Matka królów/Tom I/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Matka królów
Podtytuł Czasy Jagiełłowe
Pochodzenie Skany na commons
Data wydania 1883
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
VIII.


Była wiosna 1427 roku, dobrze już rozpoczętą, a nadbużne okolice stały zielone i wonne w całym blasku piękności swej dzikiej nieco, pierwotne przypominającej wieki.
Słowiki śpiewały nocy całe, a gdy nad łąkami okrytemi świeżemi traw kobiercami, zaświecił księżyc w pełni, i przy tej muzyce ptaszej, zdala ozwały się bąki w trzcinach i wiszarach... jakby godziny wywołujące puszczy... gdy wiatr powiał od rozwiniętych brzóz — taki urok miała ta okolica lasami zarosła, przecięta rozlaną rzeką, iż sen odbiegał z powiek znużonych ludzi, aby się widokiem tym nasycać mogli.
W małym zameczku Horodelskim, do którego Witold go ściągnął, Jagiełło od dwóch dni oczekiwał na niego. Boże Narodzenie spędziwszy na łowach w lasach około Grodna, ciągnął potem niezmordowany starzec do Chełma, na Ruś. Święta Wielkanocne odprawił w Przemyślu i z tych stawił się przed Świętym Krzyżem do Horodła.
Tu w tym cichym kącie, czuł się jak w raju.
Lasy, które tak kochał, otaczały go, nie potrzebował szat paradnych wdziewać dla nikogo, leżał na pościeli tak długo jak chciał, za stołem, wodę popijając, siedział gawędząc ze swą czeladzią, a nocą mógł słuchać słowika, którego lubił.
I teraz właśnie, wieczorem wyszedłszy z zameczku między drzewa stare, na prostym klocu siadł, rękami podparł głowę, a zasłuchiwał się w pieśniach wiosennego śpiewaka.
I dumał. Czasami zdawało mu się, że tę dziwaczną pieśń, jak słowa ludzkie rozumiał, że ona mówiła mu coś o tych wszystkich niepojętych rzeczach, które się działy na świecie. To znowu muzyka stawała się nieodgadniętą, nierozwikłaną, a była tak piękną!
Księżyc wybił się nad lasy na czystem niebie wiosennem i w wodach rzeki a wylewów szerokich siał srebrnemi smugami. To było dla oczu... Powietrze nawet dostroiło się do uroczystości nocnej i zaprawiło wonią niezrównaną... Czuć było w niej pączki brzóz, pąkające dęby i klony, zapachy sosen i jodeł, wyziewy wody i tchnienie traw a nocnego kwiecia zwiędłego.
Uśmiechała się twarz staremu królowi, a myśl jego mimowoli cały przebieg długiego życia ścigała po rozerwanych pasmach pamięci...
Przeżył tak wiele, dożył czego się nie spodziewał, tyle pogrzebał nadzieli i tyle nowych wytrysnęło z ziemi: Jadwiga i Kraków, Wilno i Hawnul, pogańskie świątynie, ognie i dęby, tam gdzie teraz stały kościoły; małżeństwo z Anną, śmierć jej, nieszczęsne gody z Granowską, śmierć biednej starej, nowe zaślubiny, Sonka... syn jeden, drugi umarły, trzeci spodziewany...
A obok, ciągle Witold, Krzyżacy, Zygmunt... Zbyszek...
Życie mu już ciężyło, gdyby nie łowy i lasy... W lasach mu było najlepiej, z ludźmi ciężko. Ustępował im, obdarzał, nie dawali mu pokoju... W lasach śpiewał dla niego słowik, szumiały drzewa i może stare bóztwa Litwy odzywały się do niego...
Jagiełło żegnał się wspominając je, lecz zemsty ich bał się zawsze i gotów je był potajemnie przebłagać.
Nieraz na myśliwskim noclegu, gdy wielki ogień zapłonął, przypominał mu się ten potężny, odwieczny, który on sam gasił przed laty na Żmudzi.
Wszystkie cienie przeszłości przesuwały się przed nim, witał je westchnieniami i żegnał — znikały.
Lecz natychmiast zjawiały się inne, a gdy brakło umarłych, przychodzili żywi... Dwaj szczególniej pokoju jego nieprzyjaciele, ci co mu nie dawali życia kosztować swobodnie: Zbyszek i Witold.
Lękał się ich obu.
W oczach jego wyrósł ten Oleśnicki, niemal z chłopięcia w olbrzyma, a nieustraszony był, a gardził śmiercią, a mówił prawdę gorzką... Był to mąż boży, ale straszny jak archanioł z mieczem...
