Nowe prądy/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Nowe prądy
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXIV
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom III
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
III.

OBUDZIWSZY W KOLEGACH SWOICH POTRZEBY WYŻSZE,
PAN ANASTAZY UMYŚLA POPRAWIĆ SZEWCKĄ RASĘ.

Po trzech dniach wytężonej pracy, w ciągu której zepsuł kopyto, złamał szydło i okaleczył się w rękę, pan Anastazy począł mniej oddziaływać na skóry, a więcej na swoje otoczenie.
Dzięki jego radom majster kupił sobie nowy garnitur, czarny krawat i umyślił wziąć lokal wykwintny i o tyle obszerny, aby w nim mógł stanąć fortepian dla Magdzi. W warsztacie także zaszły zmiany; czeladź bowiem i chłopcy, którzy dotychczas odbywali mechanicznie czynności swoje, poczęli odtąd robić nie jak ślepe narzędzia, ale jak jednostki myślące i czujące swą godność.
Skutkiem tego praca szła wolniej i wyroby były gorsze, pan Anastazy sądził jednak, że intelektualna i moralna wartość butów z fabryki Pocięgla wzrosła w dwójnasób. W krótkim zresztą czasie cały legjon świętego Kryspina, pod ożywczym wpływem nowych prądów, rozbił się na dwa obozy: młodych i starych. Młodzi poczęli więcej czytać (a mniej szyć butów), a nadewszystko, wyrzekłszy się niegodnych postępowego rzemieślnika poniedziałkowań, próżnowali nie w jakiś dzień, oznaczony przez tradycję, ale wtedy, kiedy im się podobało, czyli cały prawie tydzień z wyjątkiem poniedziałku. Starzy zaś, naprzekór młodym, tem goręcej zamykali warsztaty w poniedziałki i tem namiętniej „doili bawara“, im bardziej rzeczy te gniewały postępowców. Pocięgiel naturalnie został stanowczym progresistą i całe dnie przepędzał u Fukiera lub Krzymińskiego, kultywując tam nowe idee i narzekając na zacofanie ogółu majstrów, których rutyna w szyciu butów już zgubiła kraj i w przyszłości niemniejsze gotowała mu klęski.
Nie chcąc ograniczać emanacji nowych idei do warsztatu i knajpy, pan Anastazy ile razy zrzucił swój apostolski fartuch, biegł w towarzystwa ludzi, żyjących poza obrębem wielkiego rzemieślniczego ruchu, aby i tam przygotowywać umysły do reform. Najchętniej jednak przebywał w gościnnym domu państwa Dylskich, którzy mieli posażną jedynaczkę i dość łaskawie patrzyli na młodego reformatora.
Najszczęśliwszemi w jego życiu były te wieczory, kiedy w salonie Dylskich mógł grającej na fortepianie pannie Łucji „spracowaną dłonią“ przewracać nuty, widzieć, jak go lornetują damy i podsłuchiwać frazesów w tym rodzaju:
— Czy podobna, ażeby on był szewcem?
— Taki piękny i elegancki mężczyzna!
— To oryginalność!...
— Gdzież tam, pani! to poświęcenie dla idei...
Gdy nadarzyła się okazja, Anastazy zabierał głos i dowodził obecnym, że gdyby wszyscy młodzi ludzie mieli w sobie, tak jak on, ducha ofiar — gdyby, jak on, weszli do warsztatów i tam, jak on, pracowali nad podniesieniem moralnego i umysłowego poziomu młodszych braci, wówczas — kraj w ciągu paru lat pod każdym względem stałby się podobny do Szwajcarji lub Belgji.
— A czemże my, kobiety, w takim razie zostać mamy? — spytała go jedna z dam.
— Praczkami i pomywaczkami! — szepnął jakiś cynik, nie posiadający ducha ofiarności.
Anastazy zgromił go pogardliwem spojrzeniem, damie zaś odpowiedział, że kobiety powinny jak dotychczas tak i nadal pozostać aniołami rodu męskiego, podobnemi do niej i reszty pań obecnych.
W tej chwili cynikowi przyszło na myśl, że aniołowie, według opinji Anastazego, muszą się różować, dama bowiem, której powiedział tak świetny kompliment, i większa część obecnych jej towarzyszek, rujnowały mężów na rozmaite sekrety, mające na celu uwiecznienie wdzięków.
Kiedy gości nie było, pan Dylski, człowiek pogrążony w konserwatyzmie, mawiał:
— Szkoda to jednak, panie Anastazy (kiedy ci się gwałtem zachciało ulepszyć rasę rzemieślniczą) żeś już nie został czemś wykwintniejszem, np. krawcem albo fryzjerem!...
