Nowelle (Pajzderska)/Szkice kąpielowe/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Janina Pajzderska
Tytuł Szkice kąpielowe
Data wydania 1883
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Drukarnia "Gazety Handlowej"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

II.
Wycieczka i Bal.

Après la pluie vient la beau temps — mówią francuzi, ale często dzieje się naodwrót i tak właśnie było z panem Gustawem. Po paru tygodniach niezamąconéj niczem pogody, na niebie jego powodzenia zaczęły gromadzić się chmury.
Przyjechało kilku młodych ludzi i ci, zamiast zaciągnąć się pod jego chorągiew, utworzyli osobne kółko, którego głównym celem zdawało się być wchodzenie w drogę panu Gustawowi i jego towarzyszom.
Na czele téj nowéj korporacyi stanął pan Wiktor S., obywatel ziemski, nie pierwszéj już młodości; zrujnowany podobno trochę, zarówno na zdrowiu jak na kieszeni, ale bywalec wielki, grający rolę znudzonego światem i jego marnościami, co mu nie przeszkadzało jedyne zadanie życia upatrywać w tych właśnie marnościach.
O kobietach między młodzieżą odzywał się zawsze z lekceważeniem, dowodząc, że każda ładna jest Fryną, a każda brzydka Ksantyppą (pan Wiktor lubił mitologiczne porównania), mimo to miał szczególną do téj płci słabość, a co dziwniejsza, wielkie u niéj łaski.
Takim był przeciwnik pana Gustawa. Stronnicy jego, przeważnie galicyjanie, popularniejsi widocznie od koroniarzy, tolerowali fatygantów i nie rzucali anathemy na posagowiczów, a nie łącząc się z nimi zbyt ściśle, mieli w nich jednak socyjuszów gotowych do poparcia sprawy w razie potrzeby.
Pan Gustaw zrazu spokojnie patrzył na powstawanie tego związku, do którego przyłączył się i ów galicyjanin, bezwiedne narzędzie jego intrygi z nieszczęsnym panem Bronisławem.
Ale gdy na jednym reunionie pan Wiktor nie mogąc odebrać w zupełności swemu rywalowi przysługującego mu dotąd bezspornie prawa prowadzenia mazura, wpadł na pomysł, żeby je z nim chociaż podzielić przez utworzenie drugiego koła i gdy do tego koła przyłączyła się większa połowa tańczących, wtedy nasz jeune premier sposępniał jak Ludwik XVI-ty na widok pierwszéj kokardy narodowéj i uczuł, że grunt pod jego nogami chwiać się zaczyna.
Reszta młodzieży była wysoce oburzona tą manifestacyją, ale się nią nie trwożyła.
— Słyszane rzeczy! — wykrzyknął pan Teofil — dwa kółka mazurowe w sali! Jak żyję nic podobnego nie widziałem.
— Wyraźnie chcą z nami zadrzéć! — zauważył ktoś drugi.
Grubo się mylą, jeżeli myślą, że im się damy zjeść w kaszy — zauważył pan Karol, który choć nie bardzo sprzyjał panu Gustawowi, w tym razie stanął gorąco po jego stronie, czując się osobiście dotkniętym wyrządzonym mu afrontem.
— Ba, ba, ba! — dorzucił pan Klemens takim tonem, że odrazu można było ocenić, jak zawziętego acz milczącego wroga zjednała w nim sobie partyja pana Wiktora.
Wkrótce oba stronnictwa wymieniły noty dyplomatyczne w formie wzajemnych docinków i przekąsów i wojna choć otwarcie nie wypowiedziana, zawrzała na dobre.
Czasy Gwelfów i Gibelinów zdawały się powracać, z tą wszelako różnicą, że zamiast krew rozlewać, psuto ją sobie nawzajem. Nie brakło nawet Danta w tym historycznym obrazie. Reprezentował go czarnowłosy poeta Anatol Wiesław, żarliwy stronnik gwelfów, ex-protektorów owéj konferencyi która poprawiwszy jego finanse, pozwoliła mu dłużéj odżywiać natchnione piersi goracą żentycą. Gibelini mścili się wyśmiewając go niemiłosiernie, za co pewno będą siedzieć w ostatnim kręgu piekła w nowéj Boskiéj Komedyi, jeżeli takowa wypłynie kiedy z pod pióra tego wieszcza. Ale i innym zgoła w téj walce nieinteresowanym osobom, dawała się ona we znaki. Niechże kto uścisnął się za rękę lub porozmawiał dłużéj z panem Wiktorem, mógł być pewien, że pan Gustaw odkłoni mu się potém z wyróżniającą sztywnością.
Przyjechał artysta muzyk, z którym pan Gustaw, poczuwając się do obowiązków mecenasa sztuk pięknych, zapoznał się natychmiast: żaden z adeptów pana Wiktora nie był na jego koncercie.
W jedném tylko te dwa wrogie obozy spotykały się z sobą: w kulcie dla płci nadobnéj, a ta znów nie oświadczając się wyraźnie ani za jednym, ani za drugim, hołdy obydwóch przyjmowała z równą łaskawością, bo jak to już słusznie zauważył Feuillet, kobiety nietylko we wszystkich językach rozumieją komplementa, ale ich chętnie we wszystkich i od wszystkich słuchają.
Taki stan rzeczy nie mógł przecież trwać ciągle i musiał się skończyć porażką téj lub owéj strony.
Jakoż nadszedł dzień, w którym gwelfy ujrzawszy się zagrożonymi, postanowili wydać stanowczy bój zuchwałym gibelinom. Pierwszy alarm rzucił zawsze energiczny pan Teofil, wpadając jak bomba do mieszkania pana Gustawa w chwili, gdy ten młodzieniec nie domyślając się niczego, spożywał najspokojniéj śniadanie, w czém dopomagali mu pan Karol i paru innych przyjaciół.
— Co się stało? — zapytali wszyscy razem ujrzawszy zaperzone oblicze nowego gościa.
— Nic się jeszcze nie stało, ale się stanie — odparł rzucając z impetem kapelusz na łóżko. — Jak Boga kocham, już mi te wody kością w gardle stanęły. Człowiek się tylko irytuje: więcéj nic.
— Ale mówże o co chodzi?
— O to, że ludzie są najgłupszemi i najnieznośniejszemi stworzeniami na całéj kuli ziemskiej! — wybuchnął pan Teofil i urwał wielki palec u rękawiczki, którą niecierpliwie zdejmował.
— Ach! — westchnął Anatol Wiesław zaglądając smętnie w próżną filiżankę — o tém już dawno wiemy.
— Jak uważam, niczego się już więcéj nie dowiemy — zauważył pan Gustaw. — Mój Teofilu, siadaj, proszę cię i uspokój się. Zawsześ taki zalterowany.