On go wypiastował sam, teraz Zbyszek jemu panował.
Witold, tego on znał od dziecka jako bohatera i wodza; dał go dlatego, o rodzonych zapomniawszy braciach, kochanej Litwie, aby ona rosła i rozprzestrzeniała się pod nim.
Stało się, jak chciał, lecz teraz odrywała się już od Polski...
Jagiełło milczał...
Żal mu jej było, a w sercu radował się, że się tak stała potężną.
Witold i Zbyszek, Litwa i Polska bojowały teraz z sobą po nad głową starca, a on nie wiedział komu miał życzyć zwycięztwa...
Mówił więc sobie, że Bóg będzie wiedział najlepiej jak tę sprawę rozsądzić. Tymczasem słowik śpiewał, księżyc świecił, a puszcza mówiła królowi do ucha co kryła w sobie... On jeden znał jej tajemnice. Noc była cudna... cisza wielka, a na jej tle jak misterny haft złoty dzierzgała pieśń słowicza...
Królby był chciał całą tak nockę przesiedzieć do rana, przedumać... Czuł się prawie szczęśliwym.
Wtem cień ujrzał ruchomy przed sobą, który mu niespodziane jakieś przyjście natręta zwiastował, choć zatopiony w dumaniu, nadchodzącego nie słyszał. Domyślał się król któregoś z domowników, troskliwych o to, aby go zapędzić do pościeli i podniósł głowę nierad...
Przed nim stał Witold...
Z okrzykiem zerwał się król z kłody, na której siedział i rzucił się go ściskać, uradowany.
Wielki książe witał go, ale chłodno, ale smutnie, z powagą i bez radości.
Po za niemi z za drzew, widać było jasne okna pootwierane w zameczku i Jagiełło ująwszy brata pod rękę, chciał prowadzić zaraz do komnat przygotowanych.
Witold z początku się zawahał, jakby z nim chciał sam na sam pozostać, podumał trochę, pożałował może wesołego starca, którego szczęście przybywał zburzyć nielitościwą i okrutną dłonią, wstrzymał się i szedł z nim posłuszny.
Trudno mu było zawsze pohamować i ukryć co miał w duszy i teraz też, gdy gotów był wybuchnąć, musiał przemódz się, aby Jagiełłę do ciosu, który mu miał zadać, przygotować.
Oskarżenie Sonki, przyprowadzało go tu umyślnie, z tem jednem jechał do króla. Zastał go tak szczęśliwym, wesołym, dobrodusznie rozochoconym, odmłodzonym tą wiosną, iż musiał sprawę odłożyć do jutra.
Jagiełło prowadząc go, dopytywał się o Ruś, o wyprawę do Pskowa, a to co zamierzał dalej.
Witold przerywał mu wymówkami jeszcze o ów młyn, którego Krzyżakom tak długo dać nie chciał.
— Bracie mój — tłumaczył się Jagiełło — dałbym ci dla tych nicponiów trzy młyny nie jeden, byleś się nie gniewał na mnie — ale Polacy wiedzą dlaczego ich tam do rzeki dopuścić nie chcieli... Widziałeś Zbyszka.
— Twojego króla i króla Polski — odparł Witold — boć on panuje... a zuchwały jest...
— Rozumny i nieustraszony — rzekł Jagiełło. Szanuję go.
— Szanuję go i ja, ale gdybym Jagiełłą był, siedziałby w Chęcinach, lub dawno dał pod miecz głowę!
Przeraził się Jagiełło.
— Rzym! Rzym! — zawołał cichym głosem.
Weszli tak mówiąc na zamek...
Ledwie on zasługiwał na to nazwisko, tak szczupły był, zaniedbany i niepozorny. Kilka izb na dole mieszkalnych, tylko tak niewymyślnego jak Jagiełło króla zaspokoić mogły. Przed przyjazdem jego powysypywano klepiska piaskiem, gdzie podłóg nie było, ściany wybielono... Za sprzęt służyły ławy proste, a stoły takież i police w murach... W królewskiej sypialni wysoko wysłane łoże z siana okrywały skóry... na stole paliło się kilka świec woskowych, stał dzban prosty z wodą i kubek srebrny.
W drugiej izbie obok przygotowano takie same dla Witolda łoże, a na przeciwko pokotem mieli się pokłaść towarzyszący dwom panom.
Reszta czeladzi mieściła się jak mogła na małem horodyszczu wśród wałów, a nawet po za niemi...
Noc była późna, Witold już wieczerzać nie chciał, powiadał się znużonym. Zdala pierwsze koguty piały... Ręce sobie podali i rozeszli się do spoczynku.
