Masław/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Masław‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Masław
Tom I
Podtytuł Powieść z XI wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



I.



Smutny był wieczór jesienny; słońce zakryte, którego spłowiałe blaski z za chmur gdzieniegdzie przeglądały, już się ku zachodowi kłoniło. Całe niebios sklepienia okrywały szare, podarte, kłębiące się, nad widnokręgiem, w ciemną, jednostajną zasłonę zbite obłoki.
W powietrzu oczyma było można dojrzéć górą goniący wicher, który kiedy niekiedy tylko z chmur spadał na ziemię — sunął się po niéj uginając drzew wierzchołki, obłamując gałęzie i uciekał znów gdzieś w górne szlaki.
Ziemia obleczona żałobą, szara, z zieloności odarta, wydawała się zmarłą, uśpioną, gdy po nad nią pędem leciały z zachodu poszarpane dziwnie, postrzępione, rozpływające się i zlewające obłoki, przybierające barwy różne, jakby je to gniew rumienił, to złość sinemi czyniła. Tam gdzie czuć było słońce, gorzały żółtawe łuny — gdzie na chwilę obnażyło się niebo, jaśniało jakąś barwą zielonawą. Szare chmury wszystkie zdawały się spieszyć na wschód, by tam stanąć jak wojsko do boju, jedną groźną czarną ławą.
Dołem, nie wesoły téż krajobraz przedstawiał się oku. Nizka, błotnista dolina leżała wśród lasów, które ją czarnemi obejmowały ścianami. — Gdzieniegdzie na niéj stało osamotnione, na pół zeschłe czy zgorzałe drzewo prastare, z gałęźmi obnażonemi i jakby w rozpaczy podniesionemi do góry.
Resztę liści pożółkłych oberwały z nich wichry jesienne.
Wśród błota wiła się droga, na któréj świeże ślady wypisały jakieś straszne dzieje wczorajsze, nie starte jeszcze niczém i nie spłukane, nieoschłe i niezarosłe.
Czytać było można z téj drogi, jak z księgi, co się tu wczoraj, dziś może dziać musiało. Przeszła po niéj burza straszliwa. Wydeptana była, wygnieciona, wybita, jakby nią mnogi lud i stada przeszły, koła ją poryły, drągi porozrzynały, tu i owdzie leżały drzewa, wozów połamanych szczęty podarte szmaty krwawe, porwane szaty, potargane powrozy. Znać było na niéj resztki wielkiego obozowiska, czy olbrzymiéj gromad wędrówki.
Na ślizgiéj powierzchni, gdzieniegdzie bosych nóg ślady się wycisnęły, dziecięce obok starych, zwierzęce obok ludzkich, owdzie leżącego ciała znamię, które padło i wlokło się pasami porąc ziemię. Wśród kałuż błota były i czarne zastygłéj posoki plamy.
Wojny to zdawały się być ślady nielitosne, co po sobie śmierć i spustoszenie zostawiły.
Na stratowanym gościńcu szczątkami życia karmiło się ptastwo, dziubiąc rozsypane ziarna, pijąc może krew rozlaną.
W dali na pagórku widać było mury ogorzałe, niżéj sterczące w dolinie belki czarne, powywracane budowy, szczątki jakiéjś ludzkiéj osady, w któréj nie było człowieka. Po nad tą pustynią głuche panowało milczenie, z wiatrem tylko kiedy niekiedy jakby żałośliwe dolatywało psów wycie. Stado kruków i kawek zwijało się w powietrzu, to przypadając ku ziemi, to podnosząc się z wrzaskiem i krążąc nad opustoszoną doliną. Ptacy obejmowali tu panowanie, a zwierz z lasów poglądał, rychło mógł przyjść za niemi, po człowieku zagarnąć dziedzictwo. Nad błotem latały z krzykiem boleśnym strwożone czajki. Jedno życie się tu skończyło, zaczynać miało drugie.
Wpatrzywszy się w miejsce, gdzie osadę zniszczoną znaczyły mury rozbite, jeszcze po nad nią dostrzedz było można nieznaczne prawie pasemka dymu unoszącego się z pogorzeliska. Napróżno usiłując się wzbić do góry, podniósłszy się nieco, opadały ciężko i rozścielały się po ziemi. W powietrzu czuć było zgorzeliznę trupią.
Na ścieżynie wiodącéj do najbliższego cypla lasu, ukazał się jeździec na koniu. Wysunął się zwolna z za gałęzi, stał i patrzał długo — rozsłuchiwał bacznie, nim się daléj posunąć ośmielił.
Oko jego rozglądało się po okolicy, wśród któréj żywéj nie widać było duszy, głosu ni cienia człowieka. Jeździec ów, z ciemną brodą potarganą, lat średnich mężczyzna, był, jakby świeżo wyrwał się z boju, i ocalał z walki — potłuczony cały i krwawy. Pancerz miał poszarpany od ciosów co go ugodziły i na kawały na nim porozcinały. Szmaty jego wisiały zeń, obnażając gdzieniegdzie pokaleczone ciało krwawe. Reszta pogiętego hełmu ledwie się trzymała na głowie bujnym ciemnym włosem okrytéj, strzaskanego miecza głównia wisiała mu u pasa; w ręku miał kawał włóczni złamanéj, w kilku miejscach zbroja i z pod niéj przezierająca odzież jak rdzą brunatną, zaschłą krwią była zbroczona.
Koń pod nim posieczon i poraniony był także, szedł nakuliwając z głową zwieszoną, a gdy mógł stanąć, wnet łeb spuszczał szukając pod nogami wyschłéj trawy, w kałużach wody. Pomimo téj nędzy dzisiejszéj, na wojaku i jego wierzchowcu, znać było dawne lepsze czasy. Twarz biednego, wybladłego zbiega, rysy miała szlachetne i dumne, oko zamglone było smutkiem nie niewieścim, lecz mężną rycerską niedolą. Poszarpane suknie i zbroje niegdy były kosztowne i piękne.
Westchnąwszy, gdy z konia obejrzał okolicę, zsiadł z niego wędrowiec, poklepał biedne zwierzę po szyi, uzdę wziął w rękę i podpierając się dzidą, powolnym krokiem iść począł ku pogorzelisku. Ranny w nogę, z posieczoną piersią, rozbitą głową, wlec się musiał powoli i często odpoczywać. Zdało się czasami, że zachwiawszy się padnie, że mu ochota odejdzie daléj się tak ciągnąć, aby nędzny żywot ocalić, stawał, opierał się na koniu, dyszał i znowu tak wlókł ku pogorzelisku. Koń téż kulejąc i napadając szedł posłuszny, a raczéj dawał mu się ciągnąć, skubiąc z głodu resztki traw, gdy je znajdował po drodze.
Tak ścieżką tą od lasów, znaną mu pewnie, zbliżał się wojak ów ku kopcowi naprzód, grodzisku otoczonemu wałami, na którém spalonego zamczyska widać było zczerniałe ściany.
Spustoszenie straszliwe jakieś, nieludzkie przeszło tędy niedawno jeszcze, niezostawiwszy po sobie nic, nad kupę węgli i gruzu. Na okopach poopalane, połamane, stérczały gdzieniegdzie ostrokoły, brama strzaskana, na pół zgorzała leżała w błoto wciśnięta na ziemi.
Krokiem powolnym, przybysz wsunął się w środek okopów. Miejsce to musiało mu być dobrze znane, szukał po niém oczyma w gruzach, przeszłości którą pamiętał.
Żadna budowa nie ostała się całą na grodzisku, gdzieniegdzie kamiennych murów grubych sterczały ściany na pół poobalane, oparłszy się zniszczeniu. Obok ziemia nawet była poryta, jakby w niéj czegoś szukano. Rozbitych naczyń skorupy rozsypanych bodni klepki, koły, belki, wyleżana słoma starta i pomięta, poogryzane kości białe, plac prawie cały zalegały. Na boku leżały ścierwa koni, których żebra już na pół obnażyły kruki.
Spłoszone podniosły się wrzeszcząc i wnet obsiadły znowu swą pastwę.
Wszedłszy do środka wzrokiem ponurym przejrzał do koła wszystko człek nieznany, konia postawił u wnijścia, a sam krokiem powolnym począł przez łomy zalegające grodzisko wdzierać się w głąb jego. Szukał miejsc jakichś, śladów, jakby z nich odgadnąć chciał dzieje tego zniszczenia... Lecz gruzy je przysypały, zwaliska zatarły. Spodziewał się może znaleźć trupy, a tych tu widać nie było.
Kilka razy rozpatrując się schylił ku ziemi, sięgnął ręką po łachman jakiś, dobył opalony szmat z pod drzewa i rzucił go z odrazą i gniewem. Minąwszy kupę rumowisk, szedł pod mur daléj, ale i tu toż samo znalazł bezładne zniszczenie.
U muru tylko, jakby osypana i zapadła ziemia, czarną obnażyła pieczarę, w któréj głębiach nic widać nie było. Z ciemności gdzieniegdzie stérczały połamanych belek końce. Zajrzał tu przybysz, ręką się osłoniwszy, zginając z trudnością, patrzał długo i wstał namarszczony...
Właśnie miał to cmentarzysko opuścić, gdy podrażniony słuch jego, wśród téj ciszy głuchéj, pochwycił jakby szmer jakiś, niby ostrożnego chodu ludzkiego echo.
Strzymał się spoglądając ku wnijściu.
Tu nic widać nie było, koń tylko pasł się chciwie na wałach, znalezioną odrobiną zieleni. Posunął się więc, krocząc znowu przez belki i rumowiska ku miejscu, gdzie były wrota zamkowe, gdy w téjże chwili ukazała się w nich ludzka postać.
Człowiek ten wchodził, wsuwał się raczéj ostrożnie, wstrzymał na widok konia i stał wylękły, oczyma wodząc na wszystkie strony.
Z daleka postrzegłszy z ruin wychodzącego zbrojnego mężczyznę naprzeciw sobie, w pierwszéj chwili rzucił się był do ucieczki — lecz za drugiém ku niemu spojrzeniem w ręce plasnąwszy, zatrzymał się i, kroków parę podbiegłszy, padł przed nim na kolana.
To niespodziane wśród ruin zjawisko — było jakby do nich podobne — podstarzały już mężczyzna, z głową odkrytą, włosami rozrzuconemi, nie miał na sobie nic, oprócz na ciało nagie narzuconéj zdartéj, połatanéj siermięgi. Nogi jego okrywały spodnie z płótna grubego, poobwiązywane sznurami u dołu, które skórznie podarte utrzymywały. Twarz wynędzniała, żółta, z oczyma blademi, miejscami włosem porosła, podobniejszym go czyniła do trupa wstającego z grobu, niż do żywego stworzenia. Padłszy na kolana, załamane ręce podniósł do góry.
— Wy żywi! — krzyknął.
Wojak nie odpowiadając nic, ręką wskazał na wiszącą kawałami porozdzieranemi zbroję, na poszarpane i poranione ciało.
— Żywem! — rzekł głosem bez dźwięku — żywem, ale po co żywot, gdy wszyscy moi poginęli, gdy nam tylko grób został!..
I powiódł oczyma dokoła.
Klęczący wstawał powoli i mówił ochrypły, drżący.
— Ja czwarty dzień tułam się po lesie, trawę gryzłem, liście ssałem, grzyby suche jadłem i korę, ledwie dusza w ciele.
— Dziękuj Bogu i za to — zamruczał uzbrojony — ja téż nie wiem czy żyję — nie wiem jak żyję... a na co dziś życie się zdało.
W milczeniu ten, który powstał z ziemi, przysunął się i w rękę pocałował mówiącego. Stali oba nie mogąc znaleźć słowa.
— Jakżeście ocaleli? — spytał po tém cicho.
— Chcieliśmy się tam, za Szrodą opierać garści Czechów. Kupka nas była niewielka ale mężna. Padli wszyscy i mnie za zabitego rzucono na pobojowisku, dopiero noc mnie ocuciła. Koń uszedł, a potém sam wrócił gdziem leżał... jego oddech poczułem nad sobą, gdym oczy otworzył. Tułałem się i ja po lasach, oprócz wody nic nie mając, tu zdechnąć przyjdzie! To zdychać!
Zamilkł opuściwszy głowę.
— Gdzież ludzie? trupów niema? Gdzie Gdeczanie wasi? — spytał po chwili.
— Gdy Czechy nadciągały, jam był w lesie — począł drugi — wróciłem, aby patrzeć na pogorzelisko, nie było już wracać po co. Wszystką ludność, choć o mir i łaskę prosiła poprowadzili, pognali ze sobą wszystkich, nie został nikt, prócz tych co padli. Miasto złupione, domy złupione.
Popatrzał ku dolinie i jęknął boleśnie.
— A wasi? wasi? miłościwy panie! — zapytał cicho.
