Nowelle (Pajzderska)/Wachlarz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Janina Pajzderska
Tytuł Wachlarz
Data wydania 1883
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Drukarnia "Gazety Handlowej"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Indeks stron



IV.


WACHLARZ.



Pamiętam, noc była prześliczna; ubielona w dole świeżo spadłym obfitym śniegiem, wyiskrzona w górze miliardami gwiazd, dla których mróz jest tém, czém atropina dla oczu elegantek, dodaje im fosforycznego blasku i uroku.
Wracałem do siebie z wieczoru — rozmarzony, szczęśliwy i — nie mogło być inaczéj. Czułem pod rękawiczką pierścionek, jaki mi przed kilkoma godzinami wsunęła na palec ukochana nad wszystko kobieta; widziałem w duszy cudny rumieniec i nigdy niezapomniane spojrzenie jéj ciemnych oczu, towarzyszące téj chwili, o któréj od roku śniłem ciągle, któréj pragnąłem całą siłą po raz pierwszy kochającego prawdziwie serca, któréj się spodziewałem, nie śmiejąc mimo to wierzyć prawie, aby ją rzeczywistość ziściła, tak wielkiém wydawało mi się szczęście. Ale w tym dniu pierzchły moje obawy i wobec licznie zebranych krewnych i bliższych znajomych odbyły się nasze zaręczyny; winszowano nam, spełniano nasze zdrowie; siedzieliśmy przy sobie w głębi salonu, odsunięci od reszty towarzystwa, wpół zakryci balkonową portjerą i nikt nam nie przerywał téj samotności we dwoje — wszak wiedziano, że mam prawo do jéj wzroku, głosu serca, że ona moją będzie! W imię tego prawa całowałem przy wszystkich jéj maluchne rączki; w imię tego prawa, gdyśmy na chwilę sami zupełnie zostali, dotknąłem poraz pierwszy jéj różowych usteczek. Oh, tak! byłem bardzo szczęśliwy!...
Szedłem więc ulicą, myśląc: okim-że mogłem myśleć, jak nie o niéj. Rozpamiętywałem dzieje mojéj miłości, wszystkie jéj niepokoje, zwątpienia, udręczenia i smutki, z takiém uczuciem, z jakiém żeglarz dopłynąwszy do portu, wspomina burze i rafy podwodne, co mu rozbiciem okrętu groziły. Poznałem ją na półtora roku przedtém u wód zagranicą. Miała już wtedy lat dwadzieścia pięć, choć wyglądała zaledwie na dziewiętnaście i mogła sobie była bezpiecznie wieku ujmować; lecz wyższa nad tę powszechną u kobiet słabostkę, zawsze otwarcie o swoich latach mówiła, którą to oryginalną szczerością najpierw mnie ku sobie pociągnęła. Było w niej coś, w téj mojéj ciemnowłoséj, ciemno-okiéj Klarze, co zastanawiało od pierwszego rzutu oka, z czego do ostatka nie można było sobie zdać sprawy, a co na wrażliwsze i skłonne do egzaltacyi natury działało poprostu magnetyzująco. Ja nie byłem egzaltowany; tak w dziedzinie wiedzy jak piękna oddawałem zawsze pierwszeństwo pojęciom konkretnym: abstrakcya mało mnie nęciła. Z nauk, mimo, że sam prawnik, najwięcéj byłem zamiłowany w matematyce; ze sztuk pięknych najbardziéj zachwycała mnie rzeźba. Jednak ani pozytywne usposobienie, ani ta konewka zimnéj wody, którą, jak ktoś z dobrze mnie znających utrzymywał, umysł mój miał zawsze w pogotowiu ku ugaszeniu mogących grozić pożarem zapałów: wszystko to nie uchroniło mnie od szalonego rozkochania się w Klarze. Ona z początku traktowała mnie chłodno, z drażniącą obojętnością. Przecież, biorąc rzeczy po światowemu, posiadałem wszystkie warunki potrzebne na patent porządnego konkurenta. Byłem młody, a dzięki stosunkom mego ojca, powszechnie cenionego prawnika, dzięki również w części mojéj własnéj gorliwości i pewnemu darowi słowa, wyrobiłem sobie jako adwokat bardzo liczną klientelę i w krótkim względnie czasie doszedłem do rozgłosu i majątku. Prócz tego, powierzchowność moja nie była wcale odstręczającą, a dobry humor, towarzyskość i wrodzone człekolubstwo, wskutek którego skory byłem w czém mogłem i jak mogłem, bratnie serce bliźnim okazać, zjednywały mi nawzajem ogólną sympatyę. Klara wszakże długo zdawała się nie zważać na to wszystko, co za mną przemawiać mogło; a ja popsuty może trochę okazywanemi mi tu i owdzie względami, wiedząc o wielu pannach młodych, ładnych i posażnych, które jako dobréj partyi, byłyby mi bez wahania dozgonne towarzystwo u ołtarza obiecały, szanowałem w niéj tę bezinteresowną niepodległość serca i mimo wielu nocy bezzsennie[1] z téj przyczyny strawionych, wdzięczen jéj byłem prawie, że mi odsłaniała jeden więcéj szlachetny rys charakteru, za który czcić ją mogłem. Byli zapewne i są kochankowie czulsi, skłonniejsi do poświęceń, namiętniejsi odemnie, ale śmiało twierdzę, że nie było i nie będzie takiego, któryby silniéj wierzył w świętość swego ideału, niż ja w nią wierzyłem. Klara była dla mnie prawdziwą Clarą, jasną jak kryształ górski, czystą jak łza współczucia. Nie idzie zatém, abym ją był poczytywał za zupełną doskonałość; broń Boże, byłoby mnie to nawet martwiło, gdybym w niéj żadnéj wady dopatrzeć nie zdołał, musiałbym bowiem sam przed sobą do zaślepienia się przyznać, ale drobne przywary, z jakiemi się zresztą nie kryła, uważałem za naturalne konsekwencye jéj wyjątkowéj indywidualności, za cienie, jakie cnoty rzucać od siebie muszą i to mnie nie rozczarowywało bynajmniéj. Co nadewszystko ceniłem w ludziach: zgodność myśli ze słowami, a słów z czynami, to widziałem w Klarze i tego mi było dosyć, aby ją sobie wyidealizować w tym kierunku z krańcowością, do któréj zdolni są tylko nieidealiści. Mógł mi ktoś o niéj powiedzieć, że jest trochę upartą, odrobinę zalotną, ekscentryczną może i nie byłbym się z nim sprzeczał; gdyby jednak podejrzywał ją o cień fałszu czy obłudy, byłbym go nazwał świętokradzcą lub waryatem.
Że najlżejsze nawet kłamstwo ust jéj splamić nie mogło, tego byłem tak pewny, jak mojéj dla niéj miłości. „Nikt jeszcze słowa kocham odemnie nie słyszał” — rzekła do mnie kiedyś w początkach naszego poznania — to téż, gdym ja je wreszcie usłyszał, było mi ono podwójnie drogiem. Wiedzieć, że się jest wzajemnie kochanym to wielkie szczęście, lecz przeświadczenie głębokie, że się nam pierwociny uczucia dostają, że dla nas tylko serce dotąd spokojne poraz pierwszy zadrgało, to już szczyt szczęścia... i ja go posiadłem. Co wpłynęło na Klarę, że po kilku miesiącach zupełnéj obojętności, zaczęła mi nagle okazywać więcéj niż życzliwość, że gdym ośmielony tém oświadczył się o jéj rękę, przyjęła moje wyznanie z wybuchem namiętnego prawie uczucia, nad tém zastanawiać się na myśl mi nawet nie przyszło. Na zastanawiania zresztą, przynajmniéj wtedy, gdym w pierwszy dzień mego narzeczeństwa do domu powracał, czasu niestało, bo droga moja była krótszą, niż wspomnienia i doszedłszy do bramy musiałem przerwać je w samym środku, aby za dzwonek pociągnąć.
Zajmowałem elegancki lokal na pierwszem piętrze od frontu. Jako dla adwokata, mieszkanie takie było koniecznem, jako dla kawalera trochę za obszernem; zachowując więc cztery pokoje dla siebie, odnajmowałem zawsze jeden z osobnemi drzwiami do sieni i oknem wychodzącem na dziedziniec.
Obecnym moim sublokatorem był młody człowiek, lat trzydziestu najwyżéj, bardzo sympatyczny, wysoko inteligentny i wykształcony, poeta nawet o wybitnym choć zwichniętym talencie, ale fizycznie wątły niezmiernie, cierpiący na piersi i na chroniczną bezsenność. Obie te choroby podkopywały mu słabe i tak siły, które przykrą literacką pracą dla chleba do reszty zużywał. Zrana chodził do jakiejś redakcyi; po obiedzie na lekcye; wieczory spędzał najczęściéj u siebie, pochylony nad książką lub z piórem w ręku.
Gdy się czasem w rozmowie ożywił, mówił z ogniem, porywająco; świetne porównania sypały mu się jak iskry z krzemienia, na blade policzki występował rumieniec, oczy płonęły zapałem i można było wtedy słuchać go i patrzeć na niego godzinami całemi. Ale chwile takie zdarzały się nadzwyczaj rzadko. W ogóle bywał milczący, zadumany, a każdy jego ruch zdradzał głębokie zniechęcenie, z jakiém stąpał po wydeptanéj, ciasnéj ścieżynie codziennego życia, na którą zdawał się jakby przypadkiem, czy kataklizmem moralnym zepchnięty z szerokiego gościńca, gdzie wrócić już mu energii albo sił zabrakło. Nie wiele bo téż kroków do zrobienia miał jeszcze przed sobą; wiedział o tém i o przyszłość się nie troszczył, teraźniejszość znosił obojętnie, jak malum necessarium, przeszłość tylko posiadała dla niego jakiś smutny urok i choć nigdy o niéj nie wspominał, widocznem było, iż ustawicznie oczy miał na nią zwrócone. Skryty i stroniący od towarzystwa, wyjątkowo serdecznym okazywał się dla mnie, być może wskutek téj tajemniczéj sympatyi, która tak często ludzi wprost przeciwnych charakterów do siebie zbliża.
Ja także polubiłem go bardzo. Uczucie moje dla niego było dziwne i nie dające się określić. Trochę mniéj niż przyjaźń, znacznie więcéj niż zwykła towarzyska życzliwość, a tłem jego, jakiś odcień miękki, poetyczny, który w stosunkach męzkich nigdy prawie nie istnieje. Mimo, że równy ze mną wiekiem, że umysłem dojrzały, a usposobieniem starzec raczéj niż młodzieniec, robił on na mnie wrażenie dziecka potrzebującego opieki i tkliwości. Myślę téż, że największą jego niedolą była ta zupełna samotność, ten brak kochającéj ręki, któraby mu pieszczotliwem dotknięciem ochłodziła czoło, gdy je natłok myśli burzliwych i bolesnych rozpalił, ten brak kochającéj piersi, na któréj w chwilach znękania mógłby głowę zmęczoną oprzeć i pociechę w tym serdecznym wypoczynku znaleźć.
Często gdy własne zajęcia dłużéj mnie przy biurku zatrzymały, lub gdy zkąd z wieczoru wracałem, zachodziłem na dziedziniec zobaczyć, czy się u niego w oknie świeciło i w takim razie wstępowałem do niego na chwilę, która to chwila czasem godzinę i dłużéj trwała. Każde podobne przyjście moje sprawiało mu wielką ulgę. W dzień zajęcia, ruch, gwar rozrywały go nieco, dopiéro w nocy, gdy trawiony gorączką i bólem piersi, ani spać, ani pracować nie mógł, popadał w stan przygnębienia dochodzącego aż do odrętwiałości, lub rozdrażnienia dochodzącego aż do halucynacyi i wtedy widok ludzkiéj twarzy stawał się dla niego istotnem dobrodziejstwem.
Człowiek, w którego duszy szczęście nie budzi szlachetniejszych porywów, choćby tylko przelotnie musi być do gruntu zepsutym. Pod jego wpływem skąpiec robi się zdolnym do rozrzutności, samolub do poświęceń, tyran do litośnych uniesień. Ja, co ani skąpcem, ani samolubem, ani tyranem nie byłem, miałem w owym dniu pamiętnym serce tak przepełnione najlepszemi uczuciami, że gdyby to było w mojéj mocy, byłbym na wszystkie strony sypał skarby i łaski i na wszystkie usta wywoływał uśmiechy radości. Bardziéj téż niż kiedykolwiek czułem się usposobionym do odkradzenia paru godzin nocnemu spoczynkowi, by je na rzecz mego biednego sąsiada poświęcić.
Spojrzałem na zegarek. Była godzina pierwsza. Światło przecież, jak się o tém zaszedłszy na dziedziniec, przeświadczyłem, paliło się jeszcze u niego; zamiast więc ze schodów na prawo zwróciłem się ku drzwiom na lewo i wszedłem bez pukania; wiedziałem bowiem, że gdy był w domu, nigdy się na klucz nie zamykał.
Łóżko przy jednéj z bocznych ścian stojące, rozesłane i zmięte, świadczyło, że już téj nocy Eugenjusz (takie było imię młodego człowieka) szukał na niem spoczynku, daremnie zapewne, skoro je opuścił i ubrany siedział przy stoliku naprost drzwi, plecami do nich obrócony. Wsparty na łokciach, twarz miał ukrytą w dłoniach, ale gdym wszedł, odjął je prędko i nie ruszając się z miejsca, rękę ku mnie wyciągnął.
— Jakiś pan dobry, żeś przyszedł — rzekł z właściwym mu dziwnie pięknym, smętnym uśmiechem. — Miałem dziś taką duszność w piersiach, że wyleżeć nie mogłem. Zacząłem coś pisać, coś czytać; jedno i drugie mnie zmęczyło i od godziny siedzę już tak bezczynnie.
— Zatopiony we wspomnieniach, jak zwykle — dokończyłem za niego, siadając i patrząc na rozrzucone po stoliku przedmioty.
Stolik ten, jak w ogóle cały pokój nie odznaczał się zgoła owym poetycznym kawalerskim nieładem, w którym poezyi niéma za zły szeląg, a za to brudu i zaniedbania możnaby kupić za miliony; owszem, panował w nim wyszukany porządek, a pewne szczegóły w umeblowaniu, acz bardzo skromnem, dawały świadectwo wysoko rozwiniętego estetycznego smaku właściciela. Nad łóżkiem wisiała piękna kopja Madonny Murilla w półksiężycu, na stoliczku w rogu leżało parę albumów i zbiorów rycin; w drugim kącie mieściła się niewielka szafka oszklona, przez któréj szyby przeglądały starannie poukładane i oprawne książki. Stolik, raczéj małe biurko, przy którem go zastałem, zdobiły popiersia Słowackiego i Musseta, kryształowy kałamarz i inne przybory do pisania, fenomenalnie wolne były od atramentowych obryzgań, a papiery na jeden stos zgarnięte, zostawiały dosyć wolnego miejsca, zielonem pokrytego suknem. Przy lampie tylko stała szkatułka otwarta i z niéj to widocznie wydobyte zostały przedmioty, które moją ściągnęły uwagę. Były to, o ile dostrzedz mogłem, listy i wiersze jakieś, maleńka biała rękawiczka, pukiel ciemnych włosów, pęczek zeschłych fijołków: jednem słowem, to wszystko, co bywa zwykłą spuścizną tej „staréj, a wiecznie nowéj historyi, która łamie serca.”
— Pan dobrowolnie zadręczasz się tém ciągłem rozpamiętywaniem przeszłości — mówiłem daléj tonem ojcowskiego wyrzutu, jakiego nieraz względem niego używałem.
Zarumienił się trochę.
— Cóż pan chcesz! — odparł, chowając wszystko do szkatułki i zamykając ją z pośpiechem. — Przeszłość, to jedyna księga, w któréj z zamkniętemi oczyma czytać można, a dla tych, co już przed siebie patrzeć przestali, najciekawsza.
— Przestali! — podchwyciłem — o to téż właśnie chodzi, aby nie przestawać. Sama budowa naszego wzroku wskazuje, że przeznaczeniem człowieka jest wciąż naprzód spojrzeniem sięgać, a kto się temu sprzeciwia, ten grzeszy i kary obawiać się powinien. Wszak pan wiész, iż żona Lota nie za inny występek, tylko za oglądanie się poza siebie, w słup soli obróconą została.
Mówiłem to żartobliwie, lekko, w części, aby jego smutek rozpędzić, a w części dlatego, że wszystko we mnie wesołością tchnęło.
Jakoż uśmiechnął się i popatrzył na mnie uważnie.
— Jak pan dziś na rozradowanego wyglądasz — rzekł po chwili. — Musiała pana jakaś pomyślność spotkać. Prawda?
— Więcej niż pomyślność: szczęście! — odpowiedziałem, a myśli moje pobiegły ku Klarze.
— W takim razie winszuję panu z całego serca. Nie jestem z tych ślepców, co zaprzeczają istnieniu słońca, dlatego, że sami nigdy go nie widzieli! Tak, w istocie — ciągnął daléj powoli, nie spuszczając ze mnie wzroku — szczęście przez oczy pana wygląda; muszę mu się przyjrzeć: pierwszy raz w tak bliskiem z niem jestem sąsiedztwie.
Już chciałem mu powiedzieć, jakiego rodzaju było to szczęście, które przez oczy moje patrzyło, ale sam nie wiem, czemu zamilkłem. Zapewne wstrzymało mnie instynktowne poczucie delikatności, nie dozwalające nam cieszyć się czemś w obec tych, którzy właśnie to „coś” stracili. A że nie co innego, tylko ta sama moc miłości, która mnie życie uczyniła różowem, jemu je w kiry ubrała, tego byłem pewny.
Milczeliśmy więc czas jakiś obydwaj.
— Wiész pan, co za odkrycie dziś zrobiłem — ozwał się wreszcie Eugenjusz, ręką po czarnych przesuwając włosach — oto, że i ta słaba iskra talentu, jaką posiadałem, tlić się we mnie przestała. Snać blizką już końca ta farsa mego życia, skoro wszystkie światła, które jéj przyświecały, pogasły. Ostatnia scena odegra się po ciemku! Ale nic nie szkodzi, widzów i tak mieć nie będzie.
— Zkądżeż to nowe zwątpienie?
— Zkąd? zaraz się pan dowiesz. Miewałem ja chwile duchowéj posuchy, takie, że dwóch myśli skleić ze sobą nie byłbym potrafił; lecz nie trwożyłem się niemi, bom wiedział, że po każdym takim zastoju następowała reakcya. Dziś również, po wielu tygodniach bezczynności napadła mnie prawdziwa gorączka do pisania... czułem żywiéj pulsujące tętna. Natłok myśli skronie mi prawie rozsadzał. Zwykle dawniéj w podobnych chwilach coś dobrego z pod pióra wypływało, gdy tymczasem dziś... nędza! nędza! że spojrzeć nie warto.
Mówiąc to, z gniewem prawie chwycił leżący z boku do połowy zapisany arkusz i pogardliwie rzucił go na ziemię.
Ruchem tym odsłonił jakiś przedmiot, dotąd pod papierem ukryty.
Był-to wachlarz.
Zrazu chciał go prędko schować, ale spostrzegłszy, że oczy moje ciekawie na nim spoczęły, kiwnął tylko głową, jakby mówiąc, „co mi tam”, wstał i zaczął się po pokoju przechadzać.