Jagiełło szedł do łoża z troską jakąś w sercu, wejrzenie ponure i ostre Witolda nic mu dobrego nie zwiastowało. Miał on przenikliwość czasem wielką i odgadł, że mu jakąś burzę z sobą przynosił... Pewnie skargi na Zbyszka i na Polaków, pewnie rady jakie na ich poskromienie. Lecz... zapóźno było rozhukanych wstrzymywać.
Legł król przewidując na jutro walkę, której nie lubił, czuł się słabym do niej. Słowem nie władał, a pokój tak kochał.
Dzień po nocy jasnej wstał cały obleczony mgłami, wilgotny, smutny. Słońce się wybić nie mogło z oparów, obłoków i mgły, która na błotach osiadła.
Znaleźli się oba przy rannym stole i kubkach wody świeżej, bo oba nic nad nią nie pili.
Witold był zadumany i milczący.
Rozmowa się z zimnych jakichś pieluch nie mogła rozpowić.
Na zły czas i na złą myśl Jagiełło miał jedno lekarstwo. Gdy jeść przestali, rzekł do Witolda.
— Jedźmy w las!
— Jedźmy, ale sami — odparł Witold. — Mam z tobą mówić na osobności, a żadne ucho ludzkie słyszeć nas nie powinno.
Jagiełło spojrzał strwożony.
— Tajemnicę mi przywozisz?
— Wielką a smutną — rzekł Witold. — Cześć twoja i szczęście od niej zależą. Nie pytaj mnie tu. Jedźmy.
Konie zawsze w pogotowiu stały...
Myśliwcy Jagiełły, łowcy i komornicy sądzili, że im z sobą jechać każe... Dał znak ręką, aby pozostali. Ruszyli sami w milczeniu, już dla króla brzemiennem trwogą. W duchu odmawiał jakieś zaklęcia i przypominał sobie, czy dnia tego lewej nogi wprzód nie ozuł przed prawą.
Dla niego to zawsze nieszczęście wróżyło. Dnia tego roztargniony, nie był pewnym, zdało mu się, że się mógl omylić.
Wyjechali na szeroki, pusty gościniec, konie szły powoli. Witold nachmurzony przed siebie patrzał.
— Mów, bo mnie to piecze... coś zapowiedział — zamruczał Jagiełło.
— Dowiesz się złego aż nadto prędko — rzekł Witold — a no mężem jesteś i serce powinieneś mieć hartowne, niech cię to nie zatrważa zbytnio. Na wszystko poradzimy.
Jagiełło słuchał, nie mówiąc słowa, spluwał i rzucał coś po za siebie. Twarz jego wczoraj rozpogodzona, ciemniała i nabierała wyrazu zgrzybiałej starości.
— Dałem ci sam Sonkę — odezwał się Witold — masz ją z mojej ręki, jam winien, i dla tego ratować cię chcę.
Ona cię zdradza.
Król krzyknął i powstrzymał konia.
— Kłamstwem to jest. Sonka!
— Słuchaj, bądź cierpliwy i mężny — przerwał książe. — Na wiatr nigdy nie mówię słowa. Patrzyłem na ciebie, szpiegowałem, wiem i jestem pewnym, że ona ci jest niewierną.
Bladość żółta okryła twarz Jagiełły, głos zamarł mu w ustach i ledwie mógł wyjąknąć.
— Mów, mów wszystko!
— Miałem i mam na dworze, u jej boku ludzi, co patrzyli na wszystko i donosili mi — rzekł Witold. — Tyś stary, ona młoda, nie pilnowałeś, ufałeś jej i ludziom, co dziwnego, że cię ten los spotkał?
Pół roku niema pana w domu, otworem drzwi. Na dworze młodzieży pełno, dobrała sobie ulubieńców, jest ich dość. Cieszysz się potomstwem, a...
Jagiełło nie dał mu dokończyć.
— Gardło dadzą! precz pójdzie! — zakrzyknął.
— Czekaj! naprzód połapać potrzeba i dowieść winy... Żywa dusza wiedzieć o tem niema, dopóki winowajcy nie będą w ręku. Mam ich imiona... Nim wiadomość dojdzie do Krakowa, trzeba się zabezpieczyć, aby nam nikt nie uszedł... Do mnie ich odeszlesz, ja prawdy z nich mękami dobędę, jeśli jej dobrowolnie nie powiedzą.
Tyś za słaby, ciebie oni łzami przemogą, okłamią. Do mnie przyszlij dziewczęta jej, które pomagały do wszystkiego, do mnie ją samą odeślij pod strażą silną. Ja ją osadzę na zamku gdzie i zamknę... Winowajców pod miecz...
