Murowanka/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Murowanka
Pochodzenie Świat. Dwutygodnik ilustrowany 1888 nr 1 i 2
Wydawca Redakcyja „Świata”
Data wydania 1888
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.

Wśród tej pustyni, którą tylko trzy po młodocianemu rozgorzałe głowy ożywić mogły, nagle widok najniespodziewańszy oczy nasze uderzył. Z boku murowanki wchodziło się do suterenów; były tam drzwiczki ciasne, a dwoje okienek ponad samą ziemią dowodziły, że je przeznaczono na mieszkanie. Przy drzwiach stała prosta sosnowa ławeczka, a na niej...
Domyślicie się łatwo, że na niej siedziała kobieta, ale nie domyślicie się ani jej postawy, ani twarzy, ani wyrazu smutku głębokiego, przerażającego, który na tem rafaelowskiem obliczu był rozlany.
Była w istocie tak piękna, jakby jaka madonna Fra Giovanni da Fiesolè, Luiniego lub staruszka Peruggina. I tak surowego oblicza jak one, i tak posępna jak wszystkie madonny starych mistrzów, zdające się przeczuwać losy przyszłe Ukrzyżowanego, którego piastują na łonie.
Młoda, dziecinnych rysów i postawy, ze świeżością dziewiczą na twarzyczce szesnastoletniej, siedziała kołysząc maluczką dziecinę na rękach, ale ruchy jej macierzyńskich dłoni machinalnie, miękko poruszały niemowlę, kojąc je do snu, bo oczy, bo myśl jej była gdzieś daleko. Patrzyła niewidząc... z rozpaczą, ze zwątpieniem, z oczyma łez pełnemi, zwróconemi gdzieś w kraje wspomnień i zawiedzionych nadziei — w lepszy świat, który się jej nie ziścił.
Rozpuszczone niedbale czarne jej długie warkocze płynęły wstęgami ciemnemi po białej koszuli i ślicznych ramionach, a dwie strugi łez po policzkach cicho spływały na dziecinę.
Dziecię uśpione ruszając usteczkami, piło te macierzyńskie łzy, sądząc, że połyka mleko piersi matczynej.
Musiał to być widok dziwnie poruszający, kiedy takich trzech szaleńców jak my, w chwili rozgorzenia i swawoli, — jak od wejrzenia na madonnę — skamienił. Stanęliśmy, umilkli i nie wiedzieć jak, wszyscy trzej po małej chwili uklękliśmy na piasku gdyby przed niebieskiem widzeniem.
Jak się to stało, ja nie wiem.
Uklękliśmy przed wdziękiem dziewicy, przed boleścią matki, przed temi strasznemi łzami młodości bez nadziei... i ledwie nie zaczęliśmy się modlić.
Chciało się odmówić »wieczne odpocznienie«, tak ten obraz wydał się nam nie z naszego świata.
Ona płakała, ale jej usta uśmiechały się razem.
Twarz jej biała, śliczne rączyny, coś w ubiorze, w postawie, zdradzało niepospolitą dziewczynę, lecz z innej sfery wygnankę. Poza tą ciszą łez samotnych stał dramat jakiejś przeszłości... straszny, bolesny, ciekawy...
Ale w chwili, gdy oczy rozpłakane ujrzały nas wreszcie, krzyknęła lekko, wzięła dziecię przytulając je do piersi — i zawstydzona weszła powoli przez niskie drzwiczki do podziemia. Widzenie niebieskie znikło.
Tak, jednakże ten dziki i pospolity zarazem krajobraz, to miejsce tak prozaiczne, — że je wziąć było można za złodziejską karczemkę lub schronienie przemytników, — całe oblekło się promiennemi blaskami tego zjawiska, że wyglądało teraz jak tło rafaelowskiej madonny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.