Matka królów/Tom I/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Matka królów
Podtytuł Czasy Jagiełłowe
Pochodzenie Skany na commons
Data wydania 1883
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
IX.


Wesoło ciągnęła Sonka z wyborem dworu swojego na Ruś, gdzie się z królem spotkać miała. Towarzyszyły najulubieńsze sługi i komornicy najzaufansi, ci do których była nawykłą, bo jej duszą i sercem oddani byli. Stara Femka nie opuszczała jej nigdy, bo bez niej się obejść nie mogła. Kasia i Elża Szczukowskie swą wesołością, szebiotaniem, rozmową, znoszeniem wieści, które jednostajne życie ożywiały, umiały się też stać niezbędnemi.
Komornikom przewodził Hincza z Rogowa, który najpoufalszym i najśmielszym był, a Sonce najmilszym, bo wiedziała, iż wierniejszego nad niego nie miała. Piotr Kurowski, Wawrzyn Zaręba, Jan Kraska, Jaszko z Koniecpola, dwu Szczekocińskich, ci wszyscy, przeciw którym Strasz skarżył, znajdowali się w królowej orszaku. Z Krakowa do Medyki, gdzie się Sonka z mężem spotkać spodziewała, wiosennemi dniami, powolna podróż była jakby dla zabawy przejażdżką. Stanowniczowie jechali przodem gotując noclegi, szły wozy kuchenne i czeladź za niemi, a gdziekolwiek przybywała pani, witali ją wójtowie, sołtysi, starostowie i zawczasu wszystko tak było przygotowanem, aby jej i dworowi na niczem nie zbywało.
Lud cisnął się, aby widzieć piękną młodą królowę, która naprzemiany konno i na wozie z wolna dążyła do celu podróży...
Przybywając na nocleg już wszędzie znajdowała izby smółką powykadzane, wysłane matami i kobiercami, świeże siano na posłanie i ogień na kuchni, przy którym gotowały się ryby, piekły dostarczane ochotnie zwierzyna i ptactwo...
W niejednem miasteczku wychodziła starszyzna z gędźbą, z piszczałkami, z gęślami i lirami, pieśnią witając królowę, a w kościołach uderzano w dzwony.
Sonka wstępowała do kaplic, po drodze modliła się ze swym dworem.
Nie było smutnej twarzy koło niej, ani w żadnem sercu przeczucia burzy... Owszem wyrwawszy się z murów i zamknięcia dwór, jakby odżył, cały był w śmiechu i swawoli.
Zrywano po drodze kwitnących czeremech gałęzie i osłaniano niemi wozy. Dziewczęta plotły wianki sobie i swej pani, komornicy wyścigali się, przynosząc najświeższą wodę i najbielsze kołacze...
Sonka też była godzinami wesołą bardzo i śmiała się z innemi, nie miała żadnego powodu do smutku, a jednak na noclegi przybywając, skarżyła się Femce, że ją czarne myśli ścigały. Sama nie wiedziała zkąd one płynęły... Dziecię zostawiła zdrowem, chowało się nad podziw żwawe i rzeźwe, a piękne jak matka.
Femka rozpraszać się starała chmury i napędzała dziewczęta, aby panią zabawiały.
Więc śpiewano wieczorami i prawiono baśni, a często łapano i stare niewiasty, aby wróżyły, i dziewczęta, aby wiejskie swe proste zawodziły śpiewy, których królowa słuchała rada.
We dnie około wozów jadący komornicy nigdy wytrwać nie mogli spokojni, wyścigali się na popis, biegali, podrzucali oszczepy i obuszki, łapiąc je w powietrzu, ucierali się ze sobą, wesołe wyprawiając turnieje.
Nie postrzeżono się tak, gdy cel podróży, Medyka była już bardzo blizko. W starym wielkim dworze tamtejszym, dobrze znanym królowi i Sonce, otoczonym szopami i zabudowaniami na oba dwory miejsca było dosyć. Rozbijano też dla pośledniejszej czeladzi namioty, gdy było potrzeba. Król w lasach tutejszych zwierza pełnych różnego, nietylko polować lubił, ale po nich się uganiać i tej ciszy pustynnej wśród drzew zażywać, która mu nad ludzi towarzystwo milszą była.