Król przerażony, z głową spadłą na piersi, nie mógł nic odpowiedzieć.
— Dziecko moje! syn! — zawołał rozpaczliwie... Tak... syn to mój... ja go się nie wyrzeknę...
— Syna ci nikt nie odbierze — odparł Witold — ale dość ci jednego...
Z królową tą, ty dłużej żyć nie możesz... Ja jakem ją dał, tak zabiorę, a zaprawdę ciężki grzech odpokutuje ona dobrze... W wieży ją posadzę! na chleb i wodę, łotrzycę!
Z namiętnością wielką krzyknął to Witold rękę podnosząc do góry.
Jagiełło jechał osłupiały, gniew w nim walczył z żalem, łkanie jakieś słowa mu tłumiło. Chciał mówić i nie mógł.
— Witoldzie — przerwał zdobywając się na wysiłek. — Ona miała i ma nieprzyjaciół. Patrz by ją nie okłamano... Srogim występkiem byłoby ciemiężyć niewinną niewiastę.
— Ona! niewinną — wybuchnął Witold — ja ją od dziecka znam. Kiedym ci dawał młode i piękne dziewczę, przypomnij sobie, w Nowogródku, mówiłem ci — strzeż się i pilnuj, bo to krew Rusinki, która gdy śpi, wydaje się jak woda zamarzła, ale gdy się poruszy, ukropem tryska...
Jakby nie słyszał tych słów, Jagiełło się zwrócił ku niemu.
— Imiona mi mów... imiona... kto?
— Komorników jej dałeś młokosów — zaczął Witold.
— Ochmistrzem jest Nałęcz stary...
— Takim jak ty mężem, a on i ty obaście ślepi. Nie winien on, ale szlachta bezwąsa, co za nią ogony nosiła i na usługach jej była... Pierwszy z nich, najulubieńszy... Hincza z Rogowa...
Usłyszawszy to imię, król się tak rzucił na koniu, że ten przelękły poskoczył z nim w bok i ledwie go mógł powstrzymać.
— Hincza! ten! któregom ja głaskał i pieścił. Zdrajca! on!
— A któż nas zdradza, jeśli nie ci, których my łaskami obsypujemy? — odparł Witold.
— Hincza! — jeszcze raz powtórzył król zadumany.
— Ale i inni tam albo wspólnicy lub pomocnicy tacy dobrzy jak on — dodał książe. — Jaszko z Koniecpola, Szczekocińskich dwu, Wawrzyn Zaręba...
Z zakąszonemi usty i oczyma iskrzącemi, słuchał, po cichu sobie powtarzając te imiona król.
— Naprzód dwie jej pomocnice, co przy niej dniem i nocą na straży bywały i drzwi pilnowały, wziąć trzeba i wysłać do mnie — mówił Witold — dwie Szczukowskie, Kaśkę i Elżę, ja z nich wszystkiej prawdy dobędę...
Sonkę znam! Z tej ani grozą, ani łaską, nie wymożesz wyznania. Umrze a nie powie nic. Sługi jej wyśpiewają mi wszytko...
Tylko nie wydaj się zawczasu!...
Jagiełło już był pod władzą brata, chwilę krótką burzył się i walczył, teraz poddawał się wszystkiemu czego on mógł wymagać.
Witold też uczuł, że zapanował nad nim.
— Niczyjej oprócz mojej pomocy ci niepotrzeba — rzekł — ja biorę sprawę na siebie. Sonki ani puszczaj na oczy, łzami cię zmiękczy, okłamie bezwstydna... Imiona winowajców ja ci dam, nie przebacz żadnemu. Głową powinni nałożyć dla czci twojej.
— Pójdzie to po świecie... na srom mój — jęknął król — nie zataić tego...
— Nikomu to nie tajne już oprócz ciebie, nie masz co oszczędzać sławy straconej. W Krakowie na ulicach palcami jej ulubieńców wytykają. Znają ich wszyscy...
Przykładnej kary trzeba.
Król milczał, zatrzymał konia, jakby ku zamkowi chciał zawrócić, ale Witold jechał dalej.
— Mamy jeszcze do mówienia wiele — odezwał się — a ty ochłoń, aby gdy powrócimy, twarz cię nie zdradziła. Jedno słowo niebaczne, a słuszna pomsta się nam z rąk wyśliznie. Sonka jest zręczną, na złodziejach czapka gore... Rozbiegną się najwinniejsi, a nam trzeba dowodów winy i wyznań.
