Nowelle (Pajzderska)/W porę

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Janina Pajzderska
Tytuł W porę
Data wydania 1883
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Drukarnia "Gazety Handlowej"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Indeks stron



III.


W PORĘ.



Często zdarza mi się słyszéć ludzi bardzo nawet rozsądnych, utrzymujących, iż stara panna, któraby nie żywiła w sercu nienawiści do mężczyzn, a miłości do psów, kotów lub kanarków, jest istotą rzadką — wyjątkiem z ogólnego prawidła.
O słuszność lub niesłuszność tego twierdzenia sprzeczać się tu nie mam zamiaru, to tylko wiem, że panna Róża, w pięćdziesiątym siódmym roku swego życia była jednym z takich wrzekomych wyjątków. Ci, co ją znali w latach pierwszéj młodości, mówili, że od tego czasu charakter jéj i upodobania najlżejszéj nie uległy zmianie. Była zawsze łagodną, powolną, małomówną, obojętną na wiele rzeczy, któremi się dręczą niespokojne i namiętne dusze; lubiła długo sypiać, jeść słodycze, grać w szachy i czytywać tendencyjne powieści.
Wiedziała, że są na świecie kobiety złośliwe, zazdrośne i chytre, ale sama nie byłaby nigdy potrafiła wyrządzić komuś obmyślonéj przykrości, albo zasępić się na widok czyjegoś powodzenia, albo obgadać najszczerszą przyjaciółkę.
Ludzie téż, wśród których się obracała, nie dali jéj się nigdy bardzo we znaki; nie miała więc powodu znienawidzać ich i przenosić swoje uczucia na stworzenia nieme.
Kotów nawet lękała się od dzieciństwa; z psami zaś i kanarkami obchodziła się bez wyróżniających względów.
W mieszkaniu jéj nie było klatki, a gdy kto tam wchodził, żaden Filuś ani Żolka nie ogłuszali go przeraźliwém szczekaniem.
Przeszłość panny Róży stanowiła nader niewdzięczny materyjał dla romanso-pisarza. Nie było w niéj żadnéj tajemnicy, żadnych przejść gwałtownych, które z życia człowieka robią obraz Rembrandta, pełen bardzo czarnych cieni i bardzo jasnych świateł; lecz przedstawiała się raczéj, jak starannie wykonany staloryt, w którym wszystko jest szare i spokojne... aż do znudzenia.
Było wprawdzie coś wyjątkowego w dziejach panny Róży, ale właśnie to coś, bardziéj niż wszystko inne odejmowało jéj możność stania się bohaterką, choćby najmniej sensacyjnego romansu. Pewne, dosyć trywialne przysłowie utrzymuje, że: „każde straszydło znajdzie swoje wielbidło.” Panna Róża nie była straszydłem nawet w pięćdziesiątym siódmym roku swego dziewiczego żywota, w ośmnastym mogła być wcale ładną, mimo to nikt się w niéj nigdy nie kochał, ani ona nigdy się w nikim nie kochała.
Okoliczność ta, w istocie rzadka i niczém nieusprawiedliwiona, była przedmiotem tajemnych zgryzot jéj matki i głośnego zdumiewania się znajomych.
Matka umarła, nim panna Róża czwartego krzyżyka dobiegła i przestała się martwić, ale znajomi żyli i nie przestawali się dziwić, tylko czas teraźniejszy swych wykrzykników zmienili na przeszły. Dopóki panna Róża była w wieku, w którym kobieta nie uważa się jeszcze za monetę wyszłą z obiegu na małżeńskiéj giełdzie, dopóty mówiono: „Szczególna rzecz, jak ta Róża niéma szczęścia,” późniéj, gdy daleko za sobą zostawiła Rubikon, powtarzano: „Szczególna rzecz, jak ta Róża nie miała szczęścia” i tutaj dopiéro, każdy wedle swego rozumienia, domniemany powód tego fenomenu przytaczał.
Sama panna Róża najmniéj się tém kłopotała. Usposobienie jéj trochę bierne, leniwe, chętniéj zawsze dawało się unosić prądowi losu, niż przeciwko niemu walczyło, a że w téj żegludze nikt się jéj towarzyszyć nie napierał, ona téż nikogo nie szukała i nie pragnęła. Gdyby się był kto trafił — a po myśli — byłaby zapewno poszła za mąż, bo do małżeństwa, jak do niczego na świecie wstrętu nie czuła; ale, że się nie trafił, została samotną i pretensyi ztąd do Boga, ani do ludzi nie rościła. Staro-panieństwo jéj było niby cichą przystanią, którą ominęła burzliwa fala życia, unosząc ze sobą na zawsze dla niéj obce rozkosze i cierpienia.
Po śmierci matki, nie mając bliższych krewnych, zamieszkała sama w dwóch pokoikach, w których urządziła się, jak jéj się podobało. Utrzymanie jéj było skromne, ale niezależne; wiedziała, że to, co ma dziś, mieć będzie jutro, pojutrze, aż do saméj śmierci, jeżeli ją coś nadzwyczajnego nie spotka, a taka pewność jest rzeczą bardzo miłą, którą, jak zdrowie ocenia się dopiéro, kiedy się ją straci.
Panna Róża lubiła siedzieć w domu i w ogóle mało miała styczności ze światem. Z dawnych znajomych, rzadko téż kto ją odwiedzał, z wyjątkiem pana Teodozego, który bywał u niéj codziennie na herbacie, a w niedzielę i na obiedzie.
Pan Teodozy był także starym kawalerem, trochę schorowanym i stetryczałym, zresztą, z usposobienia, nadzwyczaj do panny Róży zbliżony; lubił, podobnie jak ona, długie spanie, grę w szachy i tendencyjne powieści.
Poznali się, mając oboje razem tyle lat, ile ich teraz liczyła panna Róża, to jest ona miała dwadzieścia cztery, on trzydzieści trzy, a poznali się w sposób wcale romantyczny i z punktu widzenia matrymonialnego, bardzo obiecujący. Było to tak:
Pewnego letniego dnia, panna Róża stała z matką na kamiennych stopniach Łazienkowskiego stawu i przypatrywała się łabędziom, a pan Teodozy stał o parę kroków od nich i także się łabędziom przyglądał. Spojrzenia ich spotkały się... ale żaden prąd elektryczny po nich nie przebiegł; on nie zbladł, ona się nie zarumieniła i byłoby się zapewne na tém skończyło, gdyby pannie Róży nie poślizgnęła się noga, skutkiem czego, ta młoda (wówczas) osoba znalazła się nagle w bliższém sąsiedztwie łabędzi, niżby sobie życzyć mogła. Rozległ się krzyk przeraźliwy, pan Teodozy drgnął, ujrzał niknącą na powierzchni stawu błękitną suknię i nie wiele myśląc, skoczył do wody. Tam chwycił pannę Różę za włosy, które miała niepospolicie gęste i długie, ona go złapała za krawat i tak się wzajem trzymając, ukazali się po chwili oczom struchlałéj matki i niezbywającéj żadnemu wypadkowi gromady widzów.
Po scenie dramatycznéj, nastąpiła scena patetyczna. Matka panny Róży rzuciła się na kolana przed wybawcą córki, wybawiona śmiertelnie blada, z rozpuszczonemi mokremi włosami, powabna w tym nieładzie, jak nigdy, składała mu także swoje podzięki osłabionym głosem; obie chciały koniecznie wiedzieć, komu tak wielką zawdzięczają przysługę: nastąpiła wymiana nazwisk, a nazajutrz pan Teodozy poszedł dowiedzieć się, czy mimowolna kąpiel, nie zaszkodziła nowéj znajoméj.
Gdy wieść o tém zdarzeniu rozbiegła się po mieście, ci wszyscy, którzy się tak nad brakiem szczęścia panny Róży uspokoić nie mogli, jednozgodnie zawyrokowali, że teraz przynajmniéj coś z tego zawiązać się powinno, jakoż zawiązało się: nie to wprawdzie, o czém myśleli, ale może coś lepszego, bo prawdziwa, bezinteresowna przyjaźń.