Nazajutrz stanąć już miała Sonka w Medyce. Nocleg przypadał w wiosce, która dworu nie miała, tylko wielką gospodę, a z tej wyrzucono dla królowej co żyło i parę chat sąsiednich przygotowano także dla dworu. Burza po południu trochę wstrzymała podróżnych, bo się przed ulewą schronić było potrzeba, na nocleg więc już po nocy dociągnęli. Troskliwi stanowniczowie parę beczek smolnych na targowicy przed gospodą zapalili, aby weselej królowej było. Z okrzykami i śmiechy dwór stanął i rozgaszczać się począł.
Hincza, który wszędzie rej wodził, pierwszy skoczył gospodę opatrzeć, nie wydała mu się piękną, lecz innej nie było.
Stoły już znaleźli pozastawiane i zapach pieczonych mięs ich dolatywał, Hincza zabierał się i tu marszałkować, gdy do konia swego wybiegłszy, bo szlachcic o nim zawsze musiał jak o sobie pamiętać, usłyszał z boku sykanie.
Odwrócił się, lecz wśród ciemności nikogo widać nie było. Sądził, że ono nie do niego się stosuje i konia, popuściwszy popręg, miał prowadzić do żłobu, gdy syk ów natrętny bliżej jeszcze dał mu się słyszeć, a przy nim jakby imię jego, głosem znajomym, choć na razie do rozpoznania trudnym, wymówione żywo.
Sądził, że to który z towarzyszów sobie igraszkę z niego czyni, gdy z ciemności wynurzyła się twarz i ręka, która mu znaki dawała.
Nie mógł poznać kto był, lecz wiedział, że nikt z towarzyszów podróży. Konia więc dając jednemu ze swoich, skoczył w tę stronę zkąd go dochodziło sykanie.
Z za zrębu gospody ręka znowu dała mu znak, wpadł więc między dwie ściany, w ciemny kąt, i nie wiedział co dalej miał począć, gdy go ktoś ujął za rękę i wgłąb tego zaułka pociągnął.
Hincza sam już nie wiedział co się z nim działo. Od ulicy i smolnych beczek jedna ze ścian słabym była oświecona odblaskiem, więc, żywy a niecierpliwy, tego, który go prowadził chwyciwszy ku światłu, zajrzał mu w oczy i krzyknął.
— Kormaniec!! a ty tu zkąd?
— Tst! tst! — odparł dyszący niespokojnie człek i oglądając się do koła, jeszcze dalej w głąb po śmieciach i brudach go prowadził.
Hinczę niewiedzieć czego strach jakiś ogarnął.
— Stój to — rzekł — mów, zkądeś się tu wziął? czego chcesz?
Kormaniec ten należał do gońców królewskich (kursorów), których nieraz z pismami wyprawiano, a był on Hinczy dobrze znany z tego, że mu on życie ocalił, gdy go w Krakowie, zasadziwszy się nań, zbóje opadli, na grosz łakomi. Kormaniec, poczciwy człek, przywiązał się do Hinczy potem tak, iż mu niemal jak pies służył. A był Rusin, ale spolaczały, dobrego serca, prostoty wielkiej i choć wydawał się jakby czterech zliczyć nie umiał, chłopski rozum miał wielki.
Zjawienie się Kormańca nie byłoby dziwnem, gdyby nie to, że się tak sobą taił. Na gońcu, chociaż silnym i nawykłym do podróży a wytrzymałym, widać było znużenie niezmierne.
Wyprowadziwszy zaułkiem Hinczę za gospodę, nie mówiąc nic, nie odpowiedziawszy na zapytanie, Rusin na kawałku pustym pod płotem pokazał mu tylko leżącą szkapę, ze łbem zadartym, z bokami wciągniętemi, która przed chwilą może padła, aby już nie powstać.
W prosty ten sposób Kormaniec powiedział Hinczy, iż tak pędził spieszno, aż mu koń się tu pod płotem wyciągnął.
— Sława Bogu — rzekł tchnąwszy — iż choć nie darmo.
Hincza patrzał zdziwiony.
— Król cię posłał?
Kormaniec głową potrząsł i uderzył się w piersi dłonią szeroką.
— Ja sam się posłałem — zawołał — aby wam, a może jeszcze komu życie ocalić.
Zbladł Hincza i słowa nie mógł przemówić.
— Wy mnie z rąk zbójom wyrwali — dodał Rusin — Bóg dał, że się wypłacę.
Ciężko mu mówić było, ocierał pot z czoła i stękał.