— Poczekaj, zalterujesz się i ty, gdy usłyszysz. Wystawcie sobie, moi kochani, co tym Wiktorczykom w głowach świta! Bal kawalerski wydają.... z różnemi historyjami. Dziś przyszła na pocztę paka przyborów kotylionowych — tam się właśnie dowiedziałem — bo uważacie, to wszystko cisza — w sekrecie, boją się pewno, żebyśmy im szyków nie popsuli.
— Bal kawalerski! — wykrzyknął pan Karol. — A do licha, żeśmy téż wcześniéj o tém nie pomyśleli.
— Otóżto! I teraz co za głupie położenie. Kobiety naturalnie pójdą wszystkie, bo to lgnie do blichtru — mówił pan Teofil z goryczą — a my będziemy chyba za oknami stali i gapili się na nich. Żeby jeszcze na pociechę można było sobie podrwić jak z tych tam fatygantów, ale ten stary błazen (pod uprzejmą przenośnią należało rozumieć pana Wiktora) zna się na rzeczy. Zamówili już kolacyję „Pod kasztanami.” Rozmawiałem ze Strzeczakiem. Pasztety, nie pasztety, zwierzyna, lody, kremy, szampana w bród. Zakasują nas z kretesem.
— Bodaj skiśli! — mruknął pan Karol.
— No i co tu robić? — kończył desperacko pan Teofil. — Radźże, Gutek; przecież tak z założonemi rękami patrzeć na to nie możemy.
— Kiedyż bo ty Teofilu jesteś „ogromnie” w gorącéj wodzie kąpany — odezwał się zwolna pan Gustaw, który wziąwszy sobie za punkt honoru nigdy krwi zimnéj nie tracić, udawał i teraz obojętnego, choć go aż coś na krześle podnosiło. — Bal wydają, mówisz, bardzo pięknie. Życzę im dobréj zabawy.
— Cóż ty? Żartujesz chyba?
— Zawsze mówiłem, że Gustaw nie ma energii — nadmienił pan Karol, rad z wykazania téj ujemnéj strony swego amfitryona.
— Tylko kwestya — kończył ze znaczącym naciskiem ten ostatni — tylko kwestya, czy się dobrze bawić będą.
— Co? co? Niby jakto?
— Kiedyż ma być ten sławny bal?
— Jutro.
— Jutro — powtórzył pan Gustaw i zamyślił się trochę — a chodzili już z zaproszeniami, nie wiesz?
— Nie, nie, dopiéro się wybierają po południu.
Pan Gustaw rozpromieniał, jak gdyby mu genialna myśl błysnęła.
— Cóż! — zawołał raptem do obecnych — zdacie się na mnie? a chyba nie jestem sobą, jeżeli im się na zawsze kawalerskich balów nie odechce.
Oświadczenie to przyjęto jednogłośnie.
— Panie Anatolu — ciągnął daléj z ożywieniem nasz bohater — biegnij pan do dyrektora i zamów muzykę na jutro na cały dzień. Jeżeliby już tamci zamówili, powiedz, że wieczorem będzie wolna. Nie targuj się pan, dawaj ile zechce, bo tu o ważniejsze rzeczy chodzi niż o kilka nędznych guldenów.
— Muzykę? — zawołał pan Karol — po cóż muzykę? Przecież balu w dzień nie urządzisz?
— Mieliście się zdać na mnie. Zaraz wam to wytłómaczę. Czasu na to marnować nie można. Czegóż pan stoisz jeszcze?
Tak zainterpelowany poeta wyleciał z pokoju jak z procy.
— Ale istotnie, Gutku — zaczął pan Teofil — ta muzyka... Co to z tego będzie?
— To będzie, że panowie galicyjanie pospuszczają nosy na kwintę. Oni bal — my wycieczkę. Zobaczymy co się lepiéj uda.
— Wycieczkę. bravissimo!
— Świetny pomysł!
— Ten Gutek, to chwat, niéma co mówić! — zawołano chórem.
— Tylko, uważacie, potrzeba nam się spieszyć! Już ja dawno o takiéj wycieczce myślałem i mam cały program w głowie. Tutejsze góry jeszcze nic podobnego nie widziały. Zarząd sprowadził fajerwerki na przyszłą loteryę, trzeba je odkupić... Ty, kochany Teofilu wyszukaj kapitana i zajmijcie się prowiantami na jakie pięćdziesiąt osób. On już w tém doświadczony, niech tylko pamięta o cukierkach i o szampanie. Weźmiemy ze czterdziestu górali... O koszt mniejsza.
— Naturalnie, naturalnie!
— Jabym ostatni grosz wydał, byle na swojém postawić! — zapewnił pan Teofil.
— Ja z Karolem i Klemensem pójdziemy zapraszać damy — mówił daléj przywódzca gwelfów. — W tém musimy ich ubiedz. Z wycieczki nie wrócimy jak o dziewiątéj wieczorem. Damy będą zmęczone, muzyka także: tańce im się udadzą! Ha! ha! ha!
Zaśmiano się chórem.
Pan Teofil ucałowawszy rzęsiście najdroższego Gutka, wybiegł spełnić jego polecenia, pozostałe trio poprawiwszy nieco ubiór, udało się z wizytami.
— Pójdźmy najprzód do prezesowéj — zaproponował pan Karol. (Prezesowa była stryjenką panny Martyny). — Oni pewno także przedewszystkiem o najładniejszéj pannie pomyślą.
— Masz racyę. Chodźmy do prezesowéj.
Przez drogę radzono w dalszym ciągu nad wycieczką. Wybrano miejscowość mającą być jéj celem, jednę z najpiękniejszych i najdalszych w okolicy, obmyślono parę niespodzianek i postanowiono przy zaprosinach napomykać zlekka damom o objętych programem przyjemnościach, by je skłonniejszemi uczynić do poświęcenia balu dla wycieczki.
Los bawi się czasem w płatanie ludziom mniéj lub więcéj pożądanych figielków. W sieni domu, w którym mieszkała prezesowa, nasi wycieczkowicze zetknęli się z trzema balowiczami: panem Wiktorem, owym bezwiednym wielbicielem panny Jadwigi i jakimś jeszcze galicyjaninem, razem z nimi weszli do pokoju, razem się przywitali i razem usiedli, dając im tém do zrozumienia, że się w niczem uprzedzić nie pozwolą.
Po wymienieniu kilku ogólnych uwag, rozmowa się urwała. Prezesowa i panna Martyna domyślały się, że obie sytuacyje mają na celu coś ważniejszego niż zapytanie o zdrowie lub pochwalenie pięknéj pogody.
— Przyszliśmy... — zaczął pan Wiktor.
