Nowelle (Pajzderska)/Szkice kąpielowe/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Janina Pajzderska
Tytuł Szkice kąpielowe
Data wydania 1883
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Drukarnia "Gazety Handlowej"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

I.
Jeune premier sezonu.

O panu Gustawie byłoby bardzo niewiele do powiedzenia, gdyby nie to, że umiał, jak mówią Francuzi, chwytać sposobność za włosy, czyli, że pragnąc narobić trochę hałasu w świecie, wybierał po temu tę właśnie drogę, która jedynie była dla niego dostępną.
Jakby to dobrze było, gdyby więcéj ludzi naśladowało przykład pana Gustawa — gdyby np. ci, co mają zdolności akrobatyczne, nie wchodzili gwałtem na koturny, lecz dorabiali się sławy wywijając koziołki na trapezie, albo gdyby ci, którym nieba dały czytelny i piękny charakter (w piśmie) zużytkowali ten dar szacowny na kopiowanie dokumentów, zamiast się rwać do pisania poezyi, albo... ale gdybym chciała wszystkie „albo” wyliczać, pan Gustaw poszedłby w kąt, co byłoby z mojéj strony wielką niegrzecznością względem tego młodzieńca.
Otóż pan Gustaw był tylko tym, kim był to jest dwudziestodziewięcioletnim synem nieboszczyka ojca i matki wdowy, właścicielem ładnego dosyć mająteczku, ciemno blond czupryny zaczesanéj z pewném artystyczném zacięciem, twarzy przyjemnéj, ozdobionéj energicznym wąsem, szerokich ramion i postawy, któréj żadna panna w okolicy nic zarzucić nie mogła. Co do umysłowéj jego strony, nadmienić mi wypada, że skończył siedm klas gimnazyjalnych „z promocyją” do uniwersytetu, jak mówiła jego matka, poczciwości kobiecina, a ubóstwem w duchu błogosławiona. Z téj „promocyi” jednak nie korzystał, co mu się także chwali, bo ani on, ani społeczeństwo nie byłoby się doczekało wielkiéj pociechy z dłuższéj służby p. Gustawa w szeregach Minerwy.
Dla uzupełnienia portretu wewnętrznego, dodaję, że miał serce złote, żyłkę do blagi ogromną i jak najlepsze chęci używania życia z przyjemnéj strony. Z tém wszystkiém był ambitnym, a że z właściwym sobie sprytem rozumiał, iż ani na polu nauki, ani pracy, ambicyi swéj nie nasyci, powiedział więc sobie, „że będzie zadawał szyku”.
Raz powziąwszy to postanowienie, włożył do pugilaresu 10 papierków storublowych, a do kufra 10 nowych garniturów, pocałował mamę w rękę, zdając na nią i na ekonoma dopilnowanie gospodarstwa i... pojechał do wód.
Z chwilą, w któréj pan Gustaw, mając elegancką podróżną torebkę przewieszoną przez plecy eleganckiego podróżnego płaszczyka, wysiadł z pocztowéj karety, która go wraz z kilkoma innemi pasażerami przywiozła do X*** kąpielowéj miejscowości, dajmy na to... w Galicyi — z tą chwilą, mówię, skończyło się incognito pana Gustawa na scenie świata — a zaczęła rola, stawiająca go na pierwszym planie niniejszego szkicu,
Z oznaczenia literą X*** areny, która była widownią sukcesów mego bohatera, domyślają się czytelnicy, że pragnę na tym punkcie zachować dyskretne milczenie, bardzo téż być może, iż miejscowości téj nikt by na mapie nie znalazł, chociaż według mojéj wyobraźni istnieje ona w Galicyi, jest otoczona górami, jak Szczawnica i lasem, jak Iwonicz, ma dosyć eleganckich domków na podobieństwo Krynicy i więcéj jeszcze niepozornych, czém przypomina Zakopane — jedném słowem posiada wszystkie dodatnie i ujemne strony tych siedlisk wody, mody, koteryjności, plotek i... nudów.
Pierwszym czynem pana Gustawa, gdy wyprostował stężałe długim siedzeniem członki i otrzepał się z kurzu, było zapytać poczthaltera, gdzie są najlepsze mieszkania? Pan poczthalter, człek zastanawiającéj szczupłości, spojrzał na niego tak, jakby co najmniéj pytanie o drogę na księżyc usłyszał, podniósł wysoko kościste ramiona i, powtórzywszy ze zgrozą „mieszkania,” — umilkł.
— No tak — rzekł pan Gustaw zdziwiony — mieszkania chcę, cóż w tém nadzwyczajnego?
— Teraz! w środku sezonu — teraz panie dobrodzieju goście, co się spóźnili, w wannach sypiają i w sieniach, jak mi Bóg miły — niech pan dobrodziéj zapyta kogo chce.
I z temi słowy pan poczthalter schował się za swój kantorek, nie poczuwając się do obowiązku dalszych objaśnień względem nowo przybyłego.
Pan Gustaw zmęczony i głodny, a co za tém idzie zły, zaklął wszystkiémi dyjabłami i wdrapawszy się na góralski wózek kazał się wieść do najlepszego hotelu. W drodze zapytał swego automedona czy nie wie o jakiém mieszkaniu.
— Żeby byli przyjechali dwie niedziele wprzód, toby byli naleźli — odpowiedział góral — ano dzisiaj!...
Nie dokończył i wzruszywszy ramionami, jak pan poczthalter, wystosował dosadną odezwę do swych koniąt.
Tymczasem pan Gustaw z wysokości wózka rozglądał się dokoła, niepojmując, gdzie się ten natłok gości podziewał. Droga między domkami, którą przejeżdżali, była prawie pusta — w parku widniejącym z boku także niewiele osób używało spaceru. Toż samo uderzyło go, gdy wszedł do wielkiéj restauracyjnej sali. Prócz paru stolików, wszystkie miejsca były niezajęte. Na werendzie kilku jegomościów czytało gazety i grało w szachy.
Widok nowego gościa wywołał gdzieś z kąta kelnera z serwetą na ramieniu, za którym nadbiegł oberkelner z ołówkiem za uchem i książeczką w ręku.
Pan Gustaw uznał za stosowne zaimponować od razu służbie.
— Kartę! — rzekł lakonicznie, rozsiadłszy się w krześle po pańsku.
— Zaraz, proszę pana.
Pan Gustaw wziął podany sobie drukowany papier i przebiegł oczyma nie spis potraw, ale ceny. Przy najwyższéj zatrzymał się i spojrzał co za nią dostanie: „Filée z maderą.” Pan Gustaw nie lubił „filée z maderą,” mimo to zadysponował sobie porcyję tego dobrego, oraz filiżankę bulijonu i butelkę wina z najdroższych gatunków.
Manewr się powiódł.
Kelner popędził do kuchni, zapewniając „wielmożnego pana”, że wszystko natychmiest będzie; oberkelner zaś zapalił świecę do cygar i czekał dalszych rozkazów.
— Potrzebuję mieszkania — rzekł pan Gustaw — ale mówiono mi, że teraz o to trudno. Czy to prawda?
— To jest, proszę wielmożnego pana, znalazłoby się, ale gdzieś daleko u chłopów, a wielmożny pan zapewne...
— Tak — przerwał pan Gustaw wyniośle — ja potrzebuję eleganckiego apartamentu i w najlepszym punkcie.
— Otóż to, wielmożny panie — rzekł kelner ze wzrastającym uszanowaniem — w tém sęk, proszę wielmożnego pana.
I zadumał się głęboko, gryząc ołówek, który gwoli lepszego skupienia myśli z za ucha wyciągnął.
— Jabym wielmożnemu panu zaproponował tymczasem pokój u nas. Jest jeden bardzo doskonały, umeblowany, mogę powiedziéć z gustem, bo to salon właściciela hotelu... Odstąpiłby go, tylko nie wiém czy cena...
— Mniejsza o cenę — rzekł pan Gustaw strząsając popiół z cygara. Ileż żąda wasz właściciel?
— Sześć guldenów dziennie, proszę wielmożnego pana.
— To dobrze. Jak się nazywasz?
— Antoni Strzeczak, do usług wielmożnego pana.
— A więc mój Strzeczaku, każ zaraz znieść tam moje rzeczy. Są na dole. I niech mi prędzéj jeść dają.
— W ten momencik, jaśnie panie.
