Murowanka/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Murowanka
Pochodzenie Świat. Dwutygodnik ilustrowany 1888 nr 1 i 2
Wydawca Redakcyja „Świata”
Data wydania 1888
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.

Nierychło odzyskaliśmy utraconą mowę. O wesołości nie było co i myśleć — poszła razem z jej łzami.
Julek oszalał oczarowany, Adolf dopuszczał się najdzikszych przypuszczeń, jam milczał, ale obraz tkwił mi w myśli. Postąpiliśmy wszyscy trzej ku murowance, na której schodkach od przodu stała kobieta pospolita, brudna, czerwona, widocznie gospodyni, wypatrująca w nas zapewne amatorów swoich czerstwych bułek lub ustałego mleka.
— A co? paniczyki? — odezwała się — od miasta kawał, a możeby się i posilić warto?... Jest u mnie co potrzeba... a i odpocząć nie zawadzi w chłodku.
— Chodźmy, to się przecie czegoś dowiemy! — rzekł Adolf.
Izba była zupełnie pusta... Nie wiem, czy reszta ludności wyszła na grzyby, czy stara tam tak samotnie mieszkała, ale prócz niej i kota, który spał w kominie mrużąc oczyma, nie zastaliśmy nikogo. Stół długi, para ław sosnowych, coś nakształt starego biórka służącego za bufet, komin wygasły z kilku odpoczywającemi garnkami i kupą przygarniętego popiołu, były prawie całym sprzętem dosyć dużej, wybielonej czysto i piaskiem posypanej izby. Gospodyni zasłała nam gruby obrusik, dobyła razowego chleba, którego się nam zachciało, bośmy czerstwych bułek mieli dosyć i poszła z kluczami po mleko.
Zostaliśmy sam na sam z kotem, który niekiedy otwierając bursztynowe oczy, zdawał się nas pilnować, abyśmy się jakiego nadużycia nie dopuścili.
Adolf chodził niespokojny. Julka, tylko ciekawość dowiedzenia się czegoś trzymała na miejscu, tak mu się chciało iść choć przez okno zajrzeć w sutereny... Jam dumał.
Stara powróciła wkrótce, a brzęk jej kluczów obudził kota, który wstał i wyciągnął się komicznie. Od progu zaczęła już wychwalać świeżość swego mleka, o której można było tem mocniej powątpiewać, że je zbyt gorąco zalecała; aleśmy myśleli o czem innem.
— Moja gosposiu — zawołał Adolf — a cóż to za ósme cudo świata chowacie tam w suterenach?
— No co? co za cudo? co takiego?
— A tę śliczną pannę czy panią? kto to jest?
— At! pilibyście mleko, moi panicze — rzekła trochę nadąsana, ruszając ramionami — co wam tam do tego.
— Jużciż spytać nie grzech.
— A co się dowiecie? tyle co i ja wiem; znaczy niewiele... Nie wiem ja, co to tam za historya...
— Przecież? — spytał słodko Julek, który umiał się przymilać jak dzieciak i którego głosik dziecinny, łzawy, starą udobruchał.
Rozśmiała się, grożąc mu grubym palcem na czerwonym nosie, jakby chciała powiedzieć:
— Czyż i tobie dzieciaku bezwąsy już w głowie kobieta?...
— Ale matko dobrodziejko! — przerwałem — cóż to znowu dziwnego, żeśmy ciekawi? Piękną taką kobietę niełatwo zobaczyć, a pochwalić piękność to tak, jakby oddać chwałę Bogu, który ją stworzył.
— Oho! patrzaj go! jaki rozumny — rzekła stara trochę zgorszona tem, co się jej herezyą pachnąć zdawało — przynajmniejbyście Pana Boga do tego nie mięszali.
— Ale któż to taki? — dorzucił Adolf.
Kobieta zbliżyła się do stołu, przy którym siedzieliśmy; i gdy Adolf płacił jej za mleko — nie bez ochoty ujęcia naddając coś nad jego cenę, — oparła się oburącz, pochyliła nad naszemi głowami, zniżyła głos i poczęła pocichu:
— Nie myślcie paniczyki, żeby to sobie była tak jaka pospolita dziewczyna! ho! ho! to pańskie dziecko... ale w nieszczęściu.
— Zaraz z twarzy widać — szepnął Adolf, który był trochę arystokrata i w piękność duszy wierzył wszędzie, ale wdzięk ciała zostawiał tylko uprzywilejowanym.
— Niewiele ja tam o tem wiem — rzekła baba — ale co wiem, to powiem paniczykom; to nie żaden sekret...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.