Nowelle (Pajzderska)/Nasza lampa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Janina Pajzderska
Tytuł Nasza lampa
Data wydania 1883
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Drukarnia "Gazety Handlowej"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



V.


NASZA LAMPA.



Kupiłem ją w przeddzień mego ożenienia, a zapaliła ją poraz pierwszy moja żona, w nasz pierwszy wieczór ślubny...
Pierwszą téż rzeczą, jaka zwróciła jéj uwagę, gdym ją z kościoła do tych dwóch małych pokoików przywiózł, była właśnie ta lampa!
Widzę jeszcze moją żonę, jak się zbliża pośpiesznie do stolika, w swéj białéj, skromnéj sukience i welonie oblubienicy nad czołem jasnemi kędziorami uwieńczonem i składając rączki białemi rękawiczkami obciągnięte, woła z dziecinną radością:
— Ach! jaka śliczna lampa!
Była rzeczywiście bardzo śliczna! Na bronzowym postumencie stojąca postać kobieca podtrzymywała wielki rezerwoar z mlecznego szkła, otoczony podwójnym wieńcem całujących się amorków i róż; płomień osłaniał matowy również klosz w kształcie lilii.
Ta lampa była zarazem jedynym zbytkownym sprzętem w naszém mieszkanku i zapewne dlatego odrazu wpadła w błękitne oczy mojéj żony, która choć wychowana w mierności i utrzymująca się z lekcyi, sierota, miała bardzo wykwintne gusta i zaspakajała je nieraz kosztem nierozsądnych, zdrowie niszczących oszczędności.
Tę jedną tylko wadę — wadę mogącą w inném położeniu nawet za przymiot uchodzić — widziałem w niéj, gdym ją kochający i kochany brał za towarzyszkę mojéj szaréj, twardéj doli.
Boże dobry! jak nam się ta dola uśmiechała przecież w ten pierwszy wieczór, spędzony przy jasnym blasku naszéj pięknéj lampy. Siedząc na krytéj dreliszkiem sofce i trzymając się za ręce układaliśmy poraz tysiączny naszą przyszłość. Praca nas nie straszyła — byliśmy do niéj przyzwyczajeni, tylko teraz, zamiast każde z osobna w chłodzie samotnego życia, mieliśmy pracować razem dla wspólnego szczęścia... Z początku będzie nam trochę trudno... potém coraz łatwiéj... łatwiéj, aż się życie wywinie jak z płatka! Ja patrzyłem w jéj oczy błyszczące zapałem miłości i gotowością do poświęceń i czułem, że dopóki to wszystko w nich czytać będę, dopóty żadna przeciwność złamać mnie nie zdoła...
Z okien naszéj oficynki widać było wnętrze tylnych pokoi wspaniałego apartamentu pierwszego piętra. Mieszkało w nim także małżeństwo: brzydka, podżyła żona i przystojny — młody mąż, którego sobie kupiła, a który przestał już udawać, że ją kocha...
Przyprowadziłem moją żonę do okna i okazałem jéj tę parę, siedzącą zdala od siebie na aksamitnych fotelach. On czytał gazetę i ziewał; ona z głową opartą na ręku, patrzyła gdzieś w przestrzeń z wyrazem smutku i znudzenia.
— Patrz, mój aniele — rzekłem tuląc ją mocno do piersi — czy widok tych portyer, bronzów i dywanów, nie przejmuje cię żalem, żeś się na zawsze ze mną związała! Kto wié... może znalazłby się jaki bogaty starzec, który w zamian za twoją piękność i młodość, dałby ci to wszystko... tylko ty biedaczko nie mogłabyś mu tak ziewać, bo starzy mężowie despotyczniejsi są niżeli stare żony. Ale za trochę kłamanego uśmiechu i przymuszonéj pieszczoty, miałabyś na zawołanie karety i loże pierwszego piętra, brylanty i aksamity. Powiedz, czy nie pożałujesz tego?...
Moja żona zarzuciła mi rączki na szyję.
— Nigdy, nigdy, nigdy — powtarzała przyciszonym głosem, a ja po każdym wyrazie całowałem jéj drżące, różowe usteczka...
................