I oberkelner wyleciał z sali, by przedewszystkiém powiadomić właściciela, że przybył im pierzasty ptak, którego będzie można skubać bez żadnego skrupułu.
Jakoż zaraz przy pierwszym obrachunku za owo filée, bulijon i wino, zacny Strzeczak pomylił się o pół guldena, naturalnie na swoją korzyść, pan Gustaw zaś przez punkt honoru nie sprostował pomyłki, choć ją zauważył, co znowu dało oberkelnerowi lepsze wyobrażenie, o kieszeni, niż o arytmetycznéj wiedzy nowego Krezusa. Ale admiracyja ta wzrosła do najwyższéj potęgi, gdy pan Gustaw nie spojrzawszy nawet na resztę, odsunął ją niedbale ku kelnerowi.
— Całuję rączki jaśnie pana hrabiego — rzekł uszczęśliwiony sługus, kłaniając się tak nisko, że włosami zmiótł okruszyny z obrusa. — Czy pan hrabia nie ma jeszcze co do rozkazania?
— Nie nazywaj mnie hrabią, mój Strzeczak. Nie lubię tego tytułu — odparł pan Gustaw, dając tém samém do zrozumienia, że miałby do niego prawo, co było bardzo dyplomatycznym krokiem, bo zadawalając próżność, nie sprzeciwiało się wręcz prawdzie.
— Powiedzno mi — dodał po chwili — czy tu naprawdę tak dużo osób? Jakoś ich nie widzę.
— A bo proszę jaśnie pana, dzisiaj pierwszy pogodny dzień od dwóch tygodni, więc wszyscy się rozjechali na wycieczki — ale niech jaśnie pan wejdzie tu za parę godzinek, to dopiero roić się będzie! U nas, proszę jaśnie pana, wszyscy panowie się stołują — samo arystokratne towarzystwo, a w tamtych hotelach, to zwyczajna, z przeproszeniem, hołota.
Że zaś do powrotu owego arystokratycznego towarzystwa było jeszcze daleko, pan Gustaw poszedł przeto rozgościć się i wypocząć w swoim „umeblowanym z gustem salonie,” który był sobie najzwyczajniejszą, dosyć obszerną izbą, tyle tylko, że mającą sufit zamiast pułapu i niewyraźny ślad czerwonéj niegdyś zaprawy na zbitéj z desek podłodze. Gust umeblowania za to był najświeższéj mody, każde bowiem krzesełko miało inny kształt i obicie, a estetyczne wrażenie téj rozmaitości potęgował jeszcze stół jesionowy przed palisandrową kanapą, oraz łóżko au naturel z heblowanego drzewa, które tu świeżo dla pana Gustawa wniesiono.
Ostatni skrzywił się téż na ten widok czem dał dowód, że w pojęciu piękna przenosi teoryją harmonii nad teoryją kontrastów, ale przyszło mu na myśl, że tam, gdzie jego bliźni, z téj saméj co on gliny ulepieni, sypiają w wannach i sieniach, wybrednym być nie można — nie objawił więc głośno swego niezadowolenia, tylko kazał sobie dać wody do mycia i, rzuciwszy się na łóżko, zasnął.
Strzeczak raz może w życiu nie rozminął się z prawdą, gdy mówił o licznéj klienteli swego chlebodawcy. Istotnie, gdy pan Gustaw około dziewiątéj wieczorem wszedł do restauracyi, było tam gwarno jak w ulu i tylko względom oberkelnera zawdzięczał znalezienie kącika, gdzie mógł wygodnie zjeść jajka à la coque i befsztyk po angielsku.
Nieznany jeszcze nikomu, korzystał z tego, przypatrując się bez przeszkody zapełniającym salę osobistościom.
Jeden zwłaszcza stół zwracał jego uwagę; siedziało przy nim kilkunastu mężczyzn, po większéj części młodych, którzy pili, śmieli się i hałasowali więcéj niż wszyscy inni goście razem wzięci. Była to cała młodzież kąpielowa warta téj nazwy, jak go objaśnił oberkelner, która trzymała się ze sobą ściśle, tworząc rodzaj stowarzyszenia, korporacyi sui generis, urządzała pikniki, wycieczki, asystowała damom na wodach, krótko mówiąc, była duszą wszystkich zabaw i owacyj. Czuli téż młodzieńcy ci ważność swego posłannictwa; widać to było z dumy, z jaką spoglądali na nieprzypuszczonych do swego grona i z rozpraw ich, których urywki obijały się o uszy pana Gustawa. On słuchał z natężeniem, badał każdego wzrokiem, a serce biło mu niepokojem pewnym i niecierpliwością. Nie dziw: wodzić rej wśród tych butnych chłopców, z których każdy zdawał się być królem całego towarzystwa, stać się ich wzorem, wyrocznią, amfitryjonem, — oto był cel marzeń pana Gustawa, a widząc go tak blisko, bohater mój tém bardziéj się doń zapalał i drżał prawie na myśl, że go może nie dosięgnąć. Jednakże miał już cały plan w głowie i czekał tylko opróżnienia sali, by go wykonać; domyślał się bowiem, że dzielna młodzież, jak prawdziwi rycerze, ostatnia zejdzie z posterunku... za stołem. Spełniły się wkrótce jego przypuszczenia. Goście jedni po drugich zaczęli się wynosić aż prócz biesiadników został tylko jeden młody człowiek o długich czarnych włosach, który siedząc na uboczu obłożył się gazetami i, zasłonięty „Czasem” jak parawanem, zdawał się zapominać o bożym świecie.
Wtedy pan Gustaw powstał i pewnym krokiem przystąpił do stołu.
— Panowie! — odezwał się głośno.
Wszyscy umilkli i spojrzeli na niego z ciekawością.
— Panowie! — ciągnął daléj pan Gustaw nie zmieszany takiém ściągnięciem na siebie ogólnéj uwagi — daremnie upatrywałem między wami znajoméj twarzy, muszę się więc sam przedstawić. Jestem Gustaw F...ski, obywatel z Królestwa. Przyjechałem tu nie po to, aby się leczyć, ale aby się bawić. I wy panowie, nie wyglądacie mi na pacyjentów: wesołość wasza pociągnęła mnie ku wam, bo i ja wolę śmiać się niż płakać. Smiejmyż się więc razem, a gdy się lepiéj poznamy, to da Bóg, nietylko śmiać, ale i kochać się będziemy.
Rezolutność pana Gustawa, elegancka powierzchowność i ta pewność siebie, która zdradza ludzi, mających silne podstawy materyjalnego bytu, korzystne sprawiły wrażenie. Młodzież osądziła, iż ten nieznajomy przybysz godzien jest zająć pośród niéj miejsce i wszyscy powstawszy, zaczęli mu się nawzajem przedstawiać.
— Władysław B. — rzekł jeden, podając mu rękę.
— Karol S.
— Stefan C.
— Ignacy M.
I tak daléj przez cały alfabet.
Pan Gustaw ściskał się ze wszystkimi, aż go ręka od tych przyjacielskich wstrząsań zabolała w ramieniu, ale byłby ją nawet chętnie nadwichnął, tak był kontent z pomyślnego skutku swego wystąpienia.
Po niejakiéj chwili towarzystwo powiększone o jednego członka, zasiadło znów za stołem.
— Jak to znać dzielnego koroniarza — odezwał się jeden, obywatel z Kujaw, zwany kapitanem dlatego, że zwykle wycieczkami dowodził — co myśli to powié. Gdzieby się to po galicyjaninie pokazało.
— Albo po litwinie! — wtrącił drugi z akcentem, który o pochodzeniu z Księstwa Poznańskiego uprzedzał.
— Nie ma jak koroniarze! My tu prawie wszyscy koroniarze! wołano dokoła z takiém zadowoleniem, jak gdyby się było z czego cieszyć!
— A więc panowie — rzekł pan Gustaw — pozwólcie mi wypić zdrowie koroniarzy, na znak, że zgadzam się z wami w opinii.
Uderzył nożem o szklankę — wołając do nadbiegającego pędem Strzeczaka:
— Wanienkę szampana!
— Brawo! brawo! — krzyknęła młodzież.
Otóż to po naszemu. Znać, żeśmy jednéj matki dzieci.
— Powiedzcież mi panowie — zaczął pan Gustaw po spełnieniu pierwszych toastów — co się tu mniéj więcéj robi. Jestem nowicyjuszem, jak widzicie.