— Słuchajcie — dodał. — Król w Horodle w wielkim księciem Witoldem się zjechał. Poszli z sobą gadać, aby ich ludzie nie podsłuchali, między drzewa co za Gródkiem nad wodą stoją, a ja tam leżałem w krzakach... Siedli o trzy kroki odemnie, a gdy mówić z sobą zaczęli, już mi się ruszać nie było można. Witoldby ubił... Musiałem leżeć jak trup i śpiącym się uczynić.
Kormaniec zatrzymał się trochę.
— A wiecie co mówili z sobą? — dodał — że królowa pana naszego z wami zdradza, że was wszystkich trzeba do ciemnicy i pod miecz dać. Panny co są przy królowej, Witold posłał zabierać, aby je na męki brać. Was, Wawrzyna, Jaszka, Piotrasza, Dobka, Jasia, król kazał wnet uwięzić, a sierdził się i odgrażał gardłem.
We mnie słuchając tchu nie stało i ledwiem doleżał, a gdy potem przyszło wstawać, jakby połamane kości wszystkie czułem w sobie... Nie pytaj jakem siadł i zbiegł i jak powrócę, nikomu nie mów nic, siebie ratuj!! Konia wyprowadź i uchodź.
Stał słuchając Hincza, oniemiały z zadziwienia i strachu.
Los biednego człowieka nie obchodził go wcale, o własnym nawet zapomniał, na oczach mu stanęła nieszczęśliwa królowa.
Co miał począć? Ona uchodzić nie mogła, jej oznajmić nawet o niebezpieczeństwie nie było podobna... Popłoch rzucić zawczasu między kobiety, kto wie czy się godziło i przydało na co?
Siebie i towarzyszów swych niewinnymi znał, ale co tu miała pomódz niewinność, gdy groziły męki i pytki? Hincza wiedział i widział, jak w sądach prawdy się dowiadywano. Ciarki po nim przeszły.
Uciekać? to znaczyło podać się w winy podejrzenie, lecz na pierwszy ogień się nastręczyć? Hincza sparł się o płot, oczy w ziemię wlepił i choć Kormaniec pociągnął za rękaw powtarzając swoje.
— Uchodź, pókiś cały... uchodź — tak mu się w głowie zamąciło, iż nie wiedział sam, co z sobą, co z drugimi poczynać.
Wszystkim ujść?? znaczyło i królowę nastraszyć i sobie ucieczkę utrudnić... Zostawić na łup towarzyszów, cześć i sumienie nie dozwalało...
— Bóg świadek — zawołał — to potwarz, to kłam bezczelny... Królowa niewinna, my czyści.
Ale gniew króla i Witolda! — przerwał Kormaniec — pytać nie będą... dacie gardło... głodem zmorzą... Uchodź...
— Wszystkich nas obwiniał książę? — zapytał Hincza.
— Słyszałem wasze imię pierwsze... Jaszka z Koniecpola i Piotrasza z Dobkiem... Mówił i o innych, ale na was i na nich najwięcej nastawał... że panny po nocach drzwi pilnowały.
— To ten łotr Strasz zemścił się na nas, zdrajca niepoczciwy! — krzyknął Hincza. — Na nas, niechby się mścił, pies ten wściekły, ale królowej nie darował.
Kormaniec zamruczał.
— Królowę Witold chce zabrać na Litwę.
Obie ręce ścisnęły się Hinczy, porwał się potem za włosy, rozpaczał kręcąc w koło jak obłąkany, a Rusin za rękawy go chwytał i jedno prawił.
— Uchodź!! Ono Litwinów nie widać.
— Sam jeden nie mogę — krzyknął wyrywając mu się Hincza — albo zginę z drugimi, lub choć tych, na których srożej się odgrażają, ocalę.
Posunął się już parę kroków, a potem jakby coś sobie przypomniał, zwrócił się, Kormańca pochwycił za szyję i całując, zawołał.
— Bóg ci to zapłaci!!
— Uciekajże — powtórzył Rusin — bo ja przepadnę i wy się nie uratujecie... Gdy zatętni na gościńcu, pora nie będzie... Ino ich nie widać, Litwinów.
Hincza oprzytomniawszy skoczył zaułkiem do gospody, z której, jak na przekorę śmiechy kobiet i głośne żarty komorników dochodziły go. Serce mu się ścisnęło jakby pęknąć miało... Jak tu było rzucić pośród to wesele, takim piorunem?
Stanął w rogu gospody, odpadła go odwaga, w głowie się splątało. Kormaniec, który biegł za nim, mruczał głosem drżącym.
— Bierz konia i uchodź.