Korzystając z tego niemego przyzwolenia, wziąłem wachlarz do ręki, aby mu się lepiéj przypatrzeć. W dolnéj części, cały z delikatnie rzeźbionego hebanu, w górnéj stanowił połączenie czarnego drzewa i białéj materyi, na któréj prawdziwie artystycznie wymalowaną była miłosna historya upudrowanéj pasterki i upudrowanego pasterza, w kilkunastu epizodach, a każdy epizod, niby obrazek w ramkach mieścił się między dwoma rzeźbionemi pręcikami. Okładki jego, również hebanowe, ozdobione były, oprócz rzeźby, dwoma cieniuchnemi, jak listeczki medalionami z kości słoniowéj. Na jednym czerniło się wyryte imię: Valentine, drugi miał powierzchnię gładką, ale z odcieniem brudno-sinawym, jaki zostaje zwykle po zatarciu znaków ołówkiem na kości kreślonych. Miałem czas zauważyć wszystkie te szczegóły i kilka innych jeszcze, jako to, że floresy pręcików były w kilku miejscach z lekka nadłamane, a materya trochę u góry postrzępiona, Eugenjusz bowiem nietylko, że mi nie przerywał, ale mierząc pokój coraz wolniejszemi kroki i z pochyloną głową, zdawał się zapominać o mojéj obecności.
— Jaki to niezwyczajny wachlarz — rzekłem wreszcie, przypatrując się miniaturowo wykończonéj twarzyczce pasterki.
— Właścicielka jego była jeszcze niezwyczajniejszą — odparł nie przestając chodzić.
Spojrzałem na imię wyryte na medalionie i pomyślałem, że najpiękniejsze poezye, jakie wyśpiewała milknąca już dusza mego biednego sąsiada, musiały nosić tytuł: Do Walentyny. Nie objawiłem przecież głośno tego przypuszczenia i byłbym skierował rozmowę na inny przedmiot, gdyby on sam nie zatrzymał się raptem na środku pokoju i nie zapytał:
— Chcesz pan usłyszeć historyję tego wachlarza?
Była to całkiem niespodziewana odpowiedź na tajemne życzenie mojéj ciekawości; to téż pochwyciłem ją skwapliwie.
— Nietylko chcę, ale pragnę. Byłbym sam o nią prosił, gdyby nie obawa, że to panu przykrość sprawić może.
Zrobił niedbały ruch ręką.
— Mnie już nic przykrości nie sprawia — odpowiedział z goryczą. — Struna cierpienia zerwała się oddawna w mojéj duszy. Los zbyt często na niéj wygrywał.
Przystąpił do stołu i wziąwszy wachlarz, poglądał na niego z uśmiechem smutnéj ironii na ustach i rozmarzeniem w oczach.
— Jakie to lekkie — rzekł ważąc go w ręku — jakie filigranowe cacko, niby nic, a jak padło na szalę mego życia, tak ją do ziemi przybiło. Doprawdy, śmiech pusty i gniew bezsilny ogarnia gdy się pomyśli, że człowiek jest taką igraszką przeznaczenia, iż lada świstek, lada łepek od szpilki może się stać sprawcą jego doli. Widziałem takiego, co trącił niedbale nogą cegłę na drodze mu leżącą, a w chwilę potém taka sama cegła spadłszy z dachu, pozbawiła go życia. A ja! ileż razy patrzyłem na wachlarze i ani mi przez myśl przeszło, żeby o całéj mojéj przyszłości mógł stanowić — wachlarz!
— Chcesz pan zapewne powiedzieć, jego właścicielka — wtrąciłem, śmieléj już potrącając o ten przedmiot, skoro sam upoważnił mnie do tego.
— Gdyby nie on, nie byłbym jéj poznał. Bezpośrednia więc przyczyna... Ale dowiész się pan wszystkiego w porządku chronologicznym (uśmiechnął się znowu wpół boleśnie, wpół ironicznie). Niech tylko zbiorę myśli i odpocznę trochę. To chodzenie po pokoju tak mnie zmęczyło, jak gdybym z parę mil uszedł.
Rzucił się na łóżko, ręce splótł nad głową.
Na ciemnem tle ściany profil jego szlachetny i piękny rysował się z ostrością właściwą chorobliwemu wyniszczeniu, a czarna linia długich rzęsów rażąco uwydatniała głębokie zapadnięcie oka i bladość policzka. Gdyby nie falisty ruch piersi, zdradzający krótki, ciężki oddech, możnaby było postawić go na katafalku, gromnice dokoła zapalić i requiem nad nim zaśpiewać, tak wiele podobieństwa ze śmiercią miał jego spoczynek.
Patrzyłem na niego smutnie.
— Biedaku — myślałem — ty i świat rozstajecie się ze sobą, jak dwaj wzajemni wierzyciele, którzy należności swych nie odebrali. Ty miałeś prawo żądać od świata czegoś więcéj nad jakąś fantasmagoryję szczęścia, pokazaną ci zdaleka jak obrazek dziecku, nad żniwo cierpień i zawodów i trumnę przedwczesną; a świat miał prawo żądać od ciebie czegoś więcéj nad myśli same bez czynu na papier rzucone, nad walki jałowe ze swojem ja i tylko dla swego ja staczane. Czyja w tém wina? twoja czy świata, czy téż — wzrok mój spoczął znów na francuzkim napisie Valentine — i uczułem żal i niechęć do téj nieznanéj kobiety, któréj imię zdawało mi się wypisane równie czarno na życiu Eugenjusza, jak na wachlarzowym medalionie. Instynktownie już potępiałem ją, choć kto wié, może ona właśnie była Beatriczą młodego poety, aniołem, którego jedyną winą było to, że go złamał muśnięciem swych odlatujących skrzydeł.
Zadumę przerwało mi raptowne poruszenie Eugenjusza, który podniósł się, ręką chwytając za piersi.
— Tchu! tchu! — wyszeptał. Bolesne krztuszenie w gardle nie pozwoliło mu daléj mówić; zbliżył się tylko do okna i gwałtownie otworzywszy lufcik wychylił rozpaloną twarz, chciwie pijąc zgorączkowanemi usty mroźne, nocne powietrze.
— Co pan robisz, zaziębisz się! — zawołałem, usiłując odciągnąć go od okna.
Nie odpowiedział mi zrazu, po niejakim czasie dopiéro wsunął napowrót głowę do pokoju i zwracając się ku mnie roześmiał się smutnie.
— Przestroga pana niechcący zakrawała na szyderstwo — rzekł obcierając blade i wilgotne czoło. — Równie dobrze mógłbyś pan radzić skazanemu na śmierć, by idąc w dzień słotny na rusztowanie włożył kalosze, by się od kataru uchronić. Nie! bądź pan spokojny, z przeziębienia nie umrę; choroby są grzeczne, rzadko sobie wchodzą w drogę: co jedna zaczęła, tego bez przeszkody dokona.
Mówił to z przerwami, dławiąc się i pokaszlując. W istocie metafora jego nie była przesadzoną. Niewidzialny stryczek astmy okalał mu gardło, zacieśniając się coraz bardziéj z dniem każdym, a w jego wątłéj, zapadniętéj piersi nie było już siły na zerwanie téj śmiertelnéj zawiązki.
Myślałem, że już nie będzie nic z obiecanego opowiadania, ale po przejściu ataku, który téj nocy był słabszym niż zwykle, Eugenjusz orzeźwił się trochę. Usiadł znowu na łóżku, popatrzył na mnie badawczo i zapewne wyczytał w moich oczach wielkie współczucie, bo uścisnął mi rękę silnie i tak zaczął mówić:
— Z tego jakim jestem, trudnoby panu było wytworzyć sobie pojęcie o tém, jakim byłem. Energija, żywość, śmiałe patrzenie w przyszłość, serce gorące i samodzielny umysł: oto dary, któremi mnie Bóg uposażył, a które jak marnotrawny syn roztrwoniłem w téj krótkiéj podróży życia, tak, że do grobu zejdę z pustemi rękami, choć z kolebki z pełnemi wyszedłem. Widzisz pan, trwonienie jest w naszéj rodzinie dziedzicznem. Dziad mój strwonił połowę swéj kolosalnéj fortuny. Wczesna śmierć przeszkodziła mu w strwonieniu drugiéj, ale mój ojciec go w tém zastąpił; dla mnie dóbr ziemskich już niestało, strwoniłem więc moralne. Taką jest potęga tradycyi! — Uśmiechnął się ironicznie i po chwilowem przestanku mówił daléj: W piętnastym roku życia straciłem ojca i śmierć jego zostawiła w mojém sercu niezatarte wrażenie. Był to człowiek taki, że kto się tylko doń zbliżył, musiał go pokochać. Nie wiem, czy miał jakąkolwiek wadę, prócz marnotrawstwa, a i to objawiało się u niego w sposób świadczący o szlachetnych popędach duszy.
Szczodry i dobroczynny, rzucał pieniędzmi na prawo i na lewo, padając często ofiarą wyzyskiwaczy i oszustów; kochał się w antykach i za stary obraz lub porcelanę gotów był co żądano zapłacić, przytém lubił żyć wystawnie, przyjmować gości i otaczać się rezydentami. Matka moja kochała go z zaślepieniem, ja uwielbiałem go poprostu. Dziecinne moje oczy widziały w nim ideał doskonałości, wzór, który naśladować pragnąłem. On to odgadł zapewne i własną konającą już ręką usiłował strącić się z tego piedestału, na którym go postawiłem. Na parę dni przed zgonem przywołał mnie do swego łóżka. Każde słowo téj rozmowy ostatniéj bez świadków wyryło się na zawsze w mojéj pamięci.
— Synu mój — rzekł uroczyście — zanim udzielę ci błogosławieństwa, żądam od ciebie przebaczenia. — Spojrzałem na niego zdumiony i dotąd widzę bolesny rumieniec, jaki oblał jego wyżółkłe policzki, gdy powtórzył: — Tak, przebaczenia! Jesteś już w tym wieku, że mnie zrozumieć potrafisz. Przez życie całe szedłem z zawiązanemi oczyma, przejrzałem dopiéro teraz i to co widzę, przejmuje mnie takim bólem, jakiego bodajby żaden ojciec nie zaznał. Źle ciebie kochałem, Eugenjuszu. Obsypałem dzieciństwo twoje pieszczotami; dałem ci szczęśliwe dzisiaj — alem nie zrobił nic dla twego jutra — poświęciłem je na ołtarzu własnéj próżności i słabości. Oskarżam się przed tobą, bo wiem, że wcześniéj czy późniéj, sambyś mnie potępił, tak będziesz mnie tylko żałował. Wychowałeś się na dziedzica wielkiego majątku, dowiedz się, że nie masz nic. Zabrnąłem w długi — i opatrzyłem się dopiéro wtedy, gdy już nie było ratunku. Oto masz przyczynę mojéj wczesnéj śmierci. Umieram zabity zgryzotą. Jakiemi wysiłkami osłaniałem dotąd przed waszemi oczyma straszną prawdę, Bogu tylko wiadomo. Mam przynajmniéj tę pociechę, że nikogo nie ukrzywdzę. Wszyscy moi wierzyciele będą spłaceni — rozporządzenia w tym względzie zawiera moja ostatnia wola — wam pozostaną tylko moje zbiory. Sprzedaż ich zapewni tobie i matce fundusz wystarczający zaledwo na nędzne utrzymanie. O! czyż potrafię skonać, myśląc o losie, jaki własną nieopatrznością zgotowałem najdroższym mi istotom?... Eugenjuszu, dziecko moje! nie zapewniłem ci przyszłości, nie wytknąłem drogi w życiu, nie wskazałem jéj przykładem. Zostawiam ci tylko imię czyste, którego nieskazitelności masz strzedz i matkę twoję, której będziesz opiekunem. Jeżeli chcesz być czemś w świecie, sam sobie wszystko wywalczyć musisz. Jam był miękki jak wosk, ty bądź twardym jak stal; jam się bawił — ty pracuj; jam tracił — ty zbieraj; jam tylko czuł — ty czuj i myśl! Nadewszystko, zaklinam cię, staraj się powrócić matce twojéj to, z czego ja ją wyzuwam; stwórz jéj starość spokojną, niezależną, szczęśliwą. A teraz, czy mi przebaczysz, mój synu, że nie zahartowawszy cię składam taki ciężar na twe słabe ramiona?
Za całą odpowiedź upadłem przed ojcem na kolana i całując jego ręce, przysięgałem mu ze łzami, że jedynym moim celem będzie stać się takim, jakim on mnie pragnął widzieć, że odpowiem godnie położonemu we mnie zaufaniu. Ha! pięknie dotrzymałem słowa.
Zakrył oczy dłonią, a gdy ją odjął, rzęsy jego były wilgotne.
— Przez ośm lat jednakże — ciągnął daléj — mogłem śmiało poglądać na portret ojca. Czułem, że gdyby żył, byłby ze mnie zadowolony. Matka moja, kobieta anielskiego serca, zniosła stratę męża i zmianę majątkowego położenia z męztwem, jakiém tylko prawdziwa wiara i miłość natchnąć mogą. Zamieszkaliśmy w dwóch maleńkich pokoikach, ale nie było nam w nich ciasno, bo w ich obrębie mieściły się wszystkie nasze skarby, uczucia i nadzieje. Matka miała mnie, ja miałem ją, miałem czas, myśl, książki: to mi wystarczało. Za życia ojca pobierałem nauki w domu, ale gdy się warunki zmieniły, musiał się zmienić i kierunek mego wykształcenia. Po paru miesiącach gorliwéj przygotowawczéj pracy, zdałem egzamin do piątej klasy gimnazyjalnéj. Pamiętam z jaką dumą i rozkoszą kładłem poraz pierwszy mundur szkolny i zawieszałem na plecach tornister z książkami. Wyobrażałem sobie, że przywdziewam rynsztunek bojowy, że jak szeregowiec zaciągam się pod sztandar nauki, by pod nim walczyć i zwyciężyć. Jakoż przedarłem się szczęśliwie przez pierwsze ognie. Skończyłem gimnazyjum ze złotym medalem, a w ciągu czteroletniego pobytu na uniwersytecie, otrzymałem dwa drugie złote medale za konkursowe rozprawy. Parę lat, jakie mi upłynęły po skończeniu studyjów filozoficznych, były najpogodniejszą epoką mego życia. Przyszłość uśmiechała się do mnie. Drobne prace naukowe, jakie od czasu do czasu pomieszczałem w pismach poważnych, zwróciły na mnie uwagę uczonego świata. Ze Lwowa proponowano mi, abym się tamże doktoryzował, poczém obiecywano mi katedrę uniwersytecką. Tymczasem dawałem lekcyje prywatnie i po pensyjach, co mi przynosiło niezły dochód i poświęcałem się ulubionym studyjom nad lingwistyką porównawczą.
Wieczory schodziły mi w domu przy pracy. Na odpoczynek matka siadała do fortepianu, jedynego zbytkownego sprzętu, jaki nam z dawnych czasów pozostał i grywała mi Szopena, którego namiętnie lubiłem. Wówczas, przysiadłszy na ziemi, z głową opartą o jéj kolana, płynąłem sobie na skrzydłach harmonii w te światy marzeń urocze, po których każda młoda dusza musi odbyć wędrówkę, wędrówkę bezcelową, marną, a przecież tak ponętną, że doświadczenie miliona rozczarowanych nikogo do niéj nie zniechęci. Matka nie była artystką, grała tylko z wielkiem czuciem i prostotą, ale wątpię, czy sam Szopen, gdyby wstał z grobu, sprawiłby mi teraz swoją muzyką taką rozkosz, jaką mnie wtedy napełniały smętne i poetyczne akordy jego nokturnów i preludyj, płynące z pod palców téj kobiety, którą kochałem jak matkę i przyjaciółkę, a czciłem jak świętą. Myślę nawet, żebym go wcale słuchać nie mógł, boby mi chyba serce pękło, rozsadzone bólem wspomnienia. Ach! jakież to były chwile! jakie chwile! Dźwięki i myśli kołysały moją wyobraźnię, czasem pierwsze brały przewagę; wtedy słuchałem i dumałem tylko, czasem drugie... wtedy nie dość mi już było myśli, szukałem słów, a te same kojarzyły się w spadki rytmiczne i wypływały mi na usta jakąś półgłośną improwizacyją.
Często także gdy matka grać przestała, rozwijałem przed nią świeżo namotany kłębek marzeń i nadziei, kreśliłem jéj plany prac naukowych, jakie przedsięwziąć pragnąłem, lub opowiadałem treść nienapisanych jeszcze poematów. Ona pieszczotliwie wodziła dłonią po moich włosach, całowała mnie w czoło i słuchała z upojeniem, dzieląc najśmielsze złudzenia mojéj młodzieńczéj fantazyi, wierząc mocno, że będę znakomitym uczonym, wielkim poetą, a nadewszystko szczęśliwym. Pragnęła mnie widzieć kochanym, ożenionym i ze swojéj strony przesuwała mi przed oczyma obrazy, w których na pierwszym planie jaśniała piękna postać kobieca, nazywająca się jéj synową i złote uśmiechnięte główki, nazywające się jéj wnuczętami. Na ten temat najchętniéj fantazyjować lubiła. Co do mnie wyznaję, że ta apoteoza domowego ogniska miała we mnie dość umiarkowanego czciciela; byłem zbyt młody, zbyt ambitny, by tęsknić do powszedniéj szczęśliwości rodzinnego życia, zjawisko rzadkie przy poetycznem usposobieniu — miłość nie była znalazła dotąd drogi do mego serca. Nie czułem jéj potrzeby, być może po części dlatego, że poza koleżeńskiemi stosunkami, nie mając żadnych innych i w towarzystwach zgoła nie bywając, kobiet tak prawie jak nie znałem. Ale nie mąciłem matce jéj rojeń i oboje bawiliśmy się cackiem przyszłości jak dzieci.
Tak rzeczy stały do jesieni trzeciéj od mego wyjścia z uniwersytetu, a dwudziestéj piątéj w mojém życiu. Pewnego wieczora przechodziłem pod filarami teatru, z którego właśnie po skończonem widowisku wysypywał się tłum liczny. Nie chcąc tracić czasu na przeciskanie się, bo śpieszyłem do domu, zszedłem nieco na bok; lecz zaledwie zrobiłem kilka kroków po bruku, potknąłem się o jakiś przedmiot. Spojrzałem — był to wachlarz. Widocznie właścicielka musiała go zgubić wsiadając do powozu, bo leżał w miejscu, gdzie zwykle podjeżdżają ekwipaże. Medalion ze słoniowéj kości świecił na nim po ciemku, jak jasna żrenica, zupełnie, jak gdyby wachlarz patrzył na mnie jednem okiem i napraszał się, bym go od nieochybnego stratowania ochronił. Gdym go podnosił, zaleciała mnie silna woń magnolii, jaką był przesiąknięty. Czy pan lubisz ten zapach? Mnie on zawsze odurzał i w rezultacie przyprawiał o ból głowy, mimo to przekładałem go nad wszystkie inne. Teraz za to jest mi tak wstrętnym, że jeżeli w czyścu będą mnie perfumować magnoliją i grywać mi preludyje Szopena, już tém samém dostatecznie odpokutuję za moje grzechy.
Przez drogę ciągle wąchałem wachlarz i sam nie wiem, zkąd mi przyszło wytwarzać sobie w myśli obraz właścicielki. Nie wiem także na podstawie jakiego rozumowania doszedłem do wniosku, ie musi być młodą, powabną, zdradziecko uroczą i niebezpieczną, jak te jéj perfumy, co zrazu sprawiają rozkosz, a późniéj cierpienie.
Przyszedłszy do domu, opowiedziałem matce o znaleźnem i oboje obejrzeliśmy wachlarz z takiém zajęciem, z jakiém pan mu się dzisiaj przypatrywałeś. Matce podobały się bardzo malowania, a jako znająca się na tych rzeczach, oceniła, że jestto przedmiot znacznéj wartości. „Wyobrażam sobie” — dodała — „jak będzie ucieszoną właścicielka, gdy zgubę odzyska.” — „Szkoda tylko” — rzekłem śmiejąc się, — „że się nie dowie, pod jakim adresem ma posłać uśmiech wdzięczności. Gdyby prócz imienia wyryte tu było i nazwisko, postarałbym się doręczyć zgubę osobiście.”
Nazajutrz udałem się do redakcyi Kuryera Warszawskiego, aby pomieścić stosowne ogłoszenie. Wchodząc, zobaczyłem dwie panie stojące przed kontuarem, za którym siedział młody człowiek i coś zapisywał w dużéj księdze. Zbliżyłem się, chcąc mu przedłożyć interes, jaki mnie sprowadzał. Ledwo jednak wymówiłem wyraz „Wachlarz”, jedna z pań, któréj twarzy dojrzeć nie mogłem, bo stała odwrócona, dobywając portmonetkę, podniosła żywo głowę, a młody człowiek przerwał mi mówiąc: „Co za traf! Ta pani właśnie podała ogłoszenie o zgubionym wczoraj hebanowym wachlarzu. Być może, to ten sam.”
Za całą odpowiedź, wyjąłem wachlarz z papieru, w jaki był zawinięty. W téjże chwili obił się o moje uszy dźwięczny głosik, wołający radośnie: „ach, to mój!” Ujrzałem białą, lekko zarumienioną twarzyczkę, dwoje błyszczących oczu, których spojrzenie zetknęło się z mojém i maleńką rączkę wyciągającą się do mnie.
Zmięszany, jak gdybym jaką niedorzeczność popełnił, wręczyłem salonowe berło nieznajoméj z dość niezgrabnym ukłonem i niezgrabniejszym jeszcze frazesem, którego wysłuchała, uśmiechając się prześlicznie i nie spuszczając ze mnie swego śmiałego wzroku.
Zakłopotanie moje musiało ją bawić. Z tą swobodą i pewnością, po jakiéj poznaje się osobę światową, a do hołdów przywykłą, podziękowała mi w kilku słowach, poczém do puszki z ofiarami wsunęła banknot, pożegnała mnie uprzejmem skinieniem głowy i wyszła ze swoją towarzyszką.
Wyszedłem i ja roztrojony, jakiś niekontent z siebie. Poraz pierwszy przyszło mi na myśl, że mam zamało towarzyskiego obycia, że się muszę wydawać śmiesznym z moją nieśmiałością i brakiem ułożenia. Może należało się jéj przedstawić?
Powierzchowność nieznajoméj zostawiła mi jakieś nieokreślone wrażenie. Głos, ruchy, wysmukłe kształty kibici, utkwiły mi żywo w pamięci:; zauważyłem nawet, że miała czarny kapelusz z dużym odwiniętym z boku rondem, korale na szyi i czarne rękawiczki, ale nie mogłem zdać sobie sprawy z tego, czy była ładną czy nie, czy wyglądała na młodziutką panienkę, czy na dojrzałą mężatkę? Było w niéj coś i z pierwszéj i z drugiéj.
Zaprzątać się podobnemi rzeczami nie wchodziło dotąd w zakres mego myślenia; może więc wskutek tych nowych myśli, a bardziéj dzięki zapachowi magnolii, którego się od wczoraj nałykałem, bo nietylko wachlarz, ale i cała osoba jego właścicielki zdawała się w nim nurzać, dostałem bólu głowy i zamiast do pracy, poszedłem do Botanicznego ogrodu, gdzie włóczyłem się do zmierzchu, depcząc zeschłe liście i słuchając posępnych jesiennych szmerów. Tak więc, strata kilku godzin czasu i cierpienie fizyczne były pierwszą krzywdą, jaką mi to chłodzące bawidełko wyrządziło. Sądziłem, że będzie to zarazem jedyna pamiątka owego epizodu, o którym zresztą wprędce myśleć przestałem.
Minął miesiąc.
W listopadzie jeden z dawnych kolegów, z którym najbliżéj żyłem, zaprosił mnie na wieczór do siebie.
Niedawno co ożenił się był bardzo bogato, żona jego trochę sawantka chciała otworzyć u siebie salon artystyczno-literacki i owo zebranie miało być takowego inauguracyją. Niepodobna się było wymówić, kolega prosił usilnie, obiecałem więc, zastrzegłszy sobie tylko, by mnie nie przedstawiał żadnéj damie, dopóki tego nie zażądam.
W dzień oznaczony matka zawiązała mi biały krawat z pewnym nastrojem uroczystym, jak gdybym był panienką, któréj poraz pierwszy kładzie się suknia z ogonem. W godzinę potém, trzymając szapoklak przez rękawiczkę niepokalanéj świeżości, stałem we drzwiach rozdzielających dwa salony. W jednym mniejszym znajdowało się grono mężczyzn przeważnie starszych, którzy rozmawiali i grali w karty lub szachy, w drugim pełno było postrojonych kobiet i młodzieży.
Przypatrywałem się fizynomii tego salonu z pewną ciekawością, czytałem w nim, że tak powiem, bo robił na mnie wrażenie, jakby barwnéj kartki z księgi życia wyjętéj, pisanéj z wielką sztuką złotem i kolorami na sposób starych rękopismów. Odwrotna jéj strona mogła być szarą a nawet czarną, ale żaden z tych ponurych odcieni nie przebijał na zewnątrz. Na zewnątrz wszystko się uśmiechało i błyszczało. Ukwiecone, ukoronkowane, szeleszczące powłóczystemi sukniami postacie kobiet wyglądały niby długie, świetne, pełne niespodzianych zwrotów frazesy téj malowanéj życiowéj kartki, a uwijające się pomiędzy niemi czarne fraki grały rolę znaków pisarskich.
Porównanie to dawało się szczególniéj zastosować do pewnej grupy, na któréj dłużéj wzrok mój spoczął. Środek jéj zajmowała bardzo młoda i bardzo ładna osoba, wgłębiona w niski fotel. Po obu jéj stronach siedziało dwóch młodych ludzi. Z tych jeden niezmiernie chudy, długi, pałąkowato ku niéj pochylony, z wyciągniętą twarzą i zakrzywionym nosem, mimowoli przywodził na myśl znak zapytania, podczas gdy drugi jakby dla kontrastu niski, okrąglutki, z dużą, płaską głową wsuniętą w pulchne ramiona, miał wiele podobieństwa z wielką kropką, którą autor stawia z ukontentowaniem po skończeniu mozolnego okresu. Za fotelem stał trzeci młodzieniec, sztywny, wyprostowany, istny wykrzyknik z gęstwiną czarnych włosów, jeżących mu się nad czołem jak szczotka. Wszyscy trzej zdawali się mocno zajęci młodą osobą w fotelu; ona téż — trzeba jéj oddać sprawiedliwość — nie zaniedbywała żadnego. Jednocześnie odpowiadała „znakowi zapytania,” uśmiechała się do „kropki,” wykręcała szyjkę ku „wykrzyknikowi,” przyczém figurka jéj smukła i przedziwnie utoczona gięła się na wszystkie strony, główka i rączki zmieniały ciągle położenie, a każdy ruch był tak dziwnie miękki i elastyczny, jak gdyby to była istota nie z ciała i kości, ale z aksamitu. Ztąd téż ta żywość, która w każdéj innéj raziłaby jako zbyteczna, jéj dodawała tylko oryginalnego uroku. Strój odróżniał ją także od reszty obecnych w salonie młodych kobiet. Tamte wszystkie prawie ubrane były jasno, ona miała suknię czarną, atłasową, któréj lśniące draperye układały się artystycznie, spływając długą powłoką na posadzkę. Czarne garnirowanie podnosiło białość odsłoniętego trochę biustu, będącego zarazem jedyną białą odmianą w tym stroju, który byłby zakrawał na lekką żałobę, gdyby nie korale otaczające jéj szyję i ponsowe gwoździki u gorsu i we włosach Ztąd możesz pan wnioskować, jak pilnie i długo przypatrywałem się téj młodéj osobie, skoro zauważyłem takie nawet szczegóły.
Właśnie zaczynałem się dziwić, dlaczego oczy moje tak uparcie do niéj przylgnęły, gdy nagle ruchliwa jéj rączka rozwinęła wachlarz, ukryty dotąd w fałdach sukni. Drgnąłem i ledwo wykrzyk na ustach stłumiłem. To był ten sam, to była moja nieznajoma z redakcyi! Bez tego szczególnego znaku nie byłbym jéj nigdy poznał, nie przypuszczałem, żeby mogła być tak ładną! ale teraz pojąłem, czemu tak bardzo mnie zajęła.
Tymczasem wachlarz poruszał się żywo w jéj drobnych paluszkach, a oczko medalionu zdawało się mrugać i wabić mnie ku sobie. Postanowiłem usłuchać wezwania. Zobaczywszy przechodzącego gospodarza, wstrzymałem go za rękaw.
— Proszę cię, przedstaw mnie — rzekłem, wskazując mu ją oczyma.
Spojrzał i uśmiechnął się, zapewne z pomięszania, jakie twarz moja zdradzać musiała.
— Brawo, brawo, odludku — szepnął, biorąc mnie pod ramię. — Oko niedoświadczone, ale jak uważam trafne. Ten wybór przynosi zaszczyt twojéj przenikliwości i odwadze.
— Czy to mężatka? — zapytałem, życząc sobie w duszy, żeby odpowiedź wypadła twierdząco, a to dlatego, że mężatki mniéj mnie onieśmielały niż panny.
— Cóż znowu! Przecież widzisz, że wygląda prawie jak dziecko. Swoją drogą ma już lat dziewiętnaście. Wiem to od mojéj żony, któréj jest koleżanką. Nazywa się...
Tu Eugenjusz urwał i zdawał się wahać.
— Nie — rzekł wreszcie — nie powiem panu nawet jéj imienia. Mógłbyś pan spotkać się z nią kiedy i...
Pomyślałem sobie, że imię było mi już wiadome od początku i zdziwiło mnie, jak Eugeniusz mógł zapomnieć o napisie na medalionie, o którym sam niedawno napomknął, ale wstrzymałem się od zrobienia w tym względzie uwagi, widząc, że mu o zachowanie tajemnicy chodziło. On zaś mówił daléj:
„Gdyśmy przechodzili salon, spostrzegłem, że „znak zapytania,” otrzymawszy zapewne wszystkie odpowiedzi, jakich się mógł na dzisiaj spodziewać, wstał i melancholijnie pożeglował w inną stronę. Życząc mu z całego serca szczęśliwéj podróży, zająłem w myśli opróżnione po nim krzesło, a w parę minut późniéj zajmowałem je w rzeczywistości, wywiązawszy się z prezentacyjnego ukłonu o wiele lepiéj — czułem to z pociechą — niż w redakcyi.
— Pani zapewne nie przypomina sobie, że miałem szczęście...
— Owszem, owszem — przerwała mi z uśmiechem — to jest, czy pan miał szczęście, tego naturalnie przypomnieć sobie nie mogę, bo teraz dowiaduję się o tém, ale pamiętam doskonale, że panu zawdzięczam odzyskanie tego.
Przy tych słowach zrobiła śliczny giest wachlarzem, a ja pomyślałem, że jeżeli kiedykolwiek lekceważyłem dar konwersacyjny, to teraz oddałbym za jego posiadanie nawet znajomość sanskrytu, która mnie tyle pracy kosztowała.
— Dla mnie ten wachlarz był obecnie nicią Arjadny — rzekłem po chwili. — Po nim tylko poznałem panią.
— Doprawdy? — odparła podnosząc trochę brwi. — Co za godna naśladowania szczerość.
Ta niespodziewana pochwała zmięszała mnie zupełnie. Instynktownie odgadłem, że nie powinienem się z niéj cieszyć, i że moje wyznanie nie było szczęśliwym pomysłem: może jej się nie podobało domniemane porównanie do labiryntu? Teraz widzę, że trzeba było tylko takiego salonowego nowicyjusza, jakim ja wtedy byłem, aby dać do zrozumienia kobiecie, że raz ją zobaczywszy, mogło się o niéj zapomnieć.
— Ja zaś — ozwała się znowu ona, przybierając napowrót figlarną minkę, z którą jéj było tak prześlicznie — mam widocznie lepszą pamięć, bo poznałam pana odrazu, nietylko tu, ale kiedyś na ulicy. Przechodziłeś pan wtedy bardzo zamyślony i nie poznałeś ani mnie, co zresztą nie było możliwem, bo wachlarza na ulicy nie noszę (to było powiedziane z ironicznym trochę naciskiem), ani swego znajomego, który nam towarzyszył. Ale on pana spostrzegł i od niego dowiedziałam się o panu wiele rzeczy.
— Wiele rzeczy! — powtórzyłem. — To dziwne! O mnie jest tak mało do powiedzenia.
— Znajomy widocznie innego był w tym względzie zdania. Dzięki tym informacyom wiem, między innemi, że rozmawiam z autorem... tu wymieniła tytuły kilku moich prac naukowych, a po mnie aż dreszcz przerażenia przebiegł. Otóż masz — pomyślałem — trafiłem na sawantkę i tylko patrzeć, jak cały ciężar jéj erudycyi spadnie mi na głowę. Może się panu dziwną wyda ta bojaźń, ale gdybyś był znał żonę mego kolegi, jedyny typ niebieskiéj pończochy, z jakim do owego czasu miałem do czynienia, uważałbyś mnie za wytłómaczonego. Na szczęście, może raczéj na nieszczęście nie wszystkie koleżanki są do siebie podobne.
Czy ta istota dziwna, któréj przenikliwość nieraz późniéj wprowadzała mnie w podziw, odgadła i wtedy moje obawy, nie wiem, ale popatrzywszy na mnie bystro, mówiła daléj tonem lekkim:
— Ja tego wszystkiego, jako rzeczy zupełnie specyjalnych nie czytałam, a choćbym i czytała, nie potrzebujesz się pan lękać, żebym mu jaki z tego powodu powiedziała komplement. Wiem, że pochwała profana jest często przykrzejszą od nagany znawcy. Ale jest inna niwa, na któréj pan pracujesz, a którą choć mało kto uprawiać, wielu przecież rozumieć i kochać może... Domyślasz się pan, że mam na myśli poezyję.
W téj chwili „wykrzyknik,” któremu od czasu zawiązania rozmowy między nami, nie dostało się ani jedno spojrzenie, wycofał się z poza fotelu i odszedł sztywnym, miarowym krokiem, rzucając na mnie wzrok pełen niechęci. „Kropka” zaniedbana, także pogodziła się już dawniéj z losem, przeniósłszy swe flegmatyczne adoracyje na sąsiadkę z drugiéj strony. Nikt więc nie przeszkadzał dalszéj naszéj rozmowie, którą nazwałbym zwrotnym punktem mojego życia. Wzmianka o poezyi posłużyła jéj do potrącenia o najbardziéj osobiste, najżywiéj obchodzące mnie kwestyje. Wspominałem już panu, iż nieraz przy muzyce matki zdarzyło mi się improwizować! Z improwizacyi tych, przenoszonych potém w poprawniejszéj formie na papier, utworzył się szereg „tłómaczeń Szopena,” które téż pod tym tytułem ogłosiłem drukiem. Zbiorek ten, chłodniéj przyjęty przez krytykę, niż inne moje poetyczne utwory, miał dla mnie osobną wartość, jako pamiątka chwil szczęśliwych; był niby cząstką mnie samego, spowiedzią duszy, co w chaotycznych i mglistych obrazach odsłaniała tam wszystkie swoje tajniki oczom, któreby przez ten chaos i mgłę patrzeć umiały i chciały. Takie właśnie oczy miała ona. Słuchając jéj, doznawałem dziwnéj rozkoszy, nic wspólnego z próżnością niemającéj, rozkoszy, jakiéj chyba najskromniejszy autor doznawać musi, gdy widzi że go zrozumiano, tak jak on sam siebie rozumiał, że myśli jego w słowa nie ujęte, pomiędzy wierszami zawarte, a gdzież ich niema! nie zginęły, lecz znalazły czytelnika, który je tam wyszukać potrafił.
W moich „Tłómaczeniach Szopena” myśli takich było mnóstwo; ona je wszystkie odgadła i brała je, niby farby z palety dla odmalowania mego duchowego portretu. Ten dar chwytania wewnętrznych podobieństw posunięty był w niéj do artyzmu, szkicowała charaktery ludzkie, jak mistrz szkicuje rysy modelu w kilku rzutach śmiałych i pewnych. Mnie wtedy to porównanie na myśl nie przyszło, bo jakże mogłem przypuścić, żeby to co mi się wydało pobratymstwem duszy, co zaklętą nić sympatyi z serca mego wysnuć jéj pozwoliło, było w niéj tylko... talentem.
Później dopiéro, znacznie późniéj, doszedłem do tego wniosku; ale wtedy powiedziałem sobie tylko, że istota, która mnie tak doskonale pojmuje, musi téż podobnie jak ja czuć i myśleć i mimowoli, przyszedł mi na pamięć fragment z „Dziadów”:

„W przyrodzeniu, powszechnéj ciał i dusz ojczyznie,
Wszystkie stworzenia mają swe istoty bliźnie... etc.”

— Widzisz pan — rzekła mi w końcu z uśmiechem — jakto czasem niebezpiecznie być poetą. Rozmawiamy ze sobą poraz pierwszy, a ja już pana znam prawie dobrze, pan mnie nic. Mogłabym z téj przewagi korzystać.
— Czy pani jesteś pewną — odparłem — że w swoich spostrzeżeniach, zdumiewająco trafnych, wyznaję, nie zdradzałaś także i siebie, że moje oczy nic w nich z pani własnego „ja” nie dopatrzyły?
Uśmiechnęła się dziwnie.
— Tak pan sądzisz? Przychodzi mi ochota poprosić pana wzajemnie o moją moralną fotografiję, ale dam pokój, nateraz; wiem naprzód, że byłaby nietrafioną.
Opuściłem dom mego kolegi, myśląc z pewną niecierpliwością o chwili, kiedy tam znów powrócę. Następnego tygodnia stawiłem się jeden z pierwszych na jego salonach. Nadzieja spotkania z tą, któréj towarzystwo tak mnie oczarowało, nie zawiodła mnie. Rozmawialiśmy ze sobą dłużéj jeszcze niż za pierwszym razem, wszakże bardziéj ogólnie. Umysł téj kobiety był zarówno elastycznym i ruchliwym, jak jéj ciało. Ironja, melancholja, dowcip, powaga, uczuciowość, figlarność tworzyły z jéj rozmowy istną mozajkę, robiła ze swoim słuchaczem wszystko co chciała: mogła go rozweselić, rozdrażnić, zasmucić, wzruszyć, tylko nigdy znudzić.
Zwłaszcza w sposobie mówienia o poezyi, była poprostu niezrównaną, a w odcieniu i zrozumieniu jéj objawiała temperament tak na wskroś poetycki, że porównywałem ją z tymi, o których mówi Byron, że są największymi poetami, choć natchnień swych na papierze nie spisują.
Pamiętam, gdy mi ona coś z Beniowskiego przytoczyła, wydało mi się, że słyszę ten ustęp po raz pierwszy, choć umiałem go na pamięć: tyle nowych piękności przybyło mu w jéj ustach.
Przez trzy czy cztery tygodnie żyłem w stanie jakiegoś podniecenia, które nazwałbym rozkosznem, gdyby nie miało w sobie coś męczącego. Nowy żywioł wplątał się w moje życie, do chwili poznania jéj nie doznawałem bynajmniéj jego braku, teraz zaś czułem, że gdyby mi go odebrano, utworzyłaby się dokoła mnie wielka pustka. Co to było — nie badałem — ona pierwsza niechcący może otwarła mi oczy.
Nie pomnę już z jakiego powodu nazwała mnie pewnego wieczora „człowiekiem ostateczności.” Poprosiłem o bliższe określenie tego przydomku.
— Tak — rzekła — wszystkie struny w sercu pana naciągnięte są o cały ton wyżéj, niż się to pospolicie zdarza. Ztąd każde wrażenie silniejszym się na nich dźwiękiem odzywa, ztąd téż w przyszłości swojéj możesz się pan spodziewać albo raju, albo piekła — ale średnia codzienna pomyślność nie będzie pana udziałem.
— Zdaje mi się, że pani masz słuszność — odparłem. — Czuję w sobie wielką zdolność do szczęścia... kto wié, czy jéj w równym stopniu do odczucia nieszczęścia nie posiadam? Może byłoby ze mną, jak z temi bardzo zdrowemi organizmami, które jedna choroba zabija, podczas, gdy słabsze zwycięzko z niéj wychodzą.
Ona milczała chwilę, bawiąc się wachlarzem, poczém podniósłszy głowę, rzekła raptem:
— Pan nie kochałeś nigdy?
— Nie, pani!
Głos mi zadrżał trochę; ona zarumieniła się lekko.
— Ale pan będziesz kochał — rzekła znowu — i miłość da panu ten raj, albo to piekło, o którem mówiłam.
Z temi słowy wstała i odeszła prędko. Ja zostałem na miejscu jak przykuty.
Ten wyraz „miłość,” ustami jéj rzucony, padł mi iskrą na duszę i rozświecił to, na co dotąd byłem ciemny. Zrozumiałem nagle, iż jestem bliższy tego raju lub piekła, niż przypuścić mogłem i... przestraszyłem się. Miłość w takich warunkach, w jakich ja byłem; miłość mająca za przedmiot taką jak ona kobietę, mogła się stać dla mnie klęską... Zakochać się bez wzajemności, a o téj ani marzyć śmiałem, ani jéj nawet — co dziwniejsza — pragnąłem, znaczyło to samo, co stracić spokój i równowagę wewnętrzną, tak koniecznie mi potrzebne teraz, gdy stałem jakby na wyłomie, wywalczając sobie przyszłość, gdy każde zboczenie ze zdobytego już stanowiska, każde zapatrzenie się w inną stronę, niż w ten cel, do którego dążyłem, groziło mi porażką. Ja zaś musiałem wyjść zwycięzcą z życiowego boju... przysiągłem to konającemu ojcu! Trzeba więc było uciekać, wyrwać się z tego zaczarowanego koła, póki czas! a że czas był jeszcze wtedy, to czułem; inaczéj, czyżbym zdołał tak dokładnie zgłębić otwierającą się przedemną przepaść, jak ją wtedy zgłębiłem.
Przez cały tydzień byłem dość spokojny, zadowolony nawet z mego postanowienia, ale gdy nadszedł dzień przyjęcia u kolegi i wybiła godzina, w któréj zwykle wybierałem się na nie, hart mój zmiękł nieco.
Pomiędzy stronnicami księgi, nad którą zasiadłem, giętka jéj postać przesuwała się drażniąco budząc we mnie tęsknotę za jéj głosem, spojrzeniem, uśmiechem, nawet za szelestem wachlarza, będącym zwykłym akompanjamentem naszych rozmów, „tylko raz, ten raz jeden, ostatni,” szeptała mi pokusa. Zatykałem uszy, ale na cóż się to zda, kiedy ten głos nawet głuchoniemy usłyszy. Matka, sądząc, żem się tak bardzo zaczytał, przypomniała mi, że już czas się ubierać. Miałem szaloną ochotę korzystać z tego przypomnienia, siła woli wzięła jednak górę.
— Zostanę w domu — odrzekłem — głowa mnie trochę boli. Nie mogę pracować. Zagraj mi nieco, mateczko.
Spełniła moję prośbę, ja siadłem u jéj kolan, ale nie było to już co dawniéj. Cień tajemnicy zawisł pomiędzy nami; muzyka zamiast ukoić, rozdrażniła mnie więcéj. Przesilenie jednak minęło i zacząłem wracać do normalnego stanu. Unikałem wszystkiego, co mi ją przypominać mogło, zaniechałem nawet czas jakiś czytywać poezyje; natomiast ze zdwojoną gorliwością karmiłem się biblijotekowym pyłem, zbierając materyjały do rozprawy doktorskiéj. Myślałem także o wyjeździe do Lwowa, choć z powodu różnych zobowiązań zatrzymujących mnie w Warszawie, miał on nastąpić dopiéro na wiosnę.
Nie minął miesiąc, a wzburzona wyobraźnia moja ukołysała się zupełnie, może za potrąceniem, opadłe na jéj dno wrażenia byłyby ją znowu wydostawszy się na wierzch zmąciły, ale w tém téż leżała tajemnica mego zwycięztwa, żem się od tych potrąceń zabezpieczył.
Była jeszcze inna okoliczność dzielnie mi w tém dopomagająca. Gdyby na pamiątkę kilku spotkań naszych pozostało mi choć jedno tkliwsze spojrzenie jéj oczu, jeden serdeczniejszy dźwięk głosu, wspomnienia te byłyby rozdmuchiwały zarzewie, które gasiłem. Myśl, że i ona trochę cierpi lub tęskni, byłaby mnie dręczyła i buntowała. Lecz nic mnie nie upoważniało do podobnych przypuszczeń.
Musiałbym być bardzo zarozumiałym, gdybym rozważając jéj postępowanie ze mną i z innymi zdołał dopatrzeć w niém jakąś na moją korzyść różnicę. Taż sama swoboda, ten sam urok odrębny, jednający jéj tylu czcicieli. Rozmawiała ze mną wprawdzie więcéj i chętniéj niż z tym lub owym, ale téż, bo bez zarozumiałości przyznać sobie mogłem, miałem więcéj do powiedzenia, niż ten lub ów z otaczającéj ją młodzieży.
W ciągu tego czasu raz tylko w dzień odwiedziłem dom kolegi, tłómacząc się uprzejmemu gospodarstwu, że nawał pracy nie pozwala mi korzystać wieczorami z ich gościnności. Mimo to w końcu karnawału otrzymałem od nich zaproszenie na wieczór tańcujący. Uświetnić nim miano imieniny saméj pani i małżonek jéj dał mi do zrozumienia, że gdybym w tym dniu grona życzliwych nie powiększył, znaczyłoby to, że się do nich zaliczać nie chcę. Na takie oświadczenie, cóż mi pozostawało, jak dobyć znowu frak i zażądać pomocy matki w zawiązaniu białego krawatu? Zresztą według mego mniemania, nie narażałem się na żadne niebezpieczeństwo. Byłem już jakby wyleczony, jedno spotkanie nie mogło mi zaszkodzić, zwłaszcza, iż postanowiłem trzymać się zdaleka.
Tańczono już, gdy stanąłem we drzwiach salonu. Serce biło mi trochę i wnet jeszcze silniéj bić zaczęło, bo pierwszą osobą, którą zobaczyłem, była ona.
Walcowała właśnie w objęciach znanego mi „wykrzyknika.” Przesunęli się koło mnie tak blizko, że gałązka kwiatów zdobiąca jéj obnażone ramię, musnęła klapę mego fraka.
Zadrżałem i cofnąłem się, ale wzrokiem pogoniłem za oddalającą się parą. Ona spostrzegła mnie wtedy i przez ramię tancerza posłała mi uśmiech poważny. Była znowu ubrana czarno, tylko w sukni lekkiéj, wyciętéj, obrzuconéj ponso wemi werwenami i było jéj w tém prześlicznie. Ciemne loki trzęsły się na jéj malutkiéj główce, rozsypując się po olśniewająco białéj szyi i ramionach; wplątane pomiędzy nie werweny, przytrzymywały je od niechcenia. Tańczyła ślicznie z kibicią lekko w tył podaną, z rozchylonemi nieco usteczkami. Żywe rumieńce podnosiły białość jéj cery, a nawpół przymknięte oczy błyszczały jak gwiazdy.
Trzeba ją było widzieć w walcu, żeby pojąć jak zachwycającą być mogła. Co do mnie, wzroku od niéj oderwać nie byłem w stanie i gniewało mnie to bardzo.
Aby temu koniec położyć, poszedłem wyszukać sobie damę do kontredansa. O zaproszeniu jéj naturalnie nie myślałem, a nawet gdybym był chciał, nie ulegało wątpliwości, że mnie już uprzedzono.
Zdziwiłem się téż ujrzawszy ją siedzącą pod oknem, gdy po przegrywce wszystkie pary zajęły swoje miejsca. Widziałem, jak solenizantka przybiegła do niéj, pytając zapewne, dlaczego nie tańczy; ona odpowiadała z uśmiechem i zaraz potém wysunęła się do przyległego gabinetu. Przez cały kontredans byłem dziwnie roztargniony i jeżeli moja tancerka nie wzięła mnie za idyjotę, to musiała być bardzo wyrozumiałą osobą. Trudno rzec co było bezsensowniejsze: pytania czy odpowiedzi, jakiemi ją częstowałem.
Po skończonych szufladkach, rondach, promenadach i chaine'ach, odprowadziwszy damę na miejsce, pokręciłem się trochę po salonie i koniec końców wszedłem do gabinetu, gdzie wiedziałem, że ją zastanę. W istocie, siedziała na kozetce rozmawiając z drugą młodą panienką. Wypadało się zbliżyć i zamieniliśmy kilka zdań obojętnych.
Tymczasem muzyka zaczęła znowu grać walca. Dwóch młodzieńców przyszło ją zaprosić; odmówiła — trzeci spróbował szczęścia u sąsiadki i lepiéj mu się powiodło. Zostaliśmy sami, ale ona nie ruszała się z kozetki, mnie więc niepodobna było odejść.
— Pani nie chciała tańczyć kontredansa — rzekłem, aby coś powiedzieć.
— Przeciwnie, chciałam, tylko... nie miałam tancerza.
Uśmiechnąłem się.
— Nie uśmiechaj się pan; mówię zupełnie seryjo. Rezerwowałam kontredansa dla pana X., odmówiłam panom A., B., C., D. etc, pan X. się nie zgłosił i zostałam, wyrażając się trywialnie, na koszu. Pierwszy raz mnie to spotkało, powinnabym mieć żal do pana, ale...
— Do mnie?
— Tak, bo tym panem X., byłeś pan.
Zmięszany nie znalazłem na razie odpowiedzi.
— Kontredans jest dla mnie zawsze bardzo nudnym tańcem — mówiła daléj spokojnie — a już staje się zupełnie niemożliwym, gdy partner po pierwszéj figurze robi uwagę o gorącu, po drugiéj pyta, czy lubię tańczyć, a po trzeciéj, ile razy w tym karnawale tańczyłam. Wiedziałam, że pan mnie w ten sposób nie będziesz bawił, chowałam go więc dla pana, bo byłam pewną, że mnie zaprosisz. Widzisz pan, jak jestem szczerą.
— Przyszedłem późno — odparłem, tłómacząc się — i sądziłem, że pani już jest zaangażowaną. Na odmowę zaś narażać się nie chciałem.
— A!... Czy pan we wszystkiem jesteś tak ostrożnym? — spytała. — Bardzo to chwalebne, tylko, pamiętaj pan... qui ne risque n'a rien.
Słowa te wymówiła z tak szczególną intonacyą, że postanowienia moje chwiać się zaczęły.
— Uznaję całą słuszność tego argumentu — podchwyciłem — a na dowód śmiem panią prosić do drugiego kontredansa.
— Mocno żałuję, ale jestem już zamówioną do wszystkich, a nawet do tych, które wcale nie nastąpią — odpowiedziała zupełnie innym, obojętnym tonem.
Przygryzłem wargi, zły, żem złamał dane sobie słowo i to jeszcze napróżno. Milczeliśmy chwilę. Ona zsuwała i rozsuwała wachlarz, przypatrując mu się uważnie, wreszcie nie podnosząc oczu, rzuciła mi niedbale zapytanie:
— Dlaczego pan tak dawno tutaj nie byłeś?
— Miałem dużo pracy.
— Czy tylko nad nauką?
— Jakto? pani!
— O! nie!... Myślałam, żeś pan pracował także i nad sobą.
I znowu w głosie jéj zadźwięczał ten dziwny nacisk, spotęgowany jeszcze przelotnem z poza rzęs wejrzeniem.
Czułem, że mnie odgadła, ale draśnięty w miłości własnéj poznać jéj tego po sobie nie dałem.
— W téj pracy, pani, nie ustaję nigdy — rzekłem spokojnie. — Zawsze to przyjemnie być panem i władcą.. choćby samego siebie.
— Och! naturalnie! — potwierdziła niedbale, a wstając, dodała:
— Możebyśmy przeszli do salonu? Czy pan dobrze tańczysz walca? — zagadnęła, gdy wyszukawszy jéj krzesło, stanąłem obok, patrząc na wirujące pary.
— Nie wiem, pani.
— Dowiész się pan zatém odemnie.
Zamiast odpowiedzi, skłoniłem się przed nią głęboko.
Wstała powoli, położyła rękę na mojem ramieniu i patrzyła mi prosto w oczy, kiedym obejmował jéj kibić!
Doznałem jakby zawrotu głowy; gorący rumieniec wystąpił mi na czoło... Może się panu śmiesznym i dziecinnym wydam, gdy powiem, że był to rumieniec zawstydzenia...
O, tak! ja byłem wtedy jeszcze bardzo idealny i platoniczny! Trzymać tak tuż przy sobie istotę, która we mnie budziła najczystsze i najwznioślejsze porywy, wydało mi się jakby świętokradztwem, a dreszcz namiętny, jaki mnie za dotknięciem jéj przebiegł, poczytałem za zniewagę wyrządzoną téj, której sama wiadomość podobnych wzruszeń obcą być musiała. Bo gdyby nie była jéj obcą, czyżby patrzyła mi tak śmiało w oczy, jak tylko może patrzeć niewinność, lub... zepsucie.
Okrążyliśmy parę razy salę. Stopniowo ochłonąłem z pierwszego wrażenia. Muzyka, taniec, miękie uginanie się téj powojowatéj postaci w moich objęciach, woń magnolii ulatująca z jéj jedwabistych kędziorów, wszystko to upajało mnie. Trzeba było chyba Katona, żeby się oprzeć potędze tylu naraz czarów.
— Dosyć — szepnęła wreszcie, bom ja zapomniał, że ten walc skończyć się kiedyś musi.
Posadziłem ją i skłoniwszy się znów milcząco, odszedłem. Zrozumiałem, że uczucie moje weszło w nową fazę, że trzeba będzie trzymać je bardziéj jeszcze na wodzy. Żal mi się zrobiło jego pierwotnéj, kryształowéj przejrzystości, którą rubinowy odcień zabarwił.
Rozmowa w gabinecie dała mi również dużo do myślenia. Była w jéj tonie obojętnym i szyderskim prawie, nuta mówiąca o sztuczności tego nastroju. Czyżby pod nim kryło się to coś, co się nigdy zdradzić nie chce i tém się właśnie zdradza, że się kryje?
W każdym razie, jeżeli to była rola, grała ją aż do ostatka tak dobrze, że nie wiedziałem wreszcie, czego się trzymać. Prosiłem ją do paru wirowych tańców, odmówiła, tłómacząc się zmęczeniem; w mazurze nie wybrała mnie do figury ani razu, choć sam się jéj prawie nasuwałem: jednem słowem zdawała się zapominać o mojéj obecności.
Drażniło mnie to — chmurny przyglądałem się zdaleka jéj powodzeniu i promieniejącéj coraz większym blaskiem urodzie.
— Jest w swoim żywiole — mówiłem sobie z goryczą, widząc ją, jak królowę rozdającą cisnącym się dokoła poddanym drobne łaski i zaszczyty: temu uśmiech, tamtemu słóweczko, trzeciemu spojrzenie; owemu znów wachlarz lub chusteczkę do potrzymania; dziesiątemu spodek z lodami — hołdy jednego nie mogłyby jéj wystarczyć, dobrze przynajmniéj, że się nikomu tą nadzieją łudzić nie pozwala. Innego przecież w tym względzie zdania musiały być dwie panie, w pobliżu których właśnie stałem, bo jedna z nich wskazując ją oczyma, szepnęła: „kokietka,” a druga gorąco potwierdziła trafność tego sądu. Wyraz ten ukłuł mnie jak żądło osy, choć odgadłem, że go podyktowała zazdrość.
Już przy końcu wieczoru zdołałem zbliżyć się do niéj na dłuższą chwilę. Stała przy oknie, poglądając na błękitnawe od brzasku rannego szyby, w postawie wyrażającéj zadumę czy znudzenie.
— Jak mnie to wszystko nudzi — rzekła, tłumiąc ziewnięcie za wachlarzem.
— Patrząc na panią, trudnoby się było tego domyśleć.
— Czy nawet w téj chwili?
— W téj chwili może nie, ale przed chwilą.
— Istotnie? Drugi raz już dzisiaj zawodzę się na panu. Sądziłam, że poeci są domyślniejsi i przenikliwsi niż zwykli śmiertelnicy, tymczasem pierwszemu zaprzeczył mój stracony kontredans, a teraz widzę, że i dla nich pozór jest tém szkłem matowem, poza który wzrok ich nie sięga.
— Patrz pan — mówiła daléj, nie czekając na odpowiedź i śledząc oczyma ruch budzący się na ulicy — ludzie już idą do pracy, ja pojadę spać. Wypoczynek po trudach pożytecznych ma być rzeczą bardzo słodką, ale wypoczynek po bezcelowéj zabawie jest czemś upokarzającem. Ja przynajmniéj wstydzę się go jak... śmieszności.
— A jednak jutro będzie pani zapewne znowu na jakim wieczorze?
— Jutro... nie, ale pojutrze — odparła z uśmiechem — i jeszcze z dziesięć razy do końca karnawału. Ale to nic nie dowodzi. Czyż zawsze o kimś co jé, można z pewnością powiedzieć, że głodny? bal, taniec to także środek odurzenia się, tylko estetyczniejszy, niż zapomocą alkoholu. Gdyby jeszcze wytrzeźwienie po nim nie było takie przykre.
Wzdrygnęła się, wilgotna mgła przysłoniła jéj oczy i przeciągłe westchnienie białą pierś podniosło.
Po chwili spojrzała na mnie i zaczęła się śmiać.
Nie zdziwiło mnie to, byłem już przyzwyczajony do podobnych przeskoków. Zdarzało się, że w największem ożywieniu milkła, albo ściągała brwi, jak ten, kogo coś raptem zaboli. Śmiech także miewała czasem dziwny, niby urągający się skrytéj jakiéjś myśli. Nadawało jéj to cechę tajemniczości, będącą jednym więcéj urokiem. Na wyobraźnie bujne i wrażliwe jak moja, działał on podniecająco, budząc chęć zajrzenia w głąb téj duszy, co zdawała się kryć w swéj głębi ową mickiewiczowską „hydrę pamiątek.”
Na pożegnanie podała mi rękę z największą obojętnością.
— Życzę powodzenia w pracy wszelkiego rodzaju — rzekła żartobliwym tonem.
— Pozwoli pani odwzajemnić się życzeniem przyjemnego jutra po każdéj zabawie.
— Dziękuję, tego mi właśnie brakuje do... szczęścia!
Niepodobna opisać, ile ironii i zagadkowości mieściło się w tym jednym wyrazie.
Była to nasza ostatnia rozmowa znowu na czas dłuższy.
Dopiéro w poście spotkałem ją na ulicy, raczéj zobaczyłem idącą przed sobą. Domyśliłem się jéj po ruchach i figurze, a gdy się przypadkiem odwróciła, poznałem jéj rysy, choć byłem dosyć daleko. Nie ukłoniłem się przecież, bo zdawała się mnie nie widzieć! Szła prędko, śpiesząc się gdzieś widocznie, lecz gdy mijała otwarty kościół świętego Krzyża, przystanęła i po krótkim namyśle wbiegła na schody. I ja wyszedłem z domu bez zamiaru tego pobożnego wstępu, ale nieprzeparta siła popchnęła mnie w progi świątyni. Dotąd widywałem ją wśród ludzi w salonie, zapragnąłem ujrzeć ją samą wobec Boga.
Kościół był prawie zupełnie pusty. W obawie, aby odgłos moich kroków nie zwrócił jéj uwagi, zatrzymałem się u wnijścia z boku, dopiéro zobaczywszy ją niknącą w głębi kaplicy, poszedłem środkiem kościoła i stanąłem za drzwiami wiodącemi do wielkiego ołtarza. Z ukrycia tego mogłem ją bezpiecznie obserwować.
Klęczała oparta o baryerkę, odgradzającą ołtarz Matki Boskiej od reszty kaplicy, profilem do mnie zwrócona, zasłaniając drugą połowę twarzy splecionemi rączkami. Czarne rondo kapelusza rzucało lekki cień na blady policzek; czarne rękawiczki uwydatniały delikatność drobnych jéj rysów, powleczonych w téj chwili wyrazem posągowego znieruchomienia, jakiém tchnie tylko zupełna bezmyślność lub wielkie skupienie. Usta miała zamknięte, ale oko utkwione w wizerunku Świętéj Dziewicy mówiło, że duchem wznosiła się ku niebu.
O takiéj właśnie modlitwie nieméj, bez żadnych oznak zewnętrznych myślałem zawsze, kiedym ją sobie schyloną u tronu Stwórcy wystawiał.
Drżałem prawie, aby nie zaczęła bić się w piersi i żegnać; byłoby to rozdarło urok ekstazy, która i mnie ogarniała nieznacznie.
Jakaś rzewność spłynęła mi do serca, przypomniałem sobie, „że są na świecie białe anioły z skrzydłami białemi,” że są poświęcane dłonie, które serce człowieka nad przepaściami życia niosą; uczułem tęsknotę za takim aniołem i głos jakiś mi szepnął, że ta, w któréj dotąd tylko świetne zjawisko salonów widziałem, potrafiłaby być cichą kapłanką czyjéjś doli, że tym dłoniom, które tylko zdawały się przeznaczone do bawienia się wachlarzem lub bukietem, możnaby z ufnością serce swoje powierzyć.
Kobieta umiejąca się tak modlić, musiała umieć kochać.
Jeżelim kiedykolwiek podejrzywał ją o zalotność, próżność, o pozowanie na efekt, a wyznaję, że dla wykorzenienia kiełkującego uczucia, chwytałem się nawet tego środka, podejrzenia moje rozwiały się bez śladu w téj chwili.
Nagle ciche łkanie przerwało ciszę kapliczną, a jednocześnie ona pochyliła głowę, obie dłonie przycisnęła do twarzy i rozpłakała się...
Jeszcze teraz w bezsenne noce echo tego płaczu jęczy w mojéj duszy, a wrażenie, jakiego wówczas doznałem, nie powtórzyło się już nigdy... Stało się we mnie coś dziwnego na widok téj postaci tak dumnéj, tak królującéj wśród ludzi, złamanéj teraz i przygniecionéj ciężką ręką cierpienia. Jakąż była ta rana, co się w tak bolesny sposób otwierała, ta rana, kryta przed światem jak lis spartanina pod szatą wesołości i dowcipu?
Pytanie to przemknęło mi po głowie, ale nie zatrzymywałem się nad niem. Byłem cały przejęty uwielbieniem dla téj dumy szlachetnéj, Bogu się tylko skarżącéj, dla tego hartu, co miał wszystkie pozory słabości.
Ona tymczasem chyliła czoło coraz niżéj ku kamiennéj posadzce, nie domyślając się, jak wysoko stawała w mojem pojęciu. Czy długo to trwało — nie wiem. Może pięć minut — a może godzinę... Są momenta wymykające się z pod zwykłéj rachuby czasu.
Łkania jéj stawały się coraz rzadsze, aż ucichły zupełnie. Dźwignęła się i odsłoniła twarz mocno zarumienioną. Łzy jéj musiały być z tych palących, co schną prędko od własnego żaru, bo oczy miała już suche, choć trochę nabrzękłe.
Wstała z klęczek, a ja cofnąłem się szybko, myśląc, cobym zrobił, gdyby się ku tym drzwiom skierowała? poszła jednak prosto, wzrokiem tylko w moją stronę zboczywszy, ale dojrzeć mnie nie mogła, na to trzeba było chyba wiedzieć, że tam jestem.
Gdy ucichło echo jéj stąpań, opuściłem kryjówkę, zgiąłem kolano i dotknąłem ustami miejsca, na którém klęczała. Nie zaręczyłbym, czy łza tam nie upadła. Był on może grzesznym ten hołd oddany stworzeniu w przybytku Stwórcy, lecz Bóg mi go pewno przebaczył... bom ja wtedy — kochał.
Eugenjusz przestał mówić i zapatrzył się w ziemię, jakby tam szukał owéj perły swoich wspomnień, pierwszéj łzy, pierwszéj miłości. Nie przerywałem milczenia; on téż wprędce podniósł głowę, odgarnął włosy z uśmiechem wpółlekceważącym, wpół-smętnym i ciągnął daléj...
— Wieczorem prosiłem matki, aby mi zagrała ten cudny mazurek Szopena, w którym nuta wesoła przewija się jak nitka złota wśród jęczących akordów i słuchając téj mistrzowskiéj gmatwaniny, wyobrażałem sobie, że to jéj dusza przez nią mówi.
W parę dni potém wypadało tygodniowe przyjęcie w domu kolegi. Tym razem poszedłem bez wahania... owszem z silnem postanowieniem. Miłość dotknęła już trzech różnych strun w moich piersiach; wydobyła z nich trzy zasadnicze swoje dźwięki.
Pierwszy... mglisty... nieujęty, marzący... był głosem fantazyi... ten mógł się rozwiać najłatwiéj... bez echa; drugi silniejszy odezwał się w ową noc balową w owym walcu, to był głos krwi; trzeci zaczął mi śpiewać dopiéro w kościele i to był najpotężniejszy: głos serca.
Mimo to zdawałem sobie jasno sprawę z położenia, nie spaliłem jeszcze okrętów za sobą. Zostawały mi dwie drogi: albo cofnąć się niezwłocznie, nieodwołalnie, albo bez oporu dać się porwać prądowi, uwierzywszy w przystań szczęśliwą. Jéj uśmiech obojętny lub rumieniec wzruszenia miał rozstrzygnąć czy pierwszą, czy drugą obiorę.
Powitałem ją z drżeniem tajemnem i nie dziw! Na jéj oczach i ustach wisiała szala mojéj przyszłości. Mocny Boże! gdyby mi kto był powiedział, że bawienie się takiemi szalami wchodzi w spis salonowych rozrywek!
— Widziałem panią przedwczoraj w kościele — rzekłem prawie na wstępie.
Zmięszała się i spuściła powieki.
— Poco mi pan to mówisz — odparła stłumionym głosem. — Wolałabym nie wiedzieć, że czyjeś oczy patrzyły na mnie wtedy.
— A ja błogosławię tę chwilę... gdyby nie ona, nie byłbym tu teraz.
— Jakto?
— Tak, pani. Ta chwila dodała mi odwagi do wyspowiadania się przed panią z tego, co inaczéj na zawsze byłbym utaił; ona mi jest rękojmią, że bądź co bądź, szyderstwo mnie nie zrazi. Czy mam mówić daléj?
Spojrzałem na nią i pierwszy raz odważyłem się powiedzieć oczyma coś więcéj nad usty.
— Odważni nie ustają wpół drogi — rzekła, wytrzymawszy mój wzrok bez zmieszania.
Ciągnąłem więc daléj:
— Cobyś pani powiedziała o człowieku, marzącym, iż gwiazda, ku któréj wszyscy z uwielbieniem podnoszą oczy, jemu jednemu tylko świecić będzie, że wolna wśród obszarów firmamentu wędrować choćby do słońca, pójdzie ponad tą wązką, szarą ścieżyną, po jakiéj on na ziemi stąpać musi i na nią wszystkie blaski swoje zleje?
— Marzyć wolno każdemu — odparła. — Marzenia są ozdobą życia.
— Tak, pani — podchwyciłem żywiéj, widząc, że mnie nie chce zrozumieć — ale biada temu, dla kogo staną się treścią. Bo jeśli ten śmiały marzyciel zapatrzony w gwiazdę, zmyli kierunek swéj drogi i w podróży téj bez celu straci siły i zmarnuje ducha po to, by się w końcu przekonać, że gwiazda nie troszcząc się o niego, tylko swym górnym szlakom wierna była, cóż znajdzie na usprawiedliwienie swéj szalonéj zarozumiałości?
— O! rzecz prosta... oskarży gwiazdę, że go łudziła, rzuci jéj kilka strzelistych wyrzutów, a przed światem zaślepienie swoje jéj przewrotnością wytłómaczy — odparła z chłodną ironią, któréj towarzyszył krótki, nerwowy śmieszek.
— Przyznasz pani — rzekłem dotknięty — iż zbyt mała to jeszcze nagroda za zmarnowane życie i że tego rodzaju pociecha może zadowolnić chyba bardzo poziome dusze.
Spojrzała na mnie w ten zagadkowy sposób, który mnie zawsze niepokoił.
— Jakiż z pana pesymista! Dlaczego koniecznie przypuszczać taką alternatywę. A może téż ów marzyciel pana nie zawiedzie się na swojéj gwieździe i za nią idąc, dojdzie tam, gdzieby pragnął.
— Może! — powtórzyłem z goryczą — to może jest bardzo dobre, gdy idzie o chwilową igraszkę; ale kto całą przyszłość kładzie na szalę, ten słusznie żąda pewności; ten powinien zapytać wprost gwiazdy: będziesz-li moją przewodniczką? a gdy mu dumna nie odpowié lub odpowié przecząco, wtedy niechaj co prędzéj spuszcza oczy ku ziemi i nigdy już ich na nią nie podnosi, albo niech zapomniawszy o wszystkiem, dąży ku niéj, jeśli mu ona rzuci z góry słowo nadziei i zachęty: Excelsior!
Głos mi drżał, gdy tych słów domawiałem; ogień płonął w moich piersiach i w oczach.
Umilkłem — ona milczała także. Dokoła nas za to było gwarno, rozmawiano, śmiano się i nikt na szczęście o przerwaniu naszego sam na sam nie myślał.
— Jak jednak pogodzić ze sobą te dwie sprzeczności — odezwała się pierwsza ona, patrząc na mnie przenikliwie. — Marzyciel pana tak niesłychanie ostrożny i oględny, jest przecież bardzo łatwowiernym.
— Łatwowiernym?
— Naturalnie — tego rodzaju ludzie, jak on nie zwykli poprzestawać na słowie... im trzeba zaraz dowodu, czynu; tymczasem pan powiadasz, że pewnością dla ciebie byłby ten wyraz zachęty, to Excelsior! A gdyby gwiazda chciała panu los Ikara zgotować?
Krew uderzyła mi do twarzy.
— Pani przypuszczasz, że otworzyłbym moje serce kobiecie, którąbym za zdolną do czegoś podobnego uważał! — zawołałem zapominając o wszelkich przenośniach. — Nie! cień podobnéj wątpliwości zamknąłby mi usta na zawsze, wszak powiedziałem już pani, co mi je dziś rozwiązało. I wiész pani, w czém ja, tak ostrożny i oględny, pokładałbym moje bezpieczeństwo? Oto w téj bezgranicznéj ufności, z jakąbym jéj się oddał. Toż nieprzyjaciel nawet, jeśli ma trochę uczciwości, nie zdradzi przeciwnika, który mu zawierzy...
Zarumieniła się gwałtownie.
— Och! — rzekła z pozorną żartobliwością — nie bierz pan tego tak tragicznie. Wszak mówiliśmy ot tak... oderwanie!
— Nie, pani — przerwałem stanowczo — mówiliśmy konkretnie i pani wiesz o tém. A teraz zechciéj posłuchać mnie do końca. Nazwałaś mnie pani kiedyś człowiekiem ostateczności i nie omyliłaś się. Jestem nim. Wiem, że raz dawszy uczuciu wziąć górę nademną, już mu się zaprzedam w niewolę, że mnie te kajdany ubezwładnią... Chyba... chyba znajdzie się dłoń, która mi je dźwigać pomoże... O! wtedy wszystko łatwiéj mi pójdzie, niż gdybym był wolny zupełnie. Ale jeżeli téj pomocy spodziewać się nie mam.., rozkuć się muszę.., póki czas. Tak, pani! Ten chyba, co się do niczego zdolnym nie czuje, może marnować swoje życie... może za jego cenę kupić chwilę złudy, upojenia i nie wyrzucać sobie, że zbyt drogo za nią zapłacił. Zresztą ja mam obowiązki święte. Mam matkę, któréj szczęściem jedynem: być dumną ze mnie. Umierającemu ojcu przysiągłem, że nią będzie. A jakżeż dotrzymam słowa, jeżeli zamiast pracą i nauką torować sobie drogę do tego, pieścić będę niedościgłe mary... Wprawdzie chwilami głos jakiś szepce mi, że one są dościgłe, ale, aby uwierzyć, musiałbym to z ust pani usłyszeć. O! nie nazywaj mnie pani zuchwałym; ja się niczego nie spodziewam, nie proszę o nic, lecz wiedzieć muszę.
I znowu zapanowało milczenie — tym razem ogólne.
Dama jakaś siadła do fortepianu, druga przy nim stanęła: zanosiło się na śpiew. Byłem do najwyższego stopnia rozdrażniony i zły na tę przerwę, témbardziéj, że jednocześnie przysiadł się do nas młodzieniec, który wyrabiając sobie gorliwie opinię melomana, czyhał tylko na sposobność mówienia o muzyce.
Mogłem się więc spodziewać, że po skończonym śpiewie nie prędko da mi przyjść do słowa. Chmurny zasunąłem się w krzesło, ukradkiem śledząc grę jéj rysów w nadziei, że wyczytam w nich coś, co skróci nieznośną niepewność.
Mimo pozornéj uwagi, z jaką słuchała miłego bardzo głosu śpiewaczki, widziałem, że była wzburzoną. Kilka razy różowe jéj usta drgnęły, a na policzki wybiegły mocne rumieńce, przyczém nerwowo poruszała wachlarzem.
Ale trwało to tylko z początku. Gdy po pierwszéj piosence przyjętéj z oklaskami zaczęto się drugiéj domagać, była już zupełnie spokojną.
Zwróciła się do melomana, pytając najzwyczajniejszym głosem:
— Nie wiesz pan co śpiewała ta pani?
— Pane'go romans „Desolatione”, opus 35 — objaśnił tenże z zadziwiającą dokładnością.
— Dziękuję. Bardzo mi się podoba; muszę go sobie zanotować.
Odczepiła srebrny ołóweczek, wiszący przy wachlarzu i zaczęła pisać na medalionie z kości słoniowéj, na którym, jak pan może uważałeś, są jeszcze ślady ołówka. Posługiwała się nim w ten sposób dosyć często.
— „Desolatione,” opus 35 — powtórzył meloman widząc ją kreślącą literę za literą bardzo powoli i jakby z namysłem.
Skinęła mu główką z uśmiechem, poczém przymocowała napowrót ołówek do wachlarza i z wielkiem zajęciem wsłuchiwała się daléj w różne kawatiny i romanse, jakich hojna śpiewaczka nie szczędziła poklaskującemu towarzystwu. Dla mnie jéj hojność była męczarnią, tém większą, że ta, która mi ją mogła jednem wejrzeniem osłodzić, nie rzuciła nawet okiem w moją stronę.
Nakoniec przebrzmiały ostatnie tony ostatniéj ballady, obie damy odeszły od fortepianu; ale i ona wstała także, odpowiadając coś żywo melomanowi.
W tém poruszeniu, wachlarz zsunął się z jéj kolan i upadł tuż przy mojém krześle. Schyliłem się, ale gdy podniósłszy chciałem go oddać, już jéj nie było... mignęła mi się tylko we drzwiach gabinetu, tak widocznie zajęta muzycznemi wywodami swego towarzysza, że nie zauważyła zguby, którą los poraz drugi w moje ręce oddał.
Bolesne uczucie ścisnęło mi serce. Nie łudziłem się nadzieją, ale nie przypuszczałem, abym był odepchnięty z takim chłodem i lekceważeniem. Podwójnie mnie to zraniło. Zagryzłem usta do krwi i mimowoli ścisnąłem trzymany w ręku wachlarz, aż zachrzęściał.
W tej-że chwili uśmiechnąłem się sarkastycznie, bo mi przyszło na myśl, że nie wypada mścić się na kobiecie za brak wzajemności łamaniem jéj wachlarzy i zacząłem go oglądać, dopatrując możliwego uszkodzenia. Wtém wpadł mi w oko świeży napis na medalionie i... wszystka krew zawrzała mi w piersiach, cały salon w kółko się ze mną okręcił... To nie był tytuł piosenki. To był tylko jeden wyraz: Excelsior.
Co się ze mną działo w pierwszéj chwili, Bogu chyba wiadomo. Byłem w oszołomieniu. To słowo niespodziewane odbiło się w mojém sercu, jak niecofniony wyrok przeznaczenia, którego treść była mi jeszcze obcą...
Straszny niepokój szarpnął całą moją istnością, ale nie trwało to dłużéj nad jedno mgnienie oka, a potém nie czułem już nic, tylko szczęście, szczęście ogromne, które mi tryskało z oczu, szumiało w uszach i tętniało w skroniach.
Zdawało mi się, że każdy, kto na mnie spojrzy, tajemnicę moją odgadnie; odwróciłem się więc do okna przy którem stałem i wpół zakryty firanką, oparłem czoło o szybę. Chłodne to dotknięcie oprzytomniło mnie trochę, wstrząsnąłem się jak ze snu zbudzony i spojrzałem prędko na wachlarz w obawie, czy i to com tam wyczytał, nie było sennem złudzeniem.
Ale czyż można wątpić w to, co się czarno na białem ma przed oczami? Przycisnąłem napis, ten zadatek szczęścia mego, do ust gorących i całowałem go w uniesieniu namiętnem.
Po chwili odstąpiłem od okna i przybrawszy twarz spokojną, czas jakiś rozmawiałem z temi i owemi o rzeczach obojętnych, trzymając się wciąż w pobliżu gabinetu, gdzie widziałem ją w gronie kilku osób, ożywioną i swobodną, jak zawsze. Byłoby mnie to trochę dotknęło, gdybym nie wiedział, jak umiała panować nad sobą. Domyślasz się pan zapewne, iż czatowałem na sposobność oddania jéj wachlarza bez świadków.
Wkrótce goście zaczęli się rozchodzić; w salonie pozostało tylko małe kółko najbliższych przyjaciół gospodarstwa — między innemi jéj krewni, u których mieszkała — w gabinecie oprócz niéj nie było już nikogo. Szczęście uczyniło mnie zarozumiałym; byłem pewny, że została tam naumyślnie zgadując moje chęci.
Miałem jéj tyle, tyle do powiedzenia, ale gdym przed nią stanął, słów mi zabrakło; oddałem jéj wachlarz w milczeniu i byłbym tak stał niemy, Bóg wié jak długo, gdyby ona nie odezwała się pierwsza:
— Słowo moje nie było pisane na piasku, a jednak już śladu z niego niema — rzekła z uśmiechem, poglądając na medalion, z którego napis starły moje gorące pocałunki.
— Wziąłem je ustami do serca — odpowiedziałem stłumionym głosem — to mój skarb.
Popatrzyła na mnie zamglonemi oczyma i podała mi swą maleńką białą rączkę, a ja tuliłem ją w dłoniach i do ust przyciskałem, rozstać się z nią nie mogąc. Ta rozkosz trzymania w uścisku drżących paluszków kochanki była dla mnie taką nowością... i tak mnie upajała!...
Ona sama wreszcie cofnęła rękę powoli.
— Zadowolony pan jesteś ze swojéj gwiazdy? — zapytała miękko.
— Jestem szczęśliwy! — odparłem, tonąc oczyma w jéj oczach.
W parę dni potém z upoważnienia mojéj ukochanéj, złożyłem wizytę owym krewnym, u których gościła. Rodzice jéj mieszkali na wsi, ona lubowniczka życia wiejskiego, tylko na letnie miesiące do nich zjeżdżała, resztę roku spędzając w Warszawie u jakiejś dalekiéj wujenki, która bez jéj towarzystwa obejść się prawie nie mogła.
Była to młoda jeszcze wdowa, mająca syna jedynaka i ojca żwawego staruszka przy sobie, kobieta bardzo bogata, światowa i prowadząca dom na wykwintną stopę.
Mnie wśród tych aksamitów, bronzów, marmurów zapełniających jéj salony dziwnie smutno się zrobiło: przemknęła mi przez głowę myśl nowa: czy „moja gwiazda,” stworzona i przywykła do zbytków, nie zrobi z siebie ofiary, wyrzekając ich się kiedyś dla mnie, który w najlepszym razie będę jéj mógł ofiarować tylko dostatek.
Uścisk ręki i wejrzenie, jakiem mnie powitała, dodały mi znów otuchy; mogłem w nich wyczytać gotowość do większych jeszcze poświęceń. Tyle téż tylko korzyści z téj pierwszéj wizyty odniosłem. Wujenka była ciągle w salonie, rozmowa była poboczna, a po kwadransie wziąłem za szapoklak i usłyszałem zwykłą w takich razach formułkę, abym znowu na dłuższą chwilę przypomniał sobie i t. d. Korzystałem z tych zaprosin, lecz dosyć rzadko. Położenie moje ówczesne nie pozwalało mi występować otwarcie w roli starającego się, musiałem więc być ostrożnym, aby częstem bywaniem nie obudzić jakich domysłów.
Widywaliśmy się przecież po parę razy w tygodniu. Wiedziałem zawsze gdzie ją znaleźć: na koncercie czy odczycie, w teatrze, w kościele, wszędzie nie pominąłem żadnéj sposobności, choćby tylko popatrzenia na nią, bo i w takich razach, dla niepoznaki, trzymałem się na uboczu, szczęśliwy, gdy przechodząc, skinęła mi główką, lub uśmiech zdaleka posłała.
Ale najmilsze to były owe literacko-artystyczne wieczory u kolegi. Tam zawsze znalazła się chwilka rozmowy samnasam w gabinecie, chwila rozkoszna, kiedy jéj rączka spoczywała w moich dłoniach, a oczy odpowiadały na te pytania nieme, co drżą na ustach i w piersiach falują, dźwięków sobie nie szukając, bo im tego nie trzeba.
Ach! gdy słowo „kocham” raz padnie między serc dwoje, już się one rozumieją milczeniem i nawet wśród ludzi rozmawiać mogą tym alfabetem tajemniczym, w którym lada zmiana głosu, lada drgnięcie ust czy powiek, tyle wypowiada, a do którego klucz tylko miłość daje.
Ona wprawdzie nie powiedziała mi nigdy ustami tego czarodziejskiego słowa, ale mi nawet przez myśl nie przyszło dopomnieć się o to. Wszak wszystko dowodziło, że mnie kocha.
Zajęcia moje i studyja nic na tem nie cierpiały, żem się stał trochę światowcem z konieczności, — zdrowie chyba, bo pracowałem po całych nocach. Miłość — teraz, gdym jéj uwieńczenie widział — zamiast odrywać mnie od pracy, dodawała mi bodźca. Miałem teraz cel podwójny przed sobą i dążyłem do niego z podwójnym zapałem. Wszystko mi szło łatwiéj, żadna trudność mnie nie zniechęcała, byłem silny mojém szczęściem i nadzieją.
Obiecywałem sobie, że za lat dwa dostanę upragnioną katedrę.., a wtedy — ach! wtedy nie będzie już żadnych przeszkód na drodze do mego raju.
Matka, któréj się ze wszystkiego wyspowiadałem, cieszyła się wraz ze mną i pokochała nie znając tę, która jéj odebrała dotychczasowe samowładztwo w sercu mojém.
Cienia egoizmu nie było w téj świętéj kobiecie. „Dwaj aniołowie prowadzić mnie będą — mówiłem jéj często — kim-żebym był, żebym pod takiem przewodnictwem nie zaszedł wysoko?”
I że wtedy piąłem się coraz wyżéj, to pewna. Iskra twórczości rozpromieniała w mojéj duszy. Pisałem wiele, pisałem z natchnieniem. Utwory moje drukowane jednocześnie w kilku pismach jednały mi rozgłos. Wszedłem w modę, a w Warszawie, jak pan wiész, to jedyna droga do wielkości.
Moja ukochana była dumną z tego co słyszała i czytała o mnie.
— To jeszcze mało — mówiła, dmuchając na żądzę sławy, co już we mnie płonęła — jeszcze mało. Panie Eugenjuszu, ja wierzę, że przyjdzie czas, kiedy będę mogła odrzucić początkowe litery twego imienia i nazwać cię: genjuszem!
W ten sposób ubiegło parę miesięcy. Nadszedł czas mego wyjazdu do Lwowa. Miałem tam być już w końcu maja. Oznajmiłem jéj o tém dopiéro, gdy już wszystko było gotowe do drogi, aby się naleganiom o zwłokę, którą przewidywałem, nie dać zwyciężyć. Niewiele mi to pomogło.
— Zostań pan do lipca — rzekła tym głosem miękkim, który mi szedł prosto do serca. — W lipcu i ja wyjadę do rodziców, ale ten miesiąc jest mój, musisz mi go darować.
— Niepodobna — odparłem. — Naznaczyłem już dzień przyjazdu. Czekają mnie tam.
— Cóż to szkodzi? To go pan odwołasz.
— Wycofałem się ze wszystkich zobowiązań. Nie miałbym tu żadnego zajęcia.
Mogłem także dodać, że nie miałbym i żadnych dochodów, ale zatrzymałem to przy sobie.
— Inteligentny człowiek znajdzie zawsze coś do roboty. Będziesz pan dla mnie tłómaczył wierszem Schelley'a, którego tak lubię.
Nie dałem jeszcze za wygranę, mając w zapasie najważniejszy argument.
— Zważ pani — rzekłem — że każda zwłoka oddala mnie od tego, co jest mojem marzeniem. Ale za te kilka tygodni, które teraz stracę, przyszłość mi zapłaci.
Spojrzałem jéj w oczy, wzruszony, jak zawsze, gdym myślą w przyszłość sięgał.
Uśmiechnęła się dziwnie i jedna z tych zagadkowych, błyskawicznych przemian zaszła w jéj twarzy.
— Przyszłość — powtórzyła — przyszłość?... lepiéj być jéj dłużnikiem, niż wierzycielem... bo któż zgadnie, czy nie odmówi wypłaty. O! nie patrz pan na mnie z takiem przerażeniem — mówiła daléj, widząc, że pobladłem — na wszystko przygotowanym być trzeba. Ja mogę umrzeć! pan możesz umrzeć! mogą się stać różne rzeczy, ale miesiąca tego już nam nic nie zabierze. Zobaczysz pan, jak go przyjemnie spędzimy. Teraz Warszawa się wyludnia, mniéj będzie niepowołanych opiekunów do zajmowania się cudzemi sprawami, będziesz pan mógł częściéj u nas bywać, towarzyszyć nam na spacerach. Wytłómaczę to jakoś wujence. No, zostań pan, ja proszę, zostaniesz? prawda!
Rzuciła mi przeciągłe wejrzenie. Cóż pan powiész? pomimo solennych postanowień, pomimo, że matka zwinęła już swoje małe gospodarstwo, bo naturalnie miała mi towarzyszyć, a moje książki leżały w zabitéj pace, zostałem.
Zrobiłem jeszcze coś więcéj: zaciągnąłem dług, pierwszy w życiu, nie chcąc ruszać pieniędzy przeznaczonych na podróż i osiedliny we Lwowie, które oddałem matce i tak mocno niezadowolonéj z mojéj chwiejności.
To także poraz pierwszy mi się zdarzało: widzieć chmurę na jéj obliczu przezemnie wywołaną i gryzłem się w duszy jednem i drugiem. Ale cóż robić — byłem niewolnikiem uczucia.
Gwiazda moja dotrzymała słowa. Miesiąc ten złotem pasmem wspomnień świeci w mojéj przeszłości. Och! jak ona umiała uszczęśliwiać!
Przypominam sobie, zwłaszcza jeden wieczór w Dolinie Szwajcarskiej, który z innego jeszcze powodu utkwił mi w pamięci. Byliśmy we czworo i los mi tak usłużył, że krążąc po całéj Dolinie, nie spotkaliśmy nikogo ze znajomych, coby się do nas przyłączył.
Wujenka szła ze swoim ojcem za nami, ja gdy się ściemniło, podałem ramię siostrzenicy, która je po pewnem wahaniu przyjęła.
Wieczór był cudny.
Różnokolorowe lampiony kołysały się wśród gałęzi, któremi wstrząsał lekki, ciepły powiew; nad drzewami wisiało niebo spokojne i błękitne, jak oko dziecka, a wierzchołki ich oblane światłem księżyca, robiły wrażenie metalowych, fantastycznie pogiętych kopuł.
Orkiestra grała barkarolę Gounod'a, a my błąkaliśmy się po chodnikach, depcząc srebrne księżycowe smugi, co nam się na drodze kładły, to zagłębiając się w cienie od drzew padające.
Dziwny czar ma w sobie taka powolna, bez celu przechadzka we dwoje, gdy noc letnia wstaje i obwija ziemię w swą szatę przezroczystego mroku, pod którą w kielichach kwiatów, budzą się nowe wonie, a w piersiach ludzkich nieokreślone pragnienia, co same przez się są rozkoszą, i sny tęczowe, co za rzeczywistość starczą i wszystkie pierwiastki szczęścia, jakiemi młodość serce uposaża.
Moja gwiazda jaśniała pięknością, jak jéj siostry na niebie. I na nią wpłynęła noc letnia. Była rozmarzoną, tkliwszą niż zwykle, mówiła mało, a ciemne jéj oczy zatrzymywały się na mnie z wyrazem trwożliwéj namiętności. Ja za to stawałem się śmielszy; gorące słowa paliły mi usta, dawałem jéj najsłodsze nazwy — powtarzałem poufale jéj imię. Nie wzbraniała mi tego. Rumieniła się tylko, a rączka jéj przewieszona przez moje ramię, drżała jak śnieżna lilijka na swéj wątłéj łodydze.
I była taka urocza w tém zawstydzeniu miłosnem, że mnie szał ogarniał, a w piersiach dźwięczało mi echo wykrzyknika Pozy: Pięknem jest życie!
— Jestem tak szczęśliwy — szeptałem jéj — że nie chce mi się prawie wierzyć w możliwość większego szczęścia. A jednak... za lat parę... za lat parę jeszcze szczęśliwszy będę — nieprawdaż, ukochana?
— Szczęście to może stracić na bliższem poznaniu — odpowiedziała, uśmiechając się słodko. Alboż pan nie wiész, że...
— Pan, zawsze pan — przerwałem z wyrzutem.
— Wszak to wszystko jedno.
— Skoro wszystko jedno, tém łatwiéj zrobić ustępstwo na rzecz tego, komu to nie wszystko jedno.
— A więc... — zaczęła i urwała nagle, cofając się jakby z przestrachem.
Spojrzałem na nią zdumiony i spostrzegłem, że zbladła bardzo i patrzy przed siebie szeroko otwartemi oczyma. Poszedłem i ja wzrokiem w tym kierunku, ale nic szczególnego nie zobaczyłem.
Naprzeciw nas, po oświetlonéj przestrzeni chodnika, z którego cienistéj części, myśmy się właśnie wynurzali, postępowała para, nie różniąca się niczém od tysiąca innych, prócz chyba tém, że mężczyzna miał piękną, myślącą twarz i wydawał się młodszym od kobiety, którą prowadził pod rękę, osoby bardzo strojnéj, o pospolitych, grubych rysach. Ale sprzeczności często się spotykają i nikt się niemi nie przestrasza. Musiało więc być w tém coś innego.
Tymczasem owi państwo rozminęli się z nami w ten sposób, że młody człowiek przeszedł koło mojéj towarzyszki, która nie spuszczała z niego oczu.
Traf zrządził, że idąc nieuważnie zawadził o jéj suknię; dotknął więc kapelusza z grzecznem „przepraszam”, wtem spotkał jéj przeszywające spojrzenie, zmięszał się, odwrócił głowę i szybko nas wyminął. Wszystko to zresztą odbyło się w mgnieniu oka.
— Co pani jest? Co ci jest najdroższa? — spytałem, czując, że drży na całem ciele.
— Nic, nic — odszepnęła urywanym głosem — przelękłam się.
— Czego?
— Sama nie wiem. Zdawało mi się... miewam czasami halucynacye.
Obejrzała się za siebie, przyciskając do ust chusteczkę.
— Ale ten pan... — zawahałem się; dziwne podejrzenie zmroziło mi serce.
— Cóż ten pan? — podchwyciła z żywością.
— To zapewne... znajomy? — dokończyłem zwolna, patrząc jéj badawczo w oczy.
— Znajomy? — powtórzyła z tak szczerem zdumieniem, że udanem być nie mogło. — Jakto? przecież byłby mi się ukłonił i ja jemu także. Odkądżeto przestały u nas istnieć cywilizowane obyczaje?
Roześmiała się swobodnie. Była już zupełnie uspokojoną.
Ale mnie coś jeszcze nurtowało. Przyszła mi na pamięć kaplica świętokrzyzka, ten płacz, co zdradzał, że w sercu, z którego płynął, krwawiła się jakaś niezagojona rana i powiedziałem sobie, żem ja, com całą duszę przed nią otwierał, powinienbym coś o tém wiedzieć.
— Pani — rzekłem — czy ty już wiész, co to znaczy: cierpieć?
Ściągnęła brwi, jakby ją te słowa ukłuły.
— Zkąd to pytanie?
— Ztąd — odparłem — że cię kocham bardzo... bardzo... bardzo...
Powtarzałem jéj ten wyraz szeptem cichym, jak te szmery nocne, co dokoła nas drgały w powietrzu, a ona zwróciła na mnie zwolna oczy pełne księżycowych blasków i uśmiechnęła się lekko, niby przez sen.
— Tak — rzekła jakimś także sennym głosem — tak... kiedyś... opowiem ci to wszystko Eugenjuszu!
Nazwała mnie po imieniu, a ja, jakby ta mowa ujęła coś z dzielącéj nas przestrzeni, pochyliłem się ku niéj, szepcząc:
— Czemu nie teraz, aniele, czemu nie teraz?
Cofnęła nieco głowę.
— O! — odparła z jednym z tych szczególnych oddźwięków w głosie — przyjdzie na to czas, nie potrzeba go przyśpieszać. A teraz, dajmy pokój przeszłości i przyszłości... teraźniejszość nam się uśmiecha.
I żyliśmy tą teraźniejszością całe dwa tygodnie, aż z niéj jeden tylko dzień pozostał.
Nazajutrz miałem wyjeżdżać.
Przyszedłszy z pożegnaniem, zastałem ją samą w salonie.
— Wujenka wyszła — rzekła powstając z kozetki — i nie wiem kiedy wróci, ale myślę, że się pan nie rozgniewasz, jeśli ją w twojem imieniu pożegnam.
Uśmiechnęła się, widząc na mojéj twarzy radość, jaką mi to niespodziewane samnasam sprawiło.
Siadła, wskazała mi miejsce w pobliżu i jakiś czas rozmawialiśmy półgłosem, choć nikt nas słyszeć nie mógł. Cośmy mówili? zapewne to samo, co do końca świata powtarzać sobie będą w chwili rozłąki, co wiecznie razem być pragnęli. Właściwie, ja tylko mówiłem, ona słuchała z nawpół przymkniętemi oczyma, podnosząc je czasami, by mnie objąć długiem, głębokiem spojrzeniem. Były i takie chwile, żeśmy milczeli oboje.
Upłynęło w ten sposób godzin parę — wreszcie przypomniało mi się, że czas istnieje i spojrzałem na zegarek.
— Jeszcze tylko pięć minut — rzekłem — ostatnie pięć minut, a potém tyle długich miesięcy! Daj mi jedyna, daj mi talizman jaki, bym oddalony nie zwątpił, że gwiazda moja zawsze mi świecić będzie.
— Talizman? — powtórzyła, aby coś powiedzieć, napróżno siląc się na zwykłą swobodę, bo była cała drżąca i wzruszona — czasy talizmanowe minęły.
— A jednak — wyszeptałem — jabym tu znalazł talizman taki.
Mówiąc to, ująłem obie jéj rączki i przyciągając je zwolna do piersi, patrzyłem jéj w oczy pytająco i błagalnie.
Zrozumiała mnie — drżenie przebiegło jéj powieki i usta, ale się nie cofnęła — i w chwilę potém, według słów Adama, straciłem prawo do raju w niebie, bom zakosztował raju na świecie! Pocałowałem ją!
Eugenjusz wstrząsnął się i obu rękami ścisnął silnie pulsujące skronie.
— Odtąd — opowiadał daléj przyśpieszonym głosem — byłem tak pewny, tak pewny, że będzie moją, jak gdyby nam ksiądz wobec całego świata ręce był stułą związał. W mojém niedoświadczeniu i idealnych na życie poglądach, nie wyobrażałem sobie, aby kobieta, że nie powiem wyższa, ale po prostu uczciwa, mogła się dać pocałować mężczyznie, do któregoby na zawsze należeć nie chciała.
Wywiozłem więc z Warszawy serce przepełnione szczęściem.
We Lwowie wpadłem odrazu w pracę, od któréj odrywałem się tylko, gdy mi przyszło list do niéj napisać. Listy te były jedyną rozrywką, oczekiwanie odpowiedzi jedynem pragnieniem, a pieszczoty matki jedyną rozkoszą mego ówczesnego życia.
Poza tém i poza nauką świat dla mnie nie istniał.
Mało pamiętam wrażeń silniejszych nad te, jakie mi sprawiał ten papierowy kwadracik, opatrzony marką pocztową, który mi co parę tygodni przynoszono.
Gdy sobie przypomnę, z jakiém religijnem prawie uczuciem brałem każdą kopertę do ręki, jak umyślnie ociągałem się z jéj otworzeniem, doznając w tém jakiéjś nieokreślonéj przyjemności, jak łowiłem oddechem ostatki ulotnionéj przez drogę magnoliowéj woni; to wydaję się sobie takim śmiesznym, takim śmiesznym, że mi się aż serce ściska.
Przecież to co wewnątrz znajdowałem, nie zadawalniało mnie zupełnie. Czułem brak czegoś w téj mozajce zdań rzuconych na papier z właściwą jéj oryginalnością, powleczonych ową przejrzystą gazą melancholii, pod którą wesołość, ironja, szyderstwo nawet nabierały dziwnie uroczego kolorytu.
Były to listy kobiety rozumnéj, dowcipnéj, niepospolitéj, listy mogące zachwycić czytelnika, ale nigdy upoić kochanka — bo kochanki w nich napróżno się szukało.
Ta, którą w duszy nazywałem „moją,” wyrażała się tam z nadzwyczajną ostrożnością o wszystkiem, co się naszéj miłości tyczyło; jeżeli jakiś ustęp mego listu zmuszał ją do potrącenia téj struny, trąciła ją zawsze tak delikatnie, tak subtelnie, że dla niewtajemniczonego ucha równało się to milczeniu.
Wyglądało to, jak gdyby pamiętała ciągle, że słowa na papierze nie mają tych skrzydeł, na jakich z ust ulatują i że przeto liczyć się z niemi potrzeba.
Mnie przykrą była ta oględność do nieufności zbliżona, ale nie wyprowadzałem z niéj żadnych wniosków. Raz sobie powiedziawszy, że mam do czynienia z istotą wyjątkową, zaprzestałem mierzyć ją skalą pojęć ogólnych — wierzyłem jéj i kochałem ją taką, jaką mi się kochać kazała.
Gdy nadeszło Boże Narodzenie, przekonałem się, że nie robiąc uszczerbku moim zajęciom, będę mógł dać sobie parę tygodni wakacyj.
Dusza rwała mi się do Warszawy, myśl niespodzianego odwiedzenia mojéj gwiazdy tak mnie opanowała, że ledwo się przemogłem, aby dnie świąteczne spędzić z matką, a nazajutrz potém byłem już w drodze.
Przyjechałem wieczorem. Zapóźno już było na wizytę w domu jéj wujenki, gdzie się zawsze z etykietą liczyłem, ale szczęściem był to czwartek, dzień przyjęcia u kolegi, pobiegłem więc tam pewien, że ją zastanę.
Nie omyliłem się.
Jak za pierwszym razem ujrzałem ją siedzącą pod oknem w ulubionym nizkim fotelu. Była ubraną czarno, według swego zwyczaju, ponsowe kwiaty płonęły w lśniących puklach, wachlarz, „mój” wachlarz migał w drobnych rączkach. Jedyne, wolne obok niéj miejsce zajmował mężczyzna młody jeszcze, którego powierzchowność uderzyła mnie jako niezwykle szlachetna i ujmująca.
— Kto to taki? — zapytałem pierwszego lepszego ze znajomych.
— Nie znasz go? a, prawda! tyś teraz cudzoziemcem między nami. To głośny podróżnik X.., obecnie great attraction Warszawy. Kobiety się nim zachwycają, a i on jedną, jak widzisz — dodał z uśmiechem, wskazując na nią oczyma.
Przeszedłem salę, stanąłem przed niemi, a ona mnie jeszcze nie spostrzegła, tak była zajęta rozmową z podróżnikiem, który także zdawał się nikogo prócz niéj nie widzieć.
— Witam panią — rzekłem nagle, głosem o ile mi się zdawało spokojnym.
Widziałem, że zbladła trochę, że wachlarz drgnął w jéj ręku, ale błyskawicznym, sobie właściwym sposobem upamiętała się natychmiast.
Podniosła na mnie oczy z uśmiechem i podała mi rękę jak dobremu znajomemu.
— Pan tutaj? — rzekła uprzejmie, zanadto uprzejmie — kiedyż pan przyjechałeś?
Było coś w jéj tonie, w jéj spojrzeniu, od czego wszystka krew zakipiała mi w żyłach. Jeżeli ja jéj zrobiłem niespodziankę moim przyjazdem, ona zrobiła mi jeszcze większą swojém powitaniem. Miłość potrafi być niewidzialną dla wszystkich, prócz dla tych, którym się pragnie pokazać, ona tak wielka potrafi skryć się cała w lada słówku, w lada ruchu drobnym, ale tu nie było jéj wcale. Cóż się więc z nią stało?
— Dzisiaj, pani — odparłem przez zaciśnięte usta.
— Tak? I cóż słychać we Lwowie?
— Zadziwiające rzeczy, pani! Przed moim wyjazdem odbył się ślub pary kochającéj się już... od roku! Nie jest-że to fenomenalna stałość?
Ściągnęła nieznacznie brwi i zaśmiała się jednocześnie.
— Ach! — rzekła lekko — zaczynasz pan od szczegółów, a ja pytam o ogólniejsze wiadomości z lwiego miasta.
— Ogólniejsze, pani! — rzekłem, wpadając także w ton niby żartobliwy, a w istocie tylko sardoniczny. — Zimna mamy umiarkowane. Śnieg leży obficie na ulicach. Sanna — wyborna!
Podróżnik słuchał téj szczególnéj rozmowy z obojętnością światowca, który się niczemu nie dziwi. Ale gdy jakaś dama zagadnęła go w przejściu, wstał i pośpieszył za nią, jakby czuł, że był zbytecznym.
Zająłem jego krzesło z postanowieniem, że nie odejdę, dopóki się całéj prawdy nie dowiem.
Ona powiodła wzrokiem za odchodzącym, przesuwając zwolna wachlarz w palcach. Umiejąc już dobrze czytać w jéj twarzy, wiedziałem, że się namyśla i krok jakiś stanowczy rozważa.
Wreszcie zwróciła się ku mnie i hamując mnie wzrokiem chłodnym a rozkazującym, rzekła:
— Jutro w południe będę sama w domu. Czy przyjechałeś tu pan na występy dramatyczne w roli Otella? Pierwszy się nie powiódł.
Wstała — i nim się zdobyłem na odpowiedź, odeszła, zostawując mnie z kolcem tego szyderstwa w sercu.
Jak spędziłem tę noc i ten ranek, najpiekielniejszego dnia w mojém życiu nie pamiętam i nie chcę sobie przypomnieć.
To tylko wiem, że o naznaczonéj porze znalazłem się w tym samym salonie, w którym przed kilkoma miesiącami otrzymałem od niéj ów pierwszy, jedyny pocałunek, co się stał świątynią mojéj miłości i portem moich nadziei. O! Boże, wspomnienie to chwyciło mnie za gardło i przez chwilę czułem, że gdyby o moje życie chodziło, nie byłbym zdolny dobyć głosu z piersi.
Stanąłem więc przed nią i milczałem. Ona nie odzywała się także. Siedziała na kozetce blada i znużona, otuliła się ponsowym szalem i przyciskała go ręką do piersi, jakby jéj bardzo zimno było, a ciemne jéj oczy patrzyły na mnie z pewnem rozdrażnieniem. Wyglądała tak, jak gdyby to widzenie się nasze uważała za złe konieczne, którego coprędzéj byłaby się rada pozbyć.
Gdyby mi kto był powiedział wtedy — przy pożegnaniu, że w ten sposób witać się będziemy!...
Ból, jaki mną szarpał, musiał się wypiętnować na mojéj twarzy, bo wzrok jéj łagodniał stopniowo; wyciągnęła rękę i kładąc ją na mojéj, rzekła miękko:
— Posłuchaj mnie, panie Eugenjuszu!
Ten głos, to dotknięcie, wyrwały mnie z odrętwienia. Pękła tama wstrzymująca dotąd moje uczucia.
— Przestałaś mnie kochać! — zawołałem namiętnie.
Wyprostowała się z dumą, chłodna znów jak marmur.
— Nie kochałam pana nigdy! — odparła spokojnie.
Zimna krew... nie, to zamało — cynizm tego wyznania doprowadził mnie do szału. Ona nie domyślała się chyba, jakim wulkanem była ta pierś, którą tak lekceważąco zdeptać chciała.
— Kłamiesz! — wykrzyknąłem, tracąc wszelką moc panowania nad sobą.
Choćbym żył lat tysiąc, nie zapomnę jak wyglądała w téj chwili. Nie poruszyła się, żaden muskuł nie drgnął w jéj twarzy, zbladła tylko tak, że usta jéj zrobiły się prawie białe, a spojrzenie, jakie na mnie rzuciła, podobne było do mignięcia stalowego ostrza.
— Czy wiész pan — rzekła zwolna i dobitnie — czém jest obelga rzucona kobiecie przez usta mężczyzny? Policzkiem dla niego samego.
Nim skończyła, byłem już u jéj stóp, łkając jak dziecko. Dziwnem, o! dziwnem jest serce ludzkie!
Czy uwierzysz pan? nigdym jéj tak silnie, jak wtedy nie kochał!... Wszystko co człowiek szalony miłością i rozpaczą powiedzieć może, tom ja jéj mówił tam... na klęczkach, błagając przebaczenia.
Nie odtrąciła mnie.., owszem, poglądała na mnie bez gniewu, raczéj ze smutkiem.
Tu Eugenjusz przerwał sobie i ręką po bladem czole przeciągnął.
— Niepojęta istota! — szepnął półgłosem, jakby do siebie samego. — Bóg chyba jeden będzie wiedział, czy ją potępić, czy rozgrzeszyć. Ja nie wiem!
Zadumał się i mówił daléj:
Dotknęła ręką mego ramienia i kazała mi powstać.
— Ach! — rzekła z rodzajem zdziwienia — pan doprawdy jesteś dla mnie czemś więcéj niż sądziłam, skoro po takiéj zniewadze odzywam się jeszcze do ciebie. Kto inny słowa-by z ust moich nie usłyszał, tobie tymczasem... tak, nie cofam tego, co postanowiłam, wyspowiadam się przed tobą ze wszystkiego. Pan jeden może kochałeś mnie prawdziwie, jakbym chciała być kochaną, gdyby mi jeszcze o czyjąbądź miłość chodziło, należy ci się za to moje zaufanie. Słuchaj mnie i osądź jak ci się podoba.
Usiadłem na krześle, jakie mi wskazała i zasłoniłem twarz dłonią.
— Naprzód — zaczęła spokojnie — choćbyś mnie pan miał drugi raz znieważyć, powtarzam, że nie kochałam cię nigdy.
Wzdrygnąłem się... alem milczał.
— Dlaczego? zapytasz pan? bom do tego nie zdolna. Był czas, żem kochać umiała, o! może, jak mało która kobieta na świecie, ale ten czas przeminął. Wtedy byłabym także umiała poświęcać się, poprzestać na małem, zerwać z życiem zabaw, hołdów i przyjemności, zamknąć się w cichym domowym obrębie, stać się aniołem czyjéjś, choćby najtwardszéj doli — dziś to już nie dla mnie. Człowiek, dla którego byłabym to wszystko zrobiła, był moim mistrzem w sztuce, jakiéj pan teraz jesteś ofiarą. On mnie nauczył, że miłość może być także grą towarzyską, jak wiele innych; on w tę grę bawił się ze mną rok cały, zabrał mi wszystką wiarę, wszystek zapał z duszy, sam wyziębiony ogrzewał się ogniem mego uczucia bez granic — a potém... ożenił się z inną, niemłodą, napół idyotką, ale bogatą. Znaleźli się tacy, co mu wyrzucali to postąpienie ze mną. Wiész pan, co im odpowiedział? Że nie czuje się winnym, bo mi się formalnie nie oświadczał, bo nie słyszałam z ust jego słowa „kocham.” To prawda! nigdy mi tego nie powiedział, jakby to tylko ten jeden wyraz mógł o miłości przeświadczyć! Wszak i ja go panu nie mówiłam, a jednak! byłeś tak pewnym, że cię kocham. To także korzyść z lekcyi mojego mistrza.
— Dosyć! — jęknąłem — dosyć, na Boga!
— Nie! — odparła stanowczo. Musisz mnie pan do końca wysłuchać. Nie opowiadam ci wprawdzie żadnych nadzwyczajności, bo cóż pospolitszego nad zawód sercowy w życiu młodéj dziewczyny; tylko, że ja nie jestem taką, jak wiele innych i odmienny téż u mnie koniec téj powieści. Ostatnim jéj rozdziałem co bywa? Rzadko klasztor, częściéj staropanieństwo, najczęściéj druga miłość i ślubny ołtarz. Ze mną stało się inaczéj. Cierpiałam strasznie, cierpiałam w taki sposób, że każda noc bezsenna, każda łza paląca odejmowała coś z mego dawniejszego ja, aż nadszedł dzień, w którym ujrzałam się przeobrażoną zupełnie i wtedy powiedziałam sobie, że cierpieć nie warto i czuć nie warto i serce do szczęścia już niezdatne użyłam do zabawy. O nim nie zapomniałam — nie zapomnę nigdy. Pamiętasz pan to spotkanie w Dolinie Szwajcarskiéj? To był on!
Syknąłem przez zęby. Przypomnienie to było dla mnie w téj chwili dotknięciem rozpalonego żelaza.
Nie zwróciła na to uwagi i ciągnęła daléj:
— Z rozmarzonéj, cichéj, lękliwéj dzieweczki, stałam się zalotną, śmiałą, światową. Zamiast żałobnego sztandaru zrobiłam chorągiewkę arlekina z moich potarganych złudzeń i powiewam nią przed oczyma sobie i drugim. Postanowiłam spróbować broni, którą mnie zwyciężono, postanowiłam pokazać jemu, że to co on odrzucił, o to inni ubiegać się będą. Szukałam hołdów, znalazłam je i... one stały się potrzebą mego życia; one wypełniają straszną pustkę, którą w sobie czuję, któréj inaczéj wypełnić nie umiem. Powtarzam ci, miałam w sobie wszystkie dane do stania się kobietą aniołem — dziś jestem tylko skończoną kokietką!
Zaśmiała się krótko i sucho.
Spojrzałem na nią.
Nie była już bladą; oczy jéj błyszczały ogniem szczególnego podniecenia, usta wilgotne i purpurowe okrążał wyraz okrutnéj ironii. I po co, po co mówiła mi to wszystko! Jakąż dziką radość sprawiało jéj to darcie na drobne kawałki idealnych szat, jakie dla mnie dawniéj przywdziewała.
Odgadła widać myśl moją, bo mówiła daléj:
— Widzisz pan, że się nie oszczędzam. Powinieneś mi być wdzięczny za tę przysługę — łatwiej ci przyjdzie o mnie zapomnieć. A nawet, doprawdy nie powinieneś pan mieć wcale żalu do mnie. Pociągnęłam cię, zmusiłam prawie, żebyś mnie pokochał — o! boś się opierał — i to mnie drażniło... prawda, łudziłam cię czas jakiś pozorem wzajemności... i to prawda... ale cóż ztąd? Alboż nie byłeś szczęśliwy przez kilka miesięcy? alboż mi nie winieneś kilku chwil promiennych? To szczęście przelotne, te chwile złote, to moja zapłata za wrażenia, jakie mi dała twoja miłość. Ciekawa byłam poznać, jak kochają poeci.
Było tyle oburzającego chłodu w tém powiedzeniu, że spojrzałem na nią niemal z pogardą.
— A teraz — rzekłem z gryzącem szyderstwem — jesteś pani ciekawa poznać jak kochają podróżnicy?
Uśmiechnęła się z tą drażniącą pobłażliwością, co może czasem doprowadzić człowieka do ostateczności.
— Uważam pana w téj chwili za niepoczytalnego — odparła spokojnie — więc ci i to przebaczam. Gdyby nie scena zazdrości, jaką mi wczoraj zrobiłeś, nie byłoby dziś téj rozmowy między nami. Miłość twoja nie była z tych, które prędko znudzić mogą i jeżeli jéj dłużéj posiadać nie chcę, to tylko ze względu na ciebie. Widzisz pan, wczorajsze zajście przekonało mnie, że zanadto seryo grę tę traktujesz. Mógłbyś w niéj zmarnować twoją przyszłość, talent, a ja tego nie chcę.
— Spóźniona troskliwość — rzekłem z głuchą goryczą.
Zrobiła ręką ruch niedowierzający.
— Och! — rzekła niedbale — wy mężczyźni tak łatwo pocieszać się umiecie; tyle macie do tego sposobności. Żadnemu z was miłość nie złamie życia. To tylko niektóre kobiety są tak niedorzeczne.
— Pani — rzekłem, powstając — czy mogę już odejść?
Zamiast odpowiedzi, wskazała mi znów krzesło, a ja jak automat usiadłem. Ta kobieta miała nademną władzę magnetyzera.
Spowiedź moja ma się już ku końcowi. Cztery, pięć lat jeszcze takiego życia na żart, jak obecne, a potém... usłyszysz pan zapewne, żem poszła za mąż. Wtedy, bądź pewien, że skłoniła mnie do tego nie miłość, ale trzeźwe ocenienie mego położenia; bo zostać starą panną i w dodatku nie majętną, wcale sobie nie życzę, że przeto człowiek, którego mym wyborem uszczęśliwiłam (wyraz ten podkreśliła ironicznym naciskiem) jest bogatym, by mi dał to wszystko, bez czego już nie rozumiem życia (tu powiodła oczyma po otaczających ją przedmiotach zbytku); rozumnym, bym się niepotrzebowała wstydzić mego wyboru i szlachetnym, a co zatém idzie, łatwowiernym, by się na mnie nie poznał — i że wreszcie ma ze mnie wcale znośną żonę. Teraz, wiész już pan czém byłam, czém jestem i co się ze mną stanie, jeżeli naturalnie nie umrę wprzódy, co byłoby najlepszą ze wszystkiego rzeczą.
Umilkła i spojrzała na mnie. Tym razem oczy jéj mówiły: możesz odejść, alem ja rozkazu tego nie rozumiał. Siedziałem sztywny, nieprzytomny, jakby senny.
— Na dnie kielicha mojéj otwartości jest jeszcze jedna kropla — ozwała się po pewnem wahaniu. — Chciałam ją przy sobie zatrzymać, ale... Czy pamiętasz pan kaplicę Św. Krzyża?
— Litości! — szepnąłem, zaciskając ręce z przeczuciem czegoś okropnego.
— Dam jéj dowód w tej chwili — odparła chłodno — alboż pan nie rozumiesz, że cię chcę wyleczyć! Widziałeś mnie wtedy płaczącą, ukorzoną przed Bogiem i wierzaj mi, płakałam i korzyłam się szczerze, ale wiész, co mi twarzą na ziemię upaść kazało? Oto resztka lepszych uczuć, gdzieś tam jeszcze kołacząca się w piersi; oto wstyd, zgroza i boleść nad sobą samą. Weszłam do kościoła, wiedząc, że pan idziesz za mną i z początku pozowałam na zamodloną dla ciebie. Kokietowałam cię pobożnością w domu Bożym, jak cię kokietowałam światowością w salonie. To moje métier!
Tego było zawiele.
Chwyciłem się za głowę i jak waryjat wybiegłem z salonu. Zostało mi przecież na tyle przytomności, aby w przedpokoju, gdzie szczęściem nie było nikogo, spostrzedz, że zapomniałem kapelusza. Wróciłem więc po niego z uczuciem skazańca poraz drugi prowadzonego na rusztowanie. Ona siedziała w tém samém miejscu, gdzie ją zostawiłem. Twarz tylko odwróconą miała do ściany i ukrytą w poduszki kozetki i zanosiła się od płaczu. Teraz, gdy sobie ten płacz przypomnę, myślę, że musiało się w niéj dziać coś strasznego, ale wówczas, choćbym ją był w trumnie zobaczył, byłbym przeszedł mimo i wierzył, że udaje umarłą.
— Powiedz mi pan — przerwał nagle Eugenjusz — co sądzisz o téj istocie?
— To był potwór! — zawołałem z mocą.
— Nie — rzekł melancholijnie — to była tylko kobieta.
Nie myśl pan — mówił daléj, widząc, jak się mimowoli wzdrygnąłem — nie myśl pan, że ciskam tém słowem wyrok potępienia na cały ród niewieści — o nie! Ja pod tę nazwę nie podciągam owych lalek bezmyślnych, owych istot biernych, co są dobre, dlatego, żeby złemi być nie umiały. Te, które ja nazywam kobietami, stoją po obu krańcach téj masy — i są albo święte, jak moja matka, albo demoniczne jak ona.
— Och! — wykrzyknął znów, przerywając sobie z żalem — moja matka! moja biedna matka!
Zakrył twarz rękami i widziałem łzy sączące się zwolna przez jego wychudłe palce. Ja sam miałem oczy wilgotne. Nastała długa chwila milczenia.
— Cios, który we mnie uderzył — opowiadał daléj Eugenjusz — był wyjątkowym i straszne sprowadził skutki. Gdyby mi śmierć była zabrała kochankę, byłbym cierpiał, modlił się do niéj i żył jakąś poza ziemską nadzieją. Gdyby mnie było płoche dziewczę zraniło niestałością, byłbym przebolał i zapomniał, ale paść tak ofiarą wyrafinowanéj kokieteryi, posłużyć za lekarstwo na nudę wystygłemu sercu, za igraszkę niespokojnéj wyobraźni, mieć to sobie wypowiedzianem wręcz z taką przerażającą szczerością, zostać tak sponiewieranym, odartym ze wszystkich marzeń, nie módz zachować na pociechę ani jednego wspomnienia, któreby się nie stało piekłem — o! to było z czego zwaryjować! Ja nie zwaryjowałem — gorzéj — rozpiłem się. Stało się ze mną, jak z kamieniem, co im z większéj wysokości spada, tém szybciéj w przepaść leci i nie oprze się aż dna dosięże.
Pamiętam dobrze moje wytrzeźwienie po pierwszéj pijanéj nocy. Ranek mglisty, blady, istny wyrzut sumienia, zaglądał do pokoju. Ociężały, zniechęcony, leżałem, spać już nie mogąc, a wstać mi się nie chciało, bo i po co? nic teraz całemi dniami nie robiłem. Myślałem o niéj i o tém, co ze mnie zrobiła, mówiłem sobie, że była gorszą od tych kobiet, które świat jawną pogardą piętnuje, a czułem, że za jedną chwilę powrotu do przeszłości, kiedy ją czciłem i kochałem, oddałbym życie całe. Wtém wzrok mój padł na list od matki, jeszcze nie rozpieczętowany, choć mi go dnia ubiegłego przyniesiono. Przeczytałem go i zacząłem płakać jak dziecko — a wieczorem upiłem się znowu.
Nie będę pana prowadził ze sobą w tę otchłań moralnéj nędzy, w jaką wpadłem. Brnąłem coraz głębiéj, zatykając uszy na głos sumienia, szydziłem ze wszystkiego com dawniéj szanował, nie odpowiadałem nawet na listy matki, zaprzestałem je czytywać — to dosyć! Marnotrawcza, dziedziczna żyłka zagrała we mnie. Porobiłem długi i za pożyczane pieniądze hulałem. O powrocie do Lwowa, o ciążących na mnie obowiązkach anim myślał. Po kilku tygodniach takiego życia zmieniłem się do niepoznania, nawet fizycznie. Twarz mi zapadła, schnąłem, zacząłem kaszlać i co rano miewałem gorączkę.
Pewnego wieczora wracałem do siebie... pijany.
Stróż, od którego zażądałem klucza, powiedział mi, że go wzięła jakaś pani i jest w mojem mieszkaniu. Nie zrozumiałem go dobrze. Wbiegłem na schody, nucąc hulaszczą piosenkę. Z tą piosenką wszedłem do pokoju, nie zdejmując kapelusza i zatoczyłem się przy progu. Na ten widok siedząca naprzeciwko drzwi kobieta w czerni, powstała, wyciągając ręce, — krzyknęła przeraźliwie i upadła na ziemię.
To była moja matka, a raczéj był to trup mojéj matki, bo gdym się nad nią pochylił, już nie żyła.
Wezwany natychmiast doktor stwierdził pęknięcie serca, mówił o organicznéj w niém wadzie, bo ją dawniéj leczył, o wielkiem osłabieniu ustroju nerwowego, ale ja wiedziałem, że ją zabił widok pijanego syna i wytrzeźwiłem się z tą myślą na zawsze, zapóźno!
W trzy dni potém.., szedłem za trumną, kołyszącą się na czarnym wozie i nie było wtedy większego nędzarza nademnie na całéj ziemi. Matkę, honor, przyszłość, spokój, wszystko co było moje, zabrał mi ten wóz czarny i wiózł z głuchym turkotem, a ja wpatrywałem się w niego szklannemi oczyma i nie czułem nic... nic... tylkom słuchał tego turkotu i myśl o nim kręciła mi się wkółko po głowie.
Aż na jednéj ulicy... tylko nie bierz pan tego za efekt powieściowy — moje dzieje ubarwienia nie potrzebują — na jednéj ulicy spotkał się z żałobnym pochodem jakiś powóz i przystanął, by go przepuścić.
Nie wiem dlaczego spojrzałem w tę stronę i zobaczyłem dwie kobiety. Jedną z nich była ona, strojna, uśmiechnięta, rozmawiająca z siedzącym naprzeciw mężczyzną.
O Boże! i czémże jest głos sumienia, jeżeli nie zawołał wtedy na nią: Patrz! to twoje dzieło, jeżeli jéj pozwolił o kilka kroków od jéj ofiar być tak wesołą i swobodną. I czémże jest przeczucie, jeżeli temu, który w nią pewno z uwielbieniem patrzył, nie powiedziało, że ma przed sobą zbrodniarkę! Ogarnęła mnie wściekłość! Była chwila, żem chciał głośno napiętnować ją tém imieniem, wywlec z powozu i rzucić pod koła karawanu, alem się tylko zachwiał, w oczach mi pociemniało i szedłem daléj ze spuszczoną głową, myśląc znów, że wóz turkocze...
Tak rozminęliśmy się — ona do świata, ja na cmentarz.
To było ostatnie silne wstrząśnienie.
Wszystko co potém nastąpiło, przedstawia mi się niepewnie i szaro. Zaraz po pogrzebie zachorowałem ciężko — leżałem długo w szpitalu, byłem podobno między życiem a śmiercią, życie zwyciężyło, Bóg wié po co — wyszło z téj walki taką parodyją życia, jaką jest dzisiaj... i na tém koniec!
Domawiając tych słów, Eugenjusz opuścił ręce na kolana ruchem niewysłowionego znużenia.
Przybliżyłem się do niego, nic nie mówiąc, objąłem go jak brata.
— Pozwól mi pan odpocząć tak chwilę — wyszeptał, opierając głowę na mojém ramieniu.
Po niejakiéj chwili spostrzegłem, że zasnął. Ułożyłem go więc ostrożnie na poduszkach i spuściłem roletę u okna, by mu świtający już brzask nie przeszkadzał.
Odtąd widywaliśmy się codziennie. O swojéj przeszłości nie wspominał już nigdy, ja tylko raz wznowiłem ten przedmiot, zapytując, jakim sposobem wachlarz dostał się powtórnie w jego ręce?
— Ach! — odpowiedział — to się stało dziwnym zbiegiem okoliczności. W trzy lata po tych strasznych przejściach, byłem na jakimś koncercie i tam ujrzałem ją zdaleka. Odwróciłem się i już do końca nie spojrzałem w tę stronę, ale gdy się sala wypróżniła, coś mnie gwałtem ku temu miejscu popchnęło. Nieokreślone uczucie przejmowało mnie na myśl, że dotknę się czegóś, czego się ona przed chwilą dotykała.
Było to, jak gdybym miał doznać wrażenia, które już uważałem za umarłe, jak wszystko co z przeszłością moją było związane. Wtém przy krześle, ledwo oczom dając wiarę, spostrzegłem leżący ten nieszczęsny wachlarz.
W pierwszéj chwili popchnąłem go nogą, bo wszystkie furyje wspomnień obudziły się we mnie, ale wnet przypadłem na kolana, chwyciłem go drżącemi rękami i przycisnąłem do ust jak znieważoną relikwię. Istotnie — ja byłem człowiekiem ostateczności....
Tak więc szczególny traf sprawił, że drobne zdarzenie będące prologiem mego życiowego dramatu powtórzyło się w epilogu. Tylko tym razem nie pomyślałem o zwróceniu zguby właścicielce. Mówiłem sobie z goryczą, że mam pewne prawa do zachowania jéj przy sobie.
Jéj saméj nie widziałem już nigdy. Wiem tylko, że wujenka jéj umarła, a rodzice przenieśli się do Warszawy i domyślam się, że teraz zapewne wyszła za mąż, bo pięciolecie jakie sobie zakreśliła, już minęło.
Rozśmiał się i zamilkliśmy oba.
W początkach marca wypadło mi wyjechać na dni kilka z Warszawy w sprawie któregoś z moich klijentów. Gdym to przyszedł oznajmić Eugenjuszowi, zasmucił się widocznie.
— Więc i ta ostatnia nadzieja mnie zawiedzie — rzekł zcicha.
Nie spytałem jaka, bom odgadł, co chciał przez to powiedzieć, a on téż dokończył po chwili:
— Myślałem, że ta ręka zamknie mi oczy.
I uścisnął silnie dłoń moją, powtarzając:
— Poraz ostatni, poraz ostatni!
Napomknąłem o rychłym powrocie. Wstrząsnął niedowierzająco głową.
— Szkoda — szepnął — szkoda, takby mi było dobrze umierać przy panu.
Pożegnałem go ze ściśnionem sercem.
W tydzień potém dzwoniłem do mego mieszkania o siódméj zrana, znudzony całonocną podróżą. Pierwsze moje pytanie, gdy mi służący otworzył, było o Eugenjusza.
Odpowiedział mi, że ma się gorzéj i téj nocy bardzo długo palił światło.
— Nie zaglądałem tam jeszcze — dodał — żeby nieborakowi nie przeszkadzać.
Tknięty złowrogiem przeczuciem zrzuciłem futro i pobiegłem do niego.
Ledwo przestąpiłem próg, krzyknąłem; wzrok mój spotkał oczy Eugenjusza... oczy okropne, wytężone ku drzwiom, jakby w oczekiwaniu i z pod rozwartych powiek patrzące z martwem osłupieniem śmierci.
Drżąc cały zbliżyłem się do łóżka. Leżał wyprężony — palce jednéj ręki wpijały się konwulsyjnie w kołdrę — druga wyciągnięta za pościel zdawała się chwytać coś w powietrzu.
Postawa jego świadczyła, iż musiał konać ciężko, a co było w tém boleśniejszego dla mnie, to przekonanie, że byłby lżéj konał, gdyby mu nie dozwolono umrzeć samotnie.
Bieliznę miał na sobie zmiętą gwałtownie i rozerwaną u szyi, co dowodziło, że tém rozpaczliwem wysileniem próbował się ratować. Zapewne atak duszenia przyszedł w chwili, gdy wyczerpany nie był już w stanie dźwignąć się z poduszek, a mnie się zdawało, że w zastygłych jego źrenicach czytam cały rozdzierający ból tego ostatniego spojrzenia, jakiém nadaremnie pomocnéj ręki szukać przy sobie musiał.
Pochyliłem się nad nim i dotknąłem ustami czoła, na którém po życiowych burzach osiadł teraz smętny jakiś spokój. Był jeszcze ciepły; zgon widocznie nastąpił na krótko przed moim powrotem. Zamknąłem mu oczy i stałem długo dumając o tém młodem, zmarnowanem życiu, co zgasło tak smutnie w bladych brzaskach zimowego poranku.
Byłem pod wpływem dziwnie przygniatającego uczucia, a potęgowało je wszystko, na co spojrzałem, bo wszystko nosiło na sobie ślady ruchów i czynności tego, który już nigdy poruszyć się nie miał.
Krzesło stało przy biurku tak, jak je odsunął, gdy poraz ostatni z niego wstawał, świeżo rozcięta książka leżała obok niedopitéj szklanki z wodą, daléj podkreślona ćwiartka papieru i pióro rzucone niedbale. Na biurku stała dobrze mi znana szkatułka otwarta i próżna. Spora kupka popiołu w niezamkniętym, chłodnym piecu, mówiła jasno co się z jéj zawartością stało. Na dnie tylko leżał podłużny pakiecik, na którym, zbliżywszy się, przeczytałem dużemi literami napisane moje nazwisko, z tym dodatkiem:
„Ostatniemu przyjacielowi, ostatnia pamiątka.”
Wzruszony rozwinąłem papier, domyślając się co w nim znajdę.
Widok wachlarza i wyrytego na nim imienia przywiódł mi na pamięć tę kobietę, którą może sen spokojny kołysał w chwili, gdy milkło sponiewierane przez nią serce i wydała mi się tak wstrętną i występną, że wszystko burzyło się we mnie na myśl, iż są zapewne ludzie, którzy ją kochają i szanują. Byłbym ją chciał przyprowadzić do tych zwłok sinych, aby zobaczyła, jak wyglądała popsuta przez nią zabawka.
Rzecz szczególniejsza! choć oprócz tego, że się nazywała Walentyna, nie wiedziałem nic, coby mnie na jéj ślad naprowadzić mogło, byłem prawie pewny, że się kiedyś spotkamy i że wtedy poznam ją niewątpliwie.
Przez cały dzień nie mogłem się otrząsnąć z wrażeń doznanych przy trupie Eugenjusza. Zatruło mi to nawet radość powitania narzeczonéj i Klara zauważyła natychmiast, że byłem w niezwykłem usposobieniu.
— Co panu jest? — zapytała, gdyśmy zostali sami.
Dobyłem przyniesiony ze sobą wachlarz i już otwierałem usta, by jéj w krótkości opowiedzieć historyję téj smutnéj spuścizny, gdy przerwała mi wykrzyknikiem najwyższego zdumienia.
— Mój wachlarz! Zkąd go pan masz?
Gdy usłyszymy coś potwornie nieprawdopodobnego, nie budzi to w nas zrazu ani podziwu, ni zgrozy. Zdaje nam się poprostu, że jesteśmy pod wpływem złudzenia i tak było ze mną. Ale zdarzają się złudzenia tak okropne, że nie wierząc im, w jednéj sekundzie pragniemy je rozproszyć.
— Nie mów pani tego — zawołałem — ten wachlarz nigdy do pani należeć nie mógł, nigdy! To imię...
Spojrzała na mnie, nie mogąc widocznie pojąć mego gorącego przeczenia.
— To imię jest imieniem mojéj ciotki, a wachlarz pamiątką po niéj — odparła spokojnie. — Zgubiłam go przed dwoma laty na koncercie. Dla czego pan tak dziwnie na mnie patrzysz?
Musiałem w istocie dziwnie patrzeć na nią, bo coś dziwnego działo się w mojéj duszy.
Klara nie domyślała się niczego.
— Dajżeż mi go pan — rzekła, wyciągając rękę. — Prawdziwie, szczególny traf! Kochany mój wachlarzyk! Poraz drugi już go odzyskuję.
Odskoczyłem w tył, cofając się przed jéj dotknięciem, jak przed ukąszeniem jadowitéj żmii.
Podczas gdy mówiła, trzymałem wachlarz w obu dłoniach i za każdem słowem ściskałem go coraz silniéj, aż paznogcie powpijały mi się w ciało. Teraz podniosłem ręce do czoła i opuściłem je załamując gwałtownie. Ruchowi temu towarzyszył chrzęst kruszącego się drzewa, palce moje rozwiodły się i kawałki hebanu upadły na ziemię.
Przerażenie okryło bladością śliczną twarz mojéj narzeczonéj.
Myślała może, żem zwaryjował.
— Na Boga! — wykrzyknęła — co to znaczy?
Chciała zbliżyć się do mnie, ale wstrzymałem ją surowem wejrzeniem.
Byłem już panem siebie.
— Eugenjusz — rzekłem ochrypłym lecz pewnym głosem — Eugenjusz umarł dziś rano. Wiem wszystko. Gardzę tobą!
Odwróciłem się i wyszedłem zwolna, zostawiając ją skamieniałą nad szczątkami wachlarza.
Nazajutrz odesłałem jéj pierścionek, zawinięty w klepsydrę. Było to okrucieństwem z mojéj strony, lecz czyż można się dziwić nieszczęśliwemu, który ukąsi rękę swojego kata?
Ona była moim katem... ta, którą nazywałem moim aniołem! Eugenjusz odtrącony potępiał i usprawiedliwiał ją naprzemiany, a kochał do ostatka... ja odtrąciłem ją sam, a miłość moja zmieniła się w odrazę.
On ranie swojego serca zabliźnić się nie pozwalał rozkrwawiając ją ostrzem wspomnień; ja wypaliłem ją odrazu gorącem żelazem pogardy i żyję, jak gdybym nie miał za sobą przeszłości.
Zapomniałem, że istniała dla mnie Klara, zapomniałem, że istniało dla mnie szczęście. On był poetą, marzycielem, ja realistą, ale który z nas dwóch więcéj cierpiał? przesądzać nie chcę.
A ona?
W niespełna dwa lata potém wyszła za milionowego przemysłowca... i świat ją nazywa szczęśliwą.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być bezsennie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Janina Pajzderska.