Nowy zwrot wśród fermerów amerykańskich/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Edward Abramowski
Tytuł Nowy zwrot wśród fermerów amerykańskich
Pochodzenie Pisma. Pierwsze zbiorowe wydanie dzieł treści filozoficznej i społecznej.
Tom I
Data wydania 1924
Wydawnictwo Związek Polskich Stowarzyszeń Spożywców
Druk R. Olesiński, W. Merkel i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Całe Pisma ekonomiczne
Pobierz jako: Pobierz Całe Pisma ekonomiczne jako ePub Pobierz Całe Pisma ekonomiczne jako PDF Pobierz Całe Pisma ekonomiczne jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


NOWY ZWROT WŚRÓD FERMERÓW AMERYKAŃSKICH.[1]

W chwili obecnej Stany Zjednoczone są widownią ważnych zjawisk społecznych, mogących nam wyjaśnić niejedną ciemną stronę procesu rozwojowego społeczeństw nowożytnych.
Fermerzy łączą się z potężną partją roboczą — „rycerzami pracy“, dla wykonania wspólnego ataku na uciążliwy dla nich porządek rzeczy; przeszło 6 miljonów zorganizowanej ludności, niewidziana dotąd siła społeczna rozpoczyna walkę z „potęgą pieniędzy“, rzuca rękawicę prywatnym monopolom, spekulacjom, kartelom, jednem słowem całemu nowożytnemu kapitalizmowi.
Jest to fakt, którego dotąd nie widzieliśmy w dziejach ludzkości. Klasy zajmujące zupełnie odmienne stanowiska ekonomiczne, mające dotąd całkiem różne dążności, pojęcia i ideały, występują w zwartym sojuszu walczących sprzymierzeńców. Średnia i drobna własność, z ciasnym drobnomieszczańskim poglądem na świat, nieprzychylna wielkim kapitalistom tylko z zawiści konkurencyjnej, ze czcią najwyższą pielęgnująca ideały własności prywatnej i prywatnego wyzysku, ożywiona jedyną tylko namiętnością — podniesienia swych procentów i renty, naraz objawia dążności nowe; usiłuje podkopać stanowisko swych współzawodników-monopolistów, zagraża jednocześnie własnemu i walcząc o zwiększenie swoich dochodów, widzi się w konieczności przyjąć hasła najemników i stanąć w jednym z nimi szeregu. Indywidualiści do szpiku kości, z umysłem wypiastowanym w atmosferze purytańskiego dorobkiewiczostwa, zabarwiają swój sztandar kollektywizmem, znagleni potężnym biczem nowożytnego monopolu.
Ten radykalny zwrot klasy fermerskiej zaznaczony został urzędownie na kongresie waszyngtońskim 1891 r, a ogłoszony tamże program walki politycznej, mającej się odbyć łącznie z „rycerzami pracy“ w czasie kampanji wyborczej 1892 r., zaniepokoił i wzburzył umysły w Stanach Zjednoczonych.
Ażeby zrozumieć dobrze genezę i znaczenie tego zjawiska, musimy zapoznać się przedewszystkiem z naturą rozwoju gospodarczego Stanów Zjednoczonych.
Nigdzie produkcja kapitalistyczna nie przechodziła tak szybko swych faz rozwojowych i nie doszła do tak zupełnego zawładnięcia całością stosunków gospodarczych — jak w wielkiej rzeczypospolitej. Wpłynęły na to przedewszystkiem ogólne warunki właściwe wszystkim kolonjom. Pierwsze kapitały, które przybywały tam z Europy w XVI wieku, znajdowały odrazu przyjazny grunt dla szybkiego rozwoju. W kolonjach kwitła zupełna wolność ekonomiczna, nie było żadnych pęt feodalnych, monopolów cechowych, ciężarów i ograniczeń państwowych. Kapitał nie potrzebował, jak w Europie, zwalczać przeszkód wynikających ze starych form społecznych, a nie będąc niczem krępowany, mógł z całą swobodą odbywać nieskończony cykl reprodukcji, rozszerzać zakres działania, doskonalić sposoby fabrykacji, zajmować najdogodniejsze punkty, przenosić się z łatwością, zmieniać postacie i wszechwładnie panować na rynku miejscowym. To dawało mu ogromną przewagę nad kapitałem europejskim; był śmielszy, energiczniejszy, bardziej rozzuchwalony. Jeżeli w początkowym okresie produkcja, jaką prowadził, ograniczała się przeważnie do materjałów surowych dostarczanych przedsiębiorstwom metropolji, był to tylko wynik braku odpowiednich rynków miejscowych.
Nie dość tego; kapitał mając możność swobodnego rozwoju, miał także z czego czerpać swoje siły żywotne; olbrzymie grunty plantacyjne, kopalnie złota i srebra, cała masa dziewiczych bogactw natury — stały dla niego otworem.
Z drugiej strony, praca niewolnicza, dziś tak wstrętna dla burżuazji „humanitarnej“, stanowiła przewyborne narzędzie ciągnienia z robotników nadwartości. Niewolnictwo, którego zniesienie wymagało tyle krwi i deklamacyj filantropijnych, cieszyło się uznaniem ze strony tych samych „humanistów“, dopóki zawikłania produkcji towarowej i ciągle rosnący bezład rynkowy nie sprowadził perjodycznych przesileń. Dopiero wobec tych nowych warunków niewolnik, wymagający ciągłej hodowli, zaczął być ciężarem dla kapitalisty; dopiero wtenczas rozbudziły się w nim uczucia humanitarne i zamiłowanie do pracy wolnej, tak łatwo dającej się przystosować do zmiennej natury produkcji.
W początkowych jednak okresach życia kolonjalnego, wyciągano z niewolnictwa ogromne zapasy sił żywotnych, dopuszczając się strasznych nadużyć. Tresowanie całych zastępów łapaczy ludzkiego towaru, polowanie na nich z psami, gwałty, morderstwa, praca z kajdanami na nogach, wymaganie nadludzkich natężeń siły roboczej, wszystko to były środki powszechnie używane w produkcji nowego świata. W. Howitt, naoczny świadek tej gospodarki, wyraża się o niej w następujący sposób: „Barbarzyństwa i straszne okrucieństwa, dokonywane przez tak zw. chrześcijańskie szczepy we wszystkich częściach świata i ze wszystkiemi ludami, które one podbijały, nie mają nic równego sobie w dziejach świata, i żadnej innej rasy, chociażby najdzikszej, najnieokrzesańszej, w najwyższym stopniu niemiłosiernej i bezwstydnej“ (Colonisation and Chrystianity).
Taką była jutrzenka kapitału amerykańskiego, jego sielanka młodości; wyszedł on z niej „cały we krwi od stóp do głowy“, lecz zahartowany, silny, zdatny do potężnego rozwoju.
W miarę tego, jak ginęła tubylcza ludność barbarzyńska, wypierana przez coraz to większe fale emigracji europejskiej, tworzył się rynek wewnętrzny, powołując do życia przeróbcze fabrykacje miejscowe, rozwijały się kapitały przemysłowe, już nietylko w zakresie produkcji surowych materjałów, zależnej od metropolji, lecz i w samodzielnych przedsiębiorstwach gotowych przedmiotów użytku.
Szybki wzrost techniki wytwórczej, bogactwo miejscowych materjałów, (bawełny, węgla, żelaza i t. d.) sprawiły, że przemysł amerykański nietylko na miejscowym rynku z powodzeniem rugował towary europejskie, lecz i na wszechświatowym zdołał wywalczyć sobie stanowisko poważne.
W okresie od 1825 do 1880 r., kiedy ludność wzrastała w stosunku 1:2:3:4½, bogactwa krajowe rosły w stosunku 1:2:6:11:13½ (Stiebeling: Die Wirtschaftliche Entwickelung der Vereinigten Staaten).
Temu wzrostowi bogactw odpowiadało ciągłe rozszerzanie się przemysłu, liczebny wzrost kapitałów działających w produkcji. Kiedy jeszcze w r. 1870-ym stosunek pracującej do całkowitej ludności kraju przedstawiał się jak 100:308, to już w r. 1880-ym był jak 100:288. Liczba mężczyzn, zajętych w przemyśle przez te 10 lat wzrosła o 149%, liczba zaś kobiet o 317%.
Jednocześnie z tem mnożeniem się kapitału i rozszerzaniem zakresu jego działania odbywał się równie szybko wewnętrzny postęp w organizacji produkcji. Rękodzielnicza forma ulegała szybkiemu rozkładowi. Doskonalenie narzędzi pracy pojawianie się coraz to nowych maszyn i systemów wytwarzania, wywoływały ciągły wzrost produkcyjności pracy; w r. 1870-ym producent wytwarzał przeciętnie wartości za 1,469 dolarów, w r. 1880-ym za 1,798 dolarów, t. j. o 22% więcej.