Wprawdzie mam to za pewne co mi z Krakowa przyniesiono i nie od dziś o tem wiem, ale dla ukarania Sonki zeznań potrzeba...
Na męki ich, na męki!!
Spojrzawszy na znękanego, zgiętego, wybladłego króla, Witold z gniewem dodał.
— Bądźże mężem, niech ci dla głupiej niewiasty serce nie pęka, niewarta ona tego...
— Ostatniąm miał i miłowałem ją jak żonę i jak dziecko — odezwał się król bolejącym głosem. — Nie dziwuj się mi i nie łaj. Ostatek życia zatruła, na kolebkę dziecka padł cień... nieprzyjaciele nasi.
Łkając mówił przerywanemi wyrazy, a Witold spoglądał nań, śledząc jego uczucia. Chciał mu się dać wynurzyć, aby wiedział, co ma czynić dalej.
— Na Boga żywego — dodał Jagiełło — choć powiadasz, że wszyscy wiedzą o tem, potrzeba im gęby zamknąć, ostrożnie i tajemnie to spełnić, wrzawy nie budzić, oczów nie zwracać.
— Nie trzeba się samym oszukiwać — przerwał Witold — tajemnica się póty uchować może tylko, dopóki winnych nie weźmiemy. Sonkę pod strażą odeszlij do mnie? rozumiesz?
Nie odpowiedział król.
— Na Boga — rzekł — o to się naradzić potrzeba... Na cóż mam ją odsyłać, jest u mnie zamków dosyć, osadzę ją na jednym z nich.
Rozśmiał się Witold szydersko.
— Ja ciebie znam — wtrącił gwałtownie — osadzisz ją, potem za nią zatęsknisz, odwiedzisz, przewrotna niewiasta rozpłacze się, przebaczysz i weźmiesz napowrót do Krakowa.
— Nie — zawołał Jagiełło — zdrady jej nigdy nie daruję! Byłem dla niej dobrym, powolnym, ufałem jej, nie posądziłem nigdy... nie!! Srogo zawiniła.
— Odeszlesz ją na Litwę — zawołał Witold nalegając. — Obstaję przy tem... U was ona ma i mieć będzie sojuszników, przyjaciół, pomocników. Ty sam za siebie nie możesz ręczyć.
Zadumany jechał jakiś czas Jagiełło, nie zdając się słuchać nawet Witolda, nagle podniósł głowę i wejrzał na brata.
— Ale przedewszystkim — zawołał — trzeba się o winie przekonać! Cóż to jest? dotąd próżne gadanie ludzi, zazdrośników, wrogów. Na kogóż oni nie rzucą potwarzy? Wszak Gniewosz z Dalewicz śmiał tę świętą panią moję Jadwigę obwiniać? Wszak łotry Annę spotwarzali? Tak samo i na Sonkę mogą...
— Nie! nie! — przerwał silnym głosem Witold — ty mnie znasz, ja łatwowierny nie jestem, nie śmiałbym ci pokoju zmącić, gdybym nie był pewnym tego co mówię. Od roku śledzę. Chciałem być przekonanym, wiem imiona, nazwiska, dni niemal kiedy swawole na zamku wyprawiano... Daj mi Szczukowskie, co do nich dopomagały, Kaśkę i Elżę, a ja prawdy resztę dobędę.
Znowu król zdawał się przekonanym i smutnie zwiesił głowę.
Szczukowskie — rzekł — dobrze... ale jeśli je wezmą, popłoch pójdzie...
— Razem potrzeba komorników uwięzić — dodał Witold...
— Królowa w takim stanie, że podróży odbywać nie może — szepnął Jagiełło... Ludzie, ludzie...
Witold ruszył ramionami.
— Czyń teraz z królową co chcesz — przerwał z goryczą i niecierpliwością, ale gdy zeznają kobiety, że winną jest, naówczas natychmiast ją precz odpraw... Osadzę ją w Krewie albo w Nowogródku, gdzie było wesele, aby opłakiwała winę swoją.
Przebaczysz jej, gorzej cię wyśmieją ludzie. I tak szydzą już, że królem jesteś ledwie z nazwiska, a szlachta ci pod nosem przywileje szablami rozcina; dasz się jeszcze bezkarnie zwodzić żonie?
Król zamruczał coś niewyraźnie. Zawrócili nazad ku zamkowi.
— Dziękuję ci za przestrogę i pomoc ofiarowaną — odezwał się Jagiełło po namyśle. — Tak lepiej będzie, zdam wszystko na ciebie... czyń co uznasz potrzebnem, ale nie bądź okrutnym.
