Milczenie (opowiadanie)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Edgar Allan Poe
Tytuł Milczenie
Pochodzenie Życie tygodnik
Rok II (wybór)
Wydawca Ludwik Szczepański
Data wydania 1898
Drukarz Drukarnia Narodowa F. K. Pobudkiewicza
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz J. Ra
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały wybór
Pobierz jako: Pobierz Cały wybór jako ePub Pobierz Cały wybór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały wybór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
EDGAR ALLAN POE.
MILCZENIE.

Posłuchaj mię — powiedział pewnego razu Szatan, kładąc rękę na mojej głowie. Kraina, o której ci opowiem, jest ponurą Libijską krainą, położoną nad brzegami rzeki Zairy. Niema tam odpoczynku ani milczenia. Niezdrowe wody tej rzeki są koloni zgniłego szafranu — i nie płyną nigdy ku morzu, lecz drżą bezustannie pod krwawem okiem słońca, w spazmatycznem a bezsilnem poruszeniu.
A z obu stron tej rzeki o korycie pełnem namułu, na przestrzeni mil kilku rozciąga się blada pustynia olbrzymich nenufarów.
W samotności jedne ku drugim szlą swe westchnienia — wyciągając ku niebu długie jak u widm szyje, kołysząc wiekuiście trwałe łodygi. I słychać pomiędzy nimi jakby szepty stłumione, rosnące czasem do potęgi grzmotów podziemnych. I jedne ku drugim szlą swe westchnienia.
Lecz na kraju ich państwa wznosi się granica — a tą granicą jest las ciemny, ponury, bez kresu.
Tam — jakby fale u stóp Hybrydów, w bezustannym ruchu wznoszą się i opadają drzew mniejszych gałęzie. A przecież nie ma wiatru w przestrzeni.
Stare leśne olbrzymy chwieją się z ponurym łoskotem w jedną stronę i drugą. Z wierzchołków ich szczytów łzy wiecznej rosy spływają — a u stóp ich dziwaczne kwiaty, o kielichu przepełnionym jadem, targają się we śnie niespokojnym. A nad ich głowami z głuchym szelestem żałoba chmur czarnych przechodzi, ku zachodowi się tocząc, aby tam skłębionym wodospadem runąć w płomienistą otchłań horyzontu. A przecież nie ma wiatru w przestrzeni — a nad brzegami Zairy spokoju niema, ani milczenia.
Noc była — i deszcz padać począł — spadał kroplami — a spadłszy, w krew się przemieniał. Ja pośród smukłych nenufarów na moczarze ukryty, poczułem na mej głowie te wielkie spadające krople — i nenufarów policzyłem westchnienia, płynące jedne ku drugim w cichym majestacie ich smutku.
I nagle przez mgieł grobowych całuny przedarł się księżyc. —
A księżyc był barwy szkarłatu.
I wtedy oczy moje spoczęły na ogromnej, szarawej skale, co nad brzegiem rzeki wzniesiona tonęła w krwawej kąpieli księżyca.
— A skała ta była szarawa, złowroga i bardzo wysoka — a skała ta była szarawa.
Na jej czole kamiennem były wyryte litery. I przez moczary nenufarów przedzierać się począłem aż na kraj rzeki, by litery w kamieniu wyryte przeczytać.
Odczytać ich jednak nie mogłem.
I powracałem już do nenufarów ukrycia, gdy księżyc krwawszym zabłysnął szkarłatem. Odwrócony spojrzałem znowu na skałę i na wyryte na niej litery — a litery te utworzyły słowo: Smutek.
Spojrzałem w górę; na szczycie skały cień się zarysował — skryłem się w gąszcze nenufarów, aby śledzić czynności tego człowieka.
A człowiek ten był wyniosły i majestatyczny — od stóp do ramion owinięty w togę starożytnej Romy.
Kontury w mgle się rozpływały — lecz jego oblicze, Bóstwa było obliczem. Bo przez płaszcz nocy i mgieł zasłony, przez rosy krople wilgotne — jaśniała twarz jego promienna.
Myślące i wyniosłe miał czoło — oczy od smutków zapadłe, a w każdym rysie twarzy czytałem ból i znużenie — i wstręt do ludzi — i samotności wielkie pragnienie. Człowiek ten usiadł na skale i głowię na rękach sparłszy, po smutku tym powiódł oczyma.
I śledził krzaków ruchy niespokojne — i drzew odwiecznych szelesty, a potem spojrzał wysoko i nieba dojrzał tajemne wahanie i księżyca krwawe szkarłaty. A ja zaczajony w nenufarów ukryciu czynności jego śledziłem.