Pociągało to za sobą zmiany w organizacji przemysłu; udoskonalone przedsiębiorstwa, stosujące najnowsze zdobycze wiedzy technicznej, dążyły do wszechwładztwa na polu produkcji; maszyna rugowała ręczne warsztaty, nowa maszyna lub nowy system fabrykacji rugował stary. Konkurencja między temi różnemi formami produkowania prowadziła z konieczności rzeczy do ciągłego koncentrowania się kapitałów i bogactw. Tylko wielki kapitał mógł posiadać fabryki, maszyny, stosować nowe wynalazki, iść za postępem nauki i wymagań rynkowych; to mu dawało zupełną przewagę nad mniejszemi konkurentami i przywilej najstosowniejszego. Taniością produktów, reklamą, wielkim zakresem działania, zwyciężały wielkie przedsiębiorstwa, wywołując zjawisko koncentrowania się kapitałów. Biorąc tylko jedno dziesięciolecie, już spostrzegamy ten olbrzymi proces koncentracji: w r. 1870-ym było warsztatów 252.148 z kapitałem stałym 1.694.567.008 dolarów, t. j. na 1 warsztat — 6.721 dolarów; w r. 1880-ym było warsztatów 253.882, t. j, wzrosło o ½% z kapitałem stałym 2.790.272.600 dolarów, t. j. na 1 warsztat — 10.993 dolary, czyli o 64% więcej (Stiebeling). Jeszcze dobitniej występuje to przy badaniu oddzielnych gałęzi produkcji. Tak np. w szewstwie ilość warsztatów zmniejszyła się o 23%, koncentracja kapitałów wzrosła o 81%. W produkcji narzędzi rolnych, ilość warsztatów zmniejszyła się o 7%, koncentracja kapitałów wzrosła o 138% w przemyśle stalowym i żelaznym — ilość warsztatów zmniejszyła się o 72%, koncentracja kapitałów wzrosła o 427%. Koncentracja z wielką produkcją maszynową zagarnęła już prawie wszystkie gałęzie przemysłu: nawet takie jak szewstwo lub krawiectwo, które w Europie w znacznej części utrzymują się jeszcze na poziomie drobnego rzemiosła, tam zostały ujęte w systemat fabryczny, są prowadzone przez wielkich przedsiębiorców.
Handel także nie pozostał wolnym od wpływu tej koncentracji. New-York, Filadelfia, Chicago, posiadają olbrzymie magazyny, obsługiwane przez tysiące subjektów, (dom Wanamaker w Filadelfji ma 3.800 urzędników) i po 150 miljonów franków rocznego obrotu mające (jak np. dom Steward w New-Yorku). Nawet piwiarnie samodzielnie istniejące są tylko filjami wielkich browarów.
Wyższość zcentralizowanego handlu nad drobną rozprzedażą, polegająca na potędze reklamy, doborze towarów, wielkich oszczędnościach w kosztach administracji, personelu, ruchu, grozi bankructwem masie sklepikarzy. Kiedy koszt brutto wielkiego handlu wynosi około 5%, drobna rozprzedaż pochłania na koszty przedsiębiorstw 20%, a przytem koszty te jeszcze wzrastają wskutek braku organizacji, cechującej wielkie magazyny.
Ciągle wzrastająca przewaga wielkich przedsiębiorstw, postępy techniki wymagające wielkiego zakresu działania, szkodliwe dla przedsiębiorców skutki wzajemnej konkurencji i anarchji rynkowej, wszystko to przyczyniło się do wyłonienia nowych typów gospodarczych — karteli i różnych spekulacyjnych trustów handlowych.
Olbrzymie siły społeczno-wytwórcze, które nowsza technika rozwinęła, wymagały nowych odpowiedniejszych form produkcji, w którychby swobodnie poruszać się i wzrastać mogły, wymagały przejścia z indywidualnej do kooperacyjnej formy, z pojedynczych konkurujących ze sobą przedsiębiorstw do stowarzyszania tych przedsiębiorstw.
Dążności te wystąpiły szczególniej silnie w ostatnim dziesiątku lat. Najprzód pojawiały się tylko czasowe połączenia kapitalistów w celu utrzymania pewnej określonej ceny lub ograniczenia produkcji. Były to stadja przygotowawcze, wykształcające tylko żywioły tej nowej rewolucyjnej siły gospodarczej. Stopniowo powstawały coraz to bardziej rozwinięte związki kartelowe, dążące do skupienia w sobie wszystkich procesów produkcji i obiegu. Kartele surowych materjałów i wyrobów fabrycznych zlewają się w jedną wyższą całość: w rękach jednego zarządu łączy się produkcja dobywająca, przerabiająca, i dostarczanie gotowych już przedmiotów użytku bezpośrednio nabywcom. Kartel ruguje klasę pośredników — kupców; zaciera różnicę między wsią a miastem, jednocząc w sobie na podobieństwo starożytnego oikosu wszystkie funkcje producentów i pośredników.
Proces kartelizacji może rozwinąć się jeszcze dalej: prowincjonalne i narodowe związki przedsiębiorców dążą do połączenia się ze związkami innych gałęzi przemysłu; konwencje wewnątrz-państwowe rozszerzają się na między-państwowe; jednem słowem — w procesie kartelizacyjnym nowożytnego kapitalizmu zarysowuje się coraz to wyraźniejsza dążność do zamienienia państwa w jednolity organizm gospodarczy. Jest to dążność czysto techniczna, zobaczymy jednak w dalszym ciągu, jak ta techniczna dążność wywołała odpowiednie sobie żądania klas społecznych i ze ślepej siły staje się świadomą, ludzką.
Jak szybko rozwija się forma kartelowa produkcji amerykańskiej sądzić można z ostatnich lat kilku.
W 1888 r, było 21 karteli, w 89 r. — 59, w 90 r, przybywa dwadzieścia kilka nowych. Procesowi temu podlegają coraz to nowsze gałęzie przemysłu. Dzisiaj już takie przedsiębiorstwa, jak żelaza, stali, narzędzi i maszyn rolniczych, papieru, soli, nafty, cukru, oleju, wyrobów szklanych, gazu i wiele innych, zostały skartelowane.
W ostatnich czasach pojawiają się nowsze: kartele kolei żelaznych, żeglugi parowej (konwencja amerykańsko-europejska komunikacji oceanowej) kartele przedsiębiorstw krochmalnianych, skórzanych, gumowych, pończoszniczych, granitowych, kartele wielkich młynów, browarów, kopalni węgla, fabryk tytoniowych i t. d.
Ażeby zrozumieć zasadnicze cechy tych nowych przedsiębiorstw kartelowych i ocenić ich doniosłość rewolucyjną w dzisiejszej produkcji, weźmy dla przykładu kartel naftowy. Produkuje on 3/4 nafty amerykańskiej; kraj cały uważa za swój rynek, którego potrzeby z góry określa i zaspokaja. Prowadząc zorganizowaną i racjonalną produkcję — usuwa wszelką niepewność sprzedaży, uniemożliwia pojawianie się kryzysów rynkowych dla swoich wytworów. Posiada on olbrzymie grunta ze źródłami nafty, rafinerje i własne magazyny sprzedaży cząstkowej rozrzucone po całym kraju. Ogólny zarząd prowadzi wszystkie czynności, a wszelkie ulepszenia techniczne zostają natychmiast wprowadzane do zakładów kartelu.
Taka organizacja przedsiębiorstwa podkopuje zasadnicze cechy gospodarki kapitalistycznej. Na miejsce chaosu rynkowego, walki konkurencyjnej, bezładnej produkcji wpadającej periodycznie w przesilenia, przedsiębiorstw podzielonych między różne kategorje nieprzychylnych sobie producentów (właścicieli ziemskich, fabrykantów, kupców), kartele wprowadzają nowe, nieznane dotąd czynniki. Produkcja zgóry określona, zastosowana zostaje do rzeczywistych potrzeb rynku; ceny są określone; wszystkie fazy przedsiębiorstwa (dobywanie materjałów surowych, przeróbka ich i sprzedaż) ześrodkowane w jednym zarządzie. Racjonalizm gospodarczy, zniesienie swobodnej konkurencji, wyrugowanie pośredników-kupców, zcentralizowana jednolitość produkcji narodowej — oto są dążności występujące coraz silniej w rozwijającym się ruchu kartelowym. Dążności te, wprowadzając na miejsce bezmyślnych zapasów indywidualnych — zorganizowaną spółdzielczość sił produkcyjnych, tem samem przekształcają życie społeczne i niszczą podstawy kapitalizmu.
Są to, jak zaznaczyliśmy wyżej, dążności nieświadome, dążności rzeczowej ewolucji, wypływającej z postępów techniki gospodarczej i niezliczonej masy różnych antagonizmów i zawikłań, jakie cechują dzisiejsze życie społeczne.
Lecz ta nieświadoma siła niszcząca powołuje do życia inne. Przedsiębiorstwa kartelowe są monopolem wielkich kapitalistów, a istniejąc w tej formie, tyranizują swoim uciskiem wszystkie inne klasy społeczne. Zapomocą swej ześrodkowanej gospodarki, umożliwiającej stosowanie wszelkich wynalazków technicznych i ulepszeń w systemach fabrykacji, podnoszą one w niebywałym stosunku wytwórczość pracy ludzkiej, czyniąc przez to zbyteczną całą masę dotąd zajętych rąk roboczych. Skutkiem tego klasa robotnicza przechodzi okres wielkiej doniosłości społecznej. Wyrzucane na bruk masy najmitów zwiększają ciągle zapasową armję proletarjatu — specjalny rodzaj poszukującego pracy włóczęgostwa; zależnie zaś od tego przekształcają się i bojowe stanowiska najmitów, pierzchają ich nadzieje osiągnięcia dobrobytu na gruncie istniejącego ustroju, wszczepiają się coraz silniej ideały nowego porządku. W taki sposób nieświadoma siła, nurtująca w postaci procesu kartelującego dzisiejszą produkcję, wywołuje i rozwija siłę świadomą — ludzką.[2]
Oddziaływanie tego nowożytnego kapitalizmu na klasę najemniczą przejawia się jaskrawo w Stanach Zjednoczonych. Wytworzył on dwumiljonowy tłum t. zw. włóczęgów bez zajęcia, którego jeszcze w 1860 r. nie było ani śladu; przytem przyczynił się w znacznej części do rozszerzenia wpływów socjalno-demokratycznych partyj na proletarjat amerykański.
Jaki jest ostateczny wynik ekonomiczny tego ewolucyjnego procesu w gospodarstwie społecznem, poucza nas krótka i jasna tablica, zamieszczona w kalendarzu „National Economist“ z zapytaniem „kto posiada kraj“ (oceniony w ogólnej sumie bogactw wyrażonych dolarami):

200 osób posiada wartość 4.000.000.000 dolarów
400 4.000.000.000
1000 5.000.000.000
2500 6.250.000.000
7000 7.000.000.000
20000 10.000.000.000

31100 osób posiada wartość 36.250.000.000 dolarów.

Innemi słowy: 3/5 całkowitego majątku Stanów Zjednoczonych (wynoszącego 60 miljardów dolarów) jest w ręku 2‰ części narodu.
Zobaczmy teraz, jak ten rozwój ekonomiczny oddziaływa na klasę fermerów i jaką drogą doprowadził ją do zajęcia razem z proletarjatem stanowiska rewolucyjnego.

II.

Przewrotowa rola wielkiego kapitału nie ograniczyła się tylko do sfery przemysłu. Zmiany, jakie on dokonał w rolnictwie, mają tem donioślejsze znaczenie, że wyjaśniają stanowisko i położenie fermerów.
Proces koncentracji, odbywający się w rolnictwie wytworzył właśnie te warunki, które zgnębiwszy ostatecznie tę klasę, zepchnęły ją raz na zawsze z drogi zachowawczej, po której iść usiłowała. Wskutek zmiennej polityki państwowej rozwój jej odbywał się mniej jednostajnie i szybko i nie zagarnął produkcji rolnej tak całkowicie, jak przemysłową. Raz protegowany przez państwo szafowaniem ziemi kompanjom kolejowym, to znowu tamowany tworzeniem homesteadów, zdołał on jednak doprowadzić do tego stopnia wielkie kapitały rolne, że mogły dyktować swoje prawa całemu rynkowi i rujnować rolę gospodarczą europejską.
Dla przykładu, jak szybko postępowała koncentracja w rolnictwie weźmy okres 1870—80.
W dziesięcioleciu tem ubyło: ferm 3-akrowych 37%, ferm 3—10 akrowych 22%. ferm 10—20 akrowych 14%, ferm 20—50 akrowych 8%.
Ogółem mniejsze fermy straciły przez te 10 lat — 11% ziemi; przytem zauważyć łatwo, że najmniejsze fermy największej uległy redukcji.
W tym samym okresie czasu, wielkie fermy wzrastały w następującym stosunku: fermy 50—100 akrowe wzrosły o 37%; fermy 100—500 akrowe — o 200%; fermy 500—1000 akrowe — o 378%; fermy większe niż 1000 akrowe — o 668%. (Stiebeling). Ogółem więc większe fermy powiększyły swą przestrzeń o 112%, przyczem najbardziej wzrosły największe fermy.
Proces ten odbywał się drogą zwykłej walki rynkowej. Wielkie kapitały rolne, stosując do gospodarstwa najnowszą wiedzę rolniczą, produkując przy pomocy maszyn i kooperacyjnego systemu pracy olbrzymie masy taniego towaru, wszędzie wychodziły zwycięsko. Złote czasy kilkusetakrowych właścicieli minęły bezpowrotnie. Do walki z niemi stanęli tacy potentaci ziemscy jak markiz Tweeddal, posiadający 1.700.000 akrów, Byron H. Evan — 700.000 akrów, ks. Sutherland — 425 tys. akrów, Wilhelm Whalley — 310 tysięcy akrów, Robert Tenant — 230 tysięcy akrów, Ellerhausen — 600 tysięcy akrów i inni.
Dawniej fermer, posiadając 500 akrów, mógł zbierać kapitały na tym kawałku ziemi, a na starość jako dostatni rentjer usuwał się do pobliskiego miasta i uciułany grosz wypożyczał na różne dobre interesy. Teraz wypiera go zewsząd wielka kapitalistyczna ferma, zalewając wszystkie rynki masami swej taniej bawełny i pszenicy.
Jako typ takiej postępowej fermy może służyć np. folwark koło miasta Casseltona położony, mający 30 tys. akrów. Przy żniwie jest tam zatrudnionych 400 robotników, przy włóczeniu 500 do 600 ludzi; folwark używa 250 par koni i mułów, 250 pługów, 115 żniwiarek i 27 młocarni parowych. Zbiór wyniósł 20 buszli z jednego akra, czyli 600 tys. buszli ogółem, a dochód czysty — 300.000 dolarów. Wszelkie najnowsze zdobycze wiedzy agronomicznej i techniki rolnej mają tu zastosowanie; gospodarstwo przybiera charakter wielkiej fabryki rolnej.
Lecz proces rozwojowy nie zatrzymał się na takim typie folwarku. Zjawia się dążność do zniesienia wzajemnej konkurencji, określenia cen i zupełnego zmonopolizowania rynku dla wielkich kapitałów. Powstają syndykaty rolne.
Związek przedsiębiorców opanowuje rolnictwo podobnież jak i produkcję fabryczną. Towarzystwa kolejowe posiadają 100 milj. akrów ziemi, centralizują w swym ręku produkcję i handel zbożowy. Syndykat angielski Nr. 3 w Texas ma 3 miljony akrów; holenderskie towarzystwo rolne w Nowym Meksyku — 4.500.000 akrów; angielski syndykat w Mississipi — 1.800.000 akrów; niemiecki syndykat rolny — miljon akrów; szkocki syndykat we Florydzie — 500.000 akrów; missuryjska kompanja rolna 165.000 akrów i wiele innych, posiadających setki tysięcy akrów.
Olbrzymie składy z elewatorami przerzucającemi na godzinę 8.000 buszli z kolei na okręt; młyny ze stalowemi wałami, mielące w przeciągu dnia taką ilość mąki, jaką duży młyn europejski z żarnami kamiennemi zmełłby zaledwie w ciągu całego roku; własne agentury handlowe, odnogi kolei żelaznych, gospodarstwo maszynowe, racjonalna kultura ziemi, wszystko to zapewnia syndykatom i towarzystwom rolnym zupełny monopol rynkowy, pozwala im ustanawiać ceny zboża, niszczyć wszelką konkurencję i dyktować prawa zgodnie z interesami wielkiego kapitału.
Wobec takich olbrzymów, jak mogli poradzić sobie fermerzy? Zanim zdołali wyprodukować i zawieźć płody swych ferm kilkusetakrowych już zastawali rynek przepełniony tanią pszenicą, bawełną i t. d. syndykatów i towarzystw kolejowych; a przytem agentury syndykalne, młyny, elewatory, koleje żelazne, gniotły ich wysokiemi cenami, często nawet bez ceremonji rugując ich towary ze sfery wymiennej.
Jednocześnie odbywał się inny proces. Monopol wielkiego kapitału doprowadził rynek zbożowy do przesilenia. Ogromny wzrost produkcyjności pracy i wydajności gruntów[3] wzrost spowodowany rozwojem wielkich zcentralizowanych przedsiębiorstw wytworzył dwa, wzajemnie na siebie działające zjawiska. Z jednej strony rynek przepełnił się niezmierną ilością pszenicy, bawełny i t. d.; z drugiej zwiększyła się niepomiernie liczba zbytecznych rąk roboczych, wypartych przez centralizację i ulepszenia techniczne. Wyrzucony na bruk przez kartele dwumiljonowy tłum włóczęgów utracił zdolność nabywczą; odpowiednio do tego zacieśnił się i rynek miejscowy. To samo odbyło się i na światowym rynku; europejska centralizacja przemysłowa, mnożące się kartele, niezależnie od tego pojawiające się przesilenia, wszystko to wyrzucało coraz to większe masy proletarjuszów, nikomu niepotrzebnych i nic kupować nie mogących. Doszło więc do tego, że wobec miljonowych mas głodnych, pszenica amerykańska nadaremnie wyczekiwała nabywców. Wielki kapitał doszedł do absurdu: wszystko zrobił, żeby jak najtaniej i jak najwięcej wytworzyć, a jednocześnie wyrzucił nabywców z rynku.
Tym sposobem zjawił się obecny kryzys rolny. Ceny ferm w przeciągu ostatnich lat dziesięciu spadły o 1/3; wywóz zboża, bydła, trzody, baranów, zmniejszył się w zatrważający sposób. Wywożono zboża w 1881 r. za 730 miljonów dolarów, w 1882 r. za 500 milj. dolarów, w 1879 r. wywieziono 79.129 świń wartości 700.262 dolary i 251.000 baranów wartości 1.082.000 dolarów. Zaś w 1888 r. wywieziono 23.755 świń wartości 193.017 dolarów i 143.000 baranów wartości 208.490 dolarów. Jednocześnie spadły ogromnie ceny zboża: miarę kukurydzy w 1861 r. ceniono 63 cent., w 1888 r. — 38 cent.; miarę pszenicy w 1879 r. — 110 cent., w 1888 r. — 87 cent.; miarę owsa w 1867 r. — 61, w 1888 — 33 cent.
Porównywując okres od 1867 — 1887 r. widzimy jak olbrzymi kryzys rolny rozwinął się w ciągu tego czasu: w 1867 r. 65 milj. akrów uprawnych dawało 1284 milj. dolarów dochodu, zaś w 1887 r. — 141 milj. akrów uprawnych dawało tylko 1 milj. dolarów dochodu i to pomimo wzrostu techniki rolnej i postępów stosowanej agronomji.
Taki stan rzeczy podkopał zupełnie podstawy dotychczasowego dobrobytu fermera. Wielcy monopoliści zagrodzili mu drogę do rynku, kryzys obniżył wartość jego ziemi i zmniejszył dochody; towarzystwa kolejowe, będąc zarazem wielkiemi właścicielami ziemskiemi, rujnują go wysokiemi cenami przewozu; syndykalne młyny i elewatory zdzierają zeń znaczną część wartości dostarczanych płodów. Oprócz tego wszystkiego, napotyka on jeszcze olbrzymie stowarzyszenia spekulantów, które zniszczyły konkurencję i zmawiają się, by kupić zboże lub bydło za najniższą cenę. Taki np. trust big four“ — trust czterech olbrzymów“, czterech głównych rzeźników bydła w Chicago, zmonopolizował sobie sprzedaż mięsa w ośmiu stanach; za bydlę, które w 1882 r. płaciło się 35 dolarów, w 1890 r. płaci 11 dolarów; hodowcy i spożywcy są od nich zależni; płacą jak chcą mało i jak chcą drogo sprzedają.
Takie położenie fermerów zostało nawet urzędownie stwierdzone. Odezwa departamentu rolnictwa w Waszyngtonie mówi: „Jedna z przyczyn zniżenia się cen tkwi w koalicjach przedsiębiorców transportu i spekulantów handlowych, którzy zmawiają się, aby zagarnąć sobie lwią część tego dochodu, jaki przynosi sprzedaż płodów fermy. Dlatego też hodowcy otrzymują dziś ze swych wołów zaledwie 7/10 lub 3/4 tej ceny, jaką otrzymywali przed laty, kiedy mięso w detalicznym handlu sprzedawane jest po najwyższych cenach, jakich tylko dosięgło w ostatnich 20 latach. Mleko kupione w fermach po cenie za świerć miary, jest sprzedawane spożywcom new-yorskim po 800“.
Wobec tych trustów fermer jest zupełnie bezsilny; wyzyskiwany na tem co kupuje i na tem co sprzedaje, gnieciony przez potężnych monopolistów, ledwie koniec z końcem związać potrafi. Sprzedając, musi przejść przez cały czyściec wyzysku kolei, elewatorów, trustów handlowych, żeby w końcu spotkać niezwyciężonych współzawodników i znaleźć rynek zawalony taniemi ich płodami. Kupując, spotyka się z podwyższonemi cenami kartelowych towarów; musi drożej płacić za cukier, naftę, narzędzia rolnicze i t. d. dzięki różnym sugar trust, standard oil trust i tym podobnym potęgom. Jednem słowem — gdziekolwiek się tylko fermer ruszy, jakąbądż czynność wykonywa, jako sprzedawca, czy jako nabywca, wszędzie jakiś trust lub kartel przyciska go do muru potężnemi rękoma, drwi z niego, szydzi z gbura, co własnoręczną pracą dorobiwszy się mająteczku, chce wedrzeć się na wyżyny kapitalizmu. Chłopem byłeś w chłopa się obrócisz, — mówi mu wielki kapitał; przywędrowałeś tu mając tylko siekierę, parę rąk żylastych i energję; z pomocą państwa zyskałeś swoje 200 akrów i w naiwności sądziłeś, że ci się uda urzeczywistnić robinsonowską sielankę ideologów, że ty — mieszkaniec zagrody, zapanujesz nad całą produkcją, a twoje głupie oszczędności rozwiną się w kapitały. Czas jednak, abyś się rozczarował, czas, abyś się przekonał, że dla takich jak ty, niema miejsca w świątyni pieniędzy, że twój z pracy poczęty kapitalizm nie ma innej przyszłości, jak grzęznąć w długach hipotecznych lub prowadzić marny żywot w chałupie homesteadu.
I rzeczywiście, co ma począć fermer osaczony przez tak potężnych wrogów? Co ma począć właściciel 200—500 akrów ziemi, wobec zastoju rynkowego i drapiestwa spekulantów zewsząd nań czyhających?
W trudnej walce z monopolistami zwalił na siebie cały ciężar hipoteki. Jeszcze za dobrych czasów zaciągał pożyczki na kupno bydła, maszyn, na rozszerzenie gruntów, zwiększenie budynków. W czasach gorszych znowu zapożyczał się dla płacenia procentów. Dług stał się olbrzymi. Ankieta 1887 i 88 r. podaje: w stanie Ohio dług hipoteczny wynosił 36 milj. dolarów, w st. Indiana — 26 milj. dol., w st. Illinois — 147 milj. dol., w st. Michigan z 90.803 ferm było 43.079 ferm obciążonych hipotecznie na 46% swej wartości; w Kanzas — 270.000 ferm miało milj. dol. długu hipotecznego. W r. 1889 dług hipoteczny fermerów w Stanach Zjednoczonych wynosił 3.450.000.000 dolarów.
W jakim stopniu interesy te pogarszają się można stąd sądzić, że w Illinois długi hipoteczne, wynoszące w 1887 r. — 147 milj. dol. z końcem 89 r. powiększyły się o całe 10 miljonów.
Zamożna klasa fermerów, ta niegdyś chluba kraju, duma amerykańskiego patrjotyzmu, staje się coraz to bardziej marą przeszłości. Kwitnące fermy, dostatnie i wzorowe gospodarstwa średnich właścicieli prowadzone z taką prawdziwie chłopską zapobiegliwością i umiłowaniem, gospodarstwa, co w taki zachwyt wprawiały Careyów, Millów, pozwalając im rozwijać najbardziej różowe nadzieje, wszystko to pierzcha teraz jak senne marzenie, niszczone potężną pięścią monopolistów.
Z całej klasy fermerów zostanie to tylko, co zdołało się schronić pod opiekę państwową, wcisnąć się w ramki homesteadów. Zostaną więc 200 akrowe fermy, z dwiema parami wołów roboczych, z pięciu dojnemi krowami, wozem, 20 owcami i 12 świniami — prawnie określony, niepodzielny i nieulegający obdłużeniu homestead.
Lecz dla fermera amerykańskiego z wymaganiami wyższej kultury, taka zagroda jest nędzą prawie, a tembardziej w warunkach obecnych, ściśnięta wielkiemi monopolami, wyrzucona z rynku, prześladowana na każdym kroku przez różne kartele i trusty. Ciężka praca, proste jedzenie, odmawianie sobie wielu rzeczy, niemożność zaspokojenia umysłowych i kulturalnych potrzeb, zapewniony do śmierci dach nad głową i kawałek chłopskiego chleba — to są jedyne przywileje właściciela osady.
Fermer życie takie odpycha ze wstrętem; wymagania jego i ambicja sięgają znacznie dalej; w skorupie drobnej własności on, potomek awanturniczych przodków, zamknąć się nie może i nie chce.
Bankrutujący, przeciążony długami, zgnębiony przez wielki kapitał, nie pozbywa się jednak marzeń o lepszej przyszłości i zamiast pogodzić się z losem właściciela zagrody, chwyta się wszelkich środków, aby stanąć na wyżynach rentjerskiego dobrobytu, aby się nie dać pożreć ostatecznie kartelowemu smokowi.
W takich to warunkach fermerzy amerykańscy rozpoczęli swoją walkę obronną, która z konieczności musiała doprowadzić do obecnego ataku i zrewolucjonizować zachowawczą dotąd klasę społeczną.

III.

Czem jest amerykańskie fermerstwo?
Ażeby ocenić należycie to stanowisko bojowe, jakie dzisiaj fermerzy zajęli, musimy poznać ich duszę klasową i tę ewolucję, która się odbyła pod działaniem otaczającego środowiska ekonomicznego.
Fermerów amerykańskich, a przynajmniej tej ich części, która występuje w chwili obecnej do walki, nie można przyrównać w zupełności do klasy drobnych posiadaczy żadnego kraju europejskiego. Ubiegłe pokolenia przodków nie przekazały mu feodalnej poddańczości, pokory, zaparcia się samego siebie, cierpliwego znoszenia razów, nie przekazały mu przygnębionej duszy chłopa pańszczyźnianego. Klasa ta wytworzyła się tym wielkim doborem psychicznym charakterów awanturniczych, odważnych, umysłów inteligentniejszych i niepodległych, które prąd emigracyjny ciągle przynosił z za oceanu. W tradycji swojej posiada borykanie się z dziką naturą, walkę polityczną o prawa człowieka i obywatela, namiętne uganianie się za bogactwem w czasach, kiedy to jeszcze fizyczna siła mięśni i bystrość umysłu miały w tem wielkie znaczenie. Dziedziczne te cechy przechowały się w duszy fermera. W chłopskiej zagrodzie jest mu za ciasno. Nie umie on poprzestać na małem, zadowolnić się prostym kawałkiem chleba, pozbyć się swych urojeń i pretensyj do bogactw. Szeroki rynek, wielkie spekulacje finansowe, dostatek mogący zaspokoić wyższe potrzeby kulturalne, ciągną go i mamią ku sobie. Świetna, a niezbyt jeszcze dawna przeszłość zamożności rentjerskiej, którą dobrze pamięta, nie daje mu zasnąć spokojnie, pobudza jego dumę i hardość, popycha do ciągłego borykania się z ruiną, do ciągłej walki z napastującemi wrogami.
Psychicznie, fermer przedstawia typ kapitalisty w minjaturze, goniącego ustawicznie za zyskiem, rzucającego się odważnie na wszystkie spekulacje hazardowne. Ze swego stanowiska ekonomicznego podobny on jest raczej do bankrutującego szlachcica polskiego niż do jakiegokolwiek europejskiego chłopa.
Najczęstszy typ jego folwarku przedstawia obszar od 100 do 500 akrów ziemi urodzajnej, dostatnio zaopatrzonej w bydło i narzędzia rolnicze; ferm takich liczy się przeszło półtora miljona; stanowią one główne jądro armji fermerskiej. Stojąc na takiem stanowisku społecznem, nie doznaje on nędzy, nie potrzebuje walczyć z głodem i niedostatkiem, nie jest pognębiony ciężką pracą rąk własnych. Lecz właśnie, ten względny dobrobyt, wyhodował w nim wyższe wymagania kulturalne, to jego stanowisko rentjerskie rozwija w nim żądze kapitalistyczne, napełnia serce zazdrością względem tych, co się wdarli na wyżyny potęgi finansowej.
„Kryzys rolniczy, mówi Owens — przedstawiciel fermerów, jest przedewszystkiem kryzysem moralnym; fermer zdobywa środki utrzymania dla siebie i dla swojej rodziny; nędzy bynajmniej nie doznaje, lecz żali się, że niema należnego sobie udziału w bogactwach krajowych. Chce on także stać się kapitalistą. Do r. 1870 fermer nietylko zdobywał całkowicie środki utrzymania, lecz mógł jeszcze odkładać pieniądze; między 50 a 55 rokiem życia usuwał się on do najbliższego miasta i tam żył ze swojej renty. Oszczędności swoje wypożyczał na piękne interesy. Wtenczas nie żalił się na wygórowaną stopę procentu. Teraz niema już mowy o utrzymywaniu się z renty. Fermer żyje dobrze, lecz mu to nie wystarcza. Nie porównywa on swego położenia do robotników miejskich, lecz do położenia wielkich kapitalistów, wzbogaconych przemysłem, wielkim handlem i różnemi spekulacjami“.
Wraz z tą żądzą zysku rozwinęła się u fermera i cała dusza kapitalisty, odpowiedni świat pojęć i ideałów. Nie znosi on żadnej zaściankowości, prowincjonalnego separatyzmu, narodowości zamkniętej w granicach jednej jakiejś rasy, grupy językowej lub okolicy; patrjotyzm pojmuje po kupiecku, jak człowiek potrzebujący wielkiego rynku i słynnej firmy, pyszni się wielkością narodu i potęgą państwa, do którego należy. Antagonizmy i walki między pracą a kapitałem, uważa on za rzeczy szkodliwe, nieprawnie krępujące swobodny rozwój bogactw; również potępia „egoistyczne“ dążenia klasy robotniczej do osiągnięcia płacy wyższej. „Chcemy widzieć zgodę między pracą a kapitałem“; „jesteśmy przeciwnikami wysokich płac roboczych“, mówi platforma związku fermerskiego. Z tem przystosowaniem się do interesów kapitału łączy się tam uwielbienie dla jego potęgi, uwielbienie dla rzeczy uprawnionej, a niedostępnej; łączy się zazdrość względem tych szczęśliwców, którzy ją posiąść zdołali.
Dlatego tylko fermerzy są przeciwnikami monopolistów. Wyzysk i zdzierstwa, jakich się dopuszczają ci królowie przemysłu, rozbój rynkowy, ujarzmienie całego kraju, oburzają ich z powodu zazdrości, że te wszystkie wielkie dochody wpływają nie do ich kieszeni; jeżeli stają do walki z potęgą pieniędzy, to nie dlatego, żeby w swym mózgu nosili jakąś nową budowę społeczną, nie z fanatyzmu dla nowych haseł i ideałów, lecz, by ratować swe interesy rentjerskie.
Względem towarzystw kolejowych zachowują się wrogo. „Kompanje kolejowe — mówi Owens — przedstawiają kapitał 9.680.942.249 dolarów; jest to haracz roczny, który nasi producenci muszą płacić bandzie chytrych łotrów.
Wielu z naszych fermerów wierzy i sądzi, że gdyby rząd chciał im pożyczyć najwyżej 1 miljard dolarów na procent niezbyt wysoki, to znikłyby odrazu jakby pod działaniem zaklęcia wszystkie kłopoty, niedomagania i troski. Tembardziej więc co za dobrodziejstwo byłoby dla ludu, gdyby został on oswobodzony od płacenia co każde dwa lata takiejże sumy garstce plutokratów. Trzydzieści lat temu okrzykiem uczciwych ludzi, dobrych chrześcijan, było: posiadanie człowieka, przez człowieka jest rzeczą podłą, na Boga, trzeba, żeby się to skończyło! Dzisiaj ciż sami ludzie wykrzykują całemi miljonami: nagromadzenie kapitałów przez monopolistów jest nieuczciwe, na Boga trzeba, żeby się to skończyło“.
Platforma związku Grange“ odzywa się w ten sposób: „Jesteśmy przeciwnikami wszelkiego przedsiębiorstwa lub korporacji, której zadanie i kierunek dążą do uciskania ludu, do wydziedziczenia go z jego słusznych dochodów i zysków. Nie jesteśmy wrogami kapitału, lecz sprzeciwiamy się tyranji monopolu“.
Takie jest świadome stanowisko społeczne fermerów.
Nowożytny kartelowo-monopolistyczny kapitalizm uważają oni za chybiony, nieprawy i szkodliwy płód kapitalizmu, za chorobliwą narośl na zdrowem ciele społecznem, której wycięcie uważają za swój obowiązek. W tem tkwi właśnie cała ich omyłka. Wyższy stopień rozwoju uważają za patologiczny objaw, usiłują cofnąć wstecz wielką ewolucję społeczną. Usiłując cofnąć, przyśpieszają tylko bardziej jej bieg postępowy. Starając się uzdrowić organizm kapitalistyczny, niszczą go do szczętu.
Na tem zasadza się właśnie dwulicowość ich stanowiska. Świadomi zachowawcy są jednocześnie nieświadomemi burzycielami.
Rozwój jednak ich duszy klasowej wzrósł jeszcze dalej i nieświadomy dotychczas rewolucjonizm fermerów zaczyna wkradać się w ich umysły. Przyjrzyjmy się temu rozwojowi.

IV.

Pod naciskiem wielkich monopolów odbywa klasa fermerów swoją pierwszą metamorfozę. Z bezwładnego tłumu niechętnie patrzących na siebie indywidualistów, przekształca się ona w sforną, zorganizowaną potęgę. Fermerzy łączą się w związki, aby kupować, wytwarzać i sprzedawać wspólnie. Bicz wielkiej produkcji kartelowej stał się dla nich bodźcem postępu, zmusił ich do wstąpienia w kooperacyjne formy gospodarcze. Rozwój tych związków fermerskich odbywa się niezwyczajnie szybko. Czuć w tem gorączkowe życie ludzi ratujących się od śmierci.
W r. 1867 powstaje pierwszy związek fermerski Grange“; z początku liczy on tylko kilku członków, w dwa lata później obejmuje 200 związków; w 1872 r. istnieje już 1074 związków, zajmujących połowę Stanów Zjednoczonych; w roku 1873 liczba ich wynosi 8.668; później — 11.943, wreszcie 20.000 związków, rozrzuconych w całem państwie. Licząc przeciętnie po 40 członków na jeden związek, stanowi to 800.000 ludzi, zorganizowanych w National Grange.“ Jest to najstarszy związek fermerski.
Obok niego powstały inne. The Farmers Mutual Benefit Association“, liczące pół miljona członków, z główną siedzibą w stanie Illinois; National Colored Farmers Alliance“ organizacja południowa, licząca miljon członków, wyłącznie murzynów, z główną siedzibą w stanie Texas; wreszcie najmłodsza — National Farmers Alliance“ licząca 3.250.000 członków, rozpostarta po wszystkich stanach z główną siedzibą w Waszyngtonie; posiada ona 50 pism swoich, główny jej organ National Economist“ rozchodzi się w liczbie 100.000 egzemplarzy. Organizacja Farmers Alliance“ jest silnie zcentralizowana. Wszystkie miejscowe związki są zależne od centralnego zarządu danego hrabstwa; związki wszystkich hrabstw każdego stanu są zależne od centralnego zarządu tego stanu, wszystkie zaś związki stanów od narodowego związku. Farmers Alliance“ uważa się za tajną organizację.
W związki fermerskie może wstępować każdy należący do ludności wiejskiej, zarówno kobiety jak i mężczyźni — od 16 roku życia. Związki nie przyjmują na członków: kupców, bankierów, komisjonerów handlowych, służących przy kolejach, adwokatów, lekarzy, nauczycieli i księży miejskich, rolnych agentów i spekulantów, kupców wędrownych, zbierających podpisy na jakiebądź przedsiębiorstwa, trzymających konie do wynajęcia, sklepikarzy i t. d. Jednem słowem wszystkich tych, których osobiste interesy nie harmonizują z interesami klasy fermerów. Natomiast tacy ludzie, jak wydawcy gazet rolniczych (nie specjalnych), wiejscy księża, lekarze, rzemieślnicy, nauczyciele szkół wiejskich, są przyjmowani do związków. 10% członków są w wieku 16—21 lat. 15% stanowią kobiety. Taki jest skład organizacyj fermerskich.
W ich życiu społecznem, rozróżnić możemy dwa główne okresy. Pierwszy zaznacza się ekonomiczną samopomocą, pokojowością, zupełnem zaniedbywaniem polityki i hasłami miłosiernego humanizmu. Jest to okres, w którym klasa fermerów odbywa swoją pierwszą psychiczną i socjalną metamorfozę; uspołecznia się, uczy się solidarności i wspólnego działania, stara się zniszczyć egoizm osobnikowy, a dotychczasowe pożeranie się wzajemne, gospodarczy indywidualizm, pasowanie się z losem, odosobnionych, własnym siłom pozostawionych jednostek, zastępuje wzajemną zorganizowaną pomocą, współdziałaniem, kooperacją gospodarczą.
Platforma Grange“ mówi: „Naszą dewizą są te słowa: „jedność w sprawach życiowych — miłosierdzie we wszystkiem“. Chcemy polepszyć swój los i stać się lepszymi; chcemy nauczyć się jedności i kooperacji; zmniejszyć nasze indywidualne i zbiorowe wydatki; mniej kupować, a więcej wytwarzać tak, aby nasze przedsiębiorstwa wystarczały sobie. Zasiewać tyle tylko, ile uprawić możemy; pracować metodycznie i obliczać prawdopodobieństwa; chcemy odstręczyć od pożyczek, od obciążania ziemi długami, od wszystkiego tego, co prowadzi do rozrzutności i bankructwa... Będziemy zmniejszać cierpienia naszych braci i sióstr, grzebać umarłych, opiekować się wdowami, wychowywać sieroty, być miłosiernymi dla grzeszników. Będziemy przyjmować wszystkie słowa i czyny w najlepszem ich znaczeniu, przypisując wszystkim uczciwość i dobre zamiary“.
Łączymy się, aby wspólnie radzić, pracować, kupować i sprzedawać, a to dla większego dobra naszego. Użyjemy wszelkich środków, aby zniszczyć wszystkie przesądy jednostek, wsi, hrabstw, i stanów, wszelkie rywalizacje szkodliwe, wszelkie ambicje egoistyczne. Nie wypowiadamy wojny żadnemu przeciwnikowi swemu, nie atakujemy nikogo. Sądzimy, że wszelkiego rodzaju towarzystwa transportowe są potrzebne dla naszego powodzenia, że ich interesy są ściśle z naszemi związane, nie zapominamy o pierwszej naszej zasadzie, że szczęście jednostki zależy od dobrobytu wszystkich... Nie jesteśmy wrogami kolei, kanałów spławnych lub irygacyjnych. W naszym szlachetnym zawodzie niema śladu komunizmu lub agrarjanizmu... Jesteśmy przeciwni wysokim zarobkom robotniczym, nadmiernym procentom, zbytnim zyskom handlowym. Nie łączymy się z żadną partją, nie stanowimy organizacji politycznej.
Takiej to metamorfozie uległa dusza klasowa fermera pod działaniem potęgi kartelowej. Ucisk wielkiego kapitału nowożytnego wpoił w nią miłosierdzie, humanizm, rozwinął społeczne uczucia solidarności i wzajemnego działania. Jednocześnie przekształcił także i gospodarkę fermerską; z indywidualistycznej podniósł ją do kooperacyjnej formy.
Związki fermerskie stworzyły mnóstwo spółdzielczych młynów, gorzelni, mleczami, banków pożyczkowych, towarzystw wzajemnego ubezpieczania się i t. d.
Prowadzą one zbiorowe zakupy maszyn, narzędzi rolniczych, produktów spożywczych; obmyślają środki, jakby ułatwić wszelką pracę przez kooperację, w jakie umowy wejść z towarzystwami kolei żelaznych i t. d.
Solidarność klasowa przejawia się już u nich w dość energicznej formie, Farmers Alliance“ używa nawet bojkotowania. Latem n. p. 1890 r. fermerzy jednej okolicy wiejskiej pozazdrościli dobrych zysków kupcom tamecznego miasteczka. Miejscowa Farmers Alliance“ zażądała od nich ustępstwa dla fermerów w cenach towarów, grożąc bojkotowaniem. Kupcy odmówili sprzedawać fermerom swoje towary po cenach niższych i bojkotowanie zaczęło się. Nietylko przestali kupować fermerzy, członkowie związku, lecz nawet przyjezdnym agentom handlowym, kupcom i wszystkim innym, którzy mieli stosunki z fermerami — zabroniono czynić u bojkotowanych kupców jakiekolwiek sprawunki.
Ten pierwszy okres pokojowy życia społecznego fermerów ciągnie się od 1869 do 1889 roku. Fermerzy oczarowani liczebną potęgą swych organizacyj łudzą się najświetniejszemi nadziejami.
Powoli jednak rzeczywistość rozwiewa te marzenia.
Przebyte w życiu organizacyjnem dwudziestolecie wyrobiło w nich wprawdzie nowe cechy psychiczne, podniosło ich moralność społeczną, pchnęło ich gospodarkę na nowe postępowsze tory, lecz jednocześnie zaznaczyło się całym szeregiem klęsk ekonomicznych, całkiem od nich niezależnych, wychodzących zupełnie poza sferę ich działalności. Przesilenie rolne pozbawiło ich nabywców i narzuciło im jarzmo długów hipotecznych; olbrzymi rozwój monopolów kapitalistycznych spętał wszystkie ich czynności. Samopomoc ekonomiczna zawiodła. Zorganizowani fermerzy ujrzeli się nad przepaścią ruiny majątkowej. Trzeba było zedrzeć maskę obłudy, zaprzestać haseł pokojowych i kokietowania wrogów, lecz z podniesioną przyłbicą stanąć do walki na śmierć i życie.
Tak też uczynili. Z 1889 rokiem kończy się pokojowy okres. Zjazd 3—7 grudnia 1889 r. w Saint-Louis otwiera drugi okres walki politycznej.

V.

Kongres w Saint-Louis ma doniosłość historyczną. Sama treść rozpraw, jakie się tam toczyły i ton wypowiadanych deklaracyj, wskazuje jak radykalne zmiany zaszły w łonie fermerstwa amerykańskiego.
Prezes mówi o potrzebie połączenia „wszystkich klas pracujących“, „ażeby je uwolnić od ucisku powszechnie ciemiężącego“. Protestuje przeciw nagromadzaniu ziemi przez wielkich kapitalistów, kompanje kolejowe i syndykaty cudzoziemskie, wynikiem którego będzie zupełne ujarzmienie rolnika. W dalszym ciągu zwraca uwagę na polityczną stronę tego ucisku. „Jest rzeczą powszechnie znaną, że syndykaty i monopole, które lud nasz ciemiężą i grożą zrujnowaniem naszych wolnych instytucyj, powstają i rozwijają się dzięki niegodziwemu prawodawstwu, i że ścisłość związku, istniejąca między przedstawicielami naszego państwa, a potężnemi koalicjami, wpływ, jaki one wywierają na politykę rządu, są ważnemi przyczynami niepokojów i dolegliwości“.
Ogłoszone zostały następujące zasady:
1) Chcemy zaznajomić klasę robotniczą z nauką praw ekonomicznych i nauką rządzenia państwem w duchu zupełnie wolnym od wszelkich przesądów partyjnych, ażeby tem łatwiej osiągnąć zupełną solidarność rolników pomiędzy sobą.
2) Chcemy równych praw dla wszystkich, nie pozwalamy na przywileje dla nikogo.
3) Przyjmujemy za hasło: jedność w sprawach życiowych — miłosierdzie we wszystkiem.
4) Chcemy stworzyć lepsze warunki bytu pod względem intelektualnym, moralnym, społecznym i politycznym.
Platforma kongresu mówi wyraźniej:
Żądamy zniesienia narodowych banków (t. j. prywatnych towarzystw bankowych) i zamiany ich na państwowe asygnacje, których ilość powinna się regulować odpowiednio do liczby ludności i rozwoju jej interesów handlowych“.
„Żądamy, by kongres (rząd) przedsięwziął środki, któreby położyły tamę spekulacjom produktami rolnemi i rękodzielniczemi“.
„Żądamy wprowadzenia praw, zabraniających posiadania ziemi w Stanach Zjednoczonych nie-obywatelom i odebrania majątków, które dziś posiadają cudzoziemcy i obce syndykaty“.
„Żądamy, by od kompanij kolejowych i innych towarzystw odebrane były ziemie państwowe, z których dziś użytkują i oddane miejscowym rolnikom“.
„Wierząc silnie w równość praw wszystkich i przeciwni wszelkim przywilejom, żądamy, by podatki rozdzielały się równo między wszystkie klasy“.
„Żądamy, by drogi komunikacji i przewóz towarów stał się własnością narodu i eksploatował się na jego korzyść, tak jak teraz poczta“.
Taką jest druga metamorfoza duszy fermerów. Dotychczas nie mieszali się w żadne polityczne sprawy; przychylnie usposobieni dla rządu, nie mieli względem niego żadnych podejrzeń; trzymali się drogi pokojowej, licząc tylko na swoją samopomoc ekonomiczną. Teraz stają na zupełnie innem stanowisku. Samopomoc ich zawiodła; zobaczyli, że na drodze pokojowej zapomocą własnego doskonalenia się nie zdołają zwalczyć ani kryzysu ani potężnych monopolów. Zwracają więc uwagę na polityczną stronę istniejącego stanu rzeczy, wzywają państwo do wypełniania funkcyj gospodarczych.
W programie swoim odzywają się już tonem ludzi walczących: „żądamy zniesienia takich a takich instytucyj, wprowadzenia takich a takich praw nowych“. Przekonawszy się, że rząd istniejący jest sprzymierzeńcem monopolistów, stają się organizacją anti-rządową.
Pewni, że siłami swojej klasy nie zdołają ujść bankructwa, sprzeniewierzają się zasadom kapitalizmu, żądają od państwa, żeby stało się organizmem gospodarczym.
Własność indywidualna i swoboda ekonomiczna jednostek tracą dla nich swój dotychczasowy urok świętości. Żądają wywłaszczenia syndykatów, wielkich kapitalistów i towarzystw kolejowych, wzbronienia i przejścia środków komunikacyjnych na własność narodu.
Wymagania te idą jeszcze dalej. W r. 1890-ym fermerzy stawiają jako hasło wyborcze — bil Wansoma, przedstawiony następnie do senatu i izby poselskiej. Bil ten żąda, aby zostały ustanowione w różnych stanach składy państwowe, do którychby każdy fermer mógł zwozić swoją bawełnę, pszenicę, kukurydzę, owies lub tytuń i żeby państwo wydawało im na ten zastaw 8—10% ceny rynkowej tych produktów, która winna być określaną przez ministra finansów. W ten sposób fermer nic nie ryzykuje, jest pewny sprzedaży swego zbioru za dobrą cenę i korzystania z otrzymanych pieniędzy, lecz państwo zostaje wciągnięte w olbrzymią operację bankową i handlową.
Są to jednakże tylko wstępne objawy rozwoju kierunku państwowego. Idea kolektywizmu zaczyna występować wyraźniej i coraz bardziej przenikać mózgi fermerskie. Haumphrey, przedstawiciel fermerów, podnosi teorję unarodowienia gruntów: „Bóg dał tę ziemię do korzystania wszystkim istotom żyjącym. Ludzie tak samo nie mają prawa monopolizować sobie ziemi-karmicielki, jak powietrza, którym oddychamy, jak promieni słońca, które nas ogrzewają. Ziemia jest niczyją własnością i w żadnym razie być nią nie może: należy do ludu pracującego“.
Pierwszy okres nauczył fermerów spółdzielczości i wyższych form gospodarczych: drugi wykorzenia z nich stare pojęcia społeczne, wprowadza na drogę walki politycznej, rozwija ideały państwowe. Pod działaniem przewrotów rynkowych stają się oni klasą postępową; dwie przebyte metamorfozy zmieniają zupełnie ich stanowisko społeczne.
Od kongresu St.-Louis objawia się w organizacjach fermerskich silna dążność do wyodrębnienia się w oddzielną partję polityczną. Już w czasie ostatnich wyborów w stanie Mississipi wstrzymało się od głosowania 10% fermerów białych i 70% murzynów, w stanie Texas i innych było więcej wstrzymujących się od głosu, niż głosujących. Minister gospodarstwa rolnego, Rusk, mówiąc w swej odezwie o kartelu fabrykantów żniwiarek, dodaje: „Słusznie, czy nie, fermerzy uczynią za to odpowiedzialną partję republikańską. Jestem mocno przekonany, że ten trust żniwiarek w przyszłych wyborach prezydenta kosztować będzie partję republikańską setki tysięcy głosów, jeżeli ona nie zajmie stanowczej pozycji względem tego trustu i innych“.
Druga przemiana odbywała się tak szybko, że już w roku 1891 mogła doprowadzić do faktu, który przeraził i zadziwił rządzące sfery Stanów Zjednoczonych, a zaciekawił cały świat cywilizowany.
Mówimy o zawartym sojuszu organizacyj fermerskich z „rycerzami pracy“.
Dwie potężne klasy narodu fermerów i najemników, złączyły się ze sobą w tym celu, aby zwalczyć potęgę pieniędzy prywatnego kapitału, i zapomocą przyszłej kampanji wyborczej w 1892 r. stworzyć nowe warunki, zgodne z ich interesami, a przeto i państwo zmuszone zagarniać stopniowo w swoje ręce gospodarstwo narodowe, zabezpieczając wyższy dobrobyt kulturalny fermerom i najemnikom.
W styczniu 1891 roku Powderly, wielki mistrz rycerzy pracy, wydaje proklamację:
„Konferencja naczelników Farmers Alliance i rycerzy pracy będzie miała na celu wygotowanie planów i obmyślenie środków oczekującej nas walki narodowo-politycznej w 1892 roku. Ta kampanja wyborcza powinna według naszych żądań wybrać prezydenta, vice-prezydenta i kongres Stanów Zjednoczonych, oddanych interesom ludu i wrogich tym wszelkim korporacjom, syndykatom, monopolom amerykańskim i cudzoziemskim, które tak szybko zgarniają bogactwo narodu i przywłaszczają sobie władzę rządzenia losem ludu amerykańskiego“.
W piętnaście dni po tej proklamacji, 22 stycznia zebrał się w Waszyngtonie kongres przedstawicieli Farmers Alliance, Colored Farmers Alliance i rycerzy pracy; National Grange“ i wszystkie inne organizacje fermerskie przysłały deputowanych lub oświadczyły swoją zupełną solidarność z kongresem.
Za podstawę przymierza przyjęta została platforma kongresu w St.-Louis. Każda wstępująca do sojuszu organizacja obowiązuje się podtrzymywać inne w ich łącznych, lub niezależnych usiłowaniach polepszenia doli ludu; wspólna akcja będzie zadecydowana wtedy, gdy komitet tej federacji zatwierdzi plan obrony lub ataku. Jeżeli np. rycerze wchodzą w nieporozumienie z jakim kartelem, kompanją kolejową lub pojedynczym fabrykantem i zadecydują strejkowanie, sprawa zostaje przedstawiona komitetowi federacji, i jeżeli komitet zadecyduje, że rycerze mają słuszność, to magazyny kooperacyjne Farmers Alliance odmówią swej klijenteli towarzystwu lub fabrykantowi bojkotowanemu. Rycerze zobowiązują się także podtrzymywać fermerów w ich walkach.
Głównym jednak celem tej fermersko-najemniczej ligi jest przeprowadzenie wspólnemi siłami kampanji wyborczej 1892 r. i zreformowanie państwa w duchu swoich żądań i interesów. 23 stycznia liga została urzędownie zatwierdzona p. n. Confederation of industrial organisations“. Jest to 6-ciomiljonowa armja silnie zorganizowana. Żadne państwo nie miało jeszcze do czynienia z taką potęgą.
Lecz co będzie, jeżeli kampanja wyborcza zawiedzie, jeżeli panujący w senacie republikańskim, tej „cytadeli potęgi pieniężnej“, różni królowie srebra, kolei żelaznych, cukru, żelaza, nafty oprą się żądanym reformom prawnym? Kto może zaręczyć, że ta straszna armja nie wystąpi wówczas do walki ulicznej?
W każdym razie sojusz zawarty z rycerzami pracy, przyśpieszy tylko rozpoczętą obecnie drugą metamorfozę fermerstwa, uczyni ją jeszcze bardziej postępową. Nie trzeba bowiem zapominać, że rycerze pracy, jakkolwiek względnie umiarkowana i bardziej pokojowo usposobiona partja, jest w każdym razie partją proletarjatu, który „nie ma nic do stracenia, a wiele do zyskania“.
Wzajemne wpływy dwóch tych klas podczas przymierza — bardziej zachowawczy ze strony fermerów i bardziej przewrotowy ze strony robotników — jeżeli ten sojusz szczęśliwie dotrwa, nie mogą wpłynąć na większe zboczenia w rozwoju psychicznym. Zawsze muszą przeważyć te, które będą najlepiej przystosowane do zachodzących zmian środowiska gospodarczego.

VI.

Zjawiska rozpatrzone powyżej, jakkolwiek noszą na sobie pewną miejscową barwę, wyświetlają jednak do pewnego stopnia ogólny proces rozwojowy duszy klasowej, proces powstawania nowych ideałów zbiorowych i dążeń; jak również wykazują poniekąd rolę, którą może odegrać drobna i średnia własność w przyszłym rozwoju społecznym.
Jest cały szereg zjawisk ściśle ze sobą związanych i wzajemnie oddziaływujących na siebie.
Rozwój produkcji wytwarza nowe formy społeczno-gospodarcze; pod ich naciskiem, fermerzy — klasa średnich i drobnych producentów — zmuszona jest przyjąć spółdzielczą postać życia. Jeżeli to jej nie wystarcza, a ruina grozi ciągle, mogłaby stać się partją polityczną, powołać państwo do prowadzenia funkcyj gospodarczych.
Wielkie przedsiębiorstwa rewolucjonizują produkcję, trzymając ją zarazem w szrankach prywatnego monopolu; uciskane przez to klasy (fermerów i najmitów) chcą przeciwstawić tej potędze produkcję również przekształconą lecz w postaci państwowej.
Jednocześnie dalszy proces uspołecznienia gospodarczego wywołuje odpowiednią sobie ewolucję psychiczną, przekształca nietylko stosunki rzeczowe, lecz także pojęcia, uczucia i świadome dążności całych klas społecznych. Z umysłu najemnika wyplenia wiarę w istniejący porządek społeczny; z trade-unionistów przerabia ich na demokratów społecznych i pobudza do walki politycznej o ideały przyszłości.
Fermerów przeprowadza przez dwie fazy przemian. Najprzód niszczy w nich indywidualizm samolubny, ucząc humanizmu i spółdzielczości, następnie ruguje z ich duszy prawowierność polityczną i zachowawczość pojęć społecznych, zbliżając je ideowo do proletarjatu. Tym sposobem czyni on nietylko z klasy robotniczej, lecz i z zachowawczych drobnych producentów swoją armję. Nazwalibyśmy to ogólnym procesem powstawania „nowej duszy zbiorowej“.
Humanizm, solidarność, ideały spółdzielczości, powstają i rozwijają się u fermerów wskutek odpowiedniego działania środowiska, dlatego że są ekonomicznie niezbędne że ratują od ruiny majątkowej, nędzy i upadku kulturalnego. Podobnie zanika samolubny indywidualizm i ideały prywatne, gdy stają się ciężarem, gdy nowe warunki życiowe czynią je nietylko zbytecznemi ekonomicznie, lecz nawet szkodliwemi.
W pierwotnych czasach ludzkości nie mógł rozwinąć się indywidualizm, gdyż był ekonomicznie szkodliwy dla każdego osobnika; ówczesne warunki życia wymagały barbarzyńskiego komunizmu. Analogiczne zjawisko przedstawia się i teraz.
Tylko, że kiedy w okresie dzikości i barbarzyństwa przewaga natury nad człowiekiem i jego nieudolność umysłowa były przyczynami tamującemi rozwój indywidualizmu, dzisiejszy proces zanikania jego dokonywa się pod naciskiem olbrzymich sił społecznych.
Zatem rozwój zbiorowych cech psychicznych podlega tym samym prawom, co ewolucja wszelkich cech biologicznych, prawom przeżywania najstosowniejszego“.
Rozwijają się cechy psychiczne najlepiej przystosowano do środowiska ekonomicznego, takie, które w danem środowisku mogą zapewnić osobnikowi zaspokojenie jego potrzeb kulturalnych; nie mogące zaś temu zadaniu odpowiedzieć skazane są na stopniowy zanik i zupełną zagładę.
Niema ani jednego okresu w życiu społecznem ludzkości, w którymby się nie odbywał ten ciągły ruch w duszy zbiorowej — zanikanie jednych, powstawanie innych cech; a każda nowa, zbiorowa cecha psychiczna jest zarazem skutkiem i przyczyną swego ekonomicznego środowiska. Rozwija się w niem razem jako odbicie w umyśle stosunków rzeczowych, stając się w końcu siłą współdziałającą w jego ostatecznem ukształtowaniu.
W taki sposób, rozwijająca się w wiekach średnich razem z produkcją towarową „dusza mieszczańska“ stała się w końcu zeszłego wieku potęgą, która potargała ostatecznie pęta feudalne i wykończyła budowę nowego ustroju społecznego.
Na tem ciągłem wzajemnem oddziaływaniu zjawisk rzeczowych i świadomości ludzkiej, będących sobie naprzemian przyczyną i skutkiem — zasadza się cały rozwój społeczeństw.
Nowożytne dzieje fermerów amerykańskich wyjaśniają nam także rolę, jaką klasa drobnych i średnich wytwórców odegrać mogłaby w rozwoju społecznym.
W krajach o wyższej kulturze, jak np. Stany Zjednoczone, przechodzi ona przez obie wskazane powyżej metamorfozy i pomimo homesteadów stanie się ona prawdopodobnie siłą przewrotową.
Tam, gdzie homesteadów niema, a proces kapitalizacji rozwija się potężnie i szybko, stanie się ona siłą dziejowo-czynną na innej drodze, jako proletarjat rolny.
W tych zaś krajach, gdzie obok niskiej kultury panować będą także dążności zachowawcze ze strony państwa, a potrzeby i wymagania drobnych wytwórców nie przerosną ramek homesteadów, fermerzy stanowić będą armję zachowawców, zdolną do odtworzenia nowej Wandei.




Przypisy

  1. Przyp, wyd. — Artykuł drukowany w „Ateneum“ 1892. T. I, zesz. III, str. 505—529. Stamtąd obecnie przedrukowany. Rękopis nie jest znany. Studjum jest bodaj pierwszą pracą naukową Abramowskiego. Pod niepozornym tytułem dla cenzury kryje się treść o wiele szersza — analiza produkcji i stosunków społecznych w kapitalistycznych Stanach Zjednoczonych. Charakterystyczne są zawarte w artykule poglądy o spółdzielczości, zdradzające pierwsze zainteresowanie się Abr. powyższym zagadnieniem.
  2. Nie twierdzimy jednak, że to są jedyne czynniki tej ewolucji psychicznej.
  3. Według Lafargue’a wzrost produkcyjności pracy rolnej w Ameryce przedstawia się tak:
    1849 r. — ilość wyprodukowanego zboża, przypadająca na 1 mieszkańca wynosiła 1 hektol. 52; w 1859 r. — 1 hekt. 93; 1869 — 2 hekt. 46; w 1879 — 3 hekt. 24; t. j. w ciągu 30 lat ilość zboża przypadająca na każdego mieszkańca wzrosła o 115%. R. Meyer oblicza w następujący sposób wzrost produkcyjności pracy w okresie 1870—1880. Ilość produktów rolnych wytworzonych przez jednego robotnika wynosiła w buszlach:
    1870 r. 1880 r. Wzrost
    zboże i jarzyny 262 378 44%
    wełna i bawełna 261 381 46%
    tytuń 44 61 28%
    hodowla bydła 18%


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Edward Abramowski.