— Nie mam ja już nikogo, nikogo — odparł pierwszy ponuro.
To mówiąc, wziął konia za uzdę i zwolna z grodziska schodzić zaczął. Za nim wlókł się człek w odartéj siermiędze.
U stóp zamku jedném zgliszczem szerokiém leżała wielka osada.
Na czarném pogorzelisku stały gdzieniegdzie żurawie studzien, resztki ścian, których ogień nie dojadł, słupy od bram, koły od płotów, wysokie kozły szop zwalonych.
W pośrodku murowanego kościołka, z głazów wzniesione boki sterczały tylko — dach spalony runął. Zbliżyli się ku niemu — stanęli.
W głębi widać było ołtarza resztkę ogorzałą i poobalane wielkie świeczniki drewniane. Wnijście do grobów pod kościołem stało w pośrodku rozdarte. I tam znać łupów szukano. Nie ocalało nic. Na jednéj ścianie wisiał tylko krucyfiks czarny, a na nim wpół spalony Chrystus, jedną ręką trzymał się jeszcze. Ptastwo, które się tu już na sen nocny tuliło, słysząc szelest, zerwało się, pierzchnęło, poczęło kołować z wrzaskiem i padać na ścian wierzchy.
Ostatnie promienie słońca przedarłszy się przez chmury, światłem pomarańczowém, jakby łuną pożarną nagle oblały ten obraz spustoszenia.
Z trwogą przybyli rozglądali się dokoła. Ślady życia jeszcze gdzieniegdzie były widoczne. Pod ścianami chat walał się statek gospodarski, rozbite wiadra, rzucone kądziele, zapomniane dzieci kolebki, kamienie od żarn wywróconych.
Wojak i zbiedzony człek w siermiędze postawszy przed kościołem, wyszli daléj ku spalonéj osadzie.
Nadchodziła noc, trzeba było szukać schronienia.
— Miłościwy panie, władyko Lasoto — jęczącym głosem ozwał się siermiężny idący za nim — gdyby chleba choć okruszyna, możebym sił nabrał i szałas gdzie sklecił.
Na koniu, którego wiódł za sobą Lasota, wisiały próżne sakwy. Zwrócił się ku nim wojak i dobył z nich szczątek czegoś spleśniałego, czarnego, rozłamał i dał proszącemu.
Z chciwością niezmierną oburącz porwał zgłodniały ten pokarm, zaiskrzyły mu się doń oczy, począł gryźć ze zwierzęcém łakomstwem, zapomniawszy o wszystkiem.
Lasota szedł daléj, niepatrząc nań, szukając znużonemi oczyma przytułku, ale chaty drewniane, chałupy z płotów i chrustu, klecie, ogień pozjadał do szczętu, nie ocalało z nich nic nad węgły grożące upadkiem, ledwie od wiatru mogące osłonić.
Nierychło dopiero, chleb spożywszy do pruszyny, siermiężny pogonił za błądzącym po pogorzelisku Lasotą. Po drodze zaglądał do studzien, chcąc wodą ugasić pragnienie, nie było jéj czém zaczerpnąć.
Lasota znalazł wreszcie w głębi gdzieś resztę dachu zwieszoną nad nędznemi ścianami dwoma. Tu, konia w blizki ogród puściwszy, sam zwalił się na ziemię — szedł jakby już tylko miejsca szukał gdzieby skonał, w obu dłoniach twarz zanurzył, oczy zasłonił i pozostał nieruchomy.
Tymczasem zeschły chléb, kropla wody, odżywiły nieco wygłodzonego, który trochę sił i przytomności odzyskał.
Był to jeden z osadników, tego zburzonego a niedawno jeszcze znacznego i do głównych dzielnic królewskich należącego grodu, Gdecza, który najezdzcy Czechy złupili, ludność z niego całą uprowadziwszy.
Człek ten zwał się Dębiec.
Lasota miał posiadłości rozległe pod Szrodą, często w mieście i na zamku przebywał. Dębiec kołodziéj wysługiwał mu się we dworze, znali się zdawna. Możnego władykę i biednego rzemieślnika, wojna i nędza zrównały teraz. Lasotów gródek był spustoszony, on sam niemiał gdzie przytulić głowy, Dębcowi zostało tylko pogorzelisko jego chaty.
Ku niéj się skierował, przedzierając przez poobalane domostwa, spodziewając się może znaleźć coś ocalonego. Doszedłszy do miejsca, które trudno poznać było, stanął wryty. Nie było nic oprócz wielkiéj węgla kupy.
Mrok padał. Przemógłszy się Dębiec otarł oczy i wszedł na swe zgliszcza, poczynając się w nich rozglądać. Kijem podniesionym z ziemi, zwolna rozgarniał popioły i żużle — szukał czegoś. Pod chatą był w ziemi wilgotnéj wygrzebany loszek, w którym coś czasem składano.
Pomyślał czy w niém co nie ocalało. Co? sam nie wiedział. Garść mąki może, suszonego mięsa resztka, krup trochę, choćby spleśniałego chleba okrawek. Grzebiąc się, natrafił w istocie na niezgorzałe drzwi loszku, ukląkł i rękami je oczyściwszy z ziemi, począł z wielkiém wysileniem odwalać. Osłabłemu szło ciężko, dyszał, kładł się na ziemi i wstawał, aż kołkiem podważywszy, podnieść mu się drzwi udało. Kryjówka zdawała się nietknięta, nikt tam w ubogiéj chacie łupu się nie spodziewał.
Głodny Dębiec spuściwszy się, z okrzykiem radości, postrzegł tu spiżarnię swą ubogą, nienaruszoną.
Z niespokojnym pośpiechem począł w niéj gospodarzyć, wyrzucając coraz coś wynalezionego, co dawniéj pogardzone było, a dziś droższe nad złoto. Wkrótce jednak napowrót się wydobył z jamy, zabrał żywność lichą, i pospieszył szukać z nią tego, co go przed chwilą kawałkiem chleba obdarzył. Znalazł go pod ścianą, na pół uśpionego ze znużenia, wpół zamarłego z głodu.
Noc coraz ciemniejsza zapadała.
— Panie miłościwy — odezwał się Dębiec przypadając — mam strawę! Znalazłem ją w jamie mojéj. Widać ją tam ukryć chcieli. Rozpalę ognia trochę... jeść — jeść będziemy! jeść!
Powtarzał ten wyraz, jakby w nim była wybawienia nadzieja. Lasota zwolna podniósł głowę.
— Ogień rozpalić! — mruknął — ogień! aby ściągnąć nim licho! ani mi się waż.
— Nikogo tu już ogień nie ściągnie — westchnął Dębiec — patrzajże, panie miły i tak gdzieniegdzie węgle się jeszcze żarzą, dym czerwony się kurzy! Zbójce bezbożni, Czechy, odciągnęły, pusto do koła, życie ratować trzeba. Głodem zemrzemy.
Lasota znowu twarz w dłonie zanurzywszy, nic nie odpowiedział. Pragnienie więcéj niż głód go paliło, a było zarazem głodem i gorączką.
Niezważając na zakaz, kołodziéj począł ogień przysposabiać. O głownie niedogorzałe na zgliszczach łatwo było. Z chaty swéj wyniósł garnek jakiś, który znalazł w lochu rzucony. Miał już począć gotować, gdy Lasota wody zawołał.
Tym więc czerepem, jedynym jaki mieli i wicią znalezioną na pogorzelisku, pobiegł Dębiec zaczerpnąć u studni. Gdy wodę przyniósł Lasocie, pochwyciwszy garnek w dłonie drżące, stary wypił go do kropli.
Kołodziéj poszedł zaczerpnąć znowu i zabierał się do uwarzenia wieczerzy, gdy wicher zadął i przyniósł z sobą wyraźny tentent koni.
Porwał się, choć osłabły Lasota, wołając o zgaszenie ogniska, i natychmiast zalano je co prędzéj.
Gęsty mrok był, który pochmurne niebo zwiększało. Tylko w miejscu gdzie zaszło słońce jarzyły się jeszcze niebiosa i ku nim patrząc, postrzegli tu skryci zbiegowie, na gościńcu który przez środek osady prowadził — cienie dwu konnych ludzi jadących powoli.
Jak czarne dwa widma malowali się im na zorzy zachodniéj, i choć zdala, dobrze ich rozeznać było można.
Lasota i Dębiec z ciekawością i niepokojem im się przypatrywali.
Niepotrzebował długiego czasu Lasota, aby w nich poznać, domyśleć się raczéj, takich jak on sam był, zbiegów, tułających się, uchodzących nocą przed czeskiemi mordami i łupieżą.
Ludzie byli orężni, bo nad głowami ich sterczały dzidy, które w rękach trzymali, a konie pod niemi były rosłe. Na głowach wiewały hełmów czuby. Lecz możnaż było zaręczyć, że to nie Czesi jeszcze, wśród tego spustoszenia, krążyli za jakąś zdobyczą?
Stanęli jezdni naprzeciw spalonego kościoła... Wiatr silniejszy ustał był nieco — i słychać było rozmawiających z sobą. Lasota bacznie ucha nadstawiał, dochodziły go wyrazy urywane.
— Psie syny.
— Zwierzęta dzikie! Szatańskie plemie.
Po tych przekleństwach, swoich było się można domyśleć. Lasota złożył dłonie w trąbę i choć osłabłym głosem, huknął ku nim.
Na ten odgłos, konni zrazu rzucili się do ucieczki, potém wnet stanęli, rozglądając do koła.
— Swoi! zawołał Lasota — bywajcie tu! bywaj! bywaj!
Dębiec, który wprzódy jeszcze poznał w nich swoich, wstał z ziemi i pospieszył na spotkanie. W gromadzie zawsze bezpieczniéj wszystkim było.
Na widok z mroku wychodzącéj mary téj, jezdni stanęli w gotowości do obrony lub ucieczki, ale kołodziéj zbliżywszy się, poznał sąsiadów, i począł wołać po nazwiskach.
Byli to dwaj bracia Doliwowie, ziemianie od Szrody, o miedzę od Lasoty osiedli.
Wszebór i Mszczuj Doliwowie, równie błąkaniem się o głodzie znużeni byli od dni kilku, dworce ich z ogniem poszły. Z koni pozsiadawszy zwrócili się ku miejscu przez Dębca im wskazanemu.
Kołodziéj szedł uradowany przodem, wołając:
— To nasi z Doliwian, miłościwy panie. Wszebór i Mszczuj.
Dźwignął się nieco na łokciu spierając Lasota. Znów ognia niecić spieszył kołodziéj.
Nie było powitania, bo czemże się pozdrawiać mieli? chyba ocalonym żywotem nędznym, z którym nie wiedzieli co począć. Patrzali na się tylko smutnemi oczyma.
Gdy ogień błysnął żywiéj, starszy z Doliwów, widząc zbroję podartą i krwawe znamiona, a twarz Lasoty wynędzniałą, nie mógł się wstrzymać od przekleństwa na wrogów.
— Ot, na co nam zeszło! — krzyknął — ot, co się, z naszą ziemią stało!
Przeklęty dzień i godzina, gdy nam Mieszko i Ryksa zapanowali!
Dębiec im konie poodbierał, puszczając spętane w blizkie ogrody, gdzie się, choć nędznie, pożywić mogły. Posiadali na ziemi. Z kolei narzekanie ze wszystkich się ust wyrywało.
— Z Poznania — począł Mszczuj — jeno gruzy téż stoją. Czego niemka Ryksa nieuwiozła, to Czesi zabrali! Poszła ona precz do swoich, do niemców — za nią i syn Kaźmierz uchodzić musiał. Pana nie mamy, otworem stoją rubieże, kraj bezpański, łupi kto chce. Złupili téż Czesi Gniezno, obdarli kościół, wywieźli skarby drogie, pognali w łykach braci naszych jak bydło. Popalone sioła — gdzie spojrzeć pustynia!
— Zczezło marnie Bolesławowe królestwo — dodał Wszebór — rycerstwo nasze przepadło, wojuje kto chce, bośmy bezpańscy. Głowy niema.
— Tylko umierać nam, aby już oczy nie widziały końca — dołożył Lasota.
— Czechy, czechami, niemcy, niemcami — rzekł Mszczuj — własny lud burzy kościoły, pogaństwo wraca, życie nasze na włosku. Kupy się włóczą i wołają stare — Łado! a którego z władyków napadną na krzyż go przybijają z urągowiskiem.
— Co poczynać? umierać? — mruknął Lasota...
W tém Mszczuj głową potrząsł.
— Kto ma siły za Wisłę ciągnie do Masława, tam, mówią, pokój jeszcze, on jeden siłę ma. Co czynić? do siły się garnąć chyba, a nie, to życie potracim, mówił Wszebór. My téż, sami nie wiemy, chyba by się do niego przekradać, aby żywot ocalić.