Z za ściany słyszał wesoły głos królowej, która gromiła swawolę dziewcząt i Wawrzyna, który się ze śmiechu dusił, a z szerokich sieni dolatywały żarty czeladzi i śpiewki dziewcząt służebnych, z któremi się gzili.
Niepewien siebie, na pół nieprzytomny, Hincza skoczył naprzód do konia i stajennemu krzyknął.
— Nie zdejmuj siodła, ja jadę zaraz!
Potem wpadł blady do pierwszej izby, w której nie było nikogo, oprócz Janka z Koniecpola i dwu Szczekocińskich. Ci spojrzawszy na niego, z twarzy mu przeczytali nieszczęście jakieś, wchodząc jak pijany, potknął się w progu.
Wesołym towarzyszom, którzy w Hinczy jakby wodza swego widzieli, śmiech zamarł na ustach. Domyślali się, że porywczy zawsze, musiał się zadrzeć o coś w wójtem albo sołtysem i może go ubił... Nic innego przypuścić nie mogli.
— Coś ty zrobił? — zawołał przyskakując Jaszko z Koniecpola.
Odurzony Hincza, jeszcze pod naciskiem tego co mu Kormaniec powiedział, krzyknął głośno:
— Jam niewinny! Bóg mnie skarż! jam niewinny!!
Wszyscy go obstąpili; on postrzegł się, że wygadał się i zdradził. Zdawało mu się, że może najlepszem było pójść o wszystkim oznajmić królowej... ale, nuż Kormaniec się przesłyszał? po co ją straszyć? Jakie jej mogło grozić niebezpieczeństwo? Hincza jednego się lękał, aby w pierwszym popędzie gniewu, ich, jako mniemanych winowajców nie pozamęczano.
Zamiast więc iść dalej, zwrócił się do progu nazad, dając znak Jaszkowi i towarzyszom, aby szli za nim. Wszyscy razem wybiegli do sieni. Hincza nic nie mówiąc prowadził ich do szopy w której konie stały.
Sam zaraz przystąpił do swojego wierzchowca, okiełznał go, popręgi podciągnął i wyprowadził od żłobu.
— Co się to ma znaczyć? — zawołał Jaszko z Koniecpola. — Mów.
— Co? — rzekł półgłosem Hincza — oto że i wy powinniście konie brać i zemną w świat ruszyć, nie chcecieli aby was na męki brano.
Zbliżył się do Jaszka.
— Królowę Witold oskarżył, że niewierną się stała, a nas, że my jesteśmy ulubieńcami królowej. Już za nami gonią, aby nas do więzienia rzucić...
Osłupieli słuchający. Dwaj Szczekocińscy, chłopcy pieszczone i, choć im na męztwieby nie zbywało w boju, trwożące się ciemnicą, kaźnią i sądem, porwali się nie pytając więcej do swych koni.
Jaszko z Koniecpola stał uszom nie wierząc.
— Oszalałeś? zkądże ci to? — zapytał.
— Nie pytaj! — ofuknął go Hincza, który już strzemienia szukał po ciemku, i zabierał się konia dosiadać. — Chcesz wierzyć, dobrze... nie, nie. Miłe ci życie i zdrowie, uciekaj... wolisz się zdać na łaskę siepaczy, wola twoja. Ja bodaj na Węgry, do Czech, do djabła ujadę, aby mi stawów nie wyciągano. Królowa okaże swą niewinność, naówczas będęli żyw, powrócę.
To mówiąc i nie mając już ochoty do rozprawiania, Hincza siodła dopadłszy, konia ściągnął batem, i tylnemi drzwiami z gospody się wydobył. Stał chwilę oszołomiony, nie wiedząc w którą jechać stronę, aby nie wpaść na ludzi Witoldowych i po krótkiem wahaniu na konia się zdawszy, choć ten nazad do gospody zawracał, na wieś wyjechał, a pierwszą ścieżyną, jaką napadł, puścił się w lasy.
Jaszko z Koniecpola jeszcze myślał czy uchodzić czy zostać, gdy oba Szczekocińscy już konie swe wyprowadziwszy, tą samą drogą co Hincza, na tyły znikli.
Naostatek oprzytomniał i ostatni z nich, westchnął. Co miał robić? poszedł po swoją szkapę smutny i nie spiesząc do zbytku, zakrzątnął się około siodła.
W tejże chwili usłyszał w rynku tentent koni i krzyki głośne, dopytywania o gospodę królowej.