— Przychodzimy... — ozwał się jednocześnie pan Gustaw.
Obaj umilkli rzucając na siebie pełnym niechęci wzrokiem, a towarzysze ich chrząknęli i poprawili się na krzesłach.
— O ile wiem, duet tylko w śpiewie ma racyję bytu — rzekł pan Wiktor spokojnie bawiąc się binoklami.
— Właśnie chciałem zrobić tę samą uwagę — odparł pan Gustaw z równą obojętnością gładząc kapelusz.
Sytuacyja stawała się drażliwą. Obie panie były nią trochę zakłopotane.
— Panowie widocznie mają nam coś ciekawego do powiedzenia — wymówiła z czarującym uśmiechem panna Martyna. — Chyba pociągniemy na supełki, czyją wprzód nowinę usłyszymy.
— My mamy tylko prośbę — rzekł przedstawiciel gibelinów.
— I my również — podchwycił reprezentant gwelfów, ale — kończył ze złośliwym uśmiechem — supełki byłyby zbyteczne. Nauczono mnie szanować prawa starszeństwa. Ustępuję panu głosu.
— Uprzejmość pana, jak każde fenomenalne zjawisko, pozostanie mi na długo w pamięci — odpowiedział pan Wiktor, który czując już pewien ciężar wieku, o przywileje jego nigdy się nie ubiegał i wielce był nie rad, gdy mu je przyznawano.
— Śmiem prosić tylko — dorzucił jego przeciwnik, nie zwracając uwagi na docinek — by panie dopiéro po wysłuchaniu nas obu, raczyły swoją decyzyję objawić.
To powiedziawszy usunął się z krzesłem w głąb pokoju i słuchał spokojnie, jak pan Wiktor dobranemi słowy prosił panią prezesową i pannę Martynę, by zechciały uświetnić swą obecnością skromny jutrzejszy wieczorek, pierwsza jako jego gospodyni, druga jako najpiękniejsza ozdoba zebrania.
Damy podziękowały wdzięcznie za tak miłe zaprosiny, ale uwzględniając zastrzeżenie pana Gustawa, zwróciły się przed ich przyjęciem do drugiego suplikanta.
Trzeba było widzieć jak pan Wiktor i jego towarzysze silili się na utrzymanie olimpijskiéj pogody oblicza, gdy przeciwnik ich, również wyszukanym stylem wyłuszczał cel swego przybycia, wspominając niby od niechcenia o fajerwerkach, tańcach góralskich i koniach wierzchowych dla pań, któreby ten sposób podróżowania nad jazdę wózkami przekładały. (Zdrajca! wiedział że panna Martyna jest zapaloną amazonką).
Prezesowa wysłuchawszy tego wszystkiego namyślała się czas jakiś a jéj synowica zrobiła zafrasowaną minkę.
— Panowie stawiacie nas w trudném położeniu — rzekła wreszcie stryjenka, mająca ustaloną sławę dyplomatki — oba zaproszenia są nam tak jednakowo miłe i zaszczytne, że wybór pomiędzy niemi byłby niemożliwy. Będziemy więc chyba zmuszone, choć z żalem, wyrzec się przyjemności tak balu jak wycieczki.
Pannie Martynie nie przypadło do gustu takie rozcięcie gordyjskiego węzła i znowu żartobliwie zaproponowała swoje supełki.
— Ja sądzę, że te rzeczy dałyby się pogodzić — zauważył pan Gustaw. — Wycieczka nasza skończy się w takiéj porze, iż panie będą miały jeszcze dosyć czasu na przebranie się i wzięcie udziału w drugiéj zabawie.
— Oh! to niepodobna! — zawołała prezesowa. — Ja po każdéj wycieczce czuję się tak zmęczoną, że przynajmniéj przez dwa dni jestem do niczego.
— Z tego względu nasz wieczorek, jako mniejszém znużeniem grożący, powinienby znaleźć łaskę w oczach pani dobrodziejki — wtrącił pan Wiktor.
— W takim razie pozwalam sobie przedstawić jedną kombinacyję — ciągnął niezrażony pan Gustaw. — Zamierzamy także zaprosić doktorową C. i mamy nadzieję, że nam nie odmówi. Mogłaby więc panna Martyna...
— Doktorowa C. już nam obiecała swoję bytność — przerwał pan Wiktor.
— Już? — powtórzył z pewném niedowierzaniem tamten. — Przypuszczam, że i do naszéj prośby raczy się przychylić, jak już zauważyłem: jedno drugiemu nie przeszkadza. Otóż mogłaby panna Martyna pod jéj opieką zaszczycić naszę wycieczkę, a potém towarzyszyć pani prezesowéj dobrodziejce na wieczór. Wszak dla pani nie byłoby to zbyt utrudzającém?
— O nie, nie, bynajmniéj! — zawołała panna Martyna z żywością. — Pomysł pana jest wyborny i sądzę, że stryjeneczka nic przeciwko niemu nie znajdzie?
Stryjeneczka wyraziła tylko obawę, aby to „drogiéj Tyni” nie zaszkodziło, ale nie widząc innego sposobu zadowolenia obudwu stron, przystała, poczém gwelfy i gibeliny skrzyżowawszy jeszcze ostre jak sztylety spojrzenia, pożegnali się i wyszli; pierwsi do panny Jadwigi, drudzy do doktorowéj C., która w istocie nic jeszcze o swéj wrzekoméj obietnicy nie wiedziała.
Tam pan Wiktor zdjęty nagłą troskliwością o zdrowie téj pani, odradzał jéj gorąco wzięcia udziału w wycieczce, przedstawiając w jaskrawych kolorach fatalne skutki, jakie podobne umęczenie za sobą pociąga.
Tymczasem pan Gustaw zacierał ręce, ucieszony tak pomyślnym obrotem rzeczy.
— Będą ją widzieli — mówił odnosząc te słowa do panny Martyny. — Cały dzień w górach, to nie żarty. Trzebaby szczególnego amatorstwa, ażeby się potém jeszcze tańczyć chciało.
— A uważałeś; imci pan S. zaprosił ją do pierwszego kontredansa.
— Dobrze, dobrze, niech się spodziewa!
Ojciec panny Jadwigi, poczciwy litewski szlachcic, przyjął wycieczkowe poselstwo z wielką serdecznością, całując każdego w oba policzki i powtarzając: „Pana mego kochanego witam, witam!