— Do Masława? — przerwał słabym głosem Lasota. — Co ci się śni? Człek ten niepoczciwy, przechera, wszystkich naszych nieszczęść przyczyną.
Mszczuj ramionami dźwignął.
— Prawda to! ano dziś będzie dobry kto bądź, byle życie zbawił.
— Lepiéj umierać! — mruknął stary.
Gwarzyli tak urywanemi wyrazy, gdy Dębiec przerwał rozmowę, pytając czy nie byli głodni.
— A któż dziś nie głodny! — zawołał Mszczuj.
— Co mam, tém się podzielę — rzekł kołodziéj. Nie wiele tego jest — byle duszę w ciele utrzymać.
Począł tedy mięso wędzone i krupy uwarzone na skorupkach, które w gruzach poznajdywał, rozkładać przed niemi. Lichy to był posiłek, ale się zdał głodnym najsmaczniejszą w świecie potrawą. Dziękowali mu niezmiernemi wdzięczności wyrazy.
— Niech ci Bóg płaci! — wołali.
— Zapłaćcie wy mnie sami — odparł Dębiec — siedzieć tu nie będziecie, powleczecie się gdziekolwiek bądź, pozwólcie mi z sobą, bo tu zginę. Jutro do dnia pewnie ruszycie w lasy, dajcież mi się wlec za wami. Wezmę co mam żywności, podzielimy się.
— Któż z nas wie, co pocznie jutro? — zawołał Lasota.
— W lasy trzeba i za Wisłę — dodał Mszczuj — innéj dla nas rady niema. Masław przyjmuje wszystkich.
— Ani mówcie o tém — a sromajcie się myśli — przerwał stary Lasota.
Masław? a któż tego chłopiego syna nie znał na Mieszkowym dworze? Niewiedzieć zkąd i jak, od chlewów się dobył ten parszywiec, liżąc nogi, pochlebstwem dobił się podczaszowstwa. Mieszkowi potém życie skrócił, królową panię wygnał zmowami swemi, Kaźmierza pana swego wypędził. To jego sprawy.
— Pewnie tak — odrzekł Mszczuj — ja go téż ni kocham, ni bronię, psubrat jest, a no kto dziś panem? przy kim siła? albo trzeba gardło dać lub iść mu służyć!
— A! tak — wtrącił się zdala Dębiec — służyć już komu bądź, niech choć rudy pies panuje, byleśmy bezpańskiemi nie byli.
Umilkli wszyscy pospuszczawszy głowy, Lasota orzeźwiawszy nieco, podniósł się sycząc, aby ciało pobite, rany i odzież potarganą opatrzeć. — Znać w nim było męża, który nie jedno już przebolawszy w życiu, cierpieć się nauczył, chłodno, śmiało, prawie nie jęknąwszy, począł się rozdziewać z przywrzałéj do poranionego ciała zbroi i kaftana. Krew, która była przyschła, puściła się znowu z ran, więc bieliznę drąc, zakładał nią posieczone i pokłute ciało, a drudzy nań z podziwem patrzali. Był to znak przecie, że do życia chciał powrócić i o jakimś myślał ratunku. Czekali wszyscy milcząc, aż stary dokończy, bo się im trzeba było naradzić wspólnie, co daléj czynić mieli, gdzie się schronić, dokąd uchodzić.
Nie było naówczas w kraju kąta prawie, któregoby najazdy czechów, pomorców, prusaków nie spustoszyły, lub sam lud, do pogaństwa wracający nie zakrwawił i nie zniszczył.
Możniejszym szczególnie, którzy byli wszyscy za Mieszka pierwszego i Bolesława chrześcijaństwo przyjęli, duchowieństwu wszelkiemu, rycerstwu, największe groziło niebezpieczeństwo. Nie ostał się jeden kościół, żaden klasztór całym przed napaścią, żaden cmentarz nie splugawionym. Legli od zbójeckich rąk kapłani niemal wszyscy a wielkie dzieło nawrócenia z pomocą chrześciańskich narodów dokonane, obalone zostało.
Na rękę to było po części niemcom, odzyskującym przez to prawo nawracania mieczem, zawojowywania i pochwycenia znowu zwierzchnictwa nad kościołem odbudowanym.
Ruś téż i Węgry korzystały z uroszczeń Bezpryma, z dogodnéj chwili, aby kraje zawojowane przez Bolesława oderwać od Polski. Czeski Brzecisław myślał już o zagarnięciu całego państwa i połączeniu go z koroną swoją. Począł to wielkie dzieło od złupienia Krakowa, Gniezna, Poznania i uczynienia pustki z ziem, nad któremi chciał panować.
Gdy rany swe obwiązawszy Lasota, legł znowu na ziemi, a Dębiec siadł na uboczu, oba Doliwowie, spojrzawszy na siebie, pierwszą wznowili rozmowę.
— Cóż myślicie? — ozwał się Mszczuj — co czynić mamy? mówcie! starszego posłuchamy radzi.
Lasota podniósł głowę, jakby się chciał przekonać, że mowa do niego była zwróconą.
— Pytacie mnie — rzekł. — Wiem że ja sam co czynić? Wiem, jeno czego nie uczynię. Za Wisłę do Masława nie pójdę, srom to i hańba, parobczakowi się kłaniać, gdy się namaszczonym królom służyło. Myśmy wszyscy stali przy panach naszych, stali przy Mieszkowéj wdowie, potém przy Kaźmirzu, mamyż iść do tego co nam ich odebrał? A gdybyśmy i poszli doń, chyba ażeby mu zanieść głowy nasze, bo żywić nas nie będzie.
Zamilkli Doliwowie.
— Nie wiem, czy znacie Masława, jak ja go znam — dodał Lasota. — Patrzałem ja nań, jak rósł na dworze z pacholęcia przy psiarni, potém ręczniki i dzbanki nosił, sokoły chuśtał, miód nalewał, a do ucha i łask się wkradał powoli i tak do łańcucha na szyi, do pasa rycerskiego doszedł, na powiernika i radzcę. Dopiero go duma zdęła niepoczciwa.
Po śmierci Mieszka, królową chciał zawładnąć, bodaj się z nią żenić i królować, a Kaźmirza się pozbyć. Rozumna pani odepchnęła go, otaczając się swojemi ku obronie. Zaczęli na nią krzyczeć, że kraju i nas znać nie chce, a prześladowali ją tak, że skarby wielkie zabrawszy, uchodzić do swoich nad Ren musiała. Został Kaźmirz, nad którym Masław chciał rozciągnąć opiekę, aby go zgubił, musiał i ten uciekać od niego. Pozbył się go prędko. Myśmy bezpańscy jako stado bez pasterza zostali, a wilk się nam stręczy miasto niego. Kraj obcy ludzie łupią i drą.
Czyjeż to sprawy jeśli nie jego!
Myśmy się precz od zdrajcy ustąpili, uczynił się poganinem aby sobie czerń pozyskał. Pogan téż, ile ich jest, prusaków i pomorców ma z sobą. Cóż my tam przy nim i z nim, ludzie chrzczeni i Chrystusa wyznający czynić będziemy? Ciała nie ocalemy a dusze potracim!
Mówił tak, a Doliwowie milczeli.
— Alboż to prawda, co głoszą — rzekł powoli Mszczuj — że się poganinem uczynił? Chyba na oko, nie wierzę by nim był.
W tém Dębiec, który zdala siedząc przysłuchiwał się — zawołał.
— O! miłościwy panie! To jawna rzecz, że z pogany trzyma. Stare Stanice pochowane, z ziemi i lasów dobyto, postawiono znów kamienie i słupy, jak dawniéj bywało. Wszystkie dawne świątki obchodzą o białym dniu. Księdza żadnego nie żywią, a którego gdzie dopadli stracono. Masław mówi, że z księżmi przyszła niewola.
— Zły Masław — przerwał Wszebór — a gdzież i jak się schronić i ratować! W Czechach téż pęta i łyka każdego czekają, na Ruś daleko, a i tam kto wie, jaka byłaby gościna? Błądzić po lasach i z głodu mrzeć, toć lepiéj się od razu obwiesić na gałęzi.
Dogasał ogień przy którym siedzieli, Dębiec kilka głowni zebrawszy, dorzucił i znowu go odżywił.
— Co czynić? co czynić! powtarzali stroskani.
— Masława ja znam ze dworu dobrze — odezwał się Mszczuj po przestanku — zrazu my się drużyli. Człek śmiały do wściekłości, zuchwały do szaleństwa, a roi mu się we łbie panowanie, bo mu za młodu wróżka jakaś przepowiadała, że dojdzie wysoko. I to pewna, że żadnego by z nas nie oszczędził, byle mu się to na co zdało, a co mu z tego przyjdzie, gdy nas pogubi?
Mówili jeszcze, gdy szelest się słyszeć dał w ciemnościach. Nic widać nie było o trzy kroki przestraszeni ruszyli się wszyscy, oprócz Lasoty, nasłuchując bacznie czy się konie, puszczone na paszę nie ruszyły, zwierza uląkłszy i trwogi téj nie nabawiły.
W tém płomię, które się podniosło oświecając szerzéj pogorzelisko, ukazało za węgłem stojącą postać ludzką.
Człowiek stary, ręką wychudłą opierał się o kawał ściany, a dość nań było wejrzeć, aby się pozbyć obawy i poznać w nim nieszczęśliwą ofiarę, co się gdzieś z gruzów tych, głos ludzki zasłyszawszy, dobyła.
Mężczyzna był w podeszłym wieku, wynędzniały, twarzy bladéj, w podartym i powalanym przyodziewku czarnym, z głową nizko postrzyżoną, na długiéj, chudéj, kościstéj szyi sterczącą. Wiek już go był przygarbił, a wycieńczenie ledwie mu się na nogach utrzymać dozwalało. Zeschłe wargi otwarte miał, oczy osłupiałe, resztka życia już w nim tylko tlała.
Spoglądał po siedzących, jakby znajomych między niemi szukając twarzy, a z piersi znać trudno mu było dobyć głosu. W tém porwał się z ziemi Mszczuj i podbiegł ku niemu, wołając.
— Wyż to jesteście? ojcze Janie? wy?
Starzec głową potrząsł, spragnionemu, wygłodzonemu mówić było trudno, a zbliżyć się téż nie mógł i ściany trzymał, by nie paść, drżąc cały.
Doliwa podbiegłszy, rękę mu podał i przywiódł ku ogniowi.
Znany to był wszystkim proboszcz miejscowy. Trzy dni już w grobach pod kościółkiem schroniony, uszedłszy oka łupiezców, żył okruszynami chleba i kroplami wody, co po murach ściekała. Zasłyszawszy ludzkie głosy, poznawszy swoich, wydobył się sił ostatkiem z zakątka, w którym się na śmierć gotował.
Z całego mienia, jedno najdroższe ocalił — książkę, którą w rękach trzymał i do piersi ją przyciskał.
Dębiec pospieszył téż na ratunek staremu. — Posadzono go przy ognisku — kołodziéj przyniósł mu wody, Lasota oddał swój chléb zczerstwiały. Ze łzami w oczach ojciec Jan, opatrzności i im dziękował, ale długo, prócz urywanych wyrazów, nic z niego dobyć nie było można. Głos stracił z przerażenia i boleści, nie nad sobą płacząc, ale nad losem kościoła i owieczek.
Po długim spoczynku, gdy go woda i strawa do życia przywróciła, począł, jakby w gorączce mówić, coraz silniejszym głosem.
— Patrzałem na upadek nasz — mówił — a gdybym wiek żył, z oczów mi nie zejdzie widok ten straszny.
Spadli jako burza na nas łupieżcy — za grzechy nasze. Miasto się bronić nie mogło, z okolicy tłumy się zbiegły na gród, rąk było nadto, oręża mało a strachu więcéj nad wszystko. Oprócz wojewody naszego i Żupana, przyciągnęli ludzie ze Szrody, zbiegli się z grodków okolicznych... Było więcéj niż się pomieścić mogło, dusili się w okopach.
Jam przy kościele został — niegodziło mi się go opuszczać.
Włożyłem komżę, stułę i kapę, wziąłem krzyż w ręce, chrześcianie przecie byli choć wrogi.
Bronić się nie myślał nikt — opierać się nie mogliśmy, wysłano starszyznę Prokopa z różczką złotą przeciw nim, z poddaństwem i pokorą.
Nie pomogło czołem bicie. Lud wszystek popędzili w niewolę, miasto zniszczono i złupiono. Sądny był dzień gniewu pańskiego. Mnie na progu kościoła za włosy porwała dzicz, rzuciła na ziemię, tratując nogami. Bóg chciał, by ta kupa, skarbów szukając, padła do zakrystyi i skarbca, a jam się miał czas schronić do grobów i skryć między płyty kamienne, które tam stoją.