Po mowie rusińskiej domyśliwszy się ludzi Witoldowych, Jaszko konia już wprost za grzywę pochwyciwszy, co prędzej z nieokiełznanym, wybiegł precz...
W gospodzie panowała jeszcze wesołość, i dziewczęta królowej, posłyszawszy wrzawę na targowicy, powychylały się z okien, śmiejąc się a nie domniemywając wcale, aby im jakie niebezpieczeństwo grozić mogło, gdy już ludzie litewscy do koła poczęli otaczać dom cały.
Reszta komorników i służby królowej wybiegła patrzeć co się tam takiego stało, a tuż straż Witoldowa, kogo tylko zoczyła natychmiast chwytać zaczęła. Wszyscy prawie byli bezbronni, nikomu na myśl nie przyszło, żeby się napaści jakiej trzeba opierać było.
Królowę, która tylko co siadła aby spocząć, obudził krzyk... Postrzegła, że cały jej męzki dwór już był w sieniach, a tam z krzykiem i borykaniem się sługi jej wiązano.
Dziewczęta sądząc, że to napad tatarski, biegły przerażone.
Jedna Femka śmielsza, rzuciła się przeciwko napastnikom i poznała sługi Witolda, a na czele Siemionka Horbuna Połoczanina, którego znała dobrze.
Nie mogła pojąć ani co oni tu robili, ani zkąd się wzięli. Z załamanemi rękami wpadła na Rusina.
— Siemion! — krzyknęła — coś ty do rozbójników przystał... To gospoda królowej...
Spojrzał na nią z góry Rusin, i ręką wskazał aby precz szła, ale Femka nie ustępowała.
— Siemion, królowa!
— A co mnie wasza królowa! — odparł sługa Witoldów — milcz, stara wiedźmo... Gdzie dziewki wasze!
Femka nie mogąc już mówić, patrzała jak Wawrzyna Zarębę, Pietrasza Kurowskiego, Kraskę wiązano, a krzyczano dopominając się Hinczy...
Siemion potem jak stał zbrojny, wpadł zuchwale do izb królowej, szukając Kaśki i Elży, o które się dopominał głośno.
Słysząc imiona swe wykrzykiwane, wbiegły z płaczem tuląc się pod skrzydła królowej, która blada od gniewu wystąpiła naprzeciw Siemiona. Napad ten był dla niej niezrozumiały.
— Co to ma znaczyć? — zawołała z powagą królewską — jak śmiesz gwałt taki czynić pod moim bokiem?
Słów jej nie stawało. Siemion wyprostowany stał przed nią, nawet się nie pokłoniwszy.
— Rozkaz mam króla Jagiełły i pana mego wielkiego kniazia, abym komorników waszych i dwie dziewki Szczukowskie uwięził.
Siłą, mocą a wziąć je muszę.
Rozdzierające krzyki dały się słyszeć z drugiej izby... Sonka drżąca, nieporuszona, blada, szukała oczyma Femki, dworu swojego rozproszonego... Nikogo nie było. Z sieni tylko dochodziły wrzaski, wśród których rozpoznawała głosy Wawrzyna, Pietrasza, Kraski, krępowanych i mordowanych przez Litwinów.
Użycie tych ludzi, naprowadziło ją na myśl, że Witold był sprawcą tego i że na nią wymierzoną została ta napaść.
Z dumą pańską spojrzała na Siemiona szydersko...
— Zapewne i mnie przyszedłeś wziąć w niewolę — zawołała — no, to zabieraj i mnie z niemi.
Siemion potrząsnął głową.
— Szczukowskie mnie wydacie — dodał. — Komorników kazano mi oddać do więzienia i pod straż...
Rozmowa dłuższa z siepaczem, zdała się królowej ubliżającą, choć drżała z oburzenia i gniewu, choć ją płacz dusił, zawróciła z pogardą do drugiej izby nie mówiąc słowa i dopiero w progu, krzyknęła na Femkę...
Tymczasem Kaśka i Elża widząc, że ich bronić nie ma komu, spłoszone, nieprzytomne pobiegły do okna i skoczyły niem na podwórze. Tu ludzie Siemiona je porwali.
Wszystko to odbyło się tak gwałtownie i szybko, że we wsi, w której był kościół, parafia i ludność znaczna, w początku wieśniacy ulękli się tatarów... Po chwili dopiero opamiętali się, że garść była nieznaczna, a wybiegający ksiądz dowiedział się, iż poczet ten z rozkazu króla był wysłany. Lud gromadził się ciekawy, wieści obiegały niedorzeczne, trwoga szerzyła się nie do opisania.