— Ależ drogi papo!... — wtrąciła wiotka Łucja.
Pan Anastazy na wzmiankę o fryzjerstwie trochę zarumienił się i odparł:
— Szanowny panie, kiedy człowiek taki jak ja...
— Z takiem poświęceniem!... — przerwała nadobna Łucja.
— Nie pani! tylko z poczuciem obowiązku, kiedy taki człowiek zstępuje z mego stanowiska...
— Boś pan nawet — wtrącił Dylski — był w rządzie gubernjalnym?
— Właśnie! Otóż kiedy taki człowiek zstępuje do nizin społecznych, to już musi sięgnąć jak najgłębiej, jednym ruchem wstrząsnąć zmurszały gmach rutyny i zastoju. Krawiec, fryzjer — to między rzemieślnikami eleganci; fryzjer ma nawet w sobie coś ckliwego, a szewc...
— Trochę cuchnie!... — szepnął Dylski z odcieniem głębokiego przekonania.
— Drogi papo! — zawołała poetyczna Łucja — wszakże te właśnie przykrości stanowią największą zasługę pana Anastazego.
Reformatora coś w serce kolnęło, gdy to usłyszał. Pochylił się do miłej panienki i drżącym głosem zapytał:
— Więc pani nie odepchnęłabyś spracowanej dłoni rzemieślnika, nie zawahałabyś się otrzeć potu z czoła, uznojonego w wielkiej pracy społecznej?...
— Czy pan może się nawet pytać o to? — szepnęła tkliwa Łucja.
— Hum! — kaszlnął Dylski. — Widzę, że się macie ku sobie...
— Drogi papo!...
— Widzę, widzę! — przerwał drogi papa. — Ha! kiedy tak, to się i pobierzcie... Ale — dodał po chwili — tobie, panie młody, postawię jeden warunek...
— Tysiąc! — jęknął szczęśliwy kochanek.
— Tylko jeden. Oto — w posagu dostaniecie najwyżej sześć tysięcy rubli na to tam obalenie zmurszałego gmachu rutyny, bo widzę, że i Łucja nasiąkła twojemi teorjami. Ale gdy stracisz i znudzi ci się, to już możesz sobie zostać nawet i szewcem, ale gwałtownym reformom dasz spokój...
— Reformom?... Cóż w nich złego?...
— Mówią o tem rozmaicie — ciągnął Dylski — powiadają, że Pocięglowicz naprzykład zapija się winem w imię postępu i ponosi wydatki trzy razy większe niż dawniej, a buty robi gorsze. Czeladź też jego rozhukana i rozpuszczona, jak bicze dziadowskie...
— Drogi papo — szepnęła namiętnie Łucja.
— Cierniową koronę podał mi pan dziś razem ze szczęściem!... — rzekł Anastazy — cóżem ja winien, że niektórzy wyznawcy idei mają złe skłonności?
— Ja też ciebie nie obwiniam, ale na krzewienie postępu czy tam idei między szewcami przeznaczam tylko sześć tysięcy rubli. Z temi pieniędzmi możecie robić, co wam się podoba, lecz gdy je stracicie, wtedy musisz się wziąć do takiej roboty, jakiej wymagają stosunki realne. Nie chcę, ażeby mnie nazywano mordercą idei, ale całego naszego majątku nie mogę puścić na rzeczy bardzo wątpliwe...
Anastazy był zielony, słuchając tych ryków zdziczałego konserwatyzmu, lecz w milczeniu przyjął warunek przyszłego teścia, ślubując w duchu, że nim rok upłynie, on zdoła zreformować społeczeństwo, zrobić majątek i nawrócić Dylskiego, co podobno było najtrudniejsze. Tym sposobem marząca Łucja została narzeczoną dzielnego Anastazego. Narzeczony po skończeniu szewckiej praktyki miał dostać pieniądze do rąk, lecz ożenić się — dopiero po założeniu własnego warsztatu.
— Otworzę fabrykę, jakiej nie było w Warszawie! — mówił zapaleniec do przyszłego teścia.
— Otwórz nawet dziesięć — odparł Dylski — byłem ja grosza nad sześć tysięcy nie dokładał.
— Przy niej szkoła dla dorosłych!
— Oj to, to... Dziś dorośli bardzo potrzebują rozumu.
— I szpital.
— Ale z prysznicem! — zakończył Dylski.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.