— Bodaj najwięcéj było takich nowicyjuszów — wykrzyknął siedzący naprzeciwko niego młodzieniec z włosami przyklepanymi na czole à la Capoul, który miał sławę zdobywcy serc, a teraz w przystępie serdeczności, przechylił się przez stół dla uściśnięcia ręki pana Gustawa.
— Ba, ba — dorzucił tonem głębokiego przekonania jego sąsiad, dla swéj małomówności przezwany konfesyjonałem.
Pan Gustaw dziękował — poczém zagadnął znowu:
— Na czém więc tu czas schodzi?
— A no — odpowiedział kapitan — bawimy się jak możemy. W zeszłym tygodniu mleliśmy dwa koncerty, loteryją fantową i bal kawalerski, który się świetnie udał. Powiadam panu, tańczyliśmy do białego dnia. Doktór dał się ubłagać... bo właściwie tylko do dwunastéj wolno grać muzyce. Nazajutrz wyprawiliśmy mu obiadek na podziękowanie.
— My to tak! — wtrącił któryś z boku, pokręcając zamaszystego wąsa. — Kto na nas chlebem, my na niego bułką, a kto otrębami my kamieniami. Oto niedaléj jak wczoraj pan Teofil (tu wskazał na rudawego blondyna z długiemi bakami) wyzwał na pojedynek jakiegoś faceta, co usiadł na krześle, które on dla siebie zastawił.
— No i cóż? — zapytał ciekawie pan Gustaw, przypatrując się walecznemu adwersarzowi.
— A no pogodziliśmy ich.
— Właściwie, ja go puściłem w trąbę — objaśnił z szekspirowską obrazowością pan Teofil — bałwan, stchórzył, jak żyd.
— A panny ładne są? — zapytał daléj pan Gustaw.
— Ho, ho, i grubo ładne — odpowiedział zdobywca serc. — Możesz mi pan zawierzyć. Znam się na tem.
— Zna się, zna! — potwierdzono dokoła. — Jak panu powié na którą, że ładna, możesz iść z zawiązanemi oczyma.
To już wolę zawiązać sobie oczy, gdy powié, że brzydka — odparł pan Gustaw.
Wszyscy się roześmieli.
— Tylko to szkoda, że nasz Karolek mniéj jasno widzi, od czasu jak mu pewna ukrainka zapruszyła oko — zażartował pan Ignacy, serdeczny przyjaciel i powiernik zdobywcy serc.
— Prawda, prawda. — Karolek się załapał!
— Przyszła kréska na Matyska.
— Kocha się jak kot.
Pan Karol słuchał z pobłażliwym uśmiechem, przygładzając włosy na czole.
— Nie przeczę, że mi się grubo podobała — wymówił powoli — ale to jeszcze niczego nie dowodzi. Do zakochania nie taki ja łatwy. Ot, nasz Dezio, to inna rzecz.
Nazwany Deziem, najmłodszy i najmniéj butny z całego grona, zarumienił się, i dla ukrycia pomięszania, zajrzał w pustą szklankę.
— No, no, nie wstydź się, Deziu — mówił daléj ojcowskim tonem pan Karol. — Wiemy wszyscy, że się kochasz po uszy w Anielce i nikt ci tego za złe nie ma. Panna wcale niczego, mógłbyś jéj tylko odemnie powiedzieć, żeby sobie tak brwi nie czerniła, bo się tém niepotrzebnie szpeci.
Dezio machnął niecierpliwie ręką, a pan Teofil, śmiejąc się rubasznie, zawołał:
— Niech dyjabli porwą tego Karolka, że téż on wszystko spenetrować musi. No, a ta brunetka — wiész, com ci ją dziś na wodach pokazywał, jak utoczona — prawda?
— Łopatkę ma watowaną — odparł niedbale pan Karol.
— Zwaryjowałeś!
— Jak sobie chcesz.
— Zagadaj ich pan czem, bo się gotowi pokłócić — szepnął panu Gustawowi siedzący przy nim przyjaciel zdobywcy serc.
Pan Gustaw tedy powstał z pełnym kieliszkiem zawołał:
— Panowie! Posłannictwem kobiety, między innemi, jest rozwijać w nas poczucie piękna. Nietylko więc nie powinniśmy miéć za złe tym, które wdzięki, jakich im natura odmówiła, usiłują zastąpić sztuką, lecz owszem cenić nam należy tę ich gorliwość, bo jest ona dowodem, że rozumieją swój obowiązek. Kobieta musi być piękną, to jéj rzecz, a jeżeli piękną nie jest, powinna się starać, żeby nią była. Dla tego, panowie, wznoszę toast na cześć tych, które codzień napracują się tyle przy gotowalni, żeby w oczach naszych były białe, różowe i zgrabne. Niech żyją!
— Niech żyją! — powtórzono chórem z głośnymi wybuchami śmiechu.
— Tęgi mówca z naszego amfitryjona!
— Ja piję na cześć pudru!
— A ja na cześć różu!
— Ja na część szynijonów!
Podochocone już towaszystwo krzyczało na całe gardło, trącając się kieliszkami i rozlewając wino po obrusie.
— Panowie! — zagrzmiał pan Karol wskoczywszy na krzesło — a ja wznoszę zdrowie téj, która nie używa żadnych kosmetyków i dodatków!
— Ale ba! znajdźno taką!
— Radbym widziéć!
— Ba, ba — wtrącił z przejęciem małomówny pan Klemens — inaczéj zwany konfesyjonałem.
— A panna Martyna? — zarzucił tryumfująco pan Karol, wiedząc z góry, że stawia argument, którego zbić nie można.
— Prawda! prawda! — potwierdzono zewsząd, nawet pan Klemens powtórzył trzy razy: „Ba, ba, ba!” — z najwyższém uznaniem.
— Któż to ta panna Martyna? — zapytał pan Gustaw.
— Ukrainka, ideał Karolka — objaśnił pan Ignacy.
— Tak samo jak was wszystkich — bronił się zdobywca serc. — Bo to widzisz pan — dodał, zwracając się do nowego towarzysza — każdy z nich ma inną boginię, do któréj wzdycha z urzędu, ale wszyscy extra podkochują się w pannie Martynie. Mała im z tego pociecha, bo panna Martyna tak dba o nich...
— Jak o ciebie, kochanku! — zakrzyknął pan Teofil, rad, że się zemści za watowaną łopatkę swéj bogdanki.
— Ani mniéj ani więcéj, jak Boga kocham — dorzucił kapitan.
Pan Karol poprawił włosy i z zimną krwią pewnego siebie zwycięzcy, rzekł:
— Zobaczymy!
— A tymczasem pokażę ją panu jutro na wodach — mówił daléj do pana Gustawa — właśnie z doktorową Y. sprzedawać będzie bilety na bal dla ubogich. Przypatrzysz jéj się pan doskonale.
— Spodziewam się, że pan mnie jéj przedstawisz — rzekł pan Gustaw, który już postanowił rozkochać w sobie pannę Martynę dlatego tylko, że, jak słyszał, innym się to nie udało.
— Naturalnie! Tylko miéj się pan na baczności, żebyś się grubo nie zadurzył!
W téj chwili gdy imię panny Martyny obiło się o ściany sali, siedzący w kącie czarnowłosy młodzieniec wychylił zpoza gazety długi, melancholijny nos i melancholijniéj jeszcze spojrzał w sufit.
Widoczném było, że słuchanie téj rozmowy przéjmowało go zgrozą, bo tragicznym ruchem rzucił pismo i przeszedłszy zwolna z założonemi po Napoleońsku rękoma koło stołu młodzieży, którą zmierzył pogardliwym wzrokiem, wyszedł z sali.
— Kto to taki? — zapytał pan Gustaw uderzony jego oryginalną powierzchownością.
— Poeta jakiś — osioł! — odparł pan Teofil, dla którego te dwa wyrazy były najwyraźniéj jednoznacznikami. — Włóczy się po górach sam i deklamuje, z nikim się nie łączy, tylko zdaleka przewraca oczy do panny Martyny. Już mnie ta jego fizys irytować zaczyna, ale z takim ciemięgą nawet zadzierać nie warto.
— No, a zdrowie panny Martyny, jeszcześmy go nie wypili — przypomniał pan Karol, który, ponieważ znudziło ma się stać na krześle, usiadł na stole przerzuciwszy nogi przez poręcz.
— Panowie! pełne kieliszki!