Królowa osłabiona padła na posłanie, trzymając Femkę za rękę i płakać zaczęła rzewnie, zanosząc się, jęcząc.
Litwini tymczasem jeńcom nakazawszy milczenie, trwali jeszcze przy gospodzie stojąc i szukając po kątach tych, których im nie dostawało. Cisza dziwna, groźna jakaś nastąpiła, przerywana płaczem kobiet... Noc zapadła od dawna była... a ku wschodowi blady brzask zorzy porannej już się zaczął ukazywać, gdy na tej samej drodze, którą nadciągnęli Litwini... tentent koni się dał słyszeć głuchy i daleki naprzód, potem coraz wyraźniejszy... Oddział jakiś nadbiegał znowu. Siemion, który na czatach stał, obawiając się napaści, wnet na swoich krzyknął.
Wprędce w ulicy, ukazało się kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt koni, ludzie zbrojni, rycerstwo polskie, dwór jakiś pański. Był to nadbiegający Zbigniew z Brzezia, marszałek, który przed gospodą z konia zsiadłszy, natychmiast Siemiona powołał groźno do siebie...
Litwin widział go przy królu i nie mógł wątpić, że od niego przybywał.
Marszałek zapytał o sprawę całą, szorstkiem i krótkiem słowem i kazał sobie zdać komorników królowej. Dwie Szczukowskie nie mówiąc nic, zostawił w ręku Siemiona i kazał mu się samemu z oddziałem wynosić stąd...
Ani się śmiał opierać Połoczanin... Związanych komorników gdy prowadzono, Zbigniew zapytał o tych, których niedostawało, lękając się, aby ich osobno nie wiązano, ale czeladź świadczyła, że ich nie ujęto. Femka, która czuwała nad królową, pierwsza postrzegła przybycie Polaków i dała o niem znać pani.
Marszałek też sam powoli, dopytawszy o królowę, ociągając szedł do niej, kosztowało go to wiele być zwiastunem złej wieści, lecz mógł też być dobrą radą uciśnionej. Gdy wszedł po cichu na próg izby pustej, w której nietknięty stół do wieczerzy był przygotowany, a spostrzegł w drugiej komorze słabe światełko, boleśnie go dotknął los kobiety...
Szedł zwolna... Femka usłyszała kroki i wyszła naprzeciw niego.
Pokłoniła mu się do kolan z płaczem.
— O panie! panie! ratuj nas! ratuj!
Królowa tego nie przeżyje...
Szepcząc coś niewyraźnie prowadziła go do niej. Leżała nierozdziawszy się, w sukniach podróżnych, blada i zmieniona do niepoznania, piękna Sonka... Napróżno obcierała łzy i tłumiła jęki, srogi żal nie dawał jej spoczynku.
Wyciągnęła rękę do nadchodzącego... Marszałek stał przed nią, pokorny, przemówić nie śmiejąc.
Milczenie jego tłumaczyła przytomność Femki, królowa kazała się jej oddalić i powoli z łoża się podniosła. Z rękami załamanemi zbliżyła się do marszałka.
— O! ja nieszczęśliwa! — zawołała łkając — na to mi on dał koronę... na to, aby mnie okryć sromotą... I nikt, nikt nie przyjdzie mi na ratunek! Zaprzysiągł się zgubić mnie Witold...
O! niechbym umarła wprzódy...
Zbigniew z Brzezia przerwał.
— Miłościwa pani — odparł — nie umierać trzeba, ale żyć, aby tę potwarz zmyć. My wszyscy staniemy w waszej obronie. Ochmistrz wasz Malski, poważniejsi ludzie, żony nasze...
Król jest łatwowierny... Wielki książe mściwy...
Słysząc to, nieco śmielej podniosła głowę zbolałą królowa...
— Zabrali mi dwie najulubieńsze sługi... Komornicy wszyscy...
— Książe Witold domagał się gwałtownie tych dwu dziewek — rzekł marszałek — komorników nie daliśmy, uwięzieni są, ale i ci się oczyścić mogą.
Stojąc rzucała głową rozpaczliwie królowa.
— Na matkę swych dzieci, na żonę, rzucić taką potwarz dozwolić, uwierzyć słowu mściwemu...
Cóż się ze mną stanie... Macież wy rozkaz mnie uwięzić? dokąd zaprowadzicie?