Przyszli i tam zbóje — chodzili koło mnie, ocierali się niemal, czekałem tylko chwili, gdy mnie porwą i na śmierć pociągną — Bóg ich zaślepił. Poobalawszy trumny, powywlekawszy trupy, wyszli zostawując mnie. Słyszałem nad głową moją płonący kościół — jak padały belki, jak runął dach, którego krokwie spalone na pół, przez otwarte drzwi grobowe, aż do nóg moich się staczały.
Jak ocalałem, na co Bóg chciał mi życie przedłużyć! albo wiem? — dodał starzec. — Rzekł i pomyślawszy chwilę ciągnął daléj.
— Jeśli na co mi życie było dozwolone, chyba abym wysłuchał narzekania wasze i przyniósł pociechę. Z nad mogiły, nad którą stoję, widzą moje oczy jasno. Nie trwóżcie się, że upadły krzyże i wróciło pogaństwo, ani myślcie Masławowi bić pokłony. Przejdzie dopust Boży jako wicher i burza, połamawszy gałęzie, a pni nie obali... i zazielenią się z wiosną. Ale wam nie płakać i narzekać, ani ręce łamać trzeba i padać na ziemię, ale się gromadzić i stać murem a bronić. Niewiasty płaczą, mężowie walczą, Bóg dzielnym pomoże, gdy serca podniosą ku niemu!
Czyż wszystko nasze wyginęło rycerstwo, co z Bolesławem szerokie ziemie podbijało? Czy już tylko czerń została, któréj dawniéj nie obawiano się tysiąców, gdy jedno serce za tysiąc stało?
Rozbici jesteście, a skoro się zbijecie znowu, krzyż w ręce ująwszy, zwyciężycie. I pójdzie czerń po lasach wylękła, a zdrajcy pod miecz i stryczek szyją przyniosą.
Masławowi się kłaniać! — zawołał z zapałem starzec — toć jedno co Boga zaprzéć i chrztu świętego.
Złym Bóg dopuszcza godzinę zwycięztwa, ale im panowania nie daje. Idźcie, zbierajcie się, radźcie, pana szukajcie. Bóg będzie z wami.
Kościoła mi żal, lecz oczy moje widzą, jak się podniesie, jak się w nim ozwą hymny i chwała Pana sławić będzie! Nie dajcie sercom słabnąć, ufajcie Bogu! Bóg ocali!
To mówiąc, słabnął starzec, głosu mu nie stawało, chylił się już, drżącą ręką na cztery strony krzyż zakreślił błogosławiąc słuchaczom, którzy głowy skłonili, i zamilkł, chyląc się ku ziemi. Nadbiegł Dębiec, niosąc garść słomy, którą był przysposobił dla siebie i na niéj układł znużonego, który ręce na piersi złożył i powieki jak do snu zamknął. Milczeli wszyscy — ogień przygasał, i reszta téż do spoczynku siębrała...
Niebo na noc, zwolna się z chmur oczyszczać zaczęło, gdzieniegdzie na niém przez rozdarte obłoki, migały gwiazdki blade. Wiatr ustawał, cisza coraz rzadziéj przerywana szumem w powietrzu, rozkładała się nad doliną, w ciemnościach stojącą. Pasek tylko jeszcze wązki niebios, ostatkami zachodnich brzasków się świecił.
Słowa natchnione starca, serca trochę dodały, myśleli wszyscy co jutro poczynać, a choć się nie radzili, zgadzały się ich myśli.
Swoich szukać trzeba było i do kupy zbijać, nadziei nie tracąc. Trzem jezdnym przybywał ciężar nowy, osłabły starzec, którego na łup głodnéj śmierci lub nieprzyjaciela, porzucić się nie godziło. Lecz młodsi pieszo iść mogli, a Dębiec téż mający im towarzyszyć, pospieszać bardzo nie dozwalał i koni siły zmuszały do powolnéj jazdy. Rozmyślali o tém, nie śmiejąc się odzywać, siedzieli i drzémali u gasnącego ognia.
Ojciec Jan usnął widać znękany, bo oddechu jego nawet słychać nie było.
Lasota téż zdał się niewiele dbać o swój los, i obojętnie patrzeć na to, co go spotkać miało. Tak noc przetrwali całą. Dniało, gdy Doliwowie między sobą radzić zaczęli, w którą się obrócić stronę. Nie mówili już o Masławie, ale ku Wiśle lasami zdążać myśleli, aby się, przebywszy ją, na Mazurach gdzie schronić, bo tam czerń jeszcze nie powstała.
Dniało, gdy jakby cudem, ocalony gdzieś kogut, sam jeden na pogorzelisku, zaśpiewał na zaranie oznajmując pustkowiu początek dnia nowego. Głos ten usłyszawszy, ruszyli się wszyscy. Lepsze on czasy i spokojne dwory przypomniał.
Jedyny teraz mieszkaniec spustoszonéj osady, nie czując co go otaczało, dobył z piersi może ostatni raz głosu, posłuszny nałogowi staremu... Głos ten, nawołujący do życia śmierć i popioły, zdał się straszném urągowiskiem a razem upomnieniem. Strwożeni jedni, drudzy odżywieni podnosić się zaczęli, jakby ich czujny ów stróż zawstydził.
— Tak nam téż przystało, póki żyjemy się obwoływać! — zawołał Lasota — podnieść się usiłując.
W drogę!!






II.



Po nocy pogodnéj i cichéj, ranek wstał chmurny znowu i wiatr, jakby przebudzony, obłoki nieść zaczął jak wczora. Goniły z zachodu, niby za wieczornymi spóźnione — Z razu wybiegły zarumienione i drobne, przodowi wysłańcy, tuż za niemi cała czereda szarych zwijających się w grube wały, poszarpanych na skrajach, i wnet całe niebiosa zaciągnęły się jakby smętną płótna oponą, po któréj kłębiły się, dymiły coraz nowe chmur gromady. Wiatr téż ziemię zamiatać poczynał, i na pogorzeliskach obalał gdzieniegdzie chwiejące się dylów szczątki; padały na popielisku, a dym i kurzawa podnosiły się od nich i rozwlekały daleko.
Zimny powiew zachodni zmusił ruszać się z ziemi. Pilno trzeba było myśleć o lepszém schronieniu.
W téj gdeckiéj, błotnistéj, zewsząd odkrytéj nizinie, lada napaść była niebezpieczną, ni się schronić tu ni bronić nie było można. Blizko stojące lasy pewniejszym były przytułkiem. Pierwsi powstawali Doliwowie, myśląc o napojeniu koni, Dębiec téż stał do posługi gotowy, zbierając się ognia rozłożyć trochę, aby ciepłą strawą jaką orzeźwić przynajmniéj rannego Lasotę, i skostniałego od zimna staruszka.
Mszczuj chciał odchodząc własną opończą okryć O. Jana, gdy, schylając się nad nim, postrzegł, że twarz miał trupio bladą, a zlekka do niéj dłoń przyłożywszy, uczuł, że kapłan żyć już przestał. Skonać musiał spokojnie w nocy, z modlitwą na ustach, ręce miał jakby do niéj złożone i zaciśnięte na książce, którą ocalił z kościoła. Książka ta była jedyną po nim spuścizną.
Mszczuj ani się zadziwił ni użalił téj śmierci, dla O. Jana była ona dobrodziejstwem, dla podróżnych oswobodzeniem od ciężaru, któremu nie wiedzieli jak podołają. Oba z bratem poszeptawszy gdy się przekonali, że O. Jan nie żył a skostniał był zupełnie — zajęli się naprzód pogrzebem. Dzikiemu zwierzowi a krukom zwłok na pastwę nie podobna było zostawić, naradziwszy się więc, postanowili złożyć je w kościelnym grobie, z którego wyszedł do nich wczora.
Dębiec się ofiarował dopomódz im do tego pobożnego dzieła, ale go odesłali do koni, i sami we dwu, ująwszy zwłoki za głowę i nogi o dnia brzasku, skierowali się milczący ku zwaliskom nie zbyt odległego kościołka.
Tu jakby na przyjęcie zwłok kapłana, stała właśnie otwarta trumna dębowa, z jednego kloca wyrobiona, z któréj trupa rabusie wywlekli... Do niéj więc włożyli pobożnie bracia O. Jana, i wiekiem przysłonili na spoczynek wieczny.
Zasunąwszy potém płytą kamienną, która wprzódy wnijście do grobów okrywała otwór podziemią — wrócili do spalonéj chaty.
Lasota przebudzony dawno, patrzał na to co się działo, lecz popadł był w rodzaj odrętwienia, który wielka rodzi niedola, — ani się cudzéj śmierci mógł użalić, ani by własnéj starał uniknąć.
Dębiec klęcząc warzył coś w garnku, konie były napojone, a choć pasza na wpół wypalonych ogrodach nie wiele je posilić mogła, rzeźwiejsze były po spoczynku niż wczora.
Ranek choć chmurny, coraz się jaśniejszym stawał, gdy Doliwowie do drogi już stali w gotowości. Lasota leżał jeszcze na rękach oparty.
— Ojcze, odezwał się Mszczuj do starego nie zdającego się myśléć o podróży — jechać nam trzeba, a i wy z nami téż musicie.
Potrząsnął głową Lasota.
— Dajcie mi tu tak spokojnie zemrzéć — rzekł ledwie dosłyszalnym głosem. Po co się już męczyć aby nędzne życie ocalić, gdy się ono na nic nie zdało nikomu. Gdybym ręce miał.
— Serce macie! zawołał Mszczuj — my was tu nie zostawiemy.
— Księdzu Bóg oczy zamknął, da i mnie tu skończyć, rzekł stary.
— Bóg tego nie chce, gdy wam życie ocalił — dodał drugi.
Nie dopuścili Doliwowie by się starzec dobrowolnie głodem zamorzył, i niemal gwałtem nagląc, ująwszy go pod ręce z ziemi podnieśli. Dębiec dopomagał, podprowadzono konia, którego rany poprzysychały, wciągnięto go nań, i ruszyli wszyscy z nieszczęśliwego pogorzeliska, które już nigdy się do pierwszéj swéj możności i dawnego życia podnieść nie miało. Raz jeszcze przeciągając przez zwaliska te, napatrzeć się musieli strasznego obrazu spustoszenia.
Gdecz naówczas był niemal całéj polski wizerunkiem w gruzach leżącéj i popiołach, bezpańskiéj, zniszczonéj i pustéj. Krajało się serce tym co ją niedawno jeszcze pamiętali żywą, wesela pełną, z tłumami przebiegającemi ulice, z grodami zasobnemi, z kościoły śpiewem brzmiącemi. Dziś milczała jak wielki cmentarz, a krucy się unosili nad nią, szukając niedogniłych trupów, i oszalałe tłumy burzyły co jeszcze stało.
W posępném milczeniu przejechawszy około zburzonego gródka, puścili się drogą ku lasom.
Okolica jak zajrzéć pustą była, bo kto się wyrwał z rąk Czechów, skrywał się po lasach i gęstwinach. Bezpieczniejszemi téż uczuli się jadący, gdy się wpośród drzew znaleźli. Tu choć dosyć obeznanym z krajem, nie łatwo się teraz pokierować było. Jedyna większa droga, dla uchodzących służyć nie mogła, spotkać się na niéj było łatwo z kupami zbrojnemi, albo z oddziałem Czechów, po całym rozsianych kraju. Gromady dziczy rycerstwu nie przepuszczały, a Czesi w niewolę brali. Rzucić się więc musieli w stronę bezdrożami, a Mszczuj, który myśliwym był, zapewniał, iż po korze drzew się kierując, manowcami ku Wiśle doprowadzi. Nie było bowiem innego schronienia jak za Wisłą, choć ów pokój co tam miał panować, pogłoską był tylko i słuchem — nic nie ręczyło za bezpieczeństwo, a czteréj zbiegowie, z których jeden był bezbronnym, drugi pokaleczonym i wycieńczonym głodem — obronić się nie mogli napaści nawet małéj garstki złych ludzi.
Zapasu żywności téż, oprócz téj jaką na plecach w worze niósł Dębiec i Doliwowie w sakwach jeszcze mieli po trosze, nie było żadnego, ta na długo starczyć nie mogła. Trzeba się było zdać na opatrzne losy.
W głębi puszczy jesień jeszcze nie była tak widoczną, ocalało tu więcéj liścia, trawy i zieleni, wiatr nie dojmował tak ostro. Przebywszy przerzedzony bór od skraju, gdy się w gąszcze dostali, — jechali ostrożnie, nadsłuchując niemal ubezpieczeni. Przodem postępował Mszczuj prowadząc, za koniem jego szedł Dębiec, daléj wlókł się koniowi cugle puściwszy Lasota, istny trup żywy — a pochód zamykał Wszebór.