— Za pozwoleniem — przerwał jeden, wysoki brunet, z twarzą dość inteligentną i wesołą. Takie zdrowie inaczéj się pije. Proszę o głos!
— Cisza! pan Rajmund ma głos!
— To nasz Trubadur — szepnął panu Gustawowi jego sąsiad. — Wiersze mu się sypią jak z rękawa, a śpiewa jak z nut. Posłuchaj pan!
Jakoż rzeczywiście, pan Raymund podparłszy sobie bok jedną ręką, a drugą z kieliszkiem wyciągnąwszy przed siebie, zanucił pięknym, choć nieuczonym barytonem:

Na kogo spojrzy panna Martyna
Ten już pijany, choć nie pił wina.
A ja mu radzę wybić klin klinem
I stante pede upić się winem...

Gdy zaś szczęśliwie szał go ominie,
Znów się zakochać w pannie Martynie.
Więc póki starczy miodu i wina,
Niechaj nam żyje panna Martyna.

— Bra... a..wo! — krzyknęli wszyscy aż się szyby zatrzęsły.
Wtém oberkelner ukazał się w sali i przystąpił do stołu z zakłopotaną trochę twarzą.
— Proszę wielmożnych panów — zaczął nieśmiało.
Musiał jednak parę razy powtórzyć tę inwokacyję, zanim go usłyszano.
— Cóż tam takiego?
— A to proszę wielmożnych panów, ten pan chory co leży tu w numerze o ścianę, spać nie może i...
Przecie my go usypiać nie będziemy — przerwał pan Teofil. — Niech zażyje morfiny!
— Kiedy on powiada, że wielmożni panowie tak hałasują, więc prosi...
— Zjadł sto dyjabłów! — zawołał pan Teofil. — Cóż to, w klasztorze jesteśmy. Powiedz mu odemnie, że jak ja zachoruje, a on będzie zdrów, to niech sobie hałasuje, ile zechce.
Strzeczak odszedł jak zmyty, ale przerwana wesołość uciszyła się jakoś. Padł na nią niewidzialny cień téj sąsiadującéj z nią choroby i cierpienia.
— Licho nadało — mruknął pan Teofil — takem się zirytował na tego błazna, że mnie już do wszystkiego ochota odpadła.
— Późno już jest — zauwarzył któryś spoglądając na zegarek.
Zaczęto się podnosić, ale kapitan zawołał:
— Zostańmy jeszcze panowie, ten dureń gotów pomyśléć, żeśmy się go zlękli. Krzyczmy właśnie i bawmy się na przekorę.
Rada trafiła do przekonania. Jest to dziwny a niemniéj przeto fakt psychologiczny, że częstokroć wstydzimy się tego, co nam zaszczyt przynosi, a popisujemy się tém, co świadczy na naszą niekorzyść. Każdy z tych młodych ludzi, w gruncie dobrych, tém głośniéj śmiał się i hałasował, im bardziéj oburzało się w nim to wrodzone poczucie delikatności.
Ale fałszywie pojęty punkt honoru kazał mu dotrzymać placu.
Wreszcie pan Teofil wstał pierwszy, utrzymując, że mu się już oczy kléją. Za nim ruszyli się wszyscy odprowadzić pana Gustawa do drzwi jego pokoju i wkrótce potém głęboka cisza, w któréj już oddawna reszta domów pogrążoną była, objęła także i hotel „Pod kasztanami.”
Nazajutrz pan Gustaw wyświeżony, w duńskich rękawiczkach i kapeluszu „Panama” zjawił się na promenadzie z uderzeniem godziny siódméj.
Pośpiech był jednak zbyteczny. Nietylko bowiem nie spotkał żadnego z wczorajszych znajomych, ale przeszedłszy promenadę raz tam i napowrót, nie natrafił nawet na nikogo, coby swoją powierzchownością zdradzał, iż należy do do... dobrego tonu. Natomiast ocierał się co krok o chałaty i musiał słuchać szwargotu, który głuszył nawet dźwięki narodowych pieśni, jakie wygrywała muzyka, usiłując nadać im charakter jaknajbardziéj narodowy, to jest najmniéj zgodny.
Na zakręcie jednéj z bocznych uliczek, które od głównéj alei biegły w głąb parku, pan Gustaw ujrzał czarnowłosego poetę. Ten przy świetle dzienném wydawał się jeszcze bardziéj zrozpaczonym. Biała róża tkwiła w jego butonierce. W ręku niósł kubek gorącéj żentycy i, przypatrując się smętnie źółto-zielonemu płynowi, zwolna go popijał. Jeszcze gonił za nim wzrokiem pan Gustaw, gdy nagle uderzono go po ramieniu.
Obejrzał się.
Był to pan Karol.
Ścisnęli się za ręce i nawzajem zmierzyli oczyma.
Zdobywca serc, któremu w uczesaniu á la Capoul było bardzo do twarzy, tracił trochę w kapeluszu, natomiast poranny w najlepszym guście garnitur, podnosił męską urodę pana Gustawa.
Pan Karol uczuł, że mu przybył niebezpieczny współzawodnik; ale poznać po sobie nie dał.
— Wczesny z pana ptaszek — rzekł kierując się z nim do źródła — przed ósmą nie warto przychodzić.
— Pan jednak się leczy, jak widzę — zrobił uwagę pan Gustaw, widząc rznięty kubeczek, wiszący na lakierowanym pasku z boku swego towarzysza.
— O to tylko! — dla kontenansu — rozśmiał się pan Karol. — Trzeba przecież miéć jakąś wymówkę na wodach. I panu radzę toż samo. Woda wcale niezła.
W kilka minut potém obaj młodzieńcy już jednakowo uzbrojeni w kubeczki; wychodzili ze zdrojowego namiotu, gdzie pan Gustaw zadał także szyku, obdarzywszy podawaczkę srebrnym guldenem.
Przez ten krótki czas postać promenady uległa zupełnéj przemianie.
Chałaty poznikały, a zastąpiły je żakiety, marynarki, a nawet serdaki, na miejsce rudych peruk i spłowiałych czepców pojawiły się śliczne kapelusiki i śliczniejsze pod nimi twarzyczki.
Pan Karol rzucił okiem w stronę, gdzie skupiała się gromadka osób, jakby coś otaczając i pociągnął tam żywo swego przyszłego rywala.
— Chodźmy! — zawołał — panna Martyna siedzi z doktorową.
Wprzód nim się docisnęli do stolika, pan Gustaw miał czas przypatrzéć się celowi westchnień ogólnych i musiał przyznać, że cel ten zasługiwał, aby do niego wzdychano.
Panna Martyna była rzeczywiście śliczną. Coś, jakby tęsknota stepowéj duszy wiała z jéj białego czoła, czarne oczy przyzwyczajone do rozległych horyzontów, zdawały się patrzéć gdzieś w dal nieskończoną, a głos, którym się do naszych młodzieńców po przedstawieniu jéj pana Gustawa odezwała, był tak melodyjny i rzewny, jak echo ukraińskiéj dumki. Uśmiech za to miała figlarny i dołeczki na różowych policzkach, a w pasie choć ją ręką objąć.
Nie potrzebuję chyba dodawać, że tyle na raz wdzięków zrobiło na panu Gustawie odpowiednie wrażenie i że ani na chwilę o powodzeniu swojém przy niéj nie zwątpił.
Słaby łacinnik, wiedział przecież, że „śmiałkom fortuna sprzyja”, zamiast się więc zmieszać, zadrżéć i oniemiéć, jak się to zdarza zwykle studentom i poetom, w chwili, gdy ich strzałka Kupidyna choćby tylko koło serca ukole, pan Gustaw złożył gracyjonalny ukłon pannie Martynie i, wyraziwszy doborowemi słowy swą radość z zaszczytu jaki go spotkał — poprosił o bilet na ów bal dla ubogich.
Panna Martyna dała mu nietylko bilet, ale i uśmiech, za który pan Gustaw dopłacił 45 guldenów, kładąc na stole 50 florenowy papierek i nie przyjmując reszty jaką mu drobne paluszki pięknéj sprzedawczyni oddać chciały.
Doktorowa trąciła pod stołem pannę Martynę, a otaczający spojrzeli ciekawie na hojnego dawcę, który uznawszy, że zrobił wrażenie, wycofał się z wielkim taktem, zostawiając pana Karola przy jego ideale.
Zaledwie uszedł parę kroków napotkał pana Teofila, który przywitał go z serdecznością dawno niewidzianego przyjaciela i ująwszy go poufale pod ramię, oświadczył, że będzie jego ciceronem po promenadzie i pokaże mu wszystkie osobliwości i opowié wszystkie tajemnice sezonu.
Mówiąc to, pan Teofil nie obiecywał za wiele; pokazało się bowiem, że zna każdego, jak swoją cygarniczkę, wié jego przeszłość bez pretensyi do jasnowidzenia.
Po niejakim czasie przyłączył się do nich małomówny pan Klemens, który poprzestawał na powiedzeniu „ba”, albo „ba, ba!” albo „ba ba, ba!” w miarę jak to, co usłyszał, trafiało bardziéj do jego przekonania. We trójkę więc chodzili tam i napowrót, obrabiając kogo spotkali.
Otrzymał także pan Gustaw kilka ukłonów od wczorajszych współbiesiadników, z których każdy stąpał przy boku jakiéjś blondynki lub brunetki a te rzucały na niego przelotne spojrzenia, powiadomione już widocznie o nowym przybyszu przez swych asystentów.
— Kto to taki? — zapytał pan Gustaw, widząc młodego jeszcze mężczyznę dystyngowanéj powierzchowności, który zdawał się miéć prawo należéć do grona wybrańców, a który przecież minął się z jego towarzyszami, jakby im nieznany.
— To posagowicz! — odparł pogardliwie pan Teofil. — Ich tu jest kilkunastu, my się z nimi nie wdajemy, bo my tu, panie, dla przyjemności, dla zabawy, a nie dla handlu..... rozumié pan? Oni się także razem nie trzymają, ba! nienawidzą się. Jeden drugiego w łyżce wody by utopił, bo zwykle na jedną i tę samą zwierzynę polują. Co to za węch! panie kochany! Zwietrzy ci pannę bogatą o milę i już przy niéj na dwóch łapkach. Do innéj ani przystąpi, nawet od panny Martyny zdaleka, nie bardzo bowiem posażna.
— O! widzisz pan tego z hiszpanką — mówił daléj pan Teofil — co się tak opledził (znaczyło to, że się w pled owinął), to także woda na ten sam młyn. Nadskakiwał jednéj bardzo bogatéj galicyjance — uważałeś ją pan może, tęga panna, niezgrabna, jak wszystkie galicyjanki, ale go odpaliła. Byłby już wyjechał po takiéj konfuzyi, cóż kiedy gospodarz hotelu, u którego się po uszy zadłużył, puścić go nie chce. Jak Boga kocham.
I pan Teofil śmiał się, zacierając ręce.
— A wiész pan — mówił daléj — dlaczego ja się tak cieszę, gdy się któremu z nich noga powinie? Bo to przez takich szurynerów i na nas, porządną młodzież, podejrzenie pada. Aby który jechał do wód już zaraz gadają, że poluje na bogatą żonę.
— To samo téż mówią i o pannach — zauważył pan Gustaw, który miał dość idealne pojęcie o bezinteresowności panien — a przecież...
— No, już co do panien — odparł pan Teofil, to tak między nami mówiąc, żadna tu nie jest bez kozery. To téż my daliśmy sobie parol, że się żaden z nas do okrzyczanych z posagu panien nie zbliży.
— I ja także, słowo honoru — zawołał z ferworem pan Gustaw, czując, że dla zdobycia sobie popularności, trzeba, wszedłszy między wrony, krakać jak i one.
Jakoż pan Teofil uścisnął go zaraz za rękę, aż mu palce chrupnęły — a pan Klemens powtórzył cztery razy „ba, ba, ba, ba!” tonem gorącéj aprobaty.
— A ci co zajedni? — zapytał znów mój bohater, widząc idące naprzeciwko grono złożone z kilku bardzo młodych ludzi, po większéj części w binoklach, którzy widocznie chcieli uchodzić za starszych, niż byli w istocie.
— E! to fatyganci! — odparł tym razem z lekceważeniem pan Teofil.
Pan Gustaw po raz pierwszy słyszał tę techniczną nazwę.
— Co to znaczy fatyganci?
— Blanbeki zwyczajnie. Przyjeżdża to zwykle z kursów na wakacyje i chce im się dorosłych udawać! Dobijają się asystować pannom, które naturalnie mało co sobie z nich robią, ale takim niewiele potrzeba. Poniesie za którą szal, albo jéj poda kubek z wodą, to już myśli, że jest w siódmym niebie. Nazywamy ich „fatygantami”, bo się wysługują na wszystkie sposoby. Co my z nich mamy śmiechu, to jak Boga kocham, nic równego. Niedawno, niby nas małpując, urządzili piknik. Pospraszali sobie damy, Boże zmiłuj się jakie, bo żadna z naszego kółka nie byłaby poszła, i daléj tańczyć! My postawaliśmy za oknami i braliśmy się za boki od śmiechu, patrząc na to wszystko, bo to było prawdziwie: chciał a niemógł. Innym razem znowu...
Tu pan Teofil! raptem urwał i nieznacznie trącił pana Gustawa.
— Widzisz pan, to ta brunetka, dzielna, panie, prawda? Jak Boga kocham, co sobie Karolek myśli z tą watowaną łopatką. Chodź pan, przedstawię pana, to się sam przekonasz.
W ten i temu podobny sposób mnożyły się znajomości pana Gustawa. Nowi przyjaciele zatrzymywali go po drodze, wygłaszając jego nazwisko, czasem je nawet przekręcając, pan Gustaw się kłaniał, otrzymywał w zamian uśmiech mniéj więcéj ładnych i świeżych usteczek, i nim promenada opustoszała, pierwsze lody były złamane.
Reszty dokonał reunion, który właśnie dnia tego przypadł, a na którym pan Gustaw zdobywszy ogólny aplauz mistrzowskiém prowadzeniem w polce, okrył się chwałą dzięki zupełnie nowéj a dziwnie zawiłéj figurze mazurowéj, o jakiéj tamtym panom, zawołanym przecież mazurzystom, ani się dotąd śniło. Figurę tę tańczył pan Gustaw z panną Martyną, któréj inne panny zazdrościły tak znakomitego tancerza.
Nie minął tydzień, a mój bohater zjednał sobie wszystkich, o których zjednanie naturalnie mu chodziło. Z młodzieżą był na „ty,” a z pannami na takiéj stopie, jak gdyby jeszcze w dzieciństwie grywał w serso i w wolanta.
Panna Martyna tylko trzymała go trochę zdaleka, choć pan Teofil na złość panu Karolowi, przysięgał się, że ta niewzruszona ukrainka zakochana po uszy w „kochanym Gutku.” Nawet odludek poeta zapałał ku niemu gorącym sentymentem i podarował mu zbiór swoich poezyj (wydanych własnym nakładem) ze strzelistą dedykacyją. Bo téż, jak zobaczymy, melancholijny piewca miał za co być wdzięcznym panu Gustawowi.
Jednego razu, ten ostatni, dla pokazania paniom, zwłaszcza pannie Martynie, że temperament jego podlega pewnym romantycznym zachciankom, co zawsze korzystne na kobietach robi wrażenie — puścił się na cały dzień w góry sam, bez przewodnika nawet. Prawdę powiedziawszy, daleko się nie zapędzał, bo go chodzenie męczyło, ale wdrapawszy się na jakąś skałę, kilka godzin na niéj przespał — ten jednak szczegół wieczną dla świata pozostał tajemnicą.
Nad wieczorem już nasz turysta, zstępując ostrożnie po kamieniach, spostrzegł coś czerniejącego na ścieżce, która go na dół wiodła. Zrazu myśl o opryszkach przemknęła mu przez głowę i pomacał się po kieszeni, w któréj miał rewolwer, lecz podszedłszy bliżéj przekonał się, że był to poeta, w malowniczéj pozie, wsparty o skalisty obryw góry. Nie chcąc go ruszać z miejsca, pan Gustaw musiał go albo wyminąć, co mu (panu Gustawowi) groziło skręceniem karku, albo postawić nogę na ramieniu zadumanego wieszcza i przejść po nim jak po jednym z tych kamieni, co zawalały drogę. Wybrał tedy pośrednią alternatywę i stanąwszy tuż nad głową poety, ozwał się gromko:
— Przepraszam pana.