— Sprawiedliwym być muszę — odparł Witold. — Kto pobłaża złym, ten jest sam przyczyną złego... Tyś za miękki; dlatego Polacy z tobą czynią co chcą. Na twem miejscu — dodał książe — wiedziałbym jak sobie poczynać. Rozdałeś ogromne skarby i ziemi przestrzenie na kupienie sobie niewdzięczników, jabym był mniejszemi pieniędzmi kupił znaczniejszych, aby resztę okiełznać, a przywileje ich, jabym szablą moją w kawały podarł...
Król głową potrząsał.
— Kupił? tybyś ich kupił? — odparł. — Kupże, sprobuj Zbyszka biskupa? kup Tarnowskiego i Tęczyńskich? Dałbyś im królestwo całe, a nie wzięliby ich za sumienie swe... Ty ich nie znasz! a swobody swoje oni wyżej niż życie cenią...
Na to Witold tylko ruszeniem ramion odpowiedział. Szybszym krokiem powracali ku gródkowi milczący. Pomimo że król doznane wzruszenie chciał ukryć przed oczyma ludzkiemi, ci co go znali, gdy zsiadał z konia w podwórzu, postrzegli łatwo, że wielkiej doznać musiał przykrości.
Lecz nie było w tem nic nadzwyczajnego. Nigdy prawie spotkanie się z Witoldem nie przynosiło radości Jagielle, znosił zawsze od niego wymówki, walka była nieustająca.
Nikt się nie mógł domyślać o co chodziło, lecz z samotnej przejażdżki, w której nikt im nie towarzyszył, wnoszono, że sprawa ważną być musiała.
Panowie polscy towarzyszący Jagielle, kapelan jego, pisarz, łowczy, komornicy, spoglądali na pana, który wczoraj jeszcze tak był wesół, z politowaniem.
Przy ludziach nie mogąc mówić więcej o tem Jagiełło, zostawiony sam sobie z tajemnicą, która mu ciężyła, naprzemiany to się burzył i zemsty pragnął, to rozważał czy Witoldowi, który już niejeden dał dowód niechęci dla Sonki, zupełną mógł dać wiarę.
Przyrzekł mu w pośpiechu wszystko, zdał się na niego, teraz rozważał, jak to miał dokonać co między niemi umówionem było? Potrzebował oprócz Witolda rady i pomocy czyjejś, a tej napróżno szukał koło siebie...
Sam jechać do Krakowa, aby spełnić wyrok, nie mógł. Znał nadto dobrze samego siebie.
Potrzeba było spiesznie wyprawić zaraz kogoś z rozkazem uwięzienia dwóch kobiet i odesłania ich Witoldowi, a więc zwierzyć się z całej tej sprawy, którą Jagiełło rad był osłonić tajemnicą? komu?
Przez cały dzień szeptali do siebie z Witoldem, a król dręczył się niewypowiedzianie.
Jedną trudnością więcej dodawała ta okoliczność, iż królowa, wedle dawniejszej umowy z Jagiełłą mając się spotkać na Rusi, musiała już gdzieś być w drodze ze swym dworem... Król do Krakowa, który mu obrzydł, jechać nie chciał... Lato i jesień miał spędzić w lasach około Przemyśla, a na zimę, jak zwyczajnie, udać się do Litwy. Po całej nocy bezsennych rozmyślań, Jagiełło wstał mniej niż wczoraj pewien jak ma sobie postąpić. Witold zacięty widział już w tem wahaniu się zaród zmiękczenia, na które nie chciał pozwolić.
Gdy wyszli razem na rozmowę między drzewa, Jagiełło niemal płaczliwie domagał się odłożenia całej sprawy, Witold wpadł nań gwałtownie z wyrzutami, iż on sam siebie szanować nie umie...
Przeciwko takim wybuchom Jagiełło siły do oporu nie miał.
— Ja wszystko biorę na siebie — krzyknął w. książę — tyś bezwładny i pozbawiony woli, przyrzeczesz, nie zrobisz nic...
Królowa musi być w drodze ku Przemyślowi, moich ludzi wyślę z twoim rozkazem, aby Szczukowskie przywieźli, a komorników podług imion i nazwisk uwięzić kazali.
Chciał się opierać Jagiełło, mówić mu nie dopuścił Witold.
— Ja z moimi ludźmi milczenia przynajmniej pewien jestem — zawołał — bo wiedzą, że głowy ważą, gdyby śmieli mnie zdradzić, a ty na twoich rachować nie możesz...
Wymógł zaledwie Jagiełło, iż królowej nie mieli tykać, ani więcej nikogo nad dwie obwinione kobiety zabierać z sobą, gdyż szlachty polskiej, gdyby kto inny oprócz króla porwał się na nią, wszystkie rodyby broniły, póki wina nie zostanie dowiedzioną.