Dwa czy trzy razy zwierz im z pod nóg pierzchnął prawie, ale nikt się oń nie pokusił, gonić nie było sposobu, rzucić oszczepem zadaleko. W kilka godzin dopiero młode spłoszone sarniątko, udało się Mszczujowi, w chwili gdy przystanęło niewiedząc jeszcze gdzie pierzchnie — przeszyć dzidą rzuconą. Pobiegł za niem Dębiec i skaleczone pochwycił. Pożądana to była zdobycz, i gdy stanęli na łączce dla koni, mogli upiec kawał mięsa, którego dawno nie kosztowali.
W głębinie lasów nic się nie zdawało ludzi zwiastować — milczały całe, a choć Mszczuj dla ubezpieczenia się ucho do ziem przykładał, nie posłyszał nic coby obawę jaką wzniecić mogło.
Gdy konie popasłszy na lepszéj trawie, któréj tu podostatkiem było — napiły się w strumieniu, orzeźwiały, puścili się zaraz w dalszą drogę.
Wiodła ich ona prawie jednostajnie gąszczami, borem, zaroślami, w jednym kierunku, jak ich Mszczuj zapewniał, który już dnie i czas, gdy się nad Wisłę dostać mieli obliczał. Nie przeciwiał mu się nikt bo lepiéj znał kraj, a swego pewnym się zdawał. Lasota milczał obojętny, dawał się prowadzić, nie pytając, bo nie patrząc prawie. Czynił co mu wskazano, sam już jakby woli pozbywszy, nawet karmić się i poić dając — i nie upominając o nic. Pamiętali o nim towarzysze podróży, nie dziwiąc się temu bo wiedzieli że rodzinę utracił, a w nim samym życia było niewiele.
Miało się już tego dnia ku wieczorowi, gdy, jadąc tak powoli, Mszczuj, który oczyma naprzód sięgał daleko, aby nie wpaść w jakie niebezpieczeństwo, ręką dał znać jadącym za sobą, aby przystanęli. Zatrzymano wnet konie, uciszyli się wszyscy. Mszczuj zlazłszy ze swego, począł skulony iść naprzód, aż przypadł i pełznął na brzuchu.
Z za gałęzi drzew, już z liści trochę obnażonych, widać było, na małéj łączce u pnia dębu starego, coś czego zrazu dobrze rozeznać nie mogli. Bielała jakby odzież jakaś, niby ludzi oznajmująca. Mszczuj się tak skradając po cichu, przysunął do pnia starego drzewa, a tu, rozpatrzywszy się — wstał śmiało na nogi.
Jadący za nim domyślili się, iż obawiać się nie było czego. Skinął téż na nich aby się zbliżyli.
Widok jaki mieli przed oczyma, zdumiał ich litość nie przestrach obudzając. U pnia dębu siedziało z włosami rozpuszczonemi śliczne dziewczę, zaledwie lat piętnaście mieć mogące. Kwiatek ten świeży zwarzył już jakiś podmuch ostry, na zbladłéj twarzy okrutną boleść widać było wyrytą. Oczy miała zwrócone ku górze i nieruchoma tak siedziała, gdyby posąg jaki. Z dwojga oczu niebieskich ciekły dwa łez strumienie, ciekły i zaschły na twarzy, na któréj dwie tylko krople wezbrane, jak perły się lskniły. Rączyny miała podłożone pod głowę, sparte na drzewie, a na kolanach jéj spoczywała druga niewiasta, sukniami obwinięta, z głową zakrytą, śpiąca, chora czy zmęczona. Twarzy jéj widać nie było. Obok dwóch niewiast leżały rozsypane węzełki, suknie zrzucone, kosz z jadłem i sprzęt drobny.
Były same, we dwie tylko — nikogo więcéj z niemi. Po sukniach znać w nich było niewiasty majętnego rodu, żony żupanów lub władyków. Młodsza miała na sobie przyodziewek futerkiem okładany, druga okryta była kosztowną suknią z ciężkiéj tkaniny. Na szyi dzieweczki świeciły łańcuszki złote i wieszadła, kolce miała przy uszach, pierścienie na rękach białych wpośród włosów wyglądały.
Mszczuj, który ją pierwszy zobaczył, stanął jak wryty. Piękniejszéj niewiasty nie widział w życiu swojem — zdała mu się królewną, albo duchem zaczarowanym tych borów. Obie niewiasty były jakby skamieniałe, nie słyszały przybywających, nie poruszały się wcale. Domyślał się Mszczuj, że ta która na kolanach dzieweczki spoczywała, uspioną być musiała — a ona nie śmiała ani drgnąć, by jéj snu nie przerywać.
Dopiero gdy konie bliżéj podeszły a parsknęły i tentent się dał słyszéć wyraźniéj, z krzykiem porwała się dzieweczka, budząc uśpioną... Przerażona do obłąkania prawie, nie wiedziała co czynić, bo nie mogła rychło do przytomności przywieść obudzonéj.
Gdy się tamta podniosła, ujrzeli w niej starszą i poważniejszą niewiastę, twarzy jeszcze świeżéj i wdzięcznéj, rysów pięknych, z brwiami i oczyma czarnemi, wyrazu dumnego i pańskiego. Ciemnemi i rozrosłemi łuki brwi w półkola zwieszały się nad powiekami przysłaniającemi źrenice wielkie i ogniste. Patrzała niemi strwożona lecz gniewna razem. Dziewcze daleko mocniéj przelękłe usiłowało chwytając ją i ciągnąc, uprowadzić z sobą; gdy Mszczuj się pokazał i pospieszył zawołać, by się nie lękały niczego.
Na ten głos, mowę swoją usłyszawszy niewiasty, choć strwożone jeszcze się tuliły do siebie, znać było, że nabrały otuchy. Starsza się podniosła, wyprostowała dumnie, osłoniła płaszczem, którym była przykrytą, i dosyć śmiało poczęła się Doliwie przyglądać. Młodsza skryła się za nią i instynktem raczéj niż z rozmysłem, chwytała włosy rozsypane, których długie, jasne warkocze, całe jéj ramiona okrywały, jakby płaszczem złocistym.
Mszczuj, choć znał dawniéj na dworze, potém po grodach bywając, wszystkie niemal znaczniejsze rodziny, nie przypominał sobie tych dwu niewiast które — gdyby je był raz widział w życiu, z pamięci wyjść nie mogły. Piękność tylko co rozkwitłego dziewczęcia, tak była zachwycającą, że dość na nią raz spojrzéć było, aby na wieki o niéj pamiętać. Twarz téż starszéj pani, uderzającą była i wdziękami i wyrazem a przybraną powagą. — Zdało się jakby cudzoziemką była, bo i płeć miała śniadszą niż polskie niewiasty i na wierzchniéj wardze czarny puszek porastał. Silna, wzrostu więcéj niż miernego, pulchna i pełna, postawę miała królowéj, i wejrzenie do rozkazywania nawykłe.
Chociaż to spotkanie ich w głębi lasów i przestrach młodszéj dowodziły, że obie były w położeniu rozpaczliwém, same jedne, opuszczone, uciekające zapewne przed tą tłuszczą, która nie szanowała ani kościołów, ani niewiast; twarz przecie starszéj nie wydawała zbytniéj trwogi. Brwi tylko czarne zbiegły się jéj nad oczyma i dwie marszczki przecięły czoło. Patrzała długo na Mszczuja, badając go oczyma, i czekając aż się odezwie.
— Nie lękajcie się miłościwe panie — rzekł przybywający — myśmy nie napastnicy, sami uchodzim od napaści. Nas tu dwu braci Doliwów, stary Lasota z pod Szrody, i człek ze służby. Jedziemy ze spustoszonego kraju od Gdecza, gdzie już i żywéj nie zostało duszy.
Gdy to mówił Mszczuj, nadciągnęli jego towarzysze, którym téż starsza pani przypatrywała się bacznie, a z za niéj kiedy niekiedy, trwożliwie wyglądała ciekawa, kryjąca się za płaszczem, biała twarzyczka dziewczęcia.
Zatrzymali się wszyscy na widok tych niewiast samych jednych śród lasu, bezbronnych, aż litość nad niemi brała. Walczyć z nieszczęściem wszelkiém, męzką jest rzeczą i mężowi przystojną — lecz gdy niewieście bezbronnéj, bezsilnéj przyjdzie tak stanąć nad przepaścią na łasce dziczy, gdy niewiasta w kwiecie wieku, żywota ginie marnie — najtwardsze serce się ściska. Patrzali nadciągający zdjęci litością wielką, nawet Lasota, któremu własna przypomniała się rodzina, oczy otworzył zagasłe i poruszył się na swym koniu.
— Bogu Najwyższemu niech będą dzięki, co was tu ku nam sprowadził, ozwała się starsza niewiasta — Bogu niech będą dzięki. Oto już trzeci dzień jak tu siedzimy same, drżąc a płacząc. Ostatni sługa co był z nami, poszedł się rozsłuchać po okolicy — i nie wraca. Na Poniec, gród nasz napadły gromady srogie — ludu ćma... Ledwieśmy z córką ujść pośpiały z jednym starym. I tego nie ma teraz, niewraca, a nas tu głodna śmierć lub zwierza paszczęka czekała...
Co z domem, co z mężem się stało! Bóg jeden wie.
Zasłoniła ręką oczy, z których łzy pociekły, i zamilkła.
Wszyscy z koni zsiadali, przybliżając się nieco. Młode dziewcze wciąż strwożone za matkę się kryło.
Z nazwiska męża znano starszą niewiastę; była ona rodem z Rusi, greckiéj matki dziecię, poślubił ją był możny władyka Leliwa. Miała imię Marty.
Za Bolesława wielkiego czasów, gdy z Rusią były ściślejsze stosunki, a chwilami przyjaźniejsze, swatali się książęta i żupany z rusinkami, brali niekiedy rusini żony ze dworu króla i po grodach.
Ani Marty Leliwowéj, ani córki jéj nikt z przybyłych nie znał z twarzy, ni je kiedy widział w życiu. Spicymierza, inaczéj zwanego Spytkiem, który nie dawno się był przeniósł na siedzibę do Ponieca, widywali nieraz Doliwowie i Lasota. Mąż to był podeszły już w lata, rycerski, odwagi niezmiernéj, czego w wyprawach mnogie dał dowody. Nie śmiano domyślać się nawet co się z nim stało, zmiarkowali wnet wszyscy, że gdy podczas napadu czerni był doma, niżeli by miał uchodzić, raczéj życie dał. Mógł żonie swéj i dziewce do lasu kazać się schronić, ale sam pewnie kroku dostał.
Aby daremną mową nie rozżalać zbolałéj niewiasty, nikt się nie odezwał z pytaniem o niego, ona sama ręce łamiąc mówić poczęła — bo się pohamować nie mogła, jak zwykle niewiasty w złéj doli.
— Bóg jeden wie co się z panem mym najmilejszym stało — wołała. Z ludźmi swojemi chciał się bronić do upadłego, a czy potrafił z tych gromad, co go osaczyły, choćby przebojem się wyrąbać?
I płakać zaczęły obie. Wtem Lasota, który przez całą drogę milczał, podstąpił okazując poszarpaną zbroję i ciało pokrwawione, lada jako chustami poobwiązywane, na których téż zaschłéj krwi plamy widać było.
— Nie narzekać już dziś na nic, a dziękować Bogu, kto choć żywot ocalił — rzekł. Moi wszyscy zginęli! Ja cudem ocalałem. Kogo Bóg zachowa sierotą, musi się poddać losowi, poległych opłakując. Dziękujcie Bogu, że was czerń do nogi nie wycięła, bo się na rycerstwo, władyków i żupanów zawzięli srodze, tak aby plemię nasze całe po wszech ziemiach wytępili.
Znałem ja Spytka — nie ustąpił pewnie sromotnie, więc bodaj z życiem uszedł.
Nam téż i mnogim niedobitkom, mało co żywota zostało.
Spytajcie miłościwa pani, czy z tych naszych co się w Gdeczu schronili, żywa uszła dusza inaczéj jak w pętach.
Płacz i narzekania niewiast na nowo się rozpoczęły, pocieszać je było trudno, milczeli wszyscy. Tym czasem, że się na wieczór zbierało, obozować tu postanowiono, nie chcąc i niewiast opuszczać — które na sługę czekały. — Któż wiedział czy go się doczekać mogły?
Choć w tak srogiém utrapieniu, gdy życie na włosku wisi, nie czas myśleć o piękności niewieściéj i w niéj się rozmiłowywać — oba Doliwowie, ujrzawszy córkę Spytkową, jako byli młodzi nieżonaci a gorącego serca, nie mogli się jéj napatrzéć.