— Ja nie mam żadnego rozkazu — rzekł marszałek — wolą jest króla tylko, abyś miłość wasza, nie czekając na niego na Rusi, udała się z powrotem do Krakowa.
Królowa, już nieco ochłonąwszy, zadumała się.
— Ratujcie wy mnie — rzekła — pomóżcie mi. Ja nie wiem o co mnie obwiniono, ale się domyślam łatwo. Niechże z ust męża wiem, jakie ma dowody winy, niech mnie skazanej bez sądu, da się wytłumaczyć przed sobą. On jeden sędziom moim być może. Ja się z nim widzieć muszę... ja nie pojadę ztąd, chyba mnie weźmiecie gwałtem, jam chora... Jam srodze dotknięta i obrażona... ja potrzebuję sprawiedliwości.
Mówiła i łkała ręce łamiąc, a Marszałek stał i wzdychał.
— Miłościwa pani — odezwał się w końcu — choćbym się miał królowi narazić, nie będę naglił o wyjazd do Krakowa. Jutro zajedziemy do Medyki... Król tam nadciągnąć musi.
Żywo podeszła Sonka ku niemu i podała mu ręce obie. Skłonił się marszałek... Łzy jej osuszyło oburzenie, które zastąpiło pierwszy wybuch boleści. Poczęła mówić podnosząc głos z powagą.
— Mógłże on, mógłże ktokolwiek uwierzyć w tę potwarz niegodziwą? Cały świat patrzył na życie moje... Nie kryłam nic, bom nic do ukrywania nie miała. Jam niewinna, a żem się czuła taką, nie dbałam o pozory. O co mnie obwinić mogą? A Jagiełło... uwierzył...
— Witold go zmógł, przymusił — rzekł marszałek.
— I on wiecznie mu poddanym będzie, nigdy panem u siebie? nawet w domu? w sypialni nawet?... zawołała Sonka.
Marszałek nie chciał jej dać dłużej rozbolewać skargami, wstrzymał uspakajając, prosząc, ciesząc, zapewniając, że za nią ujmą się ludzie i królowi nie dopuszczą, samego siebie okryć sromem.
Dniało już, gdy Zbigniew z Brzezia wyszedł smutny od królowej, którą Femka zmusiła pójść na spoczynek. Lecz trwał on krótko, Sonka nie chciała dłużej bawić w miejscu, gdzie ją spotkało nieszczęście takie i domagała się, aby natychmiast jechać do Medyki.
Litościwy i wyrozumiały marszałek zastosował się do tej woli. Zmniejszony dwór połączył się z pocztem Zbigniewa i w milczeniu ruszył ku Medyce.
Królowa przybywszy tu, powtórzyła marszałkowi, iż dopóty tu mieszkać będzie, dopóki się z królem nie zobaczy. Jagiełło miał wkrótce nadciągnąć, lecz można było przewidzieć, iż zechce spotkania z żoną uniknąć i od Medyki, dowiedziawszy się o niej, zawróci.
Radził więc marszałek, aby raczej szukać Jagiełły gdzieindziej. Królowa zgodzić się na to nie chciała.
Dano wreszcie wiedzieć, że król przybywa. Marszałek zmuszonym był wyjechać na jego spotkanie.
Zostawiony sam sobie Jagiełło przez ten czas cały, dręczył się i tem co uczynił i tem co dalej pozostawało do czynienia. Potrzebował rady, której nikt mu dać nie mógł.
Sumienie go gryzło i jak wielu słabych ludzi, uspokajając je, chcąc się w oczach własnych uczynić niewinnym, wmawiał sobie, iż Sonka była winną, że jeszcze za łagodnym się okazał.
Wyobraźnia powiększała mu winę, czyniła ją dowiedzioną, nieulegającą wątpliwości.
Gdy marszałek w lasach o mil kilka od Medyki dopędził nareszcie Jagiełłę na noclegu pod namiotem, wśród dzikiego ostępu, z niewielką liczbą łowczych, przeraził się jego zmienioną, zdziczałą niemal twarzą, do której dobrodusznego uśmiechu był nawykłym.
Król przyjął go zimno, trwożnie, przewidując niemiłą rozprawę o królowej, której samo imię teraz, wprawiało go w gniewy szalone. Zbigniew chciał uniknąć wszelkiego tłumaczenia przy świadkach. Zbyszek, biskup krakowski, nauczył ich wszystkich śmiało postępować z Jagiełłą i prawdy mu nie ukrywać. Król niejeden raz bywał tak na biskupa zagniewanym, że go na oczy sobie dopuszczać nie pozwalał, a nawet odgrażał się śmiercią karać, później jednak przychodziło ostygnięcie, rozwaga, skrucha, a bardzo często Jagiełło sam przepraszał i przebaczenia się domagał.
