poślizgnąć w biegu i upadł, rozsypując cegły. SS-man dopadł z błyskawiczną szybkością leżącego i uderzeniem buta w skroń zabił go na miejscu. Takich wypadków zdarza się bez liku.
Do najcięższych prac należy też t. zw. wałowanie terenu. Do walca, za pomocą którego się to wykonywa, zaprzęgani są sprzodu więźniowie; na walcu przytwierdzony jest rodzaj siedzenia, na którym siedzi capo, dozorujący tej pracy. Teren obozu, podlegający wałowaniu, wysypany jest, jak już wspomniałem, bardzo ostrym żwirem, szutrem. Chodzi o ugniecenie tego szutru. Przy tej pracy więźniowie miewają nogi poranione i poobdzierane do krwi, a że nie dają ich leczyć, ani nawet porządnie umyć, u wielu wywiązywało się ropienie, gnicie i gangrena.
Capo zajmuje się przez cały czas tej bardzo forsownej pracy ludzkiej dzikim wrzaskiem i waleniem po więźniach bykowcem lub kijem. Przy tej pracy, z istoty swej wymagającej wielkiego wysiłku, pada i ginie bardzo wielu więźniów. Póki byli w obozie Żydzi /grupa ich, szczególnie dręczona, szybko wymierała i bodaj już teraz całkiem wymarła/, to używano Żydów do tej pracy, ale nie samych tylko Żydów, również — księży. Przy tej okazji nadmienię, że chcąc dokuczyć księżom, Niemcy lokowali ich w bloku razem z Żydami. Jak tam inni księża sobie radzili, to nie wiem, ale był w Oświęcimiu ksiądz Marian Morawski, który zasłynął w całym obozie jako ”święty”: tak wspaniałe, tak bohaterskie i zarazem tak głęboko chrześciańskie i ludzkie było jego zachowanie. Choć pracował on razem z Żydami przy wałowaniu drogi i dręczony był, poniewierany, bity, jak Żydzi, człowiek ten ani na chwilę nie utracił pogody ducha; z twarzy nie schodził mu łagodny uśmiech, miał dla każdego z towarzyszy niedoli słowa współczucia i otuchy. Wieczorami, w sztubie, zajmował się nieustannie najbardziej umęczonymi i udzielał im wszelkiej pociechy. Wpływ tego człowieka na więźniów był ogromny. Do końca życia też wytrwał w tej postawie. Oprawca zabił go podczas pracy uderzeniem zgóry w głowę.
Męczące — bo głupie i bezcelowe — były takie prace, jak np. wybieranie kamyków z drogi; przenoszenie kamieni z miejsca na miejsce; kopanie do niczego niepotrzebnych dołów, które bardzo często wkrótce kazali znów zakopywać. Rozumieliśmy, że nie idzie tu naprawdę o wykonanie jakiejś pracy, tylko o to, by zmuszać nas do całodziennego, zawsze niewspółmiernego do naszych sił i do żywienia wysiłku, by torturować przy tej sposobności i trzymać w stałym napięciu. Tymbardziej, że nawet ciężko chorzy musieli wychodzić do pracy. Sądzę, że nadzór nie gorzej od nas pojmował zupełną zbędność i bezcelowość niektórych wykonywanych w obozie prac. Ale to nie przeszkadzało: wymagać, dopingować, bić, karać.
Czasami nie było pracy do wykonywania. Wtedy ustępowali capowie a przejmowała nas grupa dozorców. Zaczynały się ćwiczenia ”gimnastyczne”, o których już pisałem. To bywało nieraz jeszcze cięższe do wytrzymania!
Capowie, poza całkowitą, nieograniczoną swobodą bicia więźniów, którą sobie przyswajali od chwili objęcia ”urzędu” — nie mieli prawa osobiście przedstawiać więźnia do t. zw. protokułu czyli kary protokularnej, regulaminowej, o charakterze i wysokości której decyduje komendant obozu. Ta sprawa musiała iść od capo do SS-mana i ten dopiero posuwał ją dalej. Jedynym przywilejem ciężko pracujących była zwiększona racja chleba /3 razy w tygodniu po 1 kg./



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Halina Krahelska.