Jak każda rzecz trwała, przyjaźń ta rosła powoli, prawie nieznacznie. Z początku pan Teodozy bywał w domu panny Róży parę razy do roku, potém, co miesiąc, potém, co dwa tygodnie, doszło do tego, że nie mógł bywać częściéj bo bywał codziennie. Dlaczego tych dwoje ludzi, tak pod każdym względem dobranych, nie pokochało się i nie zapragnęło dozgonnym węzłem połączyć — odpowiedzieć trudno. Może ich beznamiętne, ociężałe natury, pozbawione były erotycznego pierwiastku, może w tém była wina pana Teodozego, może panny Róży, może jakichś postronnych okoliczności; dość, że lata płynęły za latami, krążące między znajomemi pogłoski o ich zaręczynach, o naznaczonym już dniu ślubu, nawet o tém, że już po ślubie, stawały się coraz rzadsze; wreszcie ucichły zupełnie, zajęto się kojarzeniem par młodszych, a im dano pokój. Jednakże cement przyzwyczajenia trwalszy niekiedy, niż miłość, lub ślubna obrączka, spoił losy panny Róży i pana Teodozego tak silne, że po prostu obejść się bez siebie nie mogli.
Gdy matka umarła, troskliwość i współczucie, jakie stary kawaler okazał sierocie, uświęciły ten stosunek jedném więcéj ogniwem, łączącém tego, który płacze, z tym, który mu łzy obciera i odtąd dopiéro zażyłość ich stała się prawdziwie godną nazwy przyjaźni.
Codzień o piątéj po południu, pan Teodozy dzwonił do mieszkania panny Róży. Latem zastawał ją siedzącą przy oknie w saloniku nad robotą, lub książką i wtedy pogawędka zaczynała się odrazu; zimą, panna Róża podnosiła się na jego powitanie od fortepianu, na którym o szaréj godzinie grywała sobie walce, polki i kontredanse, niegdyś w młodości tańczone. W porze widnéj, byłaby uważała takie zajęcie za karygodną stratę czasu.
— Zaraz zapalę lampę — mówiła, idąc do stolika w drugim końcu pokoju. — Jakie te dnie teraz krótkie!
— Niech-że panna Róża pozwoli się wyręczyć — odzywał się pan Teodozy z progu.
— Ale, cóż znowu! Tegoby jeszcze brakowało, żebym się gościem posługiwała.
— Piękny mi gość! Taki gość, to już się domowym nazywa.
Rozmowa ta, powtarzała się prawie za każdym razem z małemi odmianami i zawsze miała dla nich pewien urok nowości.
Po zapaleniu lampy, pan Teodozy całował w rękę pannę Różę, czego po ciemku nie uważał za stosowne dopełniać i oboje zasiadali naprzeciwko siebie, przedzieleni stolikiem, na którym stała szkatułka do roboty i szachownica.
— Jakie tam dzisiaj zdrowie? — zapytywała panna Róża, biorąc szydełko do ręki.
Pytania tego tylko czekał pan Teodozy, żeby rozpocząć szczegółowy opis dolegliwości, jakie go w ciągu dnia trapiły.
Panna Róża dziwnie dobrze słuchać umiała, a to nie jest tak łatwy i pospolity talent, jakby się zdawać mogło. Krótki, w porę rzucony wykrzyknik, lekkie podniesienie brwi, kiwnięcie głową, ruszenie ramionami lub ręką; wszystko to są nadzwyczaj subtelne odcienia, których umiejętne użycie bywa tém dla opowiadającego, czém ostroga dla konia, lub oklask dla aktora.
Pan Teodozy był z liczby tych chorowitych ludzi, którzy wolą nawet pocierpieć, byle tylko mogli się o tém rozgadać, a gdy przypadkiem nie miał nic do powiedzenia w tym względzie, dzień taki wydawał mu się niezupełnym. Ale to się rzadko zdarzało.
Zwykle zaczynał od takich naprzykład utyskiwań:
— To się na nic nie zdało — mówił, strzepnąwszy ręką — ja już chyba do saméj śmierci ze zdrowiem się nie zobaczę. Dzisiaj znowu bardzo twardo spałem; to nie dobrze; taki sen nigdy posilnym nie jest; zamiast pokrzepić, rozebrał mnie tylko, że ledwo się z łóżka podniosłem, a jeszcze całe rano tak mnie szyja bolała, że to coś okropnego. Co ruszę, to jakby mi kto wszystkie ścięgna powiązał.
— To pewno ze złego leżenia — wtrącała panna Róża.
— Może i z leżenia. Ale mnie się zdaje, że mnie zawiało, wczoraj w biurze były takie przeciągi!
— Bo téż pan Teodozy niepotrzebnie już tém urzędowaniem się męczy. Słyszane rzeczy, żeby kto wysłużywszy emeryturę, na nowo pracować zaczynał!
— Cóż to tam za praca! Kilka godzin na dzień, a zawsze jest jakieś zajęcie, no i dochodzik pewien. Zresztą, tyle lat nachodziło się do biura, że się i odzwyczaić od tego ciężko. Dzisiaj tylko byłbym wolał nie iść, bo jak mówiłem, szyja mnie bolała i tak mi jakoś całemu było nie dobrze. Nie wiem, co to jest... od kilku dni miewam jakby zawroty głowy... w oczach mi się tak czasem raptem zciemni... Musiałem zmizernieć — prawda?
Panna Róża podnosiła oczy i przypatrywała się długiéj, okolonéj siwiejącym zarostem twarzy przyjaciela.
— No, nie, nie uważam tego — odpowiadała najczęściéj.
— A, bo tylko tak, przy świetle, ale w dzień bardzo źle wyglądałem. Wszyscy mi to mówili.
Czasami jednak, w części, że tak było rzeczywiście, a w części dla zrobienia mu przyjemności, panna Róża nie przeczyła mizernemu wyglądaniu pana Teodozego.
— A widzi panna Róża — mawiał wtedy uradowany, jak gdyby coś bardzo pocieszającego usłyszał — czy ja nie mam racyi narzekać? Prowadzę niby takie hygieniczne życie, szanuję się, pijam tylko filtrowaną wodę i cóż mi z tego? Wiecznie kwękam tylko i kwękam. Ale co tam już o tém mówić. Co pani dzisiaj robiła, panno Różo?
Byłby mógł sam sobie odpowiedzieć na to pytanie, tak dobrze znał nie ulegający nigdy zmianom tryb codziennych zajęć panny Róży, mimo to słuchał z uwagą krótkiéj zresztą relacyi o czynnościach, jakie wypełniały jéj czas pomiędzy ranną a poobiednią kawą.
— Możebyśmy zagrali w szachy? — zapytywała panna Róża, po wyczerpaniu do dna kwestyi zdrowia i spraw bieżących.
— Dobrze, o! dobrze — odpowiadał z żywością pan Teodozy — muszę się téż pannie Róży za wczorajszego mata wywdzięczyć.
— Albo to ja wczoraj dałam panu Teodozemu mata?
— Jakto! nie pamięta panna Róża, jeszcze jakiego! laufrem i konikiem w trzech posunięciach: to był, panie, królewski mat!
Panna Róża uśmiechała się na tę drogą jéj sercu pochwałę, bo jeżeli miała jaką ambicyję w życiu, to nią była sława dobréj szachistki, choć w istocie grała bardzo słabo, tak słabo, jak jéj partner. Nawet pod tym względem szli ze sobą zawsze w równéj mierze. Uśmiechała się zaś zawsze jednakowo, nietylko ustami, ale oczyma, czołem, brodą, całą twarzą i to tak jakoś pogodnie i dobrodusznie, że dość było widzieć ten uśmiech, aby zrozumieć trudność, z jakąby jéj przyszło nadać swym rysom wyraz ironii, goryczy, lub złośliwości, trudność równającą się wynalezieniu kwadratury koła, lub kamienia filozoficznego.
Pan Teodozy lubił patrzéć na nią w takich chwilach, a patrzył tak samo, jak przed dwudziestu laty i jak wtedy, nie przychodziło mu nigdy na myśl, że panna Róża może być ładną, tak i teraz nie zastanawiał się nad tém, że mogła zbrzydnąć i postarzeć. Dla niego ona zawsze była jednakową. Powolna zmiana w twarzy osoby, na którą codziennie patrzymy, staje się dla nas niewidomą i gdyby kto zwrócił był uwagę pana Teodozego na zmarszczki, jakie czas zarysował dokoła ust i oczu panny Róży, byłby to przyjął, jak całkiem nowe odkrycie, lub byłoby mu się zdawało, że one tam zawsze istniały.