Minęło dwa lata. Przez ten czas byliśmy zdaje mi się tylko raz w teatrze, nie wyjechaliśmy ani razu na letnie mieszkanie, nie słyszeliśmy ani jednéj wokalnéj znakomitości, nie dawaliśmy u siebie tygodniowych wieczorów... mimo to byliśmy bardzo szczęśliwi!... Moja żona była nawet szczęśliwszą niż ja... mnie brakowało jeszcze czegoś... małego na biegunach łóżeczka i różowych rączek, wyciągających się ku mnie z białéj pościółki i dziwnem mi się zdawało trochę, że jéj kobiece serce nie zatęskniło nigdy za świętą rozkoszą macierzyństwa. Gdym jéj to mówił, nastrajała poważną minkę i tłómaczyła mi tonem wyższości, że w naszém położeniu powinniśmy to uważać za dobrodziejstwo boże i że pragnienie sprowadzenia na świat istoty, któréj w udziale niedostatek mógł się dostać, był szkaradnym egoizmem.
W trzecim roku zachorowałem ciężko i przez parę miesięcy nie mogłem podnieść się z łóżka. Stan mój pogorszały, piekielne udręczenia, jakie znosiłem, widząc, że moja ukochana żona, którą byłbym chciał po samych różach na ręku nosić, szarpie swoje siły i pracuje podwójnie, by nastarczyć zwiększonym wydatkom i zapełnić lukę w dochodach moją bezczynnością sprawioną.
Jednak całe jéj zapracowywanie się nie pomogło... i w rezultacie nie mając zkąd pożyczyć pieniędzy, musiała sprzedać swoje jedyne kosztowności, złoty medalion, kolczyki, bransoletę, jeszcze za czasów panieńskich kupione.
Zrobiła to bez mojéj wiedzy, ale zmiana, jaką w niéj przedtém zauważyłem, uwydatniała się jeszcze bardziéj. Poświęcała się dla mnie... prawda, ale widocznem było, że zaczyna to czynić z niechęcią, że w sercu jéj wzrasta głęboka uraza, może do losu... może do mnie!
Naglona przezemnie, przyznała mi się wreszcie do sprzedaży tych ozdób, które tak nosić lubiła. Zacząłem jéj robić wyrzuty, mówiąc, że gdyby się mnie była zwierzyła, byłbym przecież temu zaradził!
— Byłbyś zaradził — odrzekła prawie sucho — jesteś zawsze optymistą, mój najdroższy (przyzwyczaiła się tak mnie nazywać), ale ja patrzę jasno i wiém, że jeśli twoja choroba potrwa z drugie dwa miesiące, będę musiała wyprzedać się do ostatniéj sukni!
Gdyby mnie kto rozpalone żelazo na świeżą ranę położył, nie byłby mi sprawił większego bólu. Dziś jeszcze wierzę, że moja żona nie chciała mi temi słowami dokuczyć, że powiedziała bezwiednie, to co myślała... lecz tego było dla mnie dosyć! Zacisnąłem zęby... nie dałem nic poznać po sobie, ale nazajutrz dźwignąłem się z łóżka. Chciała się temu sprzeciwić, prosiła mnie nawet ze łzami.., odpowiedziałem jéj łagodnie, lecz stanowczo, że wstać chcę i muszę i — czego człowiek siłą woli nie dokaże? — ja, który sądziłem, że jeszcze tygodnie całe z domu się nie będę mógł wychylić, w trzy dni potém poszedłem do mojéj pracowni, blady jak widmo, ledwo suwający nogami — ale poszedłem!
Odtąd, jakby coś niewidzialnego stanęło między nami. Kochaliśmy się niby zawsze, żyliśmy ze sobą zgodnie, nawet napozór czule, ale nie było to już to co dawniéj. Przez głowę mojéj żony przemknęła się już była jak wąż myśl, że gdyby nie ja, lepiejby jéj było na świecie, a ja nie mogłem jéj darować, że mi ją poznać dała. Mówiłem sobie nieraz z głuchą rozpaczą, że gdybym był umarł, odetchnęłaby może swobodniéj, jak ten nasz młody sąsiad z przeciwka, który wkrótce potém swoją starą żonę pochował i przez rok cały nosił białe obszewki u surduta i czarną krepę na kapeluszu, jako oznakę żalu, że nieboszczka wcześniéj się na tamten świat nie przeniosła, a on nie mógł wcześniéj wejść w wyłączne posiadanie ogromnego majątku, jaki mu zapisała.
Nie wiém, czy to ta żałoba dla świata tak na niego oddziałała, ale zrobił się bardzo melancholijnym i często widywałem go na tle ciężkich, jedwabnych firanek, jak stał przy lustrzanéj szybie swego gabinetu, zapatrzony w niebo, czy... w nasze okna... dostrzedz nie mogłem!