Panna Jadwiga zaś... ach! ta od czasu bukietów, a raczéj od czasu jak je odbierać przestała (bo pan Gustaw dopiąwszy swego, nie widział już potrzeby rujnowania się potajemnie na kwiaty), zrobiła się jeszcze bardziéj sentymentalną i marzącą. „Beznadziejny” ani myślał o zajęciu opróżnionéj przez pana Bronisława pozycyi, tyle tylko, że zaprezentował się na reunionie i odtąd co rano przechodził raz tam i napowrót promenadę przy boku panny Jadwigi, bawiąc ją rozmową, którą nawet sam Platon uznaćby musiał za niewystarczającą do zaspokojenia duchowych potrzeb miłości.
Skutkiem tego panna Jadwiga nauczyła się wznosić często oczy w niebo, jakby zapytując dlaczego Opatrzność zesłała jéj do rozwiązania tak trudną sercową łamigłówkę i teraz również wysłuchawszy przemowy pana Gustawa powiodła wzrokiem po bielonym suficie i odrzekła, że zastosuje się w tym zupełnie do życzenia tatki.
Tatko znów przyjął zaprosiny jak najochotniéj.
— Proszę ja panów moich — mówił wyściskawszy się z nimi po raz wtóry — co może być lepszego dla młodych, jak ot tak cały dzień na świeżém powietrzu, na swobodzie, w ruchu. I tu niby człowiek szwęda się ciągle, ale na co się to zdało, kiedy to tylko ubieraj się, przebieraj się, inaczéj na wody, inaczéj do obiadu, inaczéj po obiedzie. Ja powiadam, Jadwiniu, że taka kuracyja to zdrowie odbiera zamiast czego. Więc to jutro, jutro?
— Tak, panie dobrodzieju, jutro o dziewiątéj, punkt zborny na promenadzie. Będą wózki i konie wierzchowe, do wyboru.
— Otóż to bardzo ślicznie. Jadwinia lubi konno jeździć, a ja tam sobie do tarantasa wsiądę. Dawniéj, to choćby sto mil na siodle, a dosiedzę, ale teraz starość nie radość, panie mój kochany.
— O tak, kiedyś bardzo lubiłam konną jazdę — odezwała się panna Jadwiga, dając tém do zrozumienia, że obecnie już jéj nie nęcą przyjemności tego życia.
Ale wkrótce miała się przekonać, że ta zatrważająca apatyja nie zapuściła jeszcze zbyt głęboko korzeni w jéj ośmnastoletnią duszę. Nie minęło pięciu minut od wyjścia pierwszéj deputacyi, gdy zjawiła się druga, któréj członkiem, jak wiadomo, był „beznadziejny”. Dowiedziawszy się co ich sprowadziło, panna Jadwiga poznała nagle, że nienawidzi wycieczek, a natomiast lubi namiętnie kawalerskie bale i ze ściśnioném sercem słuchała, jak ojciec ucałowawszy pana Wiktora, przepraszał go tłómacząc swą odmowę daném już komu innemu przyrzeczeniem.
Pan Wiktor, wysławszy w duchu tego „kogoś innego” do wszystkich potępieńców, nie dał za wygranę i widocznie zmienił swoje hygieniczne poglądy na kwestyję wycieczek, mniéj téż dbał o zdrowie panny Jadwigi niż doktorowéj C., bo zaczął dowodzić, że chodzenie w dzień po górach nie przeszkadza bynajmniéj tańczeniu wieczorem i że jedno z drugiém doskonale pogodzić można.
Ale stary szlachcic stanowcze na to veto położył, powtarzając, że i tak cała kuracyja tutaj, z tém ciągłém ubieraniem się i przebieraniem na nic się nie zdała, że Jadwinia mizernieje i że takie nadużycie przyprawiłoby ją, jak Bóg w niebie, o chorobę.
Galicyjska trójca wyszła skonfundowana klnąc koroniarską przebiegłość i litewski upór, a panna Jadwiga rozpłakała się i oświadczyła ojcu, że niedługo umrze, przyczem powzięła głęboką niechęć do pana Gustawa i jego towarzyszy, którzy nie domyślając się niczego, byli w różowych humorach, bo zwycięztwo wyraźnie przechylało się na ich stronę. W trzech tylko czy czterech domach spotkali się z odmową, ale cóż to znaczyło wobec błogiego przeświadczenia, że tamci muszą się oddać na ich łaskę i niełaskę i czekać z rozpoczęciem balu aż oni z wycieczki powrócą.
Pan Wiktor czuł to i gniéw nim miotał stłumiony, ale dopiéro gdy się dowiedział od dyrektora orkiestry, że muzyka przed dziewiątą w sali być nie może, oburzenie jego przeszło wszelkie granice.
— To spisek wyraźny! — zawołał chwytając się, nie za włosy, bo tych, jako już mocno przerzedzonych, oszczędzał, ale za wąsy, które miał bardzo bujne i piękne. — Uwzięli się na nas! O, poczekajcież!
I nie namyślając się długo, pobiegł do lekarza zakładowego, doktora C. Ten syn Eskulapa, w licznym szeregu swych cnót miał tę jednę wadę, że każdy kto chciał, mógł go o słuszności swego zdania przekonać, nie wspominając już żony, w którą wierzył jak w Ewangeliję, a może i bardziéj. Słabość tę posuwał tak dalece, że nawet przy zapisywaniu lekarstw stosował się czasem do życzeń pacyjentów.
— Panie doktorze! — zawołał pan Wiktor jeszcze w progu — wszak muzyka musi grywać codzień po południu na promenadzie?
— Naturalnie: od czwartéj do szóstéj. Albo co?
— Więc jéj na całodniowe wycieczki zabierać nie można?
— No, nie jest to objęte przepisami, ale...
— Ale to się samo przez się rozumie — przerwał pan Wiktor. Na raz przecie w dwóch miejscach znajdować się nie może.
— A tak — potwierdził doktor C. — To się samo przez się rozumie.
— Otóż widzisz, szanowny doktorze! A jednak panowie (tu wymienił swoich przeciwników) jutro na cały dzień zabierają muzykę w góry. Dla fantazyi kilkunastu osób, reszta gości nie może być pozbawioną przyjemności, za którą płaci. Doktor nie powinieneś pozwolić na takie nadużycie!
— Zapewne, nie powinienem i nie pozwolę. O! ja im to powiem.
Pan Wiktor był tak zadowolony z wykopania tego dołka pod panem Gustawem, że spotkawszy się z nim, nie mógł przenieść na sobie, aby go nie zagadnąć:
— Pan podobno zamówiłeś muzykę na jutro?
— Zamówiłem, ale od dziewiątéj będzie do pana dyspozycyi.
— Ach! jeślibym chciał, to nawet od szóstéj. Słyszałem właśnie jak doktor C. strofował dyrektora za umowę z panem. To się sprzeciwia przepisom kąpielowym.