Tak samo i Zbigniew z Brzezia przygotowanym był króla do opamiętania się skłonić i choćby na gniew narazić, stanąć w obronie królowej.
Z twarzy jego mógł wyczytać Jagiełło, że mu potakiwać nie będzie i nie pochwali tego co się stało.
Rozpoczął marszałek od sprawozdania ze swojego posłannictwa, w niem już dając czuć, jak było niesprawiedliwem oddać na łup Witoldowym gniewom sługi królowej, uwięzić komorników, uczynić wrzawę i rozgłos, gdy wina była niedowiedzioną i nieprawdopodobną.
Jagiełło porwał się tłumaczyć i gwałtownie nastawać. Nie ustąpił marszałek.
— Królowa jest w Medyce — rzekł — i nie ruszy się do Krakowa, dopóki nie zobaczy z miłością waszą.
— Ja jej widzieć nie chcę! — zawołał Jagiełło.
— Gwałtem się wywieźć nie da — odparł Zbigniew — a ma słuszność, miłościwy królu. Winniście ją wysłuchać. Możesz to być, aby oskarżonej tłumaczyć się nie było wolno? Witold stał się jej nieprzyjacielem dlatego, że mu w jego zamiarach dopomagać nie chciała. On tę potwarz ułożył i przysposobił.
Wtem król przerwał gniewnie:
— Nie chcę jej widzieć, słuchać nie chcę! Winną jest... winną... nie mówcie za nią.
— Miłościwy królu, ja nie za nią, ale za wami mówię — odezwał się Zbigniew. — Mam to przekonanie najmocniejsze, iż jest niewinną i niepoczciwie oszkalowaną. Nietylko ja, ale wszyscy urzędnicy dworu stać będą przy królowej, poświadczą za nią.
Przez krótką chwilę Jagiełło dumał, ale gniew wziął górę.
— Nie mówcie nic przeciw Witoldowi — zawołał — orle on oko ma, wzrok jego lepiej widzi niż moje stare źrenice, bystrzejszy on odemnie i od was.
— Co znaczy świadectwo nieprzyjaciela! — rzekł marszałek.
Król począł się burzyć i rzucać.
— Nie wmawiajcie mi co mam czynić... próżno! Nie chcę jej znać, żyć z nią nie chcę... kto mi ją dał, nazad niech bierze sobie, siostrzenicą jego jest...
Marszałek spojrzał tak śmiało i z takim wyrzutem na króla, że gniew jego uśmierzył się przed potęgą tego pogodnego wzroku.
Zamilkł i stał patrząc długo w ziemię.
— Niech się to raz skończy — zawołał. — Pojadę do Medyki... niech powie co ma na swą obronę, ale nie będę jej wierzył, bo nie mogę.
Uderzył się w pierś.
— Zdrada jej życie mi skróci... W grób mnie zapędzi ta kobieta... Co rychlej chcę się zbyć tego ciężaru. Nie... nie do Krakowa... odeślę ją na Litwę Witoldowi, abym więcej nie widział i nie spotykał.
Marszałek wolał nie jątrzyć go oporem dłuższym, wymógłszy to, że do Medyki pojedzie. Spodziewał się, że widzenie z Sonką, wszystko może zmienić na lepsze.
Zgodziwszy się król na ostatnie to spotkanie z żoną, chciał jaknajprędzej uwolnić się od niego. Nakazano zwijać namioty, sposobić konie, i ruszać wprost do Medyki.
W drodze dowiedział się król z nowem oburzeniem, które gniew ciągle jeszcze nieuchodzony powiększyło, że z komorników Sonki, ten właśnie, do którego on żal miał największy, zdrajca Hincza z Rogowa, uszedł z trzema innemi.
Chociaż orszak myśliwski króla nie był liczny, wysłano z niego człowieka z rozkazami, aby na wszystkie strony zbiegłych ścigać.
W oczach Jagiełły właśnie ucieczka ich była największym dowodem, że się poczuwali do zdrady. Groził im śmiercią, gdyby się w ręce jego dostali. W takiem usposobieniu, gniewny i strwożony Jagiełło przybył do Medyki...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.