Chociaż Witold śmiał się ze wszystkich zastrzeżeń prawnych, lekce je sobie ważąc, musiał na to przystać, że rozkaz uwięzienia komorników miejscowe władze spełnić miały.
Zaledwie się na to zgodzono i Jagiełło przyzwolił, a Witold swoim ludziom miał wydawać rozkazy, gdy król zawahał się znowu.
Przyszło do gwałtownej pomiędzy braćmi sprzeczki.
Żądał Witold, aby ludzie jego jadący po Szczukowskie, zawieźli królowej rozkaz zawrócenia do Krakowa. Nie chciał, aby się z nią widział Jagiełło, obawiał się tego... On opierał się znowu, przyzwalając zaledwie na to, aby królowa tam, gdzie ją znajdą wysłani, zatrzymała się do dalszych rozkazów.
Książę rzucał się i urągał.
— Ty więc zawsze jeszcze łudzisz się tą nadzieją, że ona się okaże niewinną!! A ja ci powiadam, żem pewny swego, że tu już tylko dla formy baby na męki weźmiemy... bo ja co wiem, to prawdą jest.
Jagiełło nie dał się przekonać i nie ustąpił, do ostatniego kresu doszedłszy, dalej pchnąć się nie dozwalał. Chciał mieć choć cień nadziei... Ostatek pobytu Witolda w Horodle zszedł na coraz burzliwszych scenach między nim a królem. Książę lękając się, aby mu z rąk nie wyśliznęła się ofiara, napadał na Jagiełłę, szydził i rozjątrzał go... Ten powolny zwykle, wreszcie wymówki czynić począł. Zaledwie przy pożegnaniu z sobą złagodnieli nieco, a Witold dał słowo, iż się do woli króla zastosuje.
Po odjeździe księcia smutny i przybity król pozostał jeszcze w Horodle, potrzebując samotności i wypoczynku, lecz cudowna ta wiosna, którą się tak cieszył i nasycał przed kilku dniami, cały teraz urok straciła dla niego. Śpiewów ptactwa nie słyszał, bo w uszach brzmiała mu zdrada, nie widział nic przed sobą oprócz obrazu tej żony, którą kochał... niewiernej i niewdzięcznej.
Łowczy chciał prowadzić króla na toki głuszców i cietrzewi, którym dawniej przysłuchiwać się lubił. Jagiełło odmówił. Było to najgorszym znakiem... wszyscy komornicy posmutnieli. Siedział milczący po dniach całych, niepomiernie wiele pił wody i mówił sam do siebie.
Przed obcymi nie umiał i nie lubił się wywnętrzniać, unikał ich, ale z poufałymi, którym wierzył, rad był, nawet w najważniejszych sprawach radzić się i roztaczać żale przed nimi.
Tak też drugiego dnia wieczorem, gdy kapelan Mikołaj nadszedł, aby królowi, surowo posty wszystkie zachowującemu, suche dni przypomnieć, Jagiełło zwierzył się z ucisku serca.
— Bogu je potrzeba ofiarować — odparł kapelan.
Jest to wszystkim osłabłym ludziom właściwem, że sami brzemieniowi podołać nie mogąc, radzi się niem dzielą z drugiemi. Niepowstrzymał się Jagiełło, charakteru kapłańskiego będąc pewnym, iż tajemnica dochowaną zostanie, by się przed ks. Mikołajem na dolę swę nieposkarzył.
Na pierwszą wzmiankę o tem, co tu Witolda przywiodło i jakie oskarżenie ciążyło na królowej, kapłan ręce załamawszy, począł zaklinać króla, aby zbytnim pośpiechem, uległością gwałtownemu księciu, nie popełnił niesprawiedliwości.
— Miłościwy królu — zawołał — najuboższa niewiasta, chociażby kmiecia żona, gdyby ją obwiniono, miałaby prawo domagać się dowodów. Cóż dopiero gdy o królowę idzie, o matkę twojego następcy? o niewiastę na tron wzniesioną?
Kobiety zastraszone, zagrożone mękami mogą ją niesłusznie, słowy nieopatrznemi podać w podejrzenie? Stanie się krzywda straszna o pomstę do Boga wołająca.
Król wyznał naówczas jakie już wydane zostały rozkazy, z któremi Witold miał swoich urzędników wyprawić. Kapelan nastawać począł, aby zaufanego kogoś Jagiełło wyprawił od siebie, któryby, jeżeli można, Witoldowych uprzedził i czuwał, by się na królowę nie targnęli.