Zresztą nie zastanawiałem się nad tém tak dalece — zawiele miałem do myślenia o mojéj żonie. Działo się z nią coś dziwnego. Wyraz dziecięcéj prawie szczerości, ów wdzięk niewymowny jéj błękitnych oczu znikł, zastąpiony jakiemś niespokojnem, zagadkowem wejrzeniem... widać było, że walczy nadaremno, z ogarniającem ją coraz bardziéj zniechęceniem i smutkiem. Lekcye, które dawała ciągle, nużyły ją i niecierpliwiły... a czasami wyrywały jéj się z ust, jakby mimowoli słowa zdradzające więcéj może goryczy i rozdrażnienia, niż sądziła.
Cierpiałem strasznie nad tém — alem milczał!
Raz, pamiętam w pogodną, jesienną niedzielę wyszliśmy razem na spacer. Rzadko nam się to teraz zdarzało, ale żona moja była tego dnia w lepszem usposobieniu i chętnie przystała na moją propozycyję.
W bramie musieliśmy przystanąć trochę, czekając, aż wyjedzie kareta naszego sąsiada. Stał on właśnie w eleganckim angielskim paltocie z jedną nogą na stopniu karety i wydawał rozkaz stangretowi dźwięcznym i pewnym siebie głosem człowieka, przyzwyczajonego, by go słuchano. Miał w postawie dużo szyku i swobody pańskiéj, a w czarnym matowym kapeluszu było mu bardzo do twarzy.
Ja od czasu choroby wyglądałem mizernie, a w moim podszarzanym paltocie i niepierwszéj świeżości rękawiczkach, musiałem stanowić bardzo niepochlebną dla mnie sprzeczność z tym młodym wdowcem.
Widziałem jak wzrok mojéj żony przebiegł od niego do mnie; widziałem niewidzialne dla każdego innego oka ściągnienie jéj ciemnych brwi i odgadłem, że nas porównywa, tego tylko odgadnąć nie mogłem, czy to czyniła poraz pierwszy...
Przechadzka ta była dla mnie torturą i mówiłem sobie, że byłaby wolała pojechać z nim karetą, niż iść ze mną piechotą i prowadziłem ją przez ulicę, jak delikwent palony podejrzeniem, iż ją to opieranie się na mojém ramieniu może nawet wstydzi!
Odtąd nie zaproponowałem jéj już nigdy spaceru...
I upłynęło znowu miesięcy parę.
Pewnego dnia, wróciwszy nad wieczorem do domu, nie zastałem nikogo. Nie zdziwiło mnie to — moja żona z konieczności wychodziła często na miasto... dopiero po długiém czekaniu na nią po ciemku, zacząłem się trochę niepokoić... Wstałem z sofki, zapaliłem naszą lampę i wtedy spostrzegłem leżący na jéj postumencie niezapieczętowany list...
Porwałem go z dreszczem strasznego przeczucia. Pisany był ręką mojéj żony i zawierał następujące słowa:
„Nie potępiaj mnie i nie przeklinaj — ale tylko zapomnij o mnie. Nie mogę ci już dać szczęścia, sama zaś — wierzaj mi, walczyłam długo i rozpaczliwie. Ciągle tłumić w sobie rozbudzające się coraz nowe pragnienia, ciągle przymuszać się do tego, na co się nasza natura otrząsa, to było nad moje siły... Zostając twoją żoną, nie znałam dobrze saméj siebie... w tém moja największa wina i moje nieszczęście. Sądziłam, że miłość zastąpi mi to wszystko, do czego zawsze skrycie wzdychałam i tak było z początku... Ale dziś, miłości téj już niéma w mojém sercu. Więc”...
Nie mogłem czytać daléj. Zaszumiało mi w uszach, w oczach zrobiło się czerwono, potém ciemno i upadłem na ziemię bez przytomności. Odzyskałem ją w szpitalu, zkąd dopiéro po długich pięciu miesiącach wyszedłem.
Podczas kiedym chorował, gospodarz mój nie mogąc się spodziewać, żebym mu za stojące pustkami mieszkanie płacił, wynajął je komu innemu, a sprzęty kazał do jakiéjś szopy poznosić i w tych to przenosinach zginęła nasza piękna lampa. Powiedziano mi potém, że się stłukła... Kiwnąłem ręką. Cóż mnie wszystkie lampy na świecie obchodzić mogły! — cóż mnie mogło obchodzić i to co mi także powiedziano, choć o to nie pytałem, że i pierwsze piętro od frontu miało innego lokatora: młody nasz sąsiad opuścił je w dniu zniknięcia mojéj żony!... Odtąd nie słyszałem już nigdy ani o nim, ani o niéj — a nadszedł taki czas, żem i myśleć o nich zaprzestał!
Przez dwadzieścia lat można się do wszystkiego przyzwyczaić i od wszystkiego odwyknąć. Mam tego dowód na sobie. Wczoraj jeszcze nie byłbym prawie umiał wyobrazić sobie, że nie zawsze byłem taki samotny i opuszczony, że życie miało kiedyś dla mnie swoje róże i blaski, żem kiedyś kochał, wierzył, cierpiał, ja który żyję zasklepiony cały w kamiennéj obojętności, jak ślimak w skorupie.
A że mi się to wszystko teraz przypomniało, to tylko z przyczyny bardzo dziwnego zdarzenia.
Oto dziś rano szedłem przez podwórze, na którem odbywała się licytacyja. Mijałem spokojnie gromadkę ludzi skupionych dokoła stołu w chwili, gdy komornik wołał donośnym głosem:
— Lampa salonowa z bronzowym postumentem, rezerwoarem z mlecznego szkła i takimże kloszem. Pół rubla! kto da więcéj?
Spojrzałem mimowoli i zaledwiem nie krzyknął. To była nasza lampa!... zestarzała, zniszczona — ale ta sama.
W gromadce licytujących zapanowało chwilowe milczenie. Nie znajdował się jakoś amator.
— Rubla! — zawołałem, przeciskając się pośpiesznie ku stołowi.
Spojrzano na mnie. Nowy współzawodnik dodał drugim bodźca.
— Półtora! — zawołał ktoś z boku.
— Dwa! — odrzuciłem śpiesznie.
— Półtrzecia!
— Trzy!
— Cztery!
Mój przeciwnik opasły żyd z grubemi wargami zaczął się zapalać! Wziął mnie zapewne za amatora i znawcę starożytności, którego wprawne oko poznało cenną wartość téj rzeczy.
Doszliśmy do ośmiu rubli. Mnie ogarniała rozpacz prawie. Miałem ich wszystkiego dziesięć w kieszeni, a działo się ze mną coś dziwnego na myśl, żeby ta relikwia mojéj przeszłości, tak niespodzianie odnaleziona, z rąk mi się wymknąć miała.
Przyskoczyłem do żyda i chwyciłem go za ramię.
— Co panu na téj lampie zależy? — zawołałem gwałtownie. — Ona czterech rubli nie warta!
— Nu, a panu? — zapytał z flegmą, patrząc na mnie podejrzliwie.
— Mnie? — krzyknąłem. — Przecież to nasza — lecz pomiarkowawszy się, dodałem spokojniéj: — To moja dawna własność. Pamiątka!
Musiało być wiele prawdy w moim głosie i ten żyd musiał być bardzo poczciwym człowiekiem, bo rzecz rzadka, uwierzył mi na słowo!
Postąpiłem jeszcze pół rubla i pobiegłem z moim nabytkiem do domu!
Poraz pierwszy od lat dwudziestu doznawałem czegoś nakształt radości... A teraz zapaliłem ją i od godziny już przypatruję jéj się zamyślony, licząc wszystkie skazy, jakiemi ją czas poznaczył. Biedna nasza lampo! Znikły uśmiechy z pozamazywanych twarzy twoich amorków i zblakły świetne barwy twoich różanych girland, które wyglądają, jakby zwiędłe. Powyszczerbiane liście lilijowego kielicha sterczą szare i brzydkie: napróżno szukam ich dawnéj mlecznéj białości... Kładę dłoń na twoim postumencie i myślę, ile rąk brudnych może i chropowatych starło zeń ślady aksamitnych dotknięć téj małéj rączki, która kiedyś była moją i miała być moją na zawsze? Gdzie ona teraz... Zda mi się, że w ciszy mojéj izdebki, w któréj tak rzadko dźwięk czyjéjś mowy się rozlega, słyszę ten głos pieszczony, powtarzający mi szeptem: „Nigdy, nigdy, nigdy” i czuję pocałunki tych ust rozkosznych na moich ustach, których już nikt całować nie będzie. Czuję nawet, i to już nie złudzenie, ale rzeczywistość, jak oczy moje wilgotnieją zwolna i część tego ciężaru, jaki noszę na piersiach, roztapia się w świętych łzach wspomnienia.
Wszystkie ciche, szczęśliwe wieczory, jakieśmy przy téj naszéj lampie spędzili, rozwijają się przedemną, obrazami swemi, zaludniając moją samotność,.. Ktoby się był spodziewał, ktoby się był spodziewał, mój mocny Boże, że ten sam płomień, który mi przyświecał, kiedym do uczty życia zasiadał, będzie patrzył na to, jak się nędzny Łazarz, okruchami jéj żywić będę.
Czy téż ona, pomimo wszystkiego, pamięta jeszcze... naszą lampę?






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Janina Pajzderska.