Na balu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Gomulicki
Tytuł Na balu
Pochodzenie Poezje Wiktora Gomulickiego, cykl Życie w obrazach
Wydawca Księgarnia A. Gruszeckiego
Data wydania 1866
Druk Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały cykl
Pobierz jako: Pobierz Cały cykl jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały cykl jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały cykl jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
NA BALU.


Wśród pięknych — najpiękniejsza,
Wśród strojnych — najstrojniejsza,
Uśmiech bachantki ozdabia jej usta,
I jest zarazem, jako dziecię, pusta.
We włosach, osrebrzonych białą pudru falą,
Jak gwiazdy we mgle, brylanty się palą.
Oczami przypomina Madonnę;
A jako fala z piany zgęstniałej przy brzegu,
Tak łono jej z koronek śniegu,
Wychyla się — kuszące, nagie i bezbronne.

Dla niej wirują taneczników koła;
Dla niej gawiedź salonów wesoła
Wrzaskliwie, jako ptastwo na wiosnę, świergocze;
Dla niej orkiestry tony
Raz w zamęt wpadają szalony,
To znów mdleją i ronią westchnienia urocze;
Dla niej strumienie światła płyną ze świeczników,
Dla niej bukiety są kadzielnicami,
Dla niej Rozkosz przywdziewa szatę najbogatszą...
Królową jest — i kiedy w tłumie niewolników
Wznosi czoło, którego cień żaden nie plami,
Tym, co na nią przez tęczę uwielbienia patrzą,
Z wezbranej piersi okrzyk się wyrywa:
„Jak piękna! jak szczęśliwa!“


......Tłum ciszej gwarzy,
Bo upojonym zmysłom potrzeba wytchnienia;
w wielką ptaszarnię salon się zamienia,
I słychać tylko szelest trzepoczących skrzydeł...
Nie skrzydeł, lecz wachlarzy.
Za niemi lica rozgrzane, różowe,
Podobne do Rubensa świetnych malowideł,
I oczy — piorunowe.
Na falujących łonach półumarłe kwiaty
Coraz wolniej się kołyszą;
Strumień gorącej krwi stygnie i opada,
I Rozkosz, z przesytu blada,
Wlokąc za sobą pomięte szaty,
Uchodzi przed Ciszą.

......Do królowej balu,
Co we framudze okna siadła dla ochłody,
Biesiadnik zbliża się młody,
I zimne ostrze wzroku w oczach jej zanurza.
Smutną i pełną tłumionego żalu
Musi być młodość tego biesiadnika...
W źrenicach jego wre namiętna burza,
A twarz, jak maska wyciosana z głazu,
Nieruchoma i dzika,
Na chwilę złowróżbnego nie traci wyrazu.

Gdy różę, kwiatów królowę,
Mróz lodowatym obwieje oddechem,
Róża swe listki gubi purpurowe;

Królowa balu, głośna pustym śmiechem,
Gdy na nią blady spogląda młodzieniec,
Traci szkarłatny rumieniec.

Przez chwilę wachlarz drga w jej białej dłoni
I krocie iskier miota;
Przez chwilę dawne przypomnienia goni,
W oczach jej miga błyskawica złota,
A potem mówi przez ściśnięte wargi:
„Coś przyniósł: klątwy czy skargi?“

On się nachyla ku niej blizko, blizko,
Prawie do samego ucha —
Rzekłbyś, że szmeru jej krwi wrzącej słucha,
Że śledzący wzrok topi w każdem jej pojęciu,
I odpowiada głosem tłumionej boleści,
Która w sercu ma ognisko:
„Przynoszę wieści —
Wieści o dziecięciu...”

......„Pomyśl pani,
Jak smutnym jest, i serce jak boleśnie rani
Widok kolebki — gniazda bezbronnego —
Której nie strzegą
Oczy matki — szyldwachy pilne a miłosne.
Wilczyca da się zabić, a dziecka nie rzuci;
Ptak, rozśpiewany na wiosnę,
Latem, piskląt swych strzeże zblizka i zdaleka
Chwały śpiewaczej się wyrzeka
I już więcej nie nuci;

Gdy kto nieopatrzną dłonią
Różane pączki obłamie.
Zaraz i kwiaty smutnie w dół się kłonią,
I na liście rdza pada, rychłej śmierci znamię. —
Gdy tak czuje zwierz dziki, i ptak i roślina,
Czyż wśród ludzi, co chodzą jasnym bóstwa śladem,
Powinna stawać się jadem
Miłość matczyna?