A człowiek ten drżał w samotności... Tymczasem północ się zbliżała, a on siedział nieruchomy na skale.
I wreszcie oczy od nieba odwrócił, i patrzył na ponurą rzekę Zairę, na jej fale mętne i żółte — na bladych nenufarów rzędy i dosłyszał ich ciche westchnienia i szepty pomiędzy niemi krążące.
— A ja zaczajony w moim ukryciu czynności jego śledziłem. A człowiek ten drżał w samotności... Tymczasem noc się zbliżała, a on siedział nieruchomy na skale. Zapuściłem się wówczas w topiele bezbrzeżnych trzęsawisk i depcząc las gnących się nenufarów, wołałem hypopotamy, zamieszkujące głębie moczarów. Hypopotamy, usłyszawszy moje wołanie, podeszły z głuchym pomrukiem do stóp skały i straszliwiej głośno do księżyca ryczeć poczęły.
— A ja zaczajony w mojem ukryciu czynności tego człowieka śledziłem. Człowiek ten drżał w samotności... Tymczasem noc się zbliżała, a on siedział nieruchomy na skale.
Przekląłem wówczas żywioły przekleństwem wrzawy straszliwej. — Niebo zczerniało od jej potęgi. W głowę człowieka deszcz bił strumieniami. Fale rzeki wystąpiły z brzegów, wyrzucając szmaty mętnych pian. We wodnem swem łożysku jęczały blade nenufary. Wicher obalał konary odwiecznych drzew. Rozlegał się huk grzmotów i rozbłysły krwawe pożogi błyskawic. Skała poczęła się chwiać w swych posadach.
— A ja zaczajony byłem wciąż jeszcze w ukryciu, aby śledzić czynności tego człowieka. A człowiek ten drżał w samotności... Tymczasem noc się zbliżała, a on siedział nieruchomy na skale.
Więc wówczas gniewem się już uniósłszy przekląłem przekleństwem: Milczenia — rzekę — i nenufary — i wiatry — i lasy — i niebo — i grzmoty — i nenufarów tęskne westchnienia. Natychmiast oniemiało-wszystko, co tylko dotknięte zostało przekleństwa mego potęgą...
Ustała żmudna wędrówka księżyca —
i skonały grzmotów pomruki
— i pogasły ognie błyskawic
— i chmur całuny zwisły nieruchomo
— i fale rzeki spoczęły w niemem korycie
— i zamilkły szelesty i szumy drzew
— i pocichły nenufarów westchnienia
— i żaden szmer nie przeszedł po rzędach milczących nenufarów
— i żaden dźwięk nie zadrżał w bezdennej ciszy pustyni.
Spojrzałem na litery, na skale wyryte. Treść ich była zmieniona: utworzyły słowo Milczenie... Wówczas spojrzałem w oblicze człowieka; — twarz jego pobladła od zgrozy. I nagle podniósł głowę, opartą na rękach — powstał — wyprężył się — i nadsłuchiwać począł — lecz nie było głosu w bezdennej ciszy pustyni. A słowo wyryte na skale było: Milczenie... i struchlał wówczas ów człowiek i odwróciwszy oblicze począł uciekać daleko — daleko — aż cienie nocy zakryły go moim oczom.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Otóż jest wiele jeszcze pięknych baśni w starych księgach Magów — w smętnych, w żelazo okutych księgach Klagów. Są tam — powiadani Wam — wspaniałe opowieści o Niebie i Ziemi — o morza wielkiej potędze — o Geniuszach, co niegdyś nad morzeni — ziemią i niebem panowały. I mądrość słów Sybilli jest w nich przechowaną — i święte, święte rzeczy, zasłyszane niegdyś przez owe ponure liście, co drżały wokoło Dodony; — ale jak prawdą, iż wiecznie żywym jest Allah — tak uważam tę baśń opowiedzianą mi przez Szatana, siedzącego koło mnie w cieniu otwartej mogiły, za najdziwaczniejszą chyba ze wszystkich!...
— A gdy Szatan opowieść swą skończył, stoczył się we wnętrze głębokiej mogiły i zawył śmiechem piekielnym. A ja nie mogłem śmiać się z nim razem — więc mię przeklął dlatego, że śmiać się nie mogłem...
...A ryś, zamieszkujący wiecznie mogiłę, wypełznął, położył się do stóp Szatanowi i badawczo patrzył mu w oczy.

Tłumacz J. Ra.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edgar Allan Poe i tłumacza: anonimowy.