Dziewcze się kryło jak mogło za matką, widząc jak ją oczyma prześladowali, nie pomagało to wiele, bo Doliwowie pod pozorem posług różnych bliżéj się cisnęli, aby choć popatrzéć na nią, a krasą się polubować.
Rozdzielone były wprawdzie od siebie obozowiska, niewiasty się trzymały na uboczu trochę — ale młodym łatwo było wymyśléć sposoby, przybliżenia się do nich.
Sługa ów Spytkowéj, na którego czekała aby jéj wieści przyniósł o mężu i o grodzie ich — nie powracał; coraz więc prawdopodobniejszém się zdawało, że go gdzieś pochwycono, albo się obłąkał w lesie, lub padł pastwą dzikiego zwierza, choć miał to być człek wielce sprawny i z lasem po bartniczemu oswojony, że w nim był jak w domu.
Jawném to było dla Doliwów, że opuścić tak niewiast nieszczęśliwych nie godziło się. Koni nie miały, tabor niemi zwiększony, jeszcze się wolniéj musiał posuwać ku Wiśle, na większe będąc narażony niebezpieczeństwa. Nikt na to nie sarknął, Doliwom obu podróż ze Spytkówną uśmiechała się, bo się w niéj na pierwsze wejrzenie rozmiłowali, nie wiedząc wcale o sobie.
Już mrokiem, gdy coraz bardziéj o powrocie sługi wątpić poczęto, radzić trzeba było o jutrze, bo stać dłużéj, dla szczupłego jadła nie mogli.
Spytkowa zaklinać poczęła ręce łamiąc, aby ją tak samą nie porzucano. Odezwał się tedy stary Lasota, który stał się mówniejszym. —
— Któż by o tém myślał! — Nie przeto będzie bezpieczniéj i lepiéj, bo i my nie wiele możemy a przekradać się musimy bronić nie mogąc.
— Dokądżeście ciągnęli —? spytała Spytkowa.
— My...? ku Wiśle — odparł stary. — A no inna to rzecz była nam uchodzić samym, inna z sobą niewiasty prowadzić. Doliwowie nas ku Wiśle prowadzili, gdzie na Mazurach pokój być ma; bo ten niepoczciwiec Masław żelazną ręką lud trzyma. — Ale my go znać nie chcemy, tém ci więcéj niewiast mu pokazywać nie można, bo nic téż nie szanuje, ni czci ni życia; a siłą się swą upił jako miodem. — Więc za Wisłę ciągniemy — dokąd? gdzie? Bóg wiedziéć raczy.
Nikt długo nie odpowiadał.
— E! odezwał się w końcu Mszczuj — tak jak jest na zawsze zostać nie może — Ład wróci nasi się skupią, tym czasem choćby szałasy skleciwszy przesiedzimy złą godzinę.
— A głód? mruknął Lasota głowę spuszczając...
— Na to sobie radzić będziemy, odparli uśmiechając się Doliwowie. — Zresztą co nam pozostało? samym o sobie myśléć i życia bronić!
Stary nie odpowiedział nic, niewiasty szeptały między sobą, i nie postanowiwszy więcéj zamilkli wszyscy.
Już noc była prawie, gdy wśród téj ciszy leśnéj, popłoch znowu padł na obozujących, szczególniéj niewiasty lękliwe. Szelest się dał słyszeć między gałęźmi. Mszczuj i Wszebor wnet do koni i oszczepów skoczyli. Zbliżał się chód jakiś i po chwili z gąszczy wysunął się, rozglądając ostrożnie człek o kiju idący, z toporem za pasem i oszczepem. Był to ów wysłaniec Spytkowéj, o którego powrocie zwątpiono.
Zobaczywszy go, rzuciły się zrazu niewiasty ku niemu, ale wpatrzywszy weń baczniéj, wnet się powstrzymały, nie spiesząc z pytaniami.
Szedł on, a raczéj wlókł się, zataczając ze znużenia, z twarzą zbiedzoną i posępną — łatwo było odgadnąć, że złe przynosił wieści.
Zbliżył się rozpatrzywszy ku ognisku, stanął, popatrzał litościwie na panią swą, oparł się na kosturze i milczał długo, oczyma tylko mówił, że go o co pytać nie było. Spytkowa téż badać już nie śmiała, woląc przedłużyć niepewność, niż dostać wiadomość, którą przeczuwała. Stary ów Sobek, choć męzkiego serca człek, popatrzywszy na swe panie, płakać zaczął. Milczenie groźne, jak te co burzę poprzedza, panowało przy ognisku. Lasota się ozwał pierwszy.
— Zginął Spytek? co z waszym grodem się stało?..
Ręką w powietrzu zamachnąwszy, ku ziemi ją spuścił Sobek.
— Zdala tylko patrzałem — rzekł — jak dymiło gniazdo nasze — niema go już, nie został nikt, nic nie zostało.
Ranny Żugwa, co się ze zgliszcz wywlókł do lasu, gdziem go konającego znalazł, powiedział mi tylko, że pan nasiekł dużą trupów górę, nim go dostali, a legł rycerską śmiercią. W kawały go rozsiekli zbóje.
Zaszły się od nowego płaczu niewiasty, popadawszy na ziemię, ani śmiał kto ich łzy tamować. Przybyły Sobek więcéj nie mówiąc, jak stał zwalił się tuż przy ogniu, bo mu znużenie wielkie nogi podcięło. Odstąpili na stronę Doliwowie i Lasota, zostawując płaczące z ich bolem i losem — naradzając się z sobą co daléj poczynać mieli.
Troje pieszych przybywało im do gromady, bo i Sobek do niéj przyłączyć się musiał. Oba bracia się na to godzili, że niewiasty na konie posadzą, a sami pieszo pójdą. Lasoty z nędznéj, wychudłéj szkapy poranionéj zsadzać się nie godziło, bo iść by był niemógł wcale. Pieszo tak idąc, wędrówka przeciągnąć się musiała.
Odeszli z sobą dla narady dwaj bracia, a choć zgodni, jakoś tak na się patrzali, jakby się pokąsać mieli, i nieufnemi ku sobie spoglądali oczyma. Przyczyną tego było owo dziewczę, na które oba łakomie patrzali, i jeden drugiego oczy szpiegował. Mszczuj posądzał Wszebora, a Wszebor Mszczuja.
— Ja konia mojego dam dziewczynie — odezwał się Mszczuj, biorąc w bok — sam pójdę przy niéj, aby się gdzie nie spłoszył lub nie padł.
— Dlaczego ty a nie ja? — odezwał się Wszebór szydersko — toć i ja to potrafię.
— A czemuż znowu tobie koniecznie ma przypaść dziewczyna? — ofuknął drugi.
Spojrzeli sobie w oczy ostro.
— Bo mi dziewczyna do smaku! — rozśmiał się Wszebor.
— I mnie toż samo! — odparł Mszczuj.
— No i mnie!
— I mnie!!
Poczęli tak rzucać coraz ostrzejszemi słowy, oczyma się mierząc, jakby się już wyzywali. Żaden ustąpić nie chciał.
A jak byli oba zawsze gorący i łatwi do zadarcia, już się im i na gniew zbierało. Dopiero, gdy wybuch był blizki, wstyd się im zrobiło ludzi i samych siebie.
— Słuchajno — rzekł głos zniżając Wszebor — nie pora nam się o cudzą dziewkę zrzéć — dajmy pokój. Pierw ją i matkę ratować trzeba, potém się rozprawiemy czyją ma być. Spytkowa i córka niech sobie same wybierają konie, podprowadzimy je im oba.
Mszczuj głową skinął.
— Ino nie myśl — dodał — żebym ja ci tak łatwo ustąpił. Znasz mnie, że ze mną nie łacno.
— A ze mną téż! — znamy się oba.
— Pewno! Niema się tu o co zajadać. Dziewki żaden nie weźmie siłą.
Wszebor się uśmiechnął się pogardliwie.
— Czemu? — zapytał — inaczéj jak siłą rzadko się niewiasty biorą!
— A jak siłą to i siłą! — mruknął drugi.
Znowu się omal nie powaśnili. Szczęściem, gdy tak na uboczu pryskali słowy, nikt ich nie podpatrzył i nie podsłuchał. Zamilkli wczas, rozchodząc się, z krótkiéj rozprawy z sobą wynosząc niechęć i gniew wzajemny.
Nocą trzeba było, liche skleciwszy szałasy, ognie pogasić aby nie zdradziły, a jednemu stać na straży na przemiany... Dobrze, że jesienne chmurne niebo, deszczem się tego dnia nie rozlało.
Jak tylko świt sposobiono się do drogi. Tu znowu wczorajszy spór się wszczął, ale milczkiem. Oba Doliwowie z końmi się parli wyprzedzając, aby je poddać niewiastom, komu się dziewczyna dostanie. Więc jeden drugiego popychał, oczyma zaognionemi mierząc, a żaden ustąpić nie myślał.
Zawczasu powiązano węzły i sakwy, które Sobek miał dźwigać na sobie, poodziewały się matka i córka, stały gotowe, gdy się przed niemi Doliwowie z końmi znaleźli. Dziękowała Marta Spytkowa, a popatrzywszy na nie, wybrała Wszeborowego konia, który był cięższy i silniejszy, chcąc za sobą córkę posadzić, aby się od niéj nie rozdzielać, w tém Mszczuj się ozwał, że konie ich słabe były, podróż długa, więcéj jak po jednemu sadzić na nie trudno.
Dziewczę się zawahało, samo od matki nie chcąc zostać, matka téż porzucić ją nie rada. Gotowe były iść pieszo. Doliwowie stali, a tu czas naglił.
— Miłościwa pani — rzekł Mszczuj — czasu niema co tracić na rozmysły. Siadajcie wy na jedną szkapę, dzieweczka na drugą, my przy was pójdziemy, a na oczach ją przecie mieć będziecie.
Dziewczę się do matki tuliło, Spytkowa wahała. Lasota, którego już wsadzono na konia, nawoływał.
— Niema się tu co drożyć, gdy o życie idzie!
Uścisnąwszy dziecko i poszeptawszy jéj na ucho, choć od niéj oderwać się było trudno, siadła starsza pani na Wszeborowego konia, Kasię dając Mszczujowi, który zwycięzko a szydersko na brata się oglądał.
Dziewczę imię miało Katarzyny, jednéj z najpowszechniéj czczonych naówczas patronek.
Ruszyli więc w imię Boże, manowcami znowu i koń przed koń, tak że dziewczę za matką zostać z Mszczujem musiało, ale się zaraz otuliło i osłoniło tak, że ani oczu nawet jéj widzieć nie mógł.
Mijając ze starszą brata Wszebor, schylił mu się do ucha.
— Niedoczekanie twe, abyś ty się nią długo cieszył, wezmęć ja ją z kolei.
— Zobaczemy — rzekł Mszczuj.
— A no...
— Zobaczemy.
I tak się gniewni bracia rozstali. — Umyślnie wiedziono najdzikszemi puszczy ostępami, w których śladów nie było ludzkiéj stopy. Lasy się w tę stronę nieprzerwanie ciągnęły, a jak sobie Doliwa pochlebiał, miały ich aż do Wisły doprowadzić, boć cały kraj naówczas nie czem inném był, tylko ogromnym lasem, tu i owdzie poprzerąbywanym, wykarczowanym kawałami.
Gdzie się kolwiek człek obrócił, bliżéj lub daléj las widział przed sobą, i choć się trafiła polana albo łąka, tuż za nią bór się znowu poczynał. Jechali tak długo, gdy z południa już rzadnąć począł bór i ze strachem niemałym wybiegłszy naprzód Mszczuj, postrzegł, że stali nad rozległą, płaską, odkrytą równiną.
Wprawdzie na drugim jéj krańcu bory znowu widać było gęste, lecz tak daleko, iż powoli jadąc, niemal dnia potrzebowali, nimby się tam dostali. Właśnie w téj stronie kędyś i ta Wisła, za którą się schronić mieli, znajdować się była powinna. Należało więc coś obmyśleć, aby długo na widoku nie stać w przerzedzonym lesie.
Sobek się ofiarował sakwy zrzuciwszy, wypełznąć ostrożnie dla rozpoznania okolicy.
Zdala już gdzieniegdzie nad ziemię podnoszące się dymy, oznajmywały, że dolina całkiem opustoszałą nie była.
Sobek który bartnikiem niegdyś bywał, wdrapawszy się na drzewo, dojrzał w dali spalony gródek, mury kościółka na pół obalone, a co gorsza — zdało mu się dojrzeć téż ogromne obozowisko ludzi pieszych i konnych, z szeroko porozkładanemi ogniami, około których stada się pasły, bydło i konie leżały, kupy jakieś nagromadzone sterczały.
Domyślał się, iż trafili nieszczęściem na jedną z tych gromad, które ciągnąc z osady do osady, dwory, grody, klasztory i kościoły pustoszyły równając z ziemią. Byłli to lud z okolicy, prusacy czy Masławowe wojsko — trudno się kto mógł domyśleć, a dla zbiegów równem to było.