...„Jak dzwonów pogrzebnych echo,
Dotąd mi w uszach brzmi płacz niemowlęcia,
Co obcym ludziom rzucone, jak szczenię,
Gasło pod wieśniaczą strzechą,
Czekając śmierci — i wniebowzięcia.
Dotąd mam przed oczyma to smutne spojrzenie,
Czepiające się trwożnie cudzych, zimnych twarzy,
I liczko tak żółte, jak kwiat nenufarów,
I nad skroniami z włosów jedwabistych diadem,
I złocistszą od niego męczeństwa koronę,
Co blaskiem nieziemskich czarów
Świeciła nad czołem bladem.
Ach! w mogile nawet mnie obudzi
Tego jęku wspomnienie szalone,
Co z ust, które gorączka zmieniła w krwawniki,
Dobywał się błagalny, głuchy, prawie dziki,
Jak krzyk duszy za czyścową bramą, —
I wśród gromady wstrętnych, zapłaconych ludzi,
Bez skutku wołał: „Mamo! mamo!”


...„Nie byłoby Boga na niebie,
A człowiek wzrok-by musiał chować przed szakalem,
Gdyby echo tego jęku okropnego
Drogami przeczuć nie doszło do ciebie!
Może to była właśnie godzina przed balem...
Pani śmiałaś się do zwierciadła,
Śmiejąc się do samej siebie;
Nagle, twarz twoja śmiertelnie pobladła,
— Tak oto, jak blednie w tej chwili —
Serce ci skrzepło wśród łona,
Z piersi uciekło życie,
I padając, jak gromem niebieskim rażona,
Krzyknęłaś:: „Wola mnie! — czy słyszycie?”

...„Wyrwałem dziecię z otchłani,
Żeby oczętom jego przywrócić pogodę,
I od katuszy serce oswobodzić młode.
Jak bóstwu wiosny, co stąpa po różach,
Przyniosłem dziecku temu w dani
Szczątki uczuć, w żywota ocalone burzach,
I wiarę — maszt ostatni skołatanej nawy.
Lekarzom powierzyłem straż nad jego ciałem,
Sam się lekarzem jego duszy stałem.
Promyk nadziei — zwodniczy, mgławy,
Zaświecił dla mnie raz jeszcze
W tego dziecięcia spojrzeniu;
A żem długo przebywał w samotności, w cieniu,

I twarz fatalności brzydka
Śmiertelne we mnie budziła wciąż dreszcze,
Więc w obłąkaniu radosnem, pół-dzikiem,
Ze ślepą ufnością rozbitka,
Za tym, obietnic pełnym pobiegłem ognikiem.
Dokąd mnie zawiódł blady mogił goniec,
Mówić nie trzeba:
Dłoń przeznaczeń w mej twarzy wypisała trwale
Spełniony wyrok nieba,
I marzeń wszelakich koniec.
Dziecię, którego duszę cierpienie rozdarło,
Dziś już nie cierpi wcale..“

„Umarło!”

I kobieta na ziemię upadla bez ruchu...
Krzyk jej zgłuszyły orkiestry tony,
Co w nagłym wybuchu
Lawę dźwięków hulaszczych rozlały dokoła.
Młodzieniec silnemi ramiony
Objął zemdloną i wyniósł z bawialni,
Ustami wprzód dotknąwszy zimnego jej czoła,
Jak gdyby chciał ją rozgrzać — lub ostudzić siebie.
Ona zwolna oczy rozemknęła,
Podobne gwiazdom na zamglonem niebie,
Słaby rumieniec objął ją na chwilę;
I stając o własnej sile,

Jakby ją podtrzymali słudzy niewidzialni,
Spokojnym głosem szepnęła:
„Chcę się pomodlić... na dziecka mogile...“

Pstro i ruchliwe łątki salonowe,
Nakształt ptaków spłoszonego stada,
Obległy zewsząd królowę.
Pytano czy nie cierpi, i czemu tak blada?
A ona rzekła, że jej zbyt... gorąco...
Że pragnie nocnym orzeźwić się chłodem;
I za młodzieńca przewodem,
Poszła — rzucając gawiedź zdziwioną, szemrzącą...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wiktor Gomulicki.