Po ustawieniu wojowniczych szeregów, głęboka cisza zalegała salonik, tak, że można było dosłyszeć lekkie skwierczenie knota w lampie, która płonęła na stoliku, oświecając dwie pochylone nad szachownicą głowy: jednę śpiczastą i łysą, drugą otoczoną bujnym jeszcze bardzo, choć spłowiałym i siwiejącym warkoczem — i dwa palce: jeden gruby, płaski i żółty, drugi cienki, pomarszczony i żółtawy także, refleksyjnym ruchem spoczywające na białych i czarnych główkach szachowych figur. Można się było ubawić, patrząc na grę téj oryginalnéj pary starych przyjaciół. Obojgu — jak powiedziałem — daleko było do Winawera, ale najtrudniejsze turniejowe partye nie mogłyby się odbywać z większém namaszczeniem i przyjęciem. Początek bywał bardzo raźny: dwa środkowe pionki i dwa przeciwległe sobie laufry zajmowały w mgnieniu oka zawsze jedno i to samo stanowisko, następne posunięcia dopiéro pociągały za sobą namysły, godzinami czasem trwające.
Pan Teodozy miał żyłkę do hazardów i występował zawsze zaczepnie, podczas, gdy oględniejsza panna Róża, trzymała się bardziéj odpornego stanowiska i dzięki temu częstsze odnosiła zwycięztwa. Ztąd wysokie uwielbienie przeciwnika dla jéj strategicznych pomysłów. Trzeba było widzieć, z jaką obawą i niepokojem śledził każde jéj poruszenie, przypisując nieraz najniewinniejszemu posunięciu głęboko obmyślaną intencyję zniweczenia jego własnych planów i wskutek tego zmieniając je co chwila. Zresztą chodziło mu bardziéj o atakowanie króla i królowéj, niż o wygraną i często psuł sobie najlepszą kombinacyję, by z tryumfem ulubione „szach” wypowiedzieć! Gdy zaś mu się udało zaszachować odrazu króla i wieżę konikiem, co uważał za szczyt strategicznéj zręczności, zacierał ręce rozpromieniony, powtarzając:
— Ciekawym, ciekawym, jak téż sobie panna Róża poradzi. Wieża moja, albo mat!
Zwykle jednak pokazywało się, że wieża była jakąś inną figurą broniona, czego pan Teodozy w zapale pierwéj nie widział i że mniejsze niebezpieczeństwo groziło królowi przeciwniczki, niż jego.
Pod koniec partyi milczące skupienie panny Róży, wzrastało do potęgi ekstazy; stary kawaler przeciwnie, ze wzruszenia, stawał się nadzwyczaj gadatliwym. Przemawiał żałośnie do utraconych figur, wzywał te, co mu pozostały, aby mu wiernie służyły, a gdy przychodziła koléj posunięcia na jego zamyśloną partnerkę, oddawał się złowrogim przeczuciom mata.
— O! o! o! a to co znowu będzie? — mawiał naprzykład, gdy panna Róża, dla zyskania na czasie, robiła jakiś obojętny ruch niepotrzebnym pionkiem — że téż panna Róża zawsze mi szyki poplątać musi. Taki miałem przepyszny cug, naprzód konikiem, potém wieżą, byłby podwójny szach królowi, a teraz co! pod piona przecież nie pójdę!
Jakby na przekorę w takich chwilach niepewności i zawieszenia, służąca, młoda dziewczyna, wychowana od dzieciństwa przez pannę Różę, wnosiła samowar i cofała się na palcach, wiedząc, że „państwu” przerywać nie należy.
Ale syczący przyrząd sam przypominał pannie Róży gospodarskie obowiązki, do których niechętnie się zabierała. Zapał do gry walczył w niéj z gościnnością.
— Potrzebaby zaparzyć herbatę — mówiła, podnosząc się powoli z oczyma utkwionemi w biednego króla, na którego czychała.
Rozgorączkowany pan Teodozy przytrzymywał ją za rękę.
— Chwileczkę, tylko chwileczkę — wołał — teraz na mnie koléj, mam świetny pomysł, potém gotowem zapomnieć; zaraz, zaraz, niech się dobrze zoryjentuję, pani tu, bardzo pięknie, bardzo pięknie, a więc... szach królowéj!! a co? ha! ha! złapaliśmy się!
Jakże było odchodzić od szacha! Panna Róża śpieszyła z pomocą drewnianéj monarchini najczęściéj niezbyt groźnie zaatakowanéj; obrana pociągała za sobą pewne zmiany w kombinacyjach, a samowar tymczasem syczał coraz słabiéj, wreszcie przestawał się gotować!
— Anusiu! — wołała panna Róża, gdy nagła cisza powiadomiła ją o katastrofie — dosyp węgli!
To dosypywanie powtarzało się czasem parę razy, stosownie do większego zawikłania sytuacyi. Ostatecznie tryjumfujące „szach mat!” rozcinało węzeł gordyjski — zwyciężczyni szła do imbryka, a zwyciężony chował figury do pudełka, rozważając najważniejsze momenta przegranéj partyi i obiecując sobie uroczyście, że jutro będzie grał uważniéj.
Przy herbacie rozmowa schodziła na pole literatury. Tematem były powieści, które oboje czytali — mogli więc mówić o ich bohaterach, jak o dobrych znajomych, podnosząc ich dodatnie lub ujemne strony — i tu zgodność zapatrywań ujawniała się w całéj pełni.
Co zasłużyło na pochwałę pana Teodozego, to się z pewnością podobało pannie Róży; przeciw czemu powstawała panna Róża, na to niewątpliwie piorunował i pan Teodozy. Gdy chodziło o powieść, drukującą się w jakiém piśmie peryjodyczném, zgadywali jéj prawdopodobne rozwiązanie i domysły ich spotykały się zawsze ze sobą.
— Jak pan myśli — mawiała naprzykład panna Róża — ten nieznajomy, to pewno ten mąż, co to przepadł bez wieści, pamięta pan, w pierwszym tomie?
— Właśnie — potakiwał pan Teodozy — mnie się to tak odrazu wydawało! Ciekawa rzecz, co téż ona zrobi, gdy się o wszystkiém dowié?
— Przebaczy mu i pogodzą się!
— Otóż to — ale tamten! co się z tamtym stanie?
— Może sobie życie odbierze!
— Hm! być może! Szkoda go!
— Taki piękny charakter!
— Bardzo piękny! Wolałbym, żeby ten mąż nigdy się nie odnalazł!
— I jabym wolała!
Około jedenastéj stary kawaler spoglądał na zegarek, całował powtórnie rękę staréj panny, życzyli sobie wzajem dobréj nocy i rozstawali się ze słowem „do jutra”.
Ale nadeszło jedno takie jutro, w którém się ta obietnica nie spełniła, w którém panna Róża przegrała po trzykroć od deski do deski cały swój repertuar, czekając napróżno, by zwykłe skrzypnięcie drzwiami przerwało jéj w połowie taktu.
Gdy w końcu zapaliła lampę i usiadła przy stoliczku, doznała dziwnego wrażenia, nie ujrzawszy naprzeciwko siebie téj długiéj, chudéj twarzy, którą od tylu lat przywykła była w tém miejscu i o tym czasie widywać. Po raz pierwszy w życiu uczuła, jak straszną rzeczą może być samotność! Dlaczego nie przychodzi? — powtarzała sobie ze słabą jeszcze nadzieją, haftując na kanwie. Dlaczegóż nie przyszedł? myślała przy herbacie, gdy się już przestała spodziewać. W nocy, pytanie to długo jéj zasnąć nie dało, obudziła się téż bardzo późno i w łóżku jeszcze przeczytała przyniesiony z rana bilecik pana Teodozego. Stary przyjaciel donosił, że mu się wczoraj po obiedzie raptem nie dobrze zrobiło, że myślał ciągle, iż to minie i dlatego znać jéj nie dawał, ale że dzisiaj czuje się lepiéj i wieczorem przyjdzie. Pannie Róży spadł ciężar z serca. Wypiła ze smakiem kawę, a o szaréj godzinie zasiadła do fortepianiku i zaczęła grać, urywając ciągle i nadsłuchując, czy pan Teodozy nie dzwoni! Przez dwa dni się nie widząc, ileż sobie będą mieli do powiedzenia!