Słowa przekonywające ks. Mikołaja poruszyły króla, zaniepokoiły go, uląkł się, pożałował pośpiechu. Lecz cofnąć się, zapobiedz zdawało zapóźnem, a rozgłaszać zawczasu obawiał się. Chciał Witoldowi ufać i wierzyć, to gniewał się na niego.
W orszaku królewskim szczęściem znajdował się mąż powagi wielkiej, któremu Jagiełło długiemi laty nauczył się ufać jako wiernemu urzędnikowi i słudze. Był nim Zbigniew z Brzezia, marszałek, do wielu już posług, poselstw i spraw najważniejszych używany, zawsze w nich szczęśliwy, a urzędem swym i znaczeniem w kraju zajmujący stanowisko, które mu w każdym razie wystąpić dozwalało energicznie.
On jeden mógł być wyprawionym do królowej i czuwać, aby nie popełniono, coby się później naprawić nie dało.
Jagiełło musiał mu się zwierzyć. Nikt lepiej nad Zbigniewa z Brzezia, z urzędu stojącego przy królu, nie znał jego charakteru, stron słabych i dobrych. Przyjazd Witolda, potajemne rozmowy, zmiana usposobienia Jagiełły, który wpadł w smutek i zadumę, dozwalały się już domyślać marszałkowi, iż coś niepomyślnego przyszło z Litwy. Prędzej jednak dorozumiewał się nowych trudności z Krzyżakami, z samym Witoldem, coraz niespokojniej targającym węzły, które Litwę z Polską łączyły, niż takiej zemsty nad królową.
Gdy Jagiełło wezwał go przez swego kapelana do swej sypialni i z gburowatością sobie właściwą opowiedział mu wszystko, marszałek struchał z trwogi i oburzenia.
— Miłościwy panie, to są niegodziwe potwarze, należało je odeprzeć... nie mamyż my środków dowiedzenia się prawdy, ludzi wiary godnych, abyśmy się uciekali do Witolda i dawali mu mięszać się do spraw naszych? Około królowej jest siła ludzi zacnych, jak Nałęcz Malski, ochmistrz jej, mąż godzien wiary i poszanowania... Na co nam tu burzliwy i namiętny książe litewski?
Trafiłoby to pewnie do przekonania króla, gdyby nie przyszło za późno. Jagiełło wstydził się przyznać, iż pospiechem zgrzeszył, że dał się zakrzyczeć i wyrwać sobie zezwolenie. Musiał więc bronić się i sam w siebie wmawiać, że królowa była winną.
Począł marszałkowi podawać imiona, powtarzać wszystko co słyszał od brata, tłumaczyć się, że inaczej postąpić nie mógł.
— Ona jest jego siostrzenicą! onby przecież własnej krwi i rodowi nie czynił zakały, gdyby nie był pewnym winy! — zawołał. — Nie pozwoliłem tknąć królowej, dopóki przekonaną nie będzie...
Sam z siebie marszałek się zaofiarował natychmiast, nocą i dniem pędzić na szlak wiodący z Krakowa na Ruś, dognać królowę i stanąć na straży, aby oprócz skazanych już na wydanie Szczukowskich nikt nie był pokrzywdzony... Komorników wziąć pod straż, gdy była wola królewska, chciał dać kazać dlatego, aby się oczyścić mogli.
Zbigniew z Brzezia, któremu wszystko co się na dworze działo, tajnem nie było, przypomniał królowi, iż ludzie co otaczali królewnę Jadwigę, w ciągłej wojnie z dworem Sonki, nawzajem wymyślali przeciw sobie jawnie kłamliwe oszczerstwa.
Ztąd więc łatwo doniesienia mogły pójść do Witolda, który niechęć mając do siostrzenicy, więcej im dawał wiary niż należało...
Marszałek zachwiał znów królem, ale razem obudził w nim żal niezmierny, iż się dał Witoldowi ująć i bez porady niczyjej, zdał na niego sprawę.
Tegoż dnia Zbigniew z Brzezia wyruszał w pogoń, z obawą wielką, iż zapóźno przybyć może... a Zbramir łowczy i ulubieniec Jagiełły, znający słabość jego i pragnący pocieszyć i rozerwać pana, dopóty mu opiewał piękność lasów i wielość zwierza w nich, aż smutnego skłonił, że psy i konie gotować kazał i sokolników biorąc z sobą, wyruszył z Horodła w puszcze nadbużne...
W myśli może przypuszczał, iż ku swej Rusi ciągnąc dalej, spotka przypadkiem królowę??
Chciał ją choć raz widzieć jeszcze...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.