Zainterpelowany skoczył na równe nogi i podniósł w górę nos, któremu przestrach odjął zwykły melancholijny wyraz.
— Toś się pan zląkł! — zawołał pan Gustaw kontent, że po całodniowéj samotności ma się do kogo odezwać!
— Nie panie, nie zląkłem się — odparł z godnością poeta — tylko z krainy marzeń wróciłem do rzeczywistości.
— Hm! — mruknął pan Gustaw, a że rosła w nim ochota do pogawędki, połączona z ciekawością bliższego poznania téj oryginalnéj osobistości, która od początku zwracała jego uwagę, wymienił więc swoje nazwisko, dodając, że bardzo mu będzie miło resztę drogi w towarzystwie odbyć.
— Anatol Wiesław Z. — odrzekł poeta kłaniając się z powagą. Życzeniem mojém było poznać pana i zaiste zdumiony jestem, że się tak stało. Życzenia moje tak rzadko się spełniają!
To powiedziawszy przeczesał włosy i zapatrzył się ponuro w pobliski kamień.
— Jeżeliś się pan chciał ze mną zapoznać, to sposobności ku temu nie brakło — zauważył pan Gustaw. — Spotykamy się po kilka razy dziennie.
— Ja — odparł poeta odrywając wzrok od kamienia — ja niezwykłem dopomagać losowi. Łódź moją na fale życia puściłem bez steru, ale ufam, że szczęśliwie do portu dopłynę, bo gwiazd przewodniczek nie brak na niebie.
— Bagatela — pomyślał pan Gustaw, a głośno dodał:
— Pan musisz być wielkim mizantropem. Wyraźnie unikasz ludzi.
— O nie! lękam się im narzucać. Jestem zbyt dumnym.
Po tém wyznaniu zaczął spuszczać się z góry — pan Gustaw za nim i czas jakiś obydwaj milczeli.
— Jestem zbyt dumnym — ponowił Anatol Wiesław, gdy wydostali się na drogę, po któréj już razem iść mogli — i ta duma we wszystkiém staje mi na przeszkodzie. Przez nią, że się tak prozaicznie wyrażę, choć o to mniejsza — przez nią nie dojdę także zapewne do sławy, do któréj (tu położył rękę na piersiach) czuję, że miałbym może prawo. A jednak — ciągnął ze wzrastającym ożywieniem — pomimo tego, za nic nie chciałbym wyrwać z serca tego uczucia. Jestem dumnym z mojéj dumy. Ona mnie wśród innych wyróżnia. Posłuchaj pan i powiedz, czy który z moich braci literatów takby sobie postąpił. Przyjechałem tu w celu poratowania zdrowia, a także, aby dać parę poetycznych konferencyj.
— Aha! — rzekł pan Gustaw, nie zupełnie rozumiejąc o co chodzi dumnemu synowi Apollina.
— Główną pobudką do tego była mi chęć zapoznania ogółu z ojczystą literaturą, z którą, niestety, tak mało jest obznajmiony — materyjalną korzyść stawiam na drugim planie; aczkolwiek ta dla innego w mojém położeniu (tu Anatol Wiesław zakrztusił się trochę) byłaby pierwszorzędną. Kto inny także na mojém miejscu starałby się o stosunki — o protekcyją — ja nie! To téż — kończył z posępną rezygnacyją — jestem przygotowany na to, że będę mówił przed pustemi krzesłami a zaiste będzie to wstydem dla naszéj publiczności, któréj na wczorajszém przedstawieniu magika było jak nabił.
— I kiedyż pan masz zamiar dać tę... konferencyją? — zapytał pan Gustaw.
— Alboż ja wiem! Gdyby tu był choć jeden człowiek wyższy, prawdziwie rozumiejący obywatelskie obowiązki, któryby to wziął do serca, zajął się tą sprawą... możeby jakoś poszło. Publiczność potrzebuję zachęty..... Ja, jak panu powiedziałem, jestem za dumnym, by się do zwykłych w takich razach środków uciekać! Ale ktoś wpływowy... Mam właśnie przy sobie bilety — podał, wyciągając zwój karteczek z kieszeni — połowę zostawiłem w restauracyi, ogłoszenie kazałem przylepić na promenadzie, ale dotąd ani jeden bilet nie sprzedany.
— Daj mi je pan! — zawołał pan Gustaw z żywością — już ja w tém będę, że na pańskiéj konferencyi tłoczyć się będą.
Oczy poety zabłysły.
— Panie! — rzekł, poskramiając swą radość melancholijnym tonem — nie zwykłem dopomagać losowi, ale gdy los sam...
I wręczył wszystkie bilety swemu protektorowi, który je ledwie obu dłońmi objąć zdołał.
— Więc to będzie deklamacyja? zagadnął pan Gustaw, bo mając zachęcać publiczność, chciał przynajmniéj wiedzieć do czego.
— Tak jest deklamacyja utworów najcelniejszych naszych poetów, a także i moich — objaśnił Anatol Wiesław ze skromnością.
Tegoż samego wieczora pan Gustaw podniósł kwestyją konferencyi w gronie młodzieży. Zrazu nie znalazł poparcia, na jakie rachował, ale od czegóż wymowa.
Trzebaż go było słyszéć jak dowodził, że jeżeli kto, to właśnie oni, złota młodzież powinni być mecenasami sztuki i poezyi. Bo któż nimi będzie? Czy goli posagowicze? czy obarczeni kłopotami ojcowie rodzin? czy skąpa arystokracyja? A zresztą, to tak miło protegować!
Tego ostatniego pan Gustaw nie powiedział, ale to czuł i czuli to inni i to ich głównie na stronę Anatola Wiesława skłoniło. W jednéj chwili rozebrali bilety, aby je następnie puścić w kurs pomiędzy znajomych i nieznajomych, co téż czynili z wielką gorliwością, zwłaszcza pan Gustaw, który się tak przejął ważnością swojéj misyi, iż w końcu wydało mu się, że losy polskiego Parnasu dźwiga na swoich barkach. Sam zajął sęi[1] wynajęciem sali, ponumerowaniem krzeseł i uprosił pannę Martynę, aby wraz z drugą zamężną pięknością podjęła się sprzedaży programów. Poeta wierny swéj zasadzie nie dopomagania losowi, do niczego się nie wtrącał.
W dzień oznaczony, wielka sala restauracyjna, z przybytku gastronomicznego zamieniona w świątynię Muzy, napełniła się licznie. W pierwszych rzędach rozsiedli się protektorowie, rozpierając się jak przystało na protektorów. Nie wszystkie miejsca co prawda były zapłacone — i poeta o tém wiedział, a choć przenosił dobro ogółu nad osobistą materyjalną korzyść, nie zmniejszyło to bynajmniéj jego zadowolenia.
Wszedł na zaimprowizowaną estradę krokiem majestatycznym, oparł się o stół łokciami i wyciągnął oba mankiety, co uważał za jeden z najefektowniejszych oratorskich giestów.
— Dajmy mu brawo! — szepnął pan Gustaw swym sąsiadom: panu Klemensowi i panu Teofilowi.
— Za co — odburknął niechętnie ten ostatni, bo perspektywa parogodzinnego słuchania wiązanej mowy, któréj był nieprzyjacielem, wielce go irytowała — Bóg go wié, jakie nam brednie pleść będzie.
Ale pan Gustaw już klaskał co sił, pan Klemens naśladując go we wszystkiém, wtórował mu zawzięcie, a za ich przykładem poszła cała sala.
Poeta kłaniał się z taką miną, jak gdyby już zupełnie na te dowody uznania zasłużył:
— Panowie i panie! — zaczął — zanim przystąpię do zapoznania was z cudnymi kwiatami poezyi naszéj, pozwólcie, iż rzucę okiem na niwę, która te kwiaty wydała.
— Otóż masz! — szepnął pan Teofil — on tu jeszcze będzie orał i siał poetycznie, zanim do tych kwiatów dojdzie. Mój Gutku, trąć mnie, gdy zasnę.
Ale i panu Gustawowi byłby się przydał taki bodziec, bo w ciągu trzygodzinnéj konferencyi nieraz mu się oczy kleiły i tylko myśl, że tak wpływowa jak on osobistość zasnąć nie może, wstrzymywała go od drzémki. Pan Teofil za to chrapał w najlepsze, a pan Klemens kiwał się jak chińska figurka od czasu do czasu tylko przy głośniejszém wykrzykniku, prostował się i powtarzał: „ba, ba, ba!” tonem wielkiego znawcy.
Reszta publiczności ziewała ukradkiem lub rozmawiała półgłosem; niektórzy wysuwali się, połowy niedoczekawszy — poeta na to nie zważał. Był w swoim żywiole. Grzmiał jak Jowisz, jęczał jak Elektra, zatapiał palce we włosy, zaciskał pięście i wywracał oczy, a w chwilach spokojnéj ekstazy poprawiał tęgo wykrochmalone mankiety.
Nakoniec, pożegnany rzęsistymi oklaskami, bo my lubimy klaskać, byle się sposobność po temu zdarzyła, zszedł z estrady mocno wierząc, iż wieczór ten był dla niego prawdziwym tryumfem.
W każdym razie naładował on mu dobrze portmonetkę, a panu Gustawowi zjednał gorącego wielbiciela i popularność jego powiększył. Panna Martyna również ujęta głoszonemi dokoła pochwałami, coraz łaskawszą okazywała się dla tego, który był ich przedmiotem.
W niespełna dwa tygodnie w panu Gustawie zaszła taka zmiana, jakiéj w nim lata nie dokonały. Stał się tém, czém być pragnął: wyrocznią młodzieży, któréj imponowała rzutkość i szastanie pieniędzmi i ulubieńcem kobiet, którym nadskakiwał, żadnéj nie wyróżniając, bo i o względy panny Martyny starał się z pewną monszalancyją, czém je sobie właśnie najbardziéj jednał.
Przewróciło mu się téż w głowie zupełnie. Z wesołego, dobrodusznego chłopca, stał się zarozumiałym arogantem, a ważność, jaką do odgrywania roli jeune premiera przywiązywał, czyniła go śmiesznym w oczach bezstronnych obserwatorów, których tam zresztą było niewielu.
Doszedł do tego, że sobie wyobraził, iż bez niego nic się stać nie może i gdy projekt łaski jego nie znalazł, mówił tylko: „Ja się do tego nie mięszam” — będąc pewnym, że w takim razie sam przez się upaść musi.
— Coś taki skwaszony? — zagadnął pana Teofila, który należał do najgorętszych jego zwolenników.
— Dyjabli mnie biorą ze złości — odparł ten energiczny młodzieniec. — Wiesz ty czego się dziś dowiedziałem.
— Cóż takiego?
A to jednemu z tych łowców, wiesz, temu X., którego cierpiéć nie mogę, uda się podobno polowanie. Uważałeś jak się kręcił koło téj przystojnéj litwinki, co to ma miéć milijon w gotowiźnie. I wyobraź sobie — panna, gąska zwyczajnie, zawiesiła serduszko na jego wyszwarcowanym wąsiku.
— Skądże to wiesz?
— Wszyscy o tém mówią. Jak Boga kocham, ja się rozchoruję ze zmartwienia, jeżeli mu się powiedzie. Ci posagowicze, to moja śmierć.
— A gdyby go tak odpalić? — zagadnął pan Gustaw, któremu uśmiechała się myśl tak bohaterskiego czynu.
— Ba, żeby — ale kto téj sztuki dokaże?
— Naprzykład ja!
— Ty?
— A tak. Znasz mnie, że jak sobie co postanowię, to już rzecz skończona. Posagowicz pójdzie z kwitkiem.
W téj chwili młodzieniec ten przeszedł spiesznie koło nich z bukietem w ręku, nie domyślając się wcale jaki na niego knuto spisek.
— Dobrze, dobrze — rzekł pan Teofil spoglądając za nim ze złośliwą radością — kupuj kochanku bukiety, ekspensuj się, tak, żebyś za co wyjechać nie miał — dostaniesz figę w nagrodę.
Słuchaj Gutku, jeżeli ty to zrobisz, to już ja w tém, że ci medal pamiątkowy wybijemy.
Pan Gustaw wąsa tylko musnął i założywszy nogę na nogę, przypatrywał się niedbale swoim lakierkom.
— Wiecie co panowie — zawołał pan Teofil do nadchodzących towarzyszy — Gutek chce figla posagowiczom wypłatać.
I opowiedział im rzecz całą.
— Ale! — rzekł pan Karol, który skrycie panu Gustawowi powodzenia zazdrościł — nie tak to łatwo.
— I ja téż to samo mówiłem:
— Skrewi! — dorzucił lakonicznie pan Ignacy.
— Zblamuje się!
— Zlituj się człowieku, on już tak dobrze jak przyjęty.
— A ja wiem, powiadam — zawołał pan Gustaw rozdraźniony tém niedowierzaniem — że postawię na swojém i basta.
— A nasz parol, żeby nie asystować milijonowym pannom? — zarzucił któryś. — Jak cię przy litwince zobaczą, pomyślą, żeś się w posagowicza przedzierzgnął.
— Któż wam powiada, że jéj będę asystował
— Jakże więc?
— To już moja rzecz — odparł tajemniczo i wyniośle pan Gustaw.
W godzinę po téj rozmowie posażna litwinka, dziewczę bardzo młodę, naiwne i romantycznego usposobienia, otrzymała bezimiennie prześliczny bukiet. Nie mógł on pochodzić od wiadomego konkurenta, bo ten już się w tym dniu z kwiatowéj daniny uiścił. Od kogóż więc?
Nazajutrz powtórzyło się to samo.
Rozbudzona ciekawość uczyniła ją roztargnioną i mniéj uważną na czułe wynurzenia adoratora, który jednak pełen dobrych myśli, nie dopatrzył w tém wróżby grożącego mu niebezpieczeństwa i w błogim zaślepieniu napisał do swego przyjaciela list, następującéj treści:
„Kochany Antosiu!
Żenię się na p. Nie oświadczyłem się jeszcze, ale panna mi sprzyja, to nie ulega wątpliwości. Zbadałem rzecz gruntownie. Pięćkroć sto tysięcy, jak jeden grosz. Nie żadna, blaga... wiesz, że mam dobry nos w tych rzeczach. Proszę cię na wszystko, weź od Kilienmana z jakie kilkaset rubli, choćby po pięć od sta na miesiąc i przyślij mi je, bo mi gwałtem pieniędzy potrzeba. Nie uwierzysz jak te konkury u wód kosztują. Ale mniejsza o to skoro z rezultatem.Twój,
Bronisław.”
Trzeciego dnia traf zrządził, że bukiet od pana Bronisława i od bezimiennego doszły jednocześnie do rąk przedstawicielki pięciukroć stu tysięcy.
Panna Jadwiga (takie było jéj imię) na pierwszy ledwo rzuciła okiem i to tylko po to, żeby go porównać z drugim i przekonać się, że mniejszy i mniéj gustowny.
Wiedziała od kogo pochodzi, stracił więc dla niéj urok, jakim ciekawość oddziaływa na umysł młodéj dziewczyny.
Natomiast ten drugi obejrzany został troskliwie i nie napróżno, gdyż pod prześliczną herbacianą różą tkwiła maleńka karteczka zawierająca tylko te słowa:
„Od tego, który niema nadziei.”
Panna Jadwiga odczytała ją po kilka razy, łamiąc sobie główkę, kto z pomiędzy znajoméj jéj młodzieży mógł być tym „beznadziejnym.”
Nie natrafiwszy na żadną poszlakę, przejęła się pewnym romantycznym poszanowaniem dla uczuć tak głęboko skrywanych i postanowiła w jakibądź sposób dać do poznania „beznadziejnemu”, że je umié ocenić. Wyrwała więc róże z bukietu przypięła ją do piersi i tak ukazała się na promenadzie.
Zobaczywszy to pan Gustaw, uśmiechnął się i szepnął panu Teofilowi, że jest już na dobréj drodze — ten zaś niewtajemniczony w intrygę, ruszył tylko z powątpiewaniem ramionami i we właściwy sobie obrazowy sposób zauważył, iż nie widzi, aby się na to muchy goniły.
Tymczasem traf znowu zrządził, że była także herbaciana róża w bukiecie pana Bronisława, który, widząc ten drżący kwiat u łona swéj bogdanki, wyprowadził stąd tak pomyślne dla siebie wnioski, że bez zwłoki postanowił się oświadczyć.
Wstępem do tego ważnego aktu było przeciągłe uściśnienie rączki panny Jadwigi przy powitaniu, poczém pan Bronisław szedł jakiś czas obok niéj w uroczystém skupieniu, w końcu, wyszeptał głosem hamowanego wzruszenia.
— Dzięki ci, pani!
— Za co mi pan dziękujesz? — zapytała panna Jadwiga zdziwiona.
— Nie domyślasz się pani? Za tak łaskawe przyjęcie mego nieśmiałego hołdu — odparł pan Bronisław z wymowném spojrzeniem na różę.
Panna Jadwiga zrobiła się sama podobną do róży, tylko nie herbacianéj. Było w tém rumieńcu trochę pomięszania, a więcéj jeszcze gniewu, wywołanego zarozumiałością konkurenta.
— Sama sobie zerwałam tę różę — rzekła sucho, a pan Bronisław wstrzymał swe zapędy jak maszynista wstrzymuję pociąg, gdy ujrzy wywieszony znak ostrzegający.
Pan Gustaw ze swojéj strony układał dalsze plany.
Trzeba mu było wplątać kogoś w akcyją, w któréj jedyną rolę grały dotąd kwiaty. Ale kogo?
Naturalnie nie siebie, ani żadnego ze swoich przyjaciół.
Chodziło mu także o to, aby ów mniemany rywal mógł być istotnie niebezpiecznym dla biednego pana Bronisława. Nie spał pół nocy, bo czyż umysł, tak ważnemi sprawami zajęty, może być Morfeuszowi posłusznym — ale znalazł.
Wybór jego padł na galicyjanina z arystokratyczną powierzchownością, o którym, choć dopiéro przed kilku dniami przyjechał i żadnych stosunków nie miał, wiedziano dobrze, że bardzo bogaty i że hrabia z antenatów.
Panna Jadwiga pochwaliła raz jego piękne ułożenie i szlachetne ruchy w obec pana Gustawa, a pan Gustaw zauważył, że i on wodził za nią oczyma na promenadzie. Tego było mu dosyć.
Nazajutrz oświadczył „swojemu kółku,” że wieczorem na reunionie zrobi coup d'etat, do czego wystarczy mu przetańczyć tylko kontredansa z panną Jadwigą.
W jednéj chwili ów zapowiedziany kontredans doszedł do ważności kwestyi wschodniéj, która wtedy była pierwszorzędną gwiazdą na politycznym firmamencie.
Potworzyły się stronnictwa, niedowierzano, sprzeczano się, a pan Gustaw na wszystkie zarzuty i pytania odpowiadał tajemniczym uśmiechem.
O dziewiątéj sala balowa była przepełniona i zdawała się kręcić w kółko parami. Panna Jadwiga wyglądała milutko i gdyby nie panna Martyna, byłaby z pewnością królową wieczoru. Galicyjski hrabia raz wraz na nią spoglądał, a pan Bronisław, któremu chwilowe niepowodzenie bynajmniéj otuchy nie odebrało, cieszył się, że w dodatku do pięciukroć stu tysięcy będzie miéć tak ładną żonę.
Rzecz dziwna, że serce nie drgnęło mu złowieszczém przeczuciem, gdy ozwała się kontredansowa przygrywka i pan Gustaw poprowadził swą partnerkę na miejsce.
Przerwę pomiędzy pierwszą a drugą figurą trzeba było naturalnie wypełnić rozmową.
— Jak ochoczo idzie dzisiaj zabawa — zauważył jeune premier.
— Rzeczywiście, bardzo ochoczo.
— A jednak są tacy, którzy w niéj udziału nie biorą. Naprzykład ten młody człowiek — mówił dalej pan Gustaw wskazując na galicyjanina, który stał naprzeciwko nich oparty o filar.
— Może jest w żałobie?
— Jeżeli w żałobie, to zapewne sercowéj, bo wygląda jak gdyby był zakochany.
— Doprawdy?
— Pani pyta? Sądziłem, że pani powinna lepiéj odemnie poznać się na téj chorobie, napatrzywszy się z blizka na tyle jéj symptomatów.
— Oh! pan żartuje.
— Pani wié dobrze, że nie. Ale wracając do tego młodzieńca, zauważyłem w nim jeszcze jednę szczególną cechę.
— Cóż takiego?
— Musi być wielkim miłośnikiem kwiatów.
— Kwiatów! — powtórzyła panna Jadwiga, a serce jéj, nie wiadomo czemu, żywiéj zabiło.
— Widziałem, jakie wrażenie zrobiła na nim ta piękna róża, którą pani miała wczoraj u sukni. Pożérał ją oczami i powiadam pani, rozpromieniał cały, jak gdyby go coś bardzo przyjemnego spotkało.
Ach! jakże wdzięczną była panna Jadwiga swemu tancerzowi, że jéj bezwiednie, jak mniemała, w rozwiązaniu dręczącéj ją zagadki dopomógł.
Rzuciła ukradkowe wejrzenie na galicyjanina i wydał jéj się jeszcze dystyngowańszym i przystojniejszym niż przedtem.
— Co za porównanie z panem Bronisławem! — pomyślała, gdy ten młodzian w szczęśliwéj niewiadomości przybiegł upomnieć się o zamówionego dawno mazura. Panna Jadwiga dość niechętnie uiściła się z obietnicy, byłaby wolała tańczyć z galicyjskim hrabią, który ani myślał zbliżyć się do niéj, tylko stał na uboczu i gładził sentymentalnie szapoklak.
Ale panna Jadwiga raz dowiedziawszy się kto jéj bezimienne hołdy składa, widziała w każdym najprostszym ruchu „beznadziejnego,” jeden więcéj objaw tłumionego uczucia.
Dlaczego wszelako je tłumił, tego sobie wytłómaczyć nie mogła.
Dzień następny przyniósł jéj na to odpowiedź.
W czwartym bukiecie była już nie kartka, lecz list, na cieniuchnym różowym papierze pisany, w którym bezimienny dziękując jéj gorąco za ten dowód litości nad jego cierpieniami serdecznemi, odmalował w rzewny sposób swą rezygnacyją, z jaką niczego więcéj nad litość nie oczekuje, „gdyż — kończył — wiem, że serce i ręka pani należą już do kogo innego.”
Naturalnie, zadaniem panny Jadwigi po przeczytaniu téj tkliwéj epistoły, było dać do poznania nieśmiałemu wielbicielowi, że ręka jéj i serce jeszcze do niéj należą i kogo zechce, może niemi obdarzyć.
Stała się więc bardzo sztywną i oziębłą dla pana Bronisława, pan Bronisław zaś stał się bardzo natarczywym i czułym, jak to najczęściéj w podobnych razach bywa.
Ta naprężona sytuacyja trwała dni parę ku wielkiéj uciesze pana Gustawa i nie mniejszemu podziwowi jego przyjaciół, którzy nie znając jeszcze przyczyn oczywistości, skutków zaprzeczyć nie mogli.
Skończyło się na tém, że niefortunny konkurent straciwszy, jak to bywa, głowę w nieszczęściu, oświadczył się formalnie i dostał formalnego kosza.
Nie czekając już na pieniądze od Lilienmana, pan Bronisław natychmiast opuścił kąpiele, gdzie jeszcze tego dnia wszyscy dowiedzieli się o jego klęsce.
Opowiadano sobie nawet, w jakich słowach się oświadczył i co mu odrzekła panna Jadwiga.
Kto zna życie u wód, ten wié, jak skwapliwie chwyta się tam każda wiadomostka, jak lada drobny wypadek przechodząc z ust do ust olbrzymieje do niebywałych rozmiarów.
Największe jednak wrażenie wieść ta uczyniła na panu Teofilu. Ten był nią tak uradowany, że wydał kolacyjkę na cześć pana Gustawa i wtedyto dowiedziała się młodzież, jakich środków użył jubilat dla dopięcia celu. Zapał wzrósł jeszcze bardziéj; głównie to się podobało, iż intryga była tak nobliwa.
— Otóż-to po naszemu! — wołano. — Inny byłby anonim napisał! Byłby go oczernił! On nie — a swego dokonał! Niech żyje pogromca posagowiczów! Niech żyje nasz genialny Gutek!
Pan Gustaw przyjmował te owacyje jak człowiek, który czuje że oddał społeczeństwu ważną przysługę. O swojéj wielkości był już dostatecznie przekonany; nie wiedział tylko jeszcze czy jest znakomitszym protektorem ojczystéj literatury czy strategikiem.
Pozwólmy mu spoczywać czas jakiś na tych laurach.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być się.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Janina Pajzderska.