Potrwożyły się, chcąc nazad w puszczę niewiasty, choć obóz leżał w bardzo wielkiém oddaleniu; godzili się wszyscy daléj w lewo brnąć, w stronę, w którą się lasy zataczały i niemi okrążyć dolinę.
Śmielszy od innych Sobek, radził w gąszczy przystanąć i czekać, sam się ofiarując iść na zwiady.
Choć Lasota mu się to starał odradzić, a niewiasty stracić się sługi lękały, nie było dla podróżnych obojętném dowiedzieć się, co się w téj stronie działo, ku któréj dążyli.
Nie długo się spierano, bartnik tak siebie pewnym był, a ochoczo się brał do tego, iż mu się wybrać dozwolono. Doświadczony bywalec umiał się wygadać jak było potrzeba, przybrać postać różną, udawać kogo chciał, a spodziewał się, że w mnogim tłumie czerni, nikt go przecie poznać nie może. Im większe były gromady, tém mu się zdało bezpieczniéj, bo wszyscy się tam znać nie mogli. Mowa i odzież prosta, łatwo mu się przekraść dozwalała.
Od kraju lasu do obozowiska przestrzeń była znaczna — musiał Sobek tak się przekradać aby nie widziano, że z puszczy wychodził.
Doliną nieco dalej, przepływał strumień, którego brzegi gęste wierzby i łoza zarastała. Aż do brzegu jego Sobek położywszy się na ziemi, ostrożnie pełznąć musiał po łące i roli.
Dostawszy się do zarośli, zwolna się niemi przekradając, mógł się przysunąć do obozu i znaleźć w nim niepostrzeżony, jakby od stad pasących się nad wodą przychodził.
Ze zręcznością dzikiego człowieka, którego instynkt i wprawa wiedzie jak zwierzę, wszył się w łozy Sobek. Zdala chyba myśliwca oko mogło dostrzedz z lekka drgające gałęzie, tam gdzie się on przedzierając ostrożnie, poruszał niemi. Baczył i na to, trzymając się wody, gdy było można.
Dosyć mu téż czasu zabrało to przekradanie się nad rzeczułką, gdy usłyszał wreście rżenie koni, ryk bydła, i szmer a gwar ogromnéj ludzi kupy. Był już około pastwiska.
Śmiały równie jak zręczny, Sobek topór zostawiwszy w łozach, sam się z nich dobył niosąc pęk nałamanych dopiero wici, które idąc po drodze plótł a kręcił na pęta.
Nikt téż na niego oczów nie zwrócił i z łozami pod pachą wsunął się w stado pasących się koni rozpierzchłych szeroko.
Ztąd już widzieć mógł, iż nie na wojsko żadne trafił, ani na Czechów lub Prusaków, ale na tę zbójecką czerń, która z żagwiami i kołami od dworu do dworu ciągnęła.
Biesiadowano około pobranych łupów ze śmiechem i krzykami. Daléj pośrodku obozu powiązane w łyka, leżały pokotem pobrane niewiasty i wyrostki.
Za obóz wyrzuconych kilka się trupów walało, około których psy warcząc chodziły. Namiotów ani szałasów nie klecili najezdcy, leżąc pod gołém niebem. Paliły się ogromne ognie, a przy nich piekły barany i porznięte bydło. Stały beczki poodbijane, z których kto chciał czerpał. Na ziemi dostrzegł Sobek kupy owe wszelkiego bogatego sprzętu dworskiego i kościelnego. Ponad gromadami sterczały starym obyczajem Stanice z bożyszczami różnemi. A że dawnych poniszczonych nie stawało, w większéj części rzezane były ladajako, nieforemnie z drzewa.
Pieśni pogańskie i swawolne rozlegały się do koła, bo gromady były podpiłe, a ochota wielka.
Sobek stał tak patrząc pośród koni, nie wiedząc czy iść ma daléj, gdy opiły parobczak, który z biczyskiem stada pilnował, przystąpił doń i począł mu się przypatrywać. Nie ulękły stary, plótł daléj wić, wzajem mu téż w oczy zaglądając.
— Pasza zła! — zamruczał, poczynając rozmowę chłopak.
— Ta! dla koni — rzekł Sobek — a dla nas jest jéj podostatkiem. Cóżeś to ty głodny? — zaśmiał się.
— Ja nie! ano mi march szkoda.
— Licho ich nie pobierze. Darmoć one przyszły, bośmy je po dworach zganiali, choćby który i zdechł! Przecie i krukom się coś należy — mówił Sobek spokojnie.
— Na! na! — mruknął parobczak — jużby dosyć téj włóczęgi... Dwór się na okolicę pono i jeden nie ostał, ani klasztór, ani kościolisko, a za chatą tęskno.
— Hę? cóżeś to w niéj zostawił? — pytał Sobek. — dziewczynę?
— A pewnie, jak nie dwie! — odparł parobczak — gołowąs nie jestem, toć mi się należy!
Obrócił się głową ku obozowisku.
— E! tam ich jest kilka, tam! a no sobie starszyzna pobierze, nam ino chyba baby zostaną!
— Wrócicie do swojéj, to i lepiéj. Niema tam komu bałamucić, kiedy wszyscy wyszli — mówił Sobek.
— E! e! — mruknął pastuch. — Wszyscy, albo i nie.
Ziewnął i westchnął razem, a nabrawszy fantazyi z bicza trzasł, że aż konie się spłoszyły, czém sobie śmiechu narobiło pacholę.
— Toć już pewno wrócimy teraz, kiedy nie ma co daléj robić, bo nic nie zostało! — odezwał się Sobek — a i mnie do chałupy markotno.
— Zjesz licha! — rzekł pastuch. — Zostałoć horodyszcze Olszowe! Władyki się na nim zamknęły, z któremi skarby są wielkie i dziewuch siła, a tych ani dostać. — Toć musiemy borsuki z jamy wykurzyć!
— Gdzie? jakie Olszowe horodyszcze? wtrącił stary — jam nie słyszał.
— Boś stary i głuchy! — śmiał się parobczak — a gdzieżeś był, gdy my tam chodzili?
— Ja? — odparł Sobek — jam trzodę pasł. Niewiem nic.
— Toć tam ludzi nam nabito i musieli precz odejść — ale ich głodem weźniemy!
To mówiąc pastuch świstać począł i do rozmowy nie miał ochoty.
Sobkowi téż wić się rwała, klął wołając, że po lepszą łozę musi iść. Nikt nań nie zważał. Powlókł się znowu w gąszcze nad rzeczkę. Zaszył się w nie, postał, popatrzał, przyczaił, dopadł zostawionego topora, wetknął go za pas i zobaczywszy że pastuch znowu na ziemi legł, wcale za nim nie patrząc, napowrót począł z tą samą ostrożnością przedzierać się zaroślami ku lasowi.
Śmiała ta wycieczka szczęśliwie mu się powiodła, nikt ani nań spojrzał nawet.
Szybszym krokiem, trzymając się brzegu, doszedł do cypla lasu, wypełzł z zarośli, i dobiegł do puszczy niepostrzeżony. Tu, na wilgotnéj ziemi dobrze dla jego oczów znaczne ślady koni, poprowadziły go do miejsca, gdzie nań niecierpliwie oczekiwano.
Nie bez obawy myślano tam czy mu się uda dostać języka, choć Spytkowa ręczyła za niego, iż człek był przebiegły i zręczny, jakiego drugiego nieznano, dlaczego i nieboszczyk mąż, jéj go i córce dał w usługi. Wrócił bartnik wcześniéj niżeli się go spodziewano. Postrzegłszy idącego zdala, wszyscy się doń cisnąć zaczęli.
— Cóżeś widział? co za ludzie są? — pytała Spytkowa.
— Czerń taż sama pewnie, która i u nas była w Poniecu — rzekł Sobek. — Nietylkom ją na oczy oglądał, ale między nich prawie wszedłem, i z pastuchem gadałem.
Niedługo pono pójdą po chatach odpoczywać, łup podzieliwszy, bo się już przed niemi nic nie zostało, krom jednego Olszowego Horodyszcza. — Tam się władyki bronią, ludzi im nabili i chyba ich głodem będą brać, bo inaczéj nie mogą.
— Ho! ho! — przerwał Lasota — niedoczekanie. Na Horodyszczu siedzi stary Belina ze swojemi, ten się zawczasu zasposobił, nieda się choćby mu się i rok bronić przyszło. Belinę znam. Smieli się z niego ongi ludzie, że w bezpieczném miejscu siedząc, zawsze się tak zbroił, opasywał, zboże zsypywał, jakby się oblężenia spodziewał. Przed się on jeden rozum miał.
Za Bolesława myśleli wszyscy, że się już wszystko skończyło, tylko on w nawrócenie nie wierzył, a wróżył wciąż, że poganie kiedyś kościoły wywrócą, a nas chrześcian wymordują. On ci jeden widział i wiedział co się stać miało! — dodał wzdychając Lasota.
— A czemużby my, miłościwy panie — odezwał się, do nóg mu kłaniając Sobek — zamiast za tę Wisłę, do któréj się dobrać trudno, nie pociągnęli na Olszowe Horodyszcze! Jabym poprowadził!
Zamilkli wszyscy.
— Wieszże ty drogę! — spytał Lasota.
— Znajdę ją, głaskając się po głowie i potrząsając nią odezwał stary.
— A przyjmąż nas tam? — dodał starszy Doliwa.
— Jak odepchnąć mogą? — zawołał Lasota — oni mi plemiennicy, ona mi krewna. Belina nigdy chrześcianina a rycerskiego człowieka nie odepchnął od proga.
— Nie objemy go bardzo! — dodała Spytkowa — któréj ta myśl się wydała ratunkiem jedynym.
Doliwowie się nie sprzeciwiali, nie opierał się nikt tak szczęśliwéj myśli — szło tylko o to, jak i którędy dostać się do Belinów. Wedle powieści Sobka, półtora albo dwa dni było drogi, a do gródka docierać musiano ostrożnie, bo choć czerń od niego odstąpiła, czaty i straże do koła zostawić musiała, na które wpaść było łatwo.
Mszczuj to przypomniał, a Lasota pochwalił. Czerń się pewnie zdobyczy nie wyrzekła i Horodyszcza zupełnie opuścić nie mogła.
Na przednie zwiady znowu się Sobek ofiarował ochoczo. Jedyny był człek, że go wszyscy pokochać musieli, bo znużonym nigdy nie był, gotów do posługi zawsze, jadła potrzebował mało, snu niewiele, do rady chętny, gdy o nim zapomniano, pół dnia milczał nie zaczepiając nikogo. — Przed wieczorem jeszcze pociągnięto głębiéj w puszczę dla bezpieczeństwa, i żeby czasu nie tracić. Doliwowie zdali na bartnika prowadzenie. Następny dzień zostawał cały jeszcze na powolny pochód ku Horodyszczu. W niewiasty trochę ducha wstąpiło z nadzieją, że się między swych miały dostać, a nie gdzieś w ostępie obozować, Masława się ciągle obawiając, napadu i niewoli.







III.



Do dnia o słocie, wyruszono z noclegu. Nocą jeszcze wzięło się na deszcz jesienny, spokojny, powolny, do gęstéj mgły podobny, który się, jak Sobek mówił kręcąc głową, na długo obiecywał. Oślizły wnet drogi leśne, obmokli wkrótce podróżni, a niewiasty, choć się od zimna poosłaniały i wilgoci — przemarzłe jechały i zmoczone. Spytkowéj gdy tylko mówić z przewodnikiem przestała, a mówiła rada — na płacz się zbierało.
Mszczuj ani wczora, ani dnia tego wiele nie zyskał na dziewczęciu, przy którém ciągle się być starał, konia wiodąc i gałęzie łamiąc, aby nie trąciła o nie. Kasia wciąż unikała spojrzenia na niego, a deszcz dozwalał się jéj tak osłaniać, że wcale nie mógł dojrzeć, ani oczu dziewczęcia.
Starsza pani, Wszebora trzymała przy sobie rada, z żalami się przed nim rozwodząc nieskończonemi.
A że macierzy się zalecać musi, kto chce córki dostać, Wszebór sobie rachował, że co straci nie będąc przy Kasi, to odzyska przy pani matce. — I śmiał się z Mszczuja w duchu. Mszczuj i tak był markotny, bo mu Spytkówna często, gdy ją zagadnął, nie odpowiadała.
Dziewczę było płochliwe, skromne, milczące na podziw, jakby w sobie młodości nie czuło. — Żal i boleść może je takiem czyniły. Słowa się nie mógł dopytać Doliwa, a jeźli co szepnęła, to tak prędko i cicho, że pochwycić było trudno.