Pan Gustaw kiwnął tylko lekceważąco ręką, ale wkrótce potem dyrektor przyszedł mu oddać zadatek, tłómacząc się, że doktor C. zagroził mu zerwaniem kontraktu, gdyby go nie usłuchał. Bohater mój widząc, że to nie przelewki, pobiegł sprytny chłopiec nie do doktora, lecz do doktorowéj.
Doktorowa, wesoła, lubiąca się bawić kobietka, nie zrażona perswazyjami pana Wiktora, przyjęła bez wahania zaprosiny przeciwnego obozu, zapewniając jednakże, iż czyni to jedynie „dla kochanéj Martyni,” a teraz, gdy pan Gustaw przedstawiał jéj, jak wielką krzywdę brak muzyki wyrządzi wycieczce, obruszyła się na męża i kazała go poprosić.
— Mój Władeczku — rzekła słodko do wchodzącego — jakiż z ciebie rygorysta się robi. Panowie pragną nam jutrzejszą wycieczkę uprzyjemnić muzyką, a ty podobno sprzeciwiasz się temu.
— To nie ja, aniołku, tylko przepisy sprzeciwiają się temu — odparł małżonek z pewném zakłopotaniem witając pana Gustawa, który wyglądał jak prześladowana ofiara losu.
— Ach! cóż tam przepisy: nie ma reguły bez wyjątku.
— To prawda, ale...
— Ale pan doktor nie chce go na naszą korzyść zrobić — wtrącił nasz młodzieniec z goryczą.
— Panie łaskawy! Cóż znowu! Ja z największą przyjemnością, dlaczegóżby nie? tylko, że to niepodobna — tłomaczył się coraz bardziéj zmięszany lekarz.
— Dlaczego niepodobna, Władeczku — podchwyciła jeszcze słodziéj żona. — Jeśli ci chodzi o jutrzejszą promenadę, to któż na niéj będzie, proszę cię? Połowa gości jedzie na wycieczkę, zostanie trochę żydów, więc chyba więcéj dbasz o nich aniżeli o nasze towarzystwo.
— Widzisz, aniołku, kiedy to byle raz ustąpić, tak potém ani sobie dać rady. Każdy będzie żądał...
— Ach! panie doktorze dobrodzieju — przerwał pan Gustaw — sezon się kończy, nie będzie już sposobności do żądań, a do przyszłego roku to małe odstępstwo od przepisów pójdzie w zapomnienie.
— O! zapewne — rzekł już przekonany Władeczek — ktoby tam pamiętał. Zabierajcież więc panowie muzykę i bawcie się dobrze, ja tylko muszę powiedzieć dyrektorowi, że to poraz pierwszy i ostatni i jedynie dlatego, że już się sezon kończy.
Tak tedy stronnictwo gwelfów i z téj próby wyszło zwycięzko, a gibelinom nie pozostawało już nic, tylko wzywać tajemnie ostatniego, a najpotężniejszego sprzymierzeńca: dészczu. Jakoż przed wieczorem obie partye siedząc na werendzie „Pod kasztanami” w przyzwoitéj od siebie odległości, obserwowały zachód słońca z odmiennemi, jak się łatwo domyśleć, uczuciami.
— Pogoda pewna na jutro, jak dwa a dwa cztery — zawołał pan Teofil.
— Boski zachód słońca — rzekł Anatol Wiesław z poetycznym zachwytem, topiąc sucharek w kawie, którą wcale prozaicznie popijał. Te góry spłonione jak dziewice, ten wianek różowych chmurek nad niemi, to coś wspaniałego!
— Co prawda, wolałbym, żeby tych chmurek nie było — ozwał się pan Gustaw z pewnym niepokojem, śledząc niknięcie złotéj źrenicy dnia, za oblanemi purpurą szczytami.
Jednocześnie przy drugim stole krzyżowały się takie atmosferyczne spostrzeżenia:
— Jak słońce czerwono zachodzi — zauważył któryś. Wiatr będzie jutro.
— Prędzéj dészcz — odparł umyślnie podniesionym głosem pan Wiktor. — Takie chmury, to nieomylny znak słoty: tak utrzymują górale.
— O! a to znawcy.
— Nic nie szkodzi, jeżeli przepada — dorzucił niby obojętnie mniemany „beznadziejny.” Powietrze odświéży się trochę po tych szalonych upałach.
— Oczywiście!
Pan Gustaw i jego przyjaciele całą noc z niepokoju spać nie mogli i pozrywali się równo ze świtem. Pierwszą ich myślą było spojrzeć w niebo — naturalnie nie przez pobożność. Ranek zapowiadał się mglisto i niepewnie. Szczyty tonęły we mgłach, wiatr zrywał się chwilami i pędził chmury przed sobą. Około ósméj wypogodziło się trochę; słońce rozdarło zasępione obłoki i zerkało na ziemię jakiémś palącém, podejrzaném spojrzeniem.
Partyja pana Wiktora asystując damom na wodach, zwracała ich uwagę na tę okoliczność, nadmieniając od niechcenia, że powietrze jest dziwnie parne, że czuć w niém burzę, a wycieczkowicze drżeli z obawy i niecierpliwości i spoglądali na zegarki, nie mogąc się doczekać owéj dziewiątéj, która o ich losie rozstrzygnąć miała.
Znając kobiety, wiedzieli, że do ostatniéj chwili nie można za ich postanowienie ręczyć. Któż wié, może się zlękną niepogody, tak gorliwie zapowiadanéj przez niegodziwych współzawodników.
Zegar zakładowy, w stałéj niezgodzie z astronomicznym będący, oznajmił wreszcie pożądaną godzinę i wnet na placyku przed promenadą ruch zrobił się wielki. Zajechało kilkanaście wózków, przyprowadzono konie wierzchowe, czterdziestu górali z torbami na plecach mieszczącemi różne zapasy i niespodzianki, kręciło się po tym taborze, a Strzeczak, wielki krajczy i podczaszy wycieczki, biegał jak oparzony, wydając ostateczne dyspozycyje co do pakowania butelek, muzyka zaś uszykowana z boku, próbowała marsza, aby nim powitać zaproszonych, na których w umówioném miejscu oczekiwali nasi młodzieńcy. Wszyscy oni mieli siekierki w rękach i kapelusze z muszelkami na głowach; poeta zaś, który oczyma duszy sięgając daleko w przyszłość, fizycznie odznaczał się bardzo krótkim wzrokiem, zaopatrzył się prócz tego w olbrzymią lornetę, podobną do dwóch połączonych ze sobą armatek.
— Jakie te kobiety niepunktualne — zrobił uwagę pan Teofil, zapinając jelonkowe rękawiczki. — Już kwadrans na dziesiątą, a żadnéj dotąd niéma.
— Idzie, idzie panna Jadwiga z ojcem — zawołał pan Karol. Cóż taka skwaszona? Zawsze tak wygląda, jakby się rozpłakać miała, ale dziś tylko jéj dać palmę męczeńską do ręki.
Istotnie panna Jadwiga mogła w téj chwili zrobić wrażenie prowadzonéj na stos ofiary.
Mimo przełożeń ojca, dowodzącego jéj, że kolor czarny, jako łatwo kurz przyjmujący, jest najniepraktyczniejszym w góry, ubrała się prawie żałobnie; do kapelusza nawet przypięła czarny gazowy welon, a w ręce czarną rękawiczką obciśniętéj, trzymała skabiozę. Na jéj ładnych, różowych usteczkach, błąkał się wyraz cichéj rezygnacyi; odpowiadając na uprzejme powitania młodzieży, uśmiechała się niby, ale był to jeden z tych uśmiechów, o których mówią poeci, że są od łez gorsze.
Zupełną z nią sprzeczność stanowiła panna Martyna, która wkrótce z doktorową C. nadeszła.
Ta wyglądała jak uosobienie pogody, a w dużéj pasterce i krótkiéj z różowego perkaliku sukience, tak jéj było ładnie, że pan Gustaw zląkł się na seryo o spokój swego serca, a poeta zaczął w myśli sonet dwudziesty pierwszy z rzędu, jaki do niéj napisał.
Poschodziły się i inne damy, zdawało się, że już będzie można wyruszyć; wtém doktorowa C. przypomniała sobie, że ma coś niesłychanie ważnego powiedzieć Władeczkowi, pani X., jedna z największych elegantek, spostrzegła, że wzięła rękawiczki niedobrane do sukni i wróciła się do domu, aby je zmienić; pani Y. poczuła, że ją buciki cisną i uczyniła to samo, a panna Martyna zaczęła narzekać na swoję nieuwagę, przez którą binokle tak jéj zawsze potrzebne, zostały w mieszkaniu. Anatol Wiesław ofiarował jéj natychmiast swoje duże armaty, ale śliczna ukrainka podziękowała, utrzymując, że są za ciężkie i nie zastosowane do jéj wzroku; nie pozostało więc nic rozkochanemu poecie, jak natchnienie w nogach umieścić i pobiedz pędem po szkła Beatryczy.
Podczas zwłoki spowodowanéj temi epizodami, kilka pań objawiło niejakie wątpliwości co do pogody, nadmieniając, że może lepiéj zrobią, jeżeli nie pojadą, co nie dowodzi, aby tak istotnie myślały, tylko po prostu, że chciały dać przestraszonéj młodzieży sposobność do nowych prośb, zaklęć i protestacyi gorących.
Jakoż dały się ubłagać, pod warunkiem jednak, żeby wzięto jaknajwięcéj waterproofów. Posłano tedy po waterproofy. Wycieczkowiczów już ostatnia niecierpliwość porywała, choć ją starannie ukrywali, a tu jak na złość, raz po raz któryś z partyi pana Wiktora przechodził koło nich niby przypadkiem i patrząc na to wszystko, uśmiechał się złośliwie. Tego tylko było potrzeba, żeby tak dészcz raptem lunął, a o cóż łatwiéj w górach, jak o podobną niespodziankę!
Zegar zakładowy już zapomniał, że bił dziesiątą, gdy ułatwiwszy się ostatecznie ze wszystkiemi przeszkodami, grono turystów ruszyło wreszcie z miejsca.
Pan Gustaw jechał konno obok panny Martyny z miną tryumfatora; panna Jadwiga udrapowana welonem, który wkrótce z czarnego zrobił się popielatym, wodziła melancholijnie rączką po niezupełnie jedwabistéj grzywie swego wierzchowca i z roztargnieniem słuchała poetycznych wykrzykników usiłującego ją bawić wieszcza; pan Teofil towarzyszył owéj pannie, którą niepoczciwy pan Karol posądzał o watowaną łopatkę; reszta młodzieży powybierała sobie także odpowiadające sercowym popędom stanowiska, starsza generacya trzęsła się na wózkach, górale śpiewali, muzyka stroiła instrumenta: zrobiło się bardzo gwarno i wesoło.
Cóż dopiéro, gdy po paru krótkich przystankach i lekkich przekąskach, szczęśliwie dobito do portu, gdy się rozłożono obozem na ślicznéj obszernéj polance, wśród najcudowniejszego otoczenia, gdy z góralskich torb, jak z rogu obfitości zaczęły się sypać przeróżne specyjały, gdy błysnęły mosiężne główki szampanek... wtedy wszystkie humory przybrały najróżowszą barwę; nawet panna Jadwiga rozchmurzyła się trochę, a poeta wpadł w taką ekstazę, że choć go nikt o to nie prosił, wystosował poetyczną do gór odezwę i wniósł toast na cześć „szczytów”, które nazwał „posągami świata”, zapewne przez pamięć dla zmarłego kolegi Słowackiego i jego piramid. Naturalnie „zdrowia dam” były na pierwszym planie. Najprzód ogólne, potém każdą z osobna uczczono wiwatem; zapał rósł z każdą chwilą, po biesiadzie zaimprowizowano tańce, potém gry niewinne, żywe obrazy, młodzież wyścigała się w pomysłach, pan Gustaw zwłaszcza przeszedł sam siebie w tym dniu pamiętnym.
O piątéj dano hasło do odwrotu, ale nie był to jeszcze koniec przyjemnościom. Owszem, najefektowniejsze niespodzianki zachowane były na tę ostatnią część wycieczki. Droga, którą teraz przebywać mieli, wiodła koło uroczego jeziorka, wieńcem gór opasanego. Tam już czekały zamówione łodzie i towarzystwo miało odbyć na nich wodną przejażdżkę, urozmaiconą muzyką, a o zmierzchu ogniami bengalskiemi i racami.
Od jeziorka było już tylko pół godziny jazdy do domu, ale do jeziorka całe trzy — a przez trzy godziny, ileż to rzeczy stać się może!... Naszym wycieczkowiczom stała się tylko jedna... ach! ta jedna starczyła za tysiące.
Panna Jadwiga, swoim zwyczajem błądząca oczyma po niebie, odegrała w tym razie rolę Kassandry i jeszcze na polance obwieściła bawiącemu się towarzystwu, że będzie dészcz! Przyjęto tę wróżbę z niedowierzaniem, aliści ledwo spuszczono się kawałek z góry, wielka, ciężka kropla spadła na melancholijny nos poety, w ślad za tém kilkanaście osób doznało tego samego wrażenia i nim zdołały zakomunikować sobie wynikłe ztąd obawy, otwarły się upusty niebieskie i rzęsista ulewa pochwyciła całe grono w swe mokre objęcia.
Zrobił się zamęt, popłoch nie do opisania.
— Waterproofy, gdzie są waterproofy! — zaczęły wołać damy.
— Dawajcie waterproofy! żywo! — krzyknęła młodzież na górali.
Pokazało się, że waterproofy zostały na wózkach czekających gdzieś daléj pod górą i że zanim do nich się dojdzie, będzie można przemoknąć do nitki.
— Ach! co za nieprzezorność z naszéj strony! — zawołał uderzając się w czoło pan Gustaw.
— Co za roztrzepanie! — dorzucił pan Karol.
— Jaka nieuwaga! — zawtórował pan Teofil.
— Ba! ba! — wtrącił rozpaczliwie pan Klemens.
Rzadko kiedy przy konfesyonale można widzieć tak skruszonych, żałujących grzeszników! Panie niby się uśmiechały rozgrzeszająco, ale im bardziéj mokły, tém duch przebaczenia słabiéj się w nich odzywał.
— Ot! tobie raz! — mruczał ojciec panny Jadwigi — także mnie coś podkusiło! Jadwinia się przeziębi, zachoruje! Ot tobie kuracya w górach!
— Martyniu, aniołku! okryj się! — wołała doktorowa, zapomniawszy w swéj troskliwości, że panna Martyna choćby chciała, nie ma się czem okrywać, — Jeżeli się zakatarzysz, pani prezesowa nigdy mi tego nie daruje.
Nadomiar złego, koń któréjś z pań poślizgnął się na wilgotnéj ziemi i o mało co nie zrzucił amazonki, co tak przestraszyło inne, że pozsiadały i brnęły daléj po błocie wraz z resztą towarzystwa.
Dészcz padał coraz obficiéj. Zerwał się także wiatr i wypowiedział odrazu wojnę kapeluszom z muszelkami, a z welonem panny Jadwigi wyprawiał takie harce, że biédaczka zaczepiwszy się nim o gałęź, musiała go odpiąć, ażeby okrutnego losu Absalona nie zaznać.
Rzecz prosta, że o jeziorku i fajerwerkach mowy już być nie mogło; wszyscy myśleli tylko o tém, aby co najprędzéj dostać się na wózki i do domu.
Tymczasem w hotelu „Pod kasztanami” wrzało jak w kotle. Dwóch posługaczy jeździło na szczotkach po świeżo zawoskowanéj posadzce wielkiej sali, która z restauracyjnéj zamieniała się wedle potrzeby w koncertową, odczytową lub balową; dwaj inni zawieszali świerkowe girlandy na ścianach; pan Wiktor z paru towarzyszami urządzał buduar dla dam w sąsiednim gabinecie i właśnie stawiał pudełko z pudrem przed lustrem, gdy któryś z fatygantów wpadł do pokoju, donosząc, że dészcz zaczął padać.
Było już wtedy po siódméj, kiedy ta nowina rozradowała serca gibelinów; jakżeby się byli cieszyli, gdyby wiedzieli, że tam biédne gwelfy już od dwóch godzin mokną.
— To im się poszczęściło — zawołał pan Wiktor — a mówiłem, że tak będzie. Szkoda tylko, że się od rana nie rozpadało, nasze panie nie byłyby pojechały!
— Ha! same sobie winne. Ja odradzałem.
— I ja także. Toż to było widoczne, że pogoda nie wytrwa.
— I tak długo wytrwała. Tylko, cóż to będzie z owemi sławnemi fajerwerkami, o których tyleśmy słyszeli — zauważył złośliwie „beznadziejny.”
— Prawda! fajerwerki przepadną! Ha! ha! ha! ha!
Zaśmiano się chórem.
— Powinniby przez to wcześniéj powrócić! — rzekł pan Wiktor, patrząc na zegarek. — Wyjdźmy na werendę i czekajmy. Tędy przejeżdżać muszą.
— Byle nam nasze panie nie skrewiły, jeżeli dobrze zmokną.
— Otóż to. Trzeba ich będzie przypilnować!
Z górą półtoréj godziny siedzieli tak na czatach balowicze, daremnie wzrok i słuch wytężając.
Już ich niepokój ogarnął, wtem kilkanaście czerwonych świateł błysnęło w ciemnościach, turkot i wrzawa przerwały monotonny plusk deszczu i cała karawana zatrzymała się przed hotelem.
W mgnieniu oka panowie wiktorczycy znaleźli się przy wózkach i nie zwracając uwagi na swoich rywali, jęli troskliwie wypytywać damy, jak się czują, czy nie są bardzo zmęczone i przypominać pozamawiane tańce. Biédne turystki zdawały się skłonniejsze do oddania czci bożkowi snu, niż Terpsychorze. Światła pochodni niesionych przez górali ślizgały się po ich mokrych waterproofach, rzucając niepewny blask na zsiniałe od zimna noski, wyglądające z pod chustek i szali, jakiemi miały pookręcane głowy.
— Oh! — rzekła bolejącym głosem pani X. — ten dészcz! Jestem tak przemokła... Panowie, darujecie, ale wracam do domu i natychmiast się kładę.
— I ja tak samo — dodała pani Y. — Mąż mój jest tak niespokojny o moje zdrowie!
Pan Wiktor zaczął dowodzić, że taniec jest właśnie najlepszém lekarstwem na przeziębienie.
Po wielu prośbach i namowach, damy przyrzekły dotrzymać obietnicy, ale pod warunkiem: jedna, że wcale tańczyć nie będzie, druga, że tylko do kontredansa, trzecia, że wcześnie opuści zabawę i t. d.
Koroniarze, choć ani jednéj suchéj nitki na nich nie było, aż rośli z radości słuchając tych tak niepomyślnych dla balu zastrzeżeń, a galicyjanie przeklinali ich w duchu na czem świat stoi.
— Nasza górą! — zawołał zwycięzko pan Gustaw, gdy odwiózłszy damy, wracali do siebie. — Tośmy im wypłatali psikusa!
— Uważałeś, jakie mieli miny! W łyżce wody by nas utopili, gdyby mogli, jak Boga kocham! — zaśmiał się pan Teofil.
— Teraz tylko przebierajmy się żywo i daléj pod okna — wtrącił pan Karol. Będziemy mieli spektakl.
— Jeszcze dosyć czasu, zanim się kobiety postroją.
— Ba! ba! ba!
Te trzy wykrzykniki, jak łatwo zgadnąć, pochodziły z ust pana Klemensa i zdradzały głębokie przeświadczenie tego młodzieńca o tak zwaném pospolicie guzdralstwie płci pięknéj.
— To będzie prawdziwie kwadrans gry, a trzy dni stroju — zauważył ktoś drugi. Chyba, że im doktor C. w drodze wyjątkowéj łaski i po północy tańczyć pozwoli.
— Oho! — zawołał pan Gustaw i umilkł, ale -o[1] milczenie nie wróżyło nic dobrego balowiczom.
O dziesiątéj sala jeszcze świeciła pustkami. Wprawdzie panie, które nie należały do wycieczki, były już oddawna gotowe, ale wiadomo ogólnie, że o ile każda pragnie być pierwszą na balu w znaczeniu królowania, o tyle żadna nie chce wejść pierwsza na arenę przyszłych tryumfów.
Gwelfy zasiadłszy na werendzie, jedli niby kolacyję, w istocie zaś przypatrywali się ze złośliwém zadowoleniem chodzącym po sali wyfraczonym gibelinom, których niecierpliwość dosyć wyraźnie się objawiała. Teraz zmieniły się role: widzowie poszli na scenę, aktorowie zajęli ich miejsca.
Przybyły wreszcie gospodynie balu, a między niemi prezesowa z panną Martyną. „Piękność sezonu” niezupełnie zasługiwała na tę nazwę owego wieczora. Twarzyczka jéj trochę nabrzękła od wiatru, była bardzo bladą, a oczy zazwyczaj pełne blasku, wydawały się jakby senne. Przytem była jakaś smutna, czy niezadowolona, widocznie niegrzeczne lustro musiało jéj powiedziéć, że mniéj dobrze wygląda.
Poeta, powiódłszy za nią wejrzeniem dłuższém niż ogon jéj gazowéj sukni, zwierzył się panu Gustawowi, że panna Martyna robi na nim teraz wrażenie podciętéj lilii, na co tamten odpowiedział bez ogródki, że to porównanie jest ni w pięć ni w dziewięć.
Doktorowa C. przeciwnie, wyglądała tak ładnie jak nigdy, to téż „Władeczek”, gdy ją na salę wprowadził, promieniał takiém uszczęśliwieniem, jak gdyby wszyscy pacyjenci kolegi B. raptem do niego przeszli.
— Żona pańska królową wieczoru! — rzekł mu pan Gustaw, gdy poczciwy doktor nazbierawszy w sali wiązkę pochwał na cześć swojéj małżonki, zjawił się na werendzie, zapewne po też same plony.
— Szkoda tylko, że tak krótko królować dzisiaj będzie — mówił daléj jeune premier. Północ już niedaleko, a o północy wszystko skończyć się musi, nieprawdaż?
— No, tak... niby tego.... oczywiście...
— Przynajmniéj tak każą przepisy! a wiadomo, jaki to czujny stróż przepisów z szanownego doktora dobrodzieja — kończył pan Gustaw z lekkim odcieniem ironii, za lekkim dla dobrodusznego eskulapa. — Pamiętacie panowie, jakto na przeszłym reunionie tańce szły ochoczo? Północ bije, a tu mazur w najlepsze. Wtém muzyka urywa. Co to ? Doktor nie pozwala. My w prośby... choćby kwadransik! Gdzietam! ani rusz. Trzeba się było rozejść. Otóż to mi sprężystość!
— Ho! ho! z naszego doktora rygorzysta jakich mało! — dorzucił pan Teofil. Napoleonowi go dać było! byłby go chyba w złoto oprawił, jak Boga kocham!
Władeczek mięszał się, słuchając tych pochwał, bo właśnie żona mu zapowiedziała, żeby nie bronił muzyce grać, choćby do rana, ze względu, że zabawa tak późno się rozpoczęła, że była prywatną i że wreszcie był to dzień samych wyjątków.
Doktorowi naturalnie argumenta te trafiły do przekonania, a teraz zdradzieckie podszepty wycieczkowiczów przedstawiły mu rzecz w zupełnie inném świetle.
— No, widzicie panowie, niby mnie tak nie wypada powiedzieć „koniec” i basta! Zabawa prywatna, to nie reunion: rozumiecie? — tłómaczył się zakłopotany — ale to zrobię, że moim pacyjentkom dłużéj niż do dwunastéj tańczyć nie pozwolę, o nie!
— Dobrze szanowny doktor zrobi! Jeszczeby się pochorowały — rzekł pan Gustaw, rad, że bądź co bądź dopiął celu, bo prawie wszystkie damy na sali były pacyjentkami sprężystego doktora C.
Naszym koroniarzom znudziło się wprędce przypatrywać zabawie, która pomimo wszelkich usiłowań galicyjanów szła jakoś opieszale. Zmęczone panie wymawiały się od tańca, orkiestra grała fałszywie i nie do taktu, bo artyści na dętych instrumentach zachrypli w górach, a skrzypicielom ręka drżała ze zmęczenia; jedném słowem, wszystko tak było, jak przewidział pan Gustaw.
Nie dziw więc, że młodzieniec ten podrósł jeszcze wyżéj w pojęciu własném i swoich towarzyszy, a uznanie tych ostatnich było tak wielkie, że za poradą pana Teofila postanowili ofiarować mu album pamiątkowe z wierszowaną dedykacyą, ułożoną przez poetę, w któréj zasługi jego miały być należycie uczczone.
Nazajutrz wprawdzie zapał ochłódł trochę, dowiedzieli się bowiem od Strzeczaka, że bal inaczéj się skończył niż zaczął, że po kolacyi tańce się ogromnie ożywiły, że kotylion był wspaniały i przeciągnął się do czwartéj zrana.
— O, safanduło! safanduło! — zawołał pan Gustaw, darząc tą nazwą doktora, którego sprężystość tak niedawno wychwalał.
Przez cały dzień o niczém inném nie mówiono, tylko o wczorajszych zabawach. Obie partyje prześcigały się w wychwalaniu swoich powodzeń.
Gwelfy opowiadali w obec gibelinów, że jak góry górami, nie było tak przyjemnéj i urozmaiconéj wycieczki, a gibelini opowiadali w obec gwelfów, że jak bale balami, nigdy się tak ochoczo i wesoło nie bawiono.
Zwycięztwo więc nie przechyliło się stanowczo na żadną stronę, ale pozwalało każdéj z osobna uważać siebie za tryjumfującą, a drugą za pobitą.
Najgorzéj na tém współzawodnictwie wyszła neutralna płeć piękna. Panna Martyna dostała okropnego bólu głowy ze zmęczenia, panna Jadwiga niemniéj strasznego bólu gardła z przeziębienia, doktorowa sforsowała sobie nogi, inne panie ponabawiały się katarów, chrypek, kaszlów, a doktor C. odwiedzając swoje pacyjentki, uroczyście zapewniał, że dopóki on tu ordynować będzie, dopóty wycieczki i bale w jednym dniu ze sobą się nie spotkają. Znając jego nieugiętość, możemy być pewni, że słowa dotrzyma.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być to.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Janina Pajzderska.