Nie przeczuwała biédna panna Róża, że te dwa dni zamienią się w całe dwa miesiące najdłuższe, najsmutniejsze, najniespokojniejsze, jakie kiedykolwiek miały wstrząsnąć równowagę jéj życia. Pan Teodozy nie przyszedł! Nazajutrz, nie czekając już na wiadomości, posłała do niego Anusię, która wróciła pomięszana, mówiąc, że „pan” leży w łóżku taki blady, jak ta poduszka, a z oczu mu jakoś niedobrze patrzy; że doktor przy nim był, a ona słyszała, jak mówił o sprowadzeniu Siostry miłosierdzia, bo choroba na długą się zanosi. Od śmierci matki, łzy zapomniały prawie drogi do oczu panny Róży, bo i czegóż miałaby płakać, ona, która za niczém nie tęskniła i niczego nie pragnęła, która była rzadkim fenomenem, nietylko jako stara panna bez dziwactw i śmieszności, ale jako człowiek zadowolony ze swego losu. Łzy przecież zdają się być tak konieczną i niezbędną domieszką życia ludzkiego, że choć narazie nie zapotrzebowane, gromadzą się gdzieś na zapas i gdy raz ujście znajdą, płyną tém obficiéj, im dłużéj go szukały. Tak się stało z panną Różą. Oczy jéj zadługo były suche. Wiadomość o chorobie pana Teodozego napełniła je temi zaoszczędzonemi z przeszłości łzami i biédne, wypłakać ich nie mogły. Ręka staréj panny ocierała je co chwila w ciągu tego dnia i wielu, wielu dni następnych; powieki im poczerwieniały i nabrzękły, kolorowe płatki zaczęły latać przed niemi; zmarszczki, otaczające je delikatną siateczką pogłębiły się i zsiniały — a one płakały ciągle!
Bo zresztą cóż miały robić? Gdyby pannie Róży daném było pielęgnować złożonego niemocą przyjaciela, patrzéć na jego cierpienia, przemyśliwać czémby mu ulgę przynieść, śledzić za lada oznaką polepszenia, noce bezsenne nad jego snem niespokojnym trawić — a! toby było zupełnie co innego! Ale ona mogła tylko siedzieć bezczynnie ze świadomością niebezpieczeństwa, grożącego temu życiu, co tak ściśle z jéj istnieniem się wiązało; wyobrażać sobie wszystko co najgorsze i przy najżywszéj chęci poświęcenia całéj siebie na usługi chorego, nie dać mu nic, prócz tych łez, których on nawet nie widział, które mu nic pomódz nie mogły! I dlaczego? Cóż ją wstrzymywało od zastąpienia obojętnéj dozorczyni przy łożu pana Teodozego? Nic — tylko ta jedna przyczyna, która od tylu dobrych rzeczy nieraz wstrzymuje, a do tylu złych popycha — tylko to jedno pytanie, jakie sobie zadają nawet ci, co wszystkie inne lekceważą względy: coby świat na to powiedział, gdyby zobaczył niezamężną kobietę w mieszkaniu nieżonatego mężczyzny, podającą mu lekarstwo, lub poprawiającą poduszki! Zapewne nic tak dalece gorszącego — bo wiek obojga stawał temu na przeszkodzie, ale od czegóż dobra wola? To, na co się trudno bardzo święcie oburzyć, można łatwo bardzo dowcipnie ośmieszyć; panna Róża zaś słyszała zawsze od matki, że szczęśliwa ta kobieta, o któréj dobrze mówią, ale stokroć szczęśliwsza ta, o któréj nie mówią wcale, a trzymając się przez całe życie téj mądréj zasady i postępując tak, że o niéj w istocie nic do powiedzenia nie było, pod koniec zerwać z nią nie miała odwagi. Karmiła się więc daléj łzami i niepokojem, co godzinę pędzała Anusię z zapytaniem, jak się chory miewa, traciła sen i apetyt, a gdy jéj było tak ciężko na sercu, że sobie rady dać nie mogła, szła do kościoła i tam chwilową znajdowała ulgę. Czasem jednak, gdy Anusia z gorszą wiadomością przyszła — nic jéj nie było w stanie pocieszyć. Wtedy ta spokojna, cicha panna Róża, idąca dotąd przez życie z tém szczęśliwém braniem rzeczy nie tak, jak być powinny, ale tak, jak są, zaczynała się buntować przeciw porządkowi świata, narzekać na ludzi, na ich złe języki, na siebie samą, że się na nie ogląda; wołała, że niech tam mówią, co chcą, a ona pójdzie i nie odstąpi na krok biédnego pana Teodozego: kładła kapelusz i okrycie, wychodziła nawet i zawsze — zawsze kończyło się na niczem. Bierność częstokroć takie same pociąga za sobą skutki, jak samolubstwo!
Nakoniec Bóg ulitował się nad biédaczką — nastąpiło szczęśliwe przesilenie choroby. Panna Róża nie była rozrzutną — ale usłyszawszy z ust Anusi tę radosną nowinę, podarowała jéj nową prawie suknią i złożyła do Kuryerka dziesięć rubli na ubogich. Rekonwalescencya pana Teodozego była dla niéj źródłem tych subtelnych, dziwnie delikatnych rozkoszy duchowych, jakich doznajemy, rozważając przebyte smutki, a oczekując spodziewanych radości. Przytém, choć zdaleka mogła mu już czynnie dowodzić swéj przyjaźni tak bezsilnéj w chwilach niebezpieczeństwa. Ileż to słoików konfitur, ile tomów tendencyjnych powieści, ile doniczek hyacyntów (ulubionych kwiatów pana Teodozego), przespacerowało się w tym czasie z mieszkania staréj panny do mieszkania starego kawalera. On to wszystko przyjmował z jakąś rzewną wdzięcznością (człowiek słaby robi się zawsze trochę poetycznym) dziękując naprzód ustnie, potém coraz dłuższemi bilecikami, w których drżącą z wycieńczenia ręką opisywał jéj, jakie symptomaty choroby już całkowicie ustąpiły, a jakie jeszcze po części trwają i jak niecierpliwie oczekuje téj chwili, kiedy będzie mógł przyjść do niéj po dawnemu na partyjkę szachów i herbatkę.
Panna Róża ze swojéj strony liczyła także dnie i godziny do tego upragnionego momentu, a tymczasem mając już głowę swobodniejszą i więcéj, niż kiedykolwiek czasu do myślenia, dumała nad wielu rzeczami, które nigdy przedtém uwagi jéj nie zwracały. Przedewszystkiém stawało przed nią pytanie, które już w chwilach okrutnéj niepewności mignęło jéj nieraz, jak widmo ze zgrozą odpychane, a któremu teraz, obawy pozbywszy, spokojniéj przypatrzéć się mogła: „Coby poczęła, gdyby pan Teodozy był umarł?” W odpowiedzi, przedstawiał jéj się obraz życia tak straszliwie pustego, tak niepotrzebnego, wiejącego takim chłodem i martwotą, że dreszcz ją przejmował — i wtedy to po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać nad swojém położeniem, nad położeniem starych panien w ogóle i zaczęła pojmować, że jest w niém coś boleśnie anormalnego, coś, co istotę na wzór i podobieństwo innych ludzi stworzoną, jakiémś nieokreśloném uczuciem wydziedziczenia przejmować musi! Jakże mało węzłów zadzierzgnęło życie pomiędzy nią a światem, jeżeli strata jednego, bądź co bądź obcego człowieka mogła była uczynić ją tak obcą wszystkiemu, co się na nim dzieje! Jakże skąpe i blade promienie rzucało słońce ludzkiego szczęścia na jéj ścieżkę, jeżeli zgaśniecie jednéj tylko iskry przyjaźni mogło ją w zupełnych ciemnościach pogrążyć! Gdyby była poszła za mąż, stosunek jéj z panem Teodozym nie potrzebowałby ulegać żadnéj zmianie; on byłby tak samo przyjacielem jéj męża, całowałby główki jéj dzieci, spędzaliby razem takie miłe familijne wieczory, jeżeli nie milsze, jak teraz we dwoje, to z pewnością gwarniejsze i weselsze — a gdyby, gdyby go, broń Boże, z czasem zabrakło, pustka, jakąby po sobie zostawił, nie ogarnęłaby całéj jéj istności, miałaby jeszcze dla kogo żyć i o kim myśléć! Albo... gdyby po prostu została była jego żoną? Biedna panna Róża, zawstydziła się sama przed sobą tego przypuszczenia, które zrazu wydało jéj się czémś wcale nieprzyzwoitém! Nie dziw. Tak mało dotąd myślała o małżeństwie, że sam ten przedmiot onieśmielał ją, jak młodziutką dzieweczkę, cóż dopiéro kwestya postawiona w tak konkretny sposób! Powoli jednak oswoiła się z nią, a nawet wracała do niéj często i widocznie doszła do przekonania, że bez tego wszystkiego to właśnie byłoby było najlepiéj, bo nieraz wśród takich rozmyślań, oczy jéj już trochę wypoczęte, nabiegały znowu łzami i głębokie westchnienie przerywało samotną ciszę saloniku.
Ale wszystkie smutne i tęskne myśli rozproszył bez śladu jeden bilecik od pana Teodozego, kończący się słowami: „do zobaczenia dzisiaj.” Doktor już od kilku dni wychodzić mu pozwolił i pan Teodozy korzystał z tego, odbywając w południe przechadzki do Saskiego ogrodu, ale z pójściem do panny Róży, wstrzymywał się, czekając, aż będzie mógł bezpiecznie i po zachodzie słońca zetknąć się z otwartém powietrzem, bo, jak pisał — chciał przyjść odrazu po dawnemu wieczorem — by mu się zdawało, że te dwa miesiące niewidzenia i choroby, to był tylko sen przykry, że się z nią nie daléj, jak wczoraj pożegnał. Było to może dziwactwo, ale wszyscy ludzie nie są od nich wolni, cóż dopiéro starzy kawalerowie? Zresztą nie potrzebował długo czekać. Maj się kończył, wieczory bywały ciepłe, księżycowe, prześliczne, przejście przez ulice w takiéj porze najwątlejszemu organizmowi zaszkodzić nie mogło.
Panna Róża przygotowywała się od samego rana na jego przyjęcie, jak na wielką uroczystość. Do herbaty upiekła obwarzaneczków, których był amatorem, na stoliczku postawiła dwa świeże rozkwitłe hyacynty, wydobyła szachownicę z długiego ukrycia, uczesała starannie swe ogromne włosy, myśląc z pierwszym smutkiem, jak bardzo przez te parę miesięcy posiwiały i włożyła ciemno-fijołkowy szlafroczek, w którym się mniéj mizerną wydawała. Skończywszy te przygotowania, usiadła do fortepianu i chciała grać, ale drżące ze wzruszenia ręce, plątały się po klawiszach, odmawiając jéj posłuszeństwa. Wkrótce téż zadzwoniono w przedpokoju, tak dobrze znanym, a tak dawno nie słyszanym sposobem. Pannie Róży serce zaczęło bić tak mocno, że aż ją to nienawykłą do podobnych jego wybryków, zabolało. Przyłożyła rękę do piersi, do swéj wyschłéj, staro-panieńskiéj piersi, i nim ją zdążyła oderwać, już pan Teodozy stał w progu. Przywitanie było nieme. Nieoswojeni z silnemi wzruszeniami, nie umieli ich także wypowiadać, a zwykłe słowa pozdrowienia, nie chciały im jakoś przejść przez gardło. Czuli oboje, że w téj chwili byłyby nie na dobie. Pan Teodozy pierwszy przerwał milczenie:
— Myślałem, że już panny Róży nigdy nie zobaczę — rzekł głosem, który trząsł się trochę, niewiadomo, czy z osłabienia, czy z czego innego.
Pannie Róży usta zaczęły drgać.
— Nie wspominajmy o tém, panie Teodozy, nie wspominajmy — wyszeptała. — Bóg miłosierny zlitował się nademną... sierotą!
Zajęli zwykłe miejsca przy stoliczku i siedząc tak naprzeciwko, zaczęli się sobie przypatrywać. Wynik tych oględzin był dziwny. Oto pokazało się, że ten, który chorował, teraz jakby odmłodniał, utył, a ta, która była zdrową, schudła i wyglądała, jakby jéj dziesięć lat przybyło. Pan Teodozy nie powiedział jéj tego — rozumiał, iż z kobietami do najpóźniejszego wieku, oględnym w tych rzeczach być trzeba, rzekł tylko:
— Jak téż pani zmizerniała, panno Różo — ona jednak odgadła, że to znaczyło: „jak też się pani zestarzała, panno Różo,” i uśmiechnęła się smutnie, ale zaraz rozpromieniając się, odparła:
— Ale jak pan za to dobrze wygląda, panie Teodozy, ktoby pomyślał, że pan po chorobie!
— A tak, wygrzebałem się — odparł ten ostatni, kiwając głową, jakby mu to raczéj przykrość, niż zadowolenie sprawiało — a było już ze mną krucho, oj! krucho! Co to, proszę pani, trzy tygodnie takiéj strasznéj gorączki... i gdyby to tylko gorączka...
I tu... jął opowiadać dokładnie cały przebieg choroby.
Panna Róża znała go już z listów na pamięć; mimo to słuchała bardzo uważnie, wypytując się troskliwie o szczegóły, co do których miała jeszcze pewne wątpliwości. Ze swojéj strony napomknęła téż o udręczeniach, przez jakie przeszła, nie śmiejąc jednak wyznać, jak pragnęła zastąpić przy jego wezgłowiu Siostrę miłosierdzia.
— A dobrze téż aby pana Teodozego dozorowano? — spytała.
— No, nieźle, nie mogę narzekać! miałem bardzo poczciwą kobiecinę przy sobie, ale zawsze, co obcy, to obcy! Ot, źle człowiekowi samemu na świecie!
— O! źle — zawtórowała panna Róża z westchnieniem.
Umilkli i zadumali się oboje.
Teraz na nią przyszła koléj przerwać ciszę, która zaczynała działać na nich melancholijnie.
— Możebyśmy zagrali w szachy? — rzekła, otwierając pudełko.
— Zagrajmy, zagrajmy! — zawołał pan Teodozy z nagłém ożywieniem — tak dawno już nie dostałem mata!
Ustawili szachy, ale czy to, że wyszli z wprawy, czy téż z innéj przyczyny, gra wlokła się opieszale.
Pan Teodozy zwłaszcza dziwnie był roztargniony: wbrew zwyczajowi zapominał szachować króla i królowéj, brał figury do ręki, stawiał je napowrót na tém samém miejscu, widocznie myślał o czém inném. Nagle poprawił się na krześle, jak ktoś, co się po długiém wahaniu, ostatecznie na coś zdecydował i zagadnął:
— Czyby się téż panna Róża domyśliła, jakie ja pytanie zadawałem sobie ciągle, kiedy już myśli zebrać mogłem?
Panna Róża podniosła na niego oczy, nieco zdziwione! Odkąd grywali ze sobą nie mówili nigdy podczas partyi o rzeczach, nie mających bezpośredniego związku z szachami.
— Nie — odparła — pan wié, że nie jestem domyślna. Cóż takiego?
— Co takiego? hm! Widzi panna Róża, jak człowiek leży w łóżku i nic robić nie może i do nikogo zagadać niéma, to mu z samych nudów dziwne myśli przychodzą do głowy. Mnie przyszła taka jedna... i dręczyła mnie, dręczyła, a ja sobie na nią odpowiedzieć nie mogłem... Panna Róża-by mogła, bo to się pani tyczyło...
— Mnie?
— A tak! I gdybym wiedział, że mi panna Roża odpowié szczerze, a nadewszystko, że się nie pogniewa...
— Ja? gniewać się na pana Teodozego! Przecież nigdy jeszcze nie gniewaliśmy się na siebie, cóż dopiéro dzisiaj!
— Prawda! Ileż to lat my się znamy, panno Różo? Pono trzydzieści trzy?
— Tak, zdaje mi się... (Kobiety nigdy nie są ścisłe w chronologii).
— I przez tyle lat nie sprzeczaliśmy się ze sobą ani razu?
— Ani razu! — potwierdziła panna Róża z właściwym sobie pogodnym uśmiechem.
— Otóż — rzekł pan Teodozy, i westchnął tak ciężko, jakby mu świadomość tyloletniéj zgody była niemiłą. Pannę Różę coraz większe ogarniało zdumienie, do czego to wszystko prowadziło?
— Jakież to pytanie miał mi zadać pan Teodozy? — ozwała się po niejakiéj przerwie.
— A, pytanie! tak... w saméj rzeczy pytanie. Hm! jakby to powiedzieć... Et! co tam! przecież tacy starzy przyjaciele, jak my, głośno przy sobie myśléć powinni.
— Panno Różo! czy pani byłaby poszła za mnie, gdybym się był oświadczył?
Podczas téj rozmowy panna Róża trzymała ciągle palec na główce konika, który miał jakieś saltomortale wykonać; teraz ten konik przewrócił się z hałasem, a ona pomimo swych pięćdziesięciu siedmiu lat zaczerwieniła się ciemno-ceglastym rumieńcem starości, który aż jéj siwiejących włosów nad czołem dosięgnął.
Zawahała się trochę, poczém:
— Byłabym poszła — odpowiedziała spokojnie.
Teraz pan Teodozy tak gwałtownie się poruszył, że szachownica stała się jedném pobojowiskiem.
— A! — zawołał, dłoń na kolano opuszczając — i dlaczegoż ja tego nie zrobiłem!
W tej chwili Anusia wniosła kipiący samowar, a widząc, że państwo nie grają, ośmieliła się przemówić:
— Proszę pani! herbaty do imbryka.
— Dobrze — odparła panna Róża trochę zmienionym głosem, zaraz naparzę — i ponieważ służąca zabierała się do nakrywania stołu, dodała coś — nakryję sama! — Wstała i w milczeniu zaczęła się krzątać około wieczornego posiłku. Postawiła esencyę na parze, rozciągnęła czerwoną w kwiaty serwetę, na niéj umieściła symetrycznie koszyk z arcydziełem swego pieczenia, talerze z wędliną i pieczenią na zimno, salaterkę z konfiturami, filiżanki, spodki i inne przybory, czyniąc to wszystko z pośpiechem, który w mniéj spokojnéj osobie wydałby się tylko umiarkowaną żywością, ale w niéj na gorączkową zakrawał.
Pan Teodozy śledził każdy jéj ruch z uwagą.
— I pomyśléć — ozwał się półgłosem bardziéj do siebie, niż do niéj — i pomyśléć, jakby panna Róża gospodarowała nie na swojém, ale na naszém!
— Na naszém! — powtórzyła tamta zcicha, nalewając herbatę.
Jakże dziwnie zadźwięczał ten wyraz w uszach staréj panny.
Zrozumiała tę tajemnicę szczęścia, co może się zamykać w tém jedném powiedzeniu: to nasze! i łza zakręciła się w oku. Dla niéj zawsze miał to być dźwięk pusty — nic więcéj. Ale przyszło jéj na myśl, że nie powinna zatruwać sobie radości dzisiejszego wieczoru i uśmiech zaigrał na jéj bladych, wązkich ustach.
— Może za mocna? — spytała, stawiając filiżankę przed panem Teodozym, który wciąż zamyślony zbliżył się i usiadł przy stole.
— Nie, nie! panna Róża zawsze w samą miarę utrafi! Nigdzie mi tak herbata nie smakuje jak tutaj.
— Źleby téż było, żebym jeszcze gustów pana Teodozego nie znała — rzekła gospodyni domu, zadowolona z pochwał, smarując masłem bułeczkę dla gościa.
— To nawet nie trudno — zauważył, rozchmurzając się pan Teodozy — znając swoje, zna panna Róża tém samém i moje! Nasze gusta tak są do siebie podobne.
— To prawda!
— Nasze pojęcia! charaktery!
Panna Róża kiwnęła głową.
Stary kawaler wpatrzył się w kawałek cielęciny, który trzymał na widelcu.
— Z nas mogło być bardzo dobrane i bardzo szczęśliwe małżeństwo — rzekł po chwili.
Panna Róża nie śmiała przytaknąć słowem, lecz widoczném było, że dzieli najzupełniéj jego zdanie.
— I pannie Róży nigdy to dawniéj na myśl nie przyszło?
— Nigdy! — odpowiedziała z zupełną szczerotą.
— I mnie także! W tém téż, pani moja kochana i całe nieszczęście! Ale! co tam, co przepadło! Moglibyśmy miéć trzydzieści trzy lat życia lepszego, niźliśmy je mieli, ale kto wié, jak nam jeszcze daleko do końca! Ludzie czasem bardzo późnéj dożywają starości, a przysłowie mówi, że lepiéj późno, jak nigdy. Dlaczegożbyśmy się teraz pobrać nie mieli?
Pannie Róży wypadł rogalik z ręki!
— Panie Teodozy! — zawołała przerażona na dobre.
— Zaraz, zaraz, niech-no panna Róża cierpliwie posłucha, a może się pokaże, że nic tak znowu niedorzecznego nie... powiedziałem. Czemże po trzech dziesiątkach lat przykładnego pożycia bywa stosunek między mężem a żoną, jeżeli nie wzajemną przyjaźnią, szacunkiem i przyzwyczajeniem? Alboż tego wszystkiego między nami nie ma? Alboż to, co się tyczy panny Róży nie obchodzi mnie, jak mój własny interes? alboż mam kogo na świecie, coby mi lepiéj życzył, niż panna Róża?
— O! to prawda! — zawołała ona mimowoli, składając ręce.
— A widzi panna Róża. Brakuje nam tylko, żebyśmy mieszkali razem i nosili jedno nazwisko. Przecież to można zrobić w każdym razie i czasie. Pożycie nasze uświęcenia nie potrzebuje, ale błogosławieństwo Kościoła nigdy nie zawadzi, a gdy staniemy u ołtarza, będzie nam się mogło zdawać, że obchodzimy jakieś srebrne wesele naszéj świętéj przyjaźni.
— Ale ludzie — szepnęła nawpół przekonana panna Róża — ludzie śmiać się będą!
— Śmiać się! — powtórzył pogardliwie pan Teodozy — niech sobie! Mamyż być tak nierozsądni, żeby dla ich niemądrego śmiechu, szczęście nasze poświęcać!
Te słowa przypomniały pannie Róży, że niedawno w obawie tego śmiechu, najlepsze porywy swego serca poświęciła, i wstyd ją nad własną małodusznością ogarnął.
— Bo zważmy tylko — ciągnął daléj ze zwrastającém ożywieniem pan Teodozy. — Stosunek nasz pozostanie takim, jakim był, ja nawet zawsze panią, panną Różą nazywać będę, bo już co od tego, to nie mógłbym się w żaden sposób odzwyczaić; żadne z nas nie zmieni w niczém dotychczasowego trybu życia, a wieczorami będziemy grywać w szachy i gawędzić dawnym obyczajem. Tyle tylko, że będę pracował, a panna Róża będzie miéć ze mnie lepszą opiekę i pomoc, niż dotąd, a ja nie będę potrzebował zaziębiać się, wracając późną porą po deszczu, lub śniegu do domu, bo jeden dach dla nas obojga wystarczy. A gdy któremu z nas z woli Bożéj na ostatnią chwilę przyjdzie — kończył drżącym głosem, mrugając powiekami, które mu jakoś zwilgotniały — będzie miało tę pociechę, że mu nie obca ręka zamknie oczy!
Panna Róża słuchała w milczeniu, a łzy, które zapomniała otrzeć, płynęły jéj zwolna po twarzy i plamiły fijołkowy szlafroczek. Przy ostatnich słowach nie mogła się już powstrzymać i wybuchnęła głośném łkaniem.
— O! to prawda! to prawda! — zawołała płacząc — Bóg widzi, ile wycierpiałam, że mnie tam przy panu Teodozym nie było, że go kto inny w chorobie doglądał!
— Dobra! kochana panno Różo!
Głos starego kawalera stał się prawie miękkim, gdy to wymawiał. Ujął chudą, zwiędłą rękę płaczącéj i do ust ją przycisnął.
— Więc zgoda? — zapytał, patrząc jéj w oczy z naleganiem.
— Zgoda! — odszepnęła niewyraźnie.
On pocałował powtórnie jéj rękę i przytrzymał ją chwilę w swoich dłoniach. Wszakże miał do tego prawo! wszak to była ręka jego narzeczonéj! Na upartego byłby miał nawet prawo wziąść ją w swoje objęcia i ustami ust jéj poszukać, on przecież ani obecnie, ani po ślubie z prawa tego korzystać nie zamierzał. Śmiesznémby było, gdyby mu teraz przyszła taka ochota, jemu, który, gdy te usta były świeże, a ta kibić giętką i młodą i gdy do niego należeć mogły, posiadać ich nie zapragnął.
— Będzie nam dobrze razem — rzekł uroczyście. — Było nam dobrze dotąd, ale późniéj będzie nam jeszcze lepiéj!
— Jeszcze lepiéj — powtórzyła panna Róża.
Spojrzała na niego i uśmiechnęła się przez łzy.
Płacz oszpecił ją. Przy zaczerwienieniu policzków i nosa, twarz jéj zrobiła się jeszcze bardziej żółtą i starą, ale pan Teodozy nie był kochankiem, żeby takie spostrzeżenie, jeżeli je uczynił, podziałało na niego ostudzająco. Myśl tego połączenia dwóch starości powstała w nim podczas długich godzin rekonwalescencyi, gdy samotność i brak serdeczniejszéj, nad płatną opieki boleśnie mu się uczuć dały. Przywiązał się do niéj, widział ową wspólną przyszłość, jakąby ona stworzyła, taką bezpieczną, jak to wypogodzone niebo zimowe, co ani upałem, ani deszczem, ani piorunem nie grozi; lecz spokojne, jednostajne, krótki swój dzień przeżywa i niknie w cieniach nocy! Lękał się téż, aby odmowa panny Róży, nie zniweczyła tego pięknego marzenia, może pierwszego, a z pewnością ostatniego w życiu i dlatego tak się z odwiedzeniem jéj i odkryciem swych myśli ociągał.
Uspokojony pod tym względem, wpadł w najlepszy humor, poprosił o inną herbatę, bo mu tamta przez ten czas wystygła, zajadał obwarzaneczki, wychwalając ich smak przewyborny i kilka razy jeszcze pocałował w rękę pannę Różę, nie dlatego, żeby mu sam ten akt jakąś szczególną przyjemność sprawiał, lecz, że nie wiedział, jak inaczéj dziękować jéj za przychylenie się do jego życzeń. Ona także czuła się bardzo szczęśliwą i wieczór ten był niezaprzeczenie najszczęśliwszym, jaki ze sobą spędzili. Po odejściu narzeczonego, panna Róża długo jeszcze siedziała przy otwartém oknie i patrząc w księżyc, który w srebro zamieniał jéj rozpuszczone warkocze, dumała, najprzód nad wypadkami dnia ubiegłego — a potém... — o jutrzejszym obiedzie, mającym być ogólnem rendez-vous najulubieńszych potraw jéj przyjaciela.
Obiad wymarzony przy księżycu był doskonały. Pan Teodozy nie mógł się odjeść zupy rumianéj z jarzynkami, móżdżków smażonych, kurcząt z kompotem i galaretki pączowéj! Pannie Róży powinno było to wszystko także smakować, alboż nie mieli jednakowych gustów? Jadła przecież tak mało, jaknajbardziéj zakochana narzeczona, chociaż zakochaną nie była i przyczyna braku apetytu z innego wcale pochodziła źródła. Oto, panna Róża od dzieciństwa przyzwyczajona była widzieć wazę na stole o sakramentalnéj dwunastéj godzinie i tylko w te dnie, kiedy pan Teodozy przychodził na obiad, czyniła dla niego wyjątek, bo on znowu jadał zawsze o trzeciéj. Ale właśnie ta spóźniona pora odbierała jéj apetyt. Raz w tydzień można było zrobić takie gastronomiczne ustępstwo na rzecz przyjaźni, powtarzać je wszelako 365 razy do roku, to już była rzecz, nad którą należało się zastanowić. Musiała się téż zastanawiać nad nią panna Róża, bo była dosyć milczącą i z początku nie przerywała wcale panu Teodozemu, który przy czarnéj kawie zaczął rozwijać plany przyszłego urządzenia życia. Pobiorą się za indultem, po cóż mają zwlekać i trzy razy spadać z ambony? Ślub odbędzie się zrana, każde z nich przyjdzie z osobna do kościoła, w zwyczajnem ubraniu, wysłuchają mszy świętéj, ksiądz im ręce stułą zwiąże, oni się pod te ręce wezmą i wrócą do siebie na śniadanie, a potém pan Teodozy pójdzie do biura, a panna Róża rozpatrzy się na nowem mieszkaniu i zadysponuje służącéj obiad, jakby nigdy nic. Po obiedzie za to, pójdą sobie do Botanicznego ogrodu, popatrzą na kwitnące róże i...
— Do Botanicznego ogrodu? — przerwała panna Róża z przerażeniem. — Pieszo? A! jabym nigdy nie zaszła!
— Tak się pannie Róży zdaje, bo mało ruchu używa! Oprze się panna Róża na mnie i pójdziemy sobie pomalutku, odpoczywając na ławeczkach w alejach. Przecież to przyjemniéj, niż trząść się dorożką i kurz z pod kół łykać!
— O! nie, nie. Ja nie lubię chodzić! Pan Teodozy wié przecież, że gdyby nie kościół i sprawunki, krokiembym się z domu mogła nie ruszyć?
— A wiem, ale myślałem, że pannie Róży nie miło saméj się po ulicach słaniać. Tymczasem z mężczyzną pod rękę zawsze raźniéj i mniéj męczy! Ja bo lubię spacerować, tylko samemu znowu nudno. To nawet niezdrowo, tak kamieniem w domu siedzieć.
— Mnie właśnie chodzenie szkodzi! — zauważyła z pewną nieśmiałością panna Róża.
— Hm! Szkoda... a tak sobie już układałem, że się latem codziennie gdzieś przejdziemy!
Zasępili się oboje. Więc jest taki punkt jeden, na którym rozchodzą się ich upodobania! Odkrycie to po trzydziestu trzech latach znajomości, nasunęło im bardzo słabą, bardzo niewyraźną obawę, ale zawsze obawę, że mogą się znaleźć i inne.
— Mieszkanko mam już upatrzone — ozwał się po chwili, odzyskując dobry humor pan Teodozy. — Dziś właśnie dowiedziałem się o niém przypadkiem. Trzy pokoje, alkowa, przedpokój, kuchnia: wszak to dosyć?
— Bardzo dosyć!
— Byłem już je obejrzeć. Śliczne, powiadam pannie Róży! Czyste, składne; chwalą, że suche i ciepłe, a przytém nie drogie. Od frontu, dwa wejścia, a choć to na dole, w kuchni jest zlew i wodociąg.
— Od frontu i na dole! Czy nie lepiéj w oficynie? To tak nieprzyjemnie! Każdy kto przejdzie, może w okna zajrzeć, a przytém turkot!
— To prawda! Tylko widzi panna Róża, w oficynie ciężko o dobre mieszkanie na dole!
— Pocóż koniecznie na dole. Jabym nawet wolała na piętrze. Zawsze to widniéj, a nawet bezpieczniéj.
— Zapewne, gdyby nie schody! Dla takiéj domatorki, jak panna Róża to nic, ale ja, co parę razy na dzień muszę być na mieście, muszę się z tém rachować, boć przecie nie jestem młokosem i chodzenie po schodach mnie męczy.
— A, mój Boże! prawda. Że ja się téż odrazu nad tém nie zastanowiłam! Tak! to koniecznie trzeba na dole.
Pan Teodozy pocałował rękę przyszłéj dozgonnéj towarzyszki.
— Jaka pani dobra, panno Różo! — rzekł z wdzięcznością. Ja téż, choć już tak dobrze jak nająłem tamto mieszkanie, bo mi się bardzo podobało; będę szukał innego w oficynie! Może Bóg da, że się znajdzie takie, jakiego nam potrzeba!
Tak więc przychodziło do wzajemnych ustępstw pomiędzy tymi ludźmi, którzy przez tyle lat w niczém sobie ustępować nie potrzebowali, przynajmniéj w rzeczach trwalszego znaczenia, bo nie było takich okoliczności, któreby tę potrzebę wywołać mogły.
Widocznie uwaga ta nastręczyła pannie Róży inną, donioślejszą jeszcze, bo nagle spytała:
— O któréjto pan Teodozy wraca zwykle z biura? O drugiéj?
— Czasem i przed drugą, a czasem o wpół do trzeciéj: jak się zdarzy.
— A! więc jakże będzie z obiadami?
Chciała dodać: „gdy się pobierzemy,” ale nie mogła się jeszcze zdobyć na mówienie o tém. Słuchać, to rzecz inna. Pan Teodozy jednak odgadł łatwo tę myśl, któréj jéj panieńska wstydliwość dokończyć nie pozwoliła.
— A no! — rzekł — będziemy jadać o trzeciéj.
— O trzeciéj! — powtórzyła panna Róża, a twarz jéj się przeciągnęła. — O trzeciéj?
— Alboż to zła godzina?
— Zła? nie, tylko... pan Teodozy wié, że ja zawsze pijam białą kawę o trzeciéj, a obiad jem o dwunastéj.
— Prawda! Zapomniałem. No, to urządzimy roszowanie, jak w szachach: Kawa na miejsce obiadu, a obiad na miejsce kawy.
I pan Teodozy uśmiechnął się z téj dowcipnéj przenośni, lecz pannie Róży wydała się ona mniéj zabawną.
— Dobrzeby to było — rzekła nieśmiało — tylko, że... że ja przed obiadem nic w usta wziąć nie mogę, bo zaraz tracę apetyt. Dzisiaj w południe byłam głodna, zjadłam bułkę z konfiturami i popsułam sobie cały apetyt.
— Czy podobna! — wykrzyknął pan Teodozy zdziwiony i zakłopotany jednocześnie. — Więc jakże to będzie?
Teraz pannie Róży wypadało znaleźć odpowiedź na pytanie, które sama przedtém zadała.
— Gdyby się najęło mieszkanie w blizkości biura — rzekła niepewnym głosem, spuszczając oczy — pan Teodozy mógłby wychodzić ztamtąd o dwunastéj na obiad i potém znowu wracać.
— O dwunastéj! — oburzył się stary kawaler — mnie się nigdy o dwunastéj jeść nie chce.
— A mnie — rzekła stara panna trochę dotknięta — a mnie o trzeciéj już ochota do jedzenia odpada!
— Przyzna wszakże panna Róża, że łatwiéj głód parę godzin przetrzymać, niż wmuszać w siebie jedzenie, kiedy się nie jest głodnym!
Panna Róża podniosła brwi, a łagodna jéj twarz przybrała wyraz prawie gniewnego podziwu.
— Jakto? pan Teodozy to naprawdę mówi? Pan Teodozy-by chciał, żebym ja codzień taką ofiarę z siebie robiła? i nadwerężała zdrowie? A! tego się nie spodziewałam!
— I jam się także nie spodziewał — podchwycił, zaperzając się pan Teodozy — żeby panna Róża tego nie uwzględniła, że człowiek schorowany, który już jedną nogą stał w grobie, nie może zmieniać trybu życia, do którego się już jego organizm od tylu lat przyzwyczaił!
— A ja mogę? Ja się także przyzwyczaiłam!
— Ale panna Róża jest zdrowa!
— Zdrowa? — powtórzyła ona z goryczą, przypominając sobie, jak dwumiesięczne troski i niepokoje, wyczerpały jéj siły — czy dlatego, że się nie skarżę i nie pieszczę z sobą?
— Czy to przymówka do mnie? — zapytał pan Teodozy z zaiskrzonym wzrokiem.
— Niezwykłam nikomu przymawiać — odparła rozżalona panna Róża, sięgając do kieszeni po chustkę — ale widzę, że przysłowia mają słuszność i że można z kimś beczkę soli zjeść, a jeszcze go się dobrze nie pozna.
— O, co to, to prawda, jak mi Bóg miły, tak prawda! — potwierdził energicznie przyszły jéj małżonek. — Przed godziną jeszcze nie byłbym uwierzył, choćby mi kto na Ewangeliję przysięgał, że panna Róża taka samolubna!
— Ja samolubna! ja? O, Boże mój! czego ja się doczekałam. I od kogo? od kogo?
I panna Róża w odpowiedzi na tak tragicznie postawione pytanie, zakryła twarz chustką i rozpłakała się rzewnie.
— Jabym panu Teodozemu nigdy tego powiedzieć nie śmiała — mówiła przerywanym głosem — choć kobiecie więcéj ujdzie, niż mężczyznie. A pan Teodozy wyrządza mi impertynencyję w moim własnym domu.
— A, to to tak? — zawołał ten ostatni, zrywając się z krzesła — to to tak! — powtórzył i chwycił za kapelusz. — W moim własnym domu! — ciągnął daléj, szukając gorączkowo rękawiczek, które mu się gdzieś, jak na złość zapodziały. — Panna Róża mi swoim domem zaczyna oczy wykłuwać! To znaczy, że ja tu za często przychodzę, to znaczy, że moja obecność jest natrętną! O! poprawię się! poprawię! może być panna Róża pewną. Nauka nie pójdzie w las. Jestem impertynent, bardzo pięknie, bardzo pięknie, a ponieważ nerwowe damy nie powinny mieć do czynienia z impertynentami, więc upadam do nóg! Moje uszanowanie! — I z temi słowy pan Teodozy wyszedł z pokoju, zamknąwszy drzwi głośniéj, niż tego obluzowana klamka wymagała.
Na ten hałas, ręce trzymające chustkę przy twarzy panny Róży, opadły, zaczerwienione i wilgotne oczy utkwiły w drzwiach, rozwarte szeroko przerażeniem i żalem, a blade usta drgnęły kurczowo i także się rozwarły. Minął kwadrans, minęło pół godziny, a ona wciąż siedziała w téj saméj postawie, z dłońmi opuszczonemi na kolana, z oczyma osłupiałemi, jak człowiek, będący pod wrażeniem nadprzyrodzonego zjawiska i rzeczywiście była pod takiém wrażeniem. Gdyby na przygotowanéj już do partyi szachownicy, białe pionki rzuciły się raptem na czarne, gdyby koniki zaczęły galopować w pokoju, a królowie i królowe przemawiać ludzkim głosem i kłócić się ze sobą, nie byłoby ją to z pewnością bardziéj zdziwiło i oszołomiło, niż to odejście pana Teodozego, bez pożegnania, z gniewnem drzwi zatrzaśnięciem.
I znowu upłynął czas jakiś. Wtém, zegar staroświecki, który jeszcze godzinę urodzenia panny Róży zwiastował, ozwał się chrypliwie z komody. Panna Róża zadrżała i zaczęła liczyć: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć. Piąta! Pora codziennéj wizyty pana Teodozego, a on tak wyszedł, jakby już nigdy wrócić nie miał. Powiedział to nawet wyraźnie; więc nie zobaczy go, ani dziś, ani jutro, ani pojutrze, ani... tu pannę Różę ścisnęło coś w gardle, a ręce bezwiednie splotły się rozpaczliwym ruchem! Ach! to gorsze jeszcze, niż choroba! niż śmierć nawet!
Lecz cóż to?... w przedpokoju ktoś dzwoni, niby tak, jak on, tylko bardzo, bardzo cicho... słychać kroki, także jakby jego.., drzwi od saloniku otwierają się powoli i... o radości! Pan Teodozy sam... we własnéj osobie, staje na progu.
— Panno Różo, czy ja mogę wejść — pyta nieśmiało, jak zawstydzony student. — Czy panna Róża pozwoli się przeprosić?
Ale panna Róża już wstała i ręce do niego wyciągła.
— O! panie Teodozy! — woła ze łzami, tym razem łzami szczęścia — ja myślałam, że pan Teodozy nigdy się na mnie gniewać nie przestanie!
W taki sposób nastąpiła zgoda, a w parę minut potém siedzieli już naprzeciwko siebie, przegrodzeni, jak zawsze, stoliczkiem i szachownicą.
— Panno Różo — ozwał się pan Teodozy po długiém milczeniu — wszak to my pokłóciliśmy się ze sobą?
Głos jego wyrażał niezmierne zdziwienie.
Ona skinęła głową; nie miała serca potwierdzać słowem tak bolesnéj prawdy.
— Po raz pierwszy w życiu! — ciągnął daléj stary kawaler. — Wié panna Róża, chodziłem przez cały ten czas po Saskim ogrodzie, myślałem i myślałem o tém, i w głowie mi się pomieścić nie mogło. My! kłócić się ze sobą? I o co?...
— O te nieszczęsne obiady! — szepnęła panna Róża.
— Tak, ale nie byłoby przyszło do obiadów, gdyby...
Nie dokończył, lecz ona domyśliła się reszty.
— O tak! — rzekła — gdyby...
— I wié panna Róża, nad czém się daléj zastanawiałem?
— Nad czém-że?
— Oto, przyszło mi do głowy, że jeżeli na samą myśl o małżeństwie zaczynamy się kłócić, my, cośmy przez trzydzieści lat nawet do chwilowego nieporozumienia w przyjaźni naszéj nie doszli, to co to będzie, gdy się pobierzemy?
Panna Róża nic nie odpowiedziała, znać jednak było, że i ją to pytanie pewnym przestrachem przejmuje.
Przyszły małżonek patrzał na nią wyczekująco.
— A więc — rzekła po chwili — zapomnijmy o tém. Skoro Bóg nam wcześniej téj myśli nie zesłał, znać, że nie byliśmy sobie przeznaczeni. Wiemy, jak jest, nie wiemy, jakby być mogło!
— Takie pani zdanie, panno Różo?
— Alboż pan Teodozy nie tak samo myśli?
Istotnie myślał tak samo, tylko nieraźno mu było zrywać to, co pierwszy nawiązał i wolał, żeby go w tém ona wyręczyła.
— Wszystko tedy zostaje po dawnemu? — rzekł z pewną nieśmiałością.
— Po dawnemu!
Pomilczeli chwilę, jednę chwilę poświęconą przelotnemu nieokreślonemu żalowi, jaki ich ogarnął. Był to żal podobny do uczucia, jakiego się doznaje, gdy wytrącony z właściwego położenia muskuł wraca na swoje miejsce: sprawia to ból, ale i ulgę zarazem.
Pierwsza panna Róża odezwała się zwykłem zapytaniem:
— Możebyśmy w szachy zagrali?
Partya była już w całym rozwoju i zdawało się, że oboje zapomnieli o wszystkiém, co się po za obrębem szachowego pola dziać mogło, gdy pan Teodozy podniósł rękę z konikiem, którym za następnem posunięciem miał zaszachować wieżę i króla, patrząc z uśmiechem na niedoszłą żonę.
— Jakto dobrze, panno Różo — rzekł — jak to dobrze, żeśmy się opatrzyli w porę!..






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Janina Pajzderska.