Za to pani matka mówiła za dwoje. Od téj czego chciał i nie chciał, mógł się Wszebór dowiedzieć. Młodość swoją spędzoną na Rusi, pierwsze swaty, wesele, przybycie do polan, pożycie z małżonkiem, przygody swe i jego, aż do ostatnich wypadków, po kilkakroć mu, coraz co nowego wtrącając, opowiadała Marta Spytkowa.. Mówiąc, płakała i śmiała się czasami, gdy zapomniała o smutku, śmiech się łzami przeplatał, płacz uśmiechem, niekiedy i czarnemi oczyma zagrała, jakby jeszcze młodą była.
Mówiła o sobie, o mężu, o córce, o wielu, co się gotowi byli rozmiłować w niéj, gdyby tylko dozwoliła — o wszystkiém co na pamięć przyszło. Rozpowiadanie to widać było dla niéj potrzebą, bo gdy Doliwy nie stało, wołała Sobka, obracała się do córki, a rzadko się jéj usta zamykały.
Smutku się znać w ten sposób pozbywała, bo ledwie zamilkła, łzy się jéj puszczały z oczów. Wszebór mało jéj co przerywał, dość było jednego słowa, by daléj popędzić nieustającą powieść.
W przeciągu jednego dnia, on z panią matką tak już był poufale a dobrze, jakby się znali od dawna.
A że w owych czasach w ogóle ludzie szczersi byli, mógł naprowadzić wprędce rozmowę na córkę i chwalić ją począwszy, dał do zrozumienia, że mu do serca przylgnęła.
— A! toć to jeszcze dziecina! niedojrzała a słaba — odparła chmurno Spytkowa — daleko to temu, aby ją mężczyźnie dać. Gołębiami się jéj zabawiać i piosenki śpiewać, pociechy by z niéj nie miał gospodarz, bo rączyny ma słabe. Gdzie! gdzie! daleko do tego!
I głową potrząsała. Nie nalegał Wszebór, rad może będąc, że Spytkowa dziewczęcia łatwo się pozbyć nie ma ochoty.
Mszczujowi szło gorzéj, a no cierpiał.
Nie odpowiadała mu Kasia, dla tego jéj idąc swoje prawił i różnemi baśniami, zabawiał ją jak mógł.
Kiedy niekiedy trochę odsłoniła twarzy, matkę chcąc zobaczyć, chusty poprawić, błyskało wówczas oczko niebieskie, szyjka biała, rumianego lica trochę, złotych włosów pierścionek, i wnet się otulała znowu, a Mszczuj nic nie widział, tylko oponę pofałdowaną po któréj deszcz spływał.
Mimo młodości, tak jéj smutnie z oczów patrzało pieszczoszce, taka była jeszcze przestraszona i zbolała!
Stary Lasota znów teraz milczał drogę całą, Dębiec z Sobkiem, dobrze się dobrawszy do pary, przodowali gwarząc po cichu z sobą. Tym, choć niedawno się poznali, w ciągu jednego dnia udało się zupełnie pobratać i podrużyć. Kołodziéj z bartnikiem rozumieli się dobrze, jakby z jednéj dzieży chleb jedli. Po wycieczce śmiałéj do obozu, Dębiec dla towarzysza powziął takie poszanowanie, iż mu się jak starszemu i ojcu pod rozkazy poddawał.
Sobek pilnował, aby nie wpadli na ludzi, nie spotkali się z włóczęgami, a wymijali drogi leśne.
Dziwili mu się wszyscy, jak miał oko i ucho i nos wprawny, do pochwycenia najmniejszego głosu, światełka, woni. Zaleciała spalenizna, wiedział pewnie co się i gdzie, jak daleko paliło, czy drzewo, czy mokre liście, czy dziupla przegniła. Powietrze téż ciągnąc, wodę w blizkości poczuł, pole rozpoznał, las od boru zdala rozróżnił. On pierwszy ostrzegł, gdzie co mignęło w gąszczy i nieomylił się ani na zwierzęciu, ni na ptaku, a najmniejszy szmer, którego drudzy się nie domyślali, chwytał i zrozumiał. Nieraz zachrzęszczało w zaroślach, załopotały skrzydła ptasze, nie potrzebował głowy podnosić, by powiedzieć co przebiegło drogę i co poleciało górą... Ślady téż na ziemi czytał jakby książkę dla siebie pisaną, a nie uszła jego oka złamana gałąź, wyleżały barłóg, spasiona łąka, zmącona woda.
Z jego łaski téż na żywności nie zbywało, bo Doliwom pokazywał na pewno, gdzie zwierza szukać mieli i jakiego; a gdy na rzeczkę trafili, rękami bez saka ryby łowił. I był człek, choć niby spokojny, nieustannie czynny, po drodze to grzyby, to jagody zbierając, to nasłuchując, to przyglądając się, a wszystko to nic go nie zdawało się kosztować.
Doliwowie téż zdawszy się na niego, już się nie mięszali do drogi, słuchali co im powiedział, bo się nie mylił nigdy.
Tak się coraz w głąb puszczy daléj dostawali a dzień ten, mimo wszelkich ostrożności nie obył się bez strachu.
Wśród lasu, Sobek naprzód poczuł zgorzeliznę, ale zaręczał, że ognisko wygasłe być musiało dawno, i dym tylko tak przywrzał do wilgoci. Rozpatrując się baczniéj, postrzegł w gąszczy z gałęzi narzuconą kupę, która widocznie ręką ludzką była sklecona i za szałas służyć musiała. Zbliżywszy się ostrożnie, znaleźli tu śpiącego człowieka, który zbudzony nagle, postrzegłszy ich, wyrwał się chcąc uchodzić. Bliżéj stojący Sobek z Dębcem, rzucili się nań i obalili na ziemię — lękając się aby o nich nie oznajmił, bo nie wiedzieli kto był.
Sobek broniącemu się, byłby na razie głowę rozbił toporem, gdyby się wczas nie opatrzył, że to zbieg był, chowający się w lesie, a nie żaden z czerni włóczęga. Straszno było wejrzeć na niego, bo, choć młody i silny, od dni wielu kryjąc się bez żywności, utrzymując życie wodą, liśćmi, korzonkami, wychudł był i wysechł straszliwie, a głodowa gorączka i obłąkanie go opanowało. Sił miał mało, wejrzenie straszne, jakby mu się wewnątrz paliło, a płomię lało oczyma.
Gdy ze strachu ochłonąwszy ludzie, poznali kto był — litość ich wzięła nad nieszczęśliwym. Podniesiono go z ziemi, a gdy inni nadjechali, dała mu Spytkowa chleba suchego, który on chwyciwszy, zapamiętale, nie patrząc, nie słysząc nic, jeść począł. W téj pierwszéj chwili nic się téż od niego dopytać, nic dowiedzieć nie było można. Zaspokajał głód, pozbywał się trwogi, któréj doznał nagle ze snu gorączkowego będąc zbudzony.
Lasota litujący się chętnie tym, co jak on nieszczęśliwi byli, pilno się w zmienione lice począł wpatrywać. Mimo strasznie wychudłéj i poczerniałéj twarzy, zdało mu się jakoby go gdzieś kędyś widywał.
Zbieg téż popatrzywszy nań — zamruczał pierwsze słowo, co mu się z ust wyrwało: Lasota!
— Boże miłosierny! Toś ty nie kto inny tylko Bohdaś Toporczyk! — krzyknął stary ręce łamiąc. Ale cóż tu w lesie robisz? sam? Przecieżeś przy Kaźmirzu był i myśleliśmy, ześ z nim za granicę do Niemców uszedł, takeście się z nim trzymali. Królewicz cię lubił, niepowinien był opuścić.
Dopiero się usta Toporczykowi otwarły.
— On téż mnie nie opuścił — rzekł — nadto to dobry i bogobojny pan, choć z nim ludzie sobie niedobrze, niepoczciwie poczęli! Odbiłem się ja przypadkiem od dworu jego, nim ujechał do matki. Potém już wracać nie było do kogo i gonić nie miałem sposobu. Chwyciła burza i ot — co się stało ze mną.
Mówiąc, jęczał Bohdaś. Stali nad nim wszyscy z miłosierdziem wielkiém mu się przypatrując... Znowu tedy jednym biednym człowiekiem pomnożyła się owa gromadka, a nim go odżywiono i naradzono się, co poczynać daléj, wieczór się zbliżył.
Obradować musiano, już nieopodal będąc od Horodyszcza, jak się dostać do niego, czy nocą dobijać, czy nazajutrz stać i spoczywać do wieczora, by potém, dnia unikając, przybyć o mroku.
Starsza pani o pośpiech nalegała mocno, trwożną będąc i zmęczoną, drudzy się wahali. Bohdasia Toporczyka ni myśleć było porzucić, a wszystkim po głowie chodziło, że im więcéj ich przytułku miało szukać na grodzisku, tém trudniéj z tylu gębami znaleźć mogli przyjęcie. Już się ich teraz ośmioro zebrało, a żywić w głodny czas ludzi tylu, nie było łatwo oblężonym. Choć Belinowie znani byli jako ludzie chrześciańscy i miłosierni, przecie naprzód o los i przeżywienie rodziny własnéj dbać musieli.
Nikt nie mówił nic, frasowali się wszyscy. — Sobek spytany radził tegoż wieczora, korzystając z mroku jechać daléj. Nieco pożywiony i napojony Bohdaś ofiarował się wlec dopóki sił stanie. Spytkowa w któréj koszu była jeszcze odrobina jakiegoś napoju, dać go kazała osłabłemu, co go nieco orzeźwiło.
Więc choć ciemność nadchodziła, że słota trochę nad zachodem ustała, wszyscy się do dalszego uszykowali pochodu. Wedle rachunku Sobkowego, który nie mylił nigdy, przed pierwszemi kury, dostać się mieli do téj doliny, w środku któréj nad rzeczką stało Belinów Olszowe Horodyszcze. Sobek z Dębcem szli przodem, za niemi jechał Lasota, dwie niewiasty, przy których szli Doliwowie i przybysz ostatni. Tego Mszczuj pod rękę wiódł, bo nie wiele jeszcze siły miał do chodu.
Spytany Lasota przez jejmość starszą, mógł poświadczyć o Toporczyku, iż był na dworze królowéj Ryksy, przy królewiczu Kaźmirzu wychowany, któremu go do zabaw dodawano; starego rodu i możnego dziecięciem. Spodziewano się po nim wiele, bo i księża go uczyli Benedyktyni i sam dwór głowę otwierał, a pojętny był we wszystkiem, i choć nauki miał więcéj niż inni, rycerskiego ducha w sobie zachował.
Gdy tak szli, zagadł go wkrótce Lasota, pozywając ku sobie, aby się coś więcéj dowiedzieć, jak popadł w to nieszczęście, z którego cudem ocalał. Lecz, o tém niechętnie mówił Toporczyk, winę zwalając na nieostrożność własną — a domyśleć się tylko było można, że wyprawiony został, aby królewiczowi, już zagrożonemu wygnaniem z kraju za matką, posiłki przywołać.
Dla niego się poświęciwszy, ścigany, odcięty od Kaźmirza, zmuszony błąkać się, gdy kraj cały wojna i pożoga objęła, tułał się już, byle życie ocalić.
Na wspomnienie o Masławie, cały się Bohdaś wstrząsł, zawrzał, pięści mu się same ścisnęły jak do bójki, i w gniewie okrutnym zawołał, że wolałby z głodu umrzeć, lub od czerni ginąć, niż łaską jego żyć.
— Psiego syna tego imienia wymówić nie mogę, bo mnie dławi! — mówił. — On sprawca! on winowajca, on zdrajca. Wszystka krew nasza na jego głowę! Nie może to być, aby go Bóg nie ukarał. Królowę naprzód, która nim pogardzała, jak zasłużył, prześladował i wygonił, królewicza zamordować chciał, gdyby mu nie uszedł, sam panowania zapragnąwszy! Wiedział przechera, że gdy się krew poleje i pustynią kraj stanie — ludzie zawołają na ratunek, choćby zbója! Aleć lepiéj ginąć, niż u niego łaski żądać!
I wedle obyczaju wieku, Toporczyk kląć i bezcześcić począł Masława, za którym téż nikt się nie ujmował.
— Psa nie wart — przerwał Lasota — toć pewna, a skoro siłę będzie miał, pokłonią mu się ludzie, komu życie miłe!
— Nie doczeka zbój tego! nie doczeka, póki nas choć garść została — począł Bohdaś. Albo nazad nie możemy powołać do nas wnuka Bolesławowego? Uszedł od nas, ale gdy doń ręce wyciągniemy przyjdzie, i panować nam będzie, nie jako ojciec, ale jako dziad, bo mąż rycerski jest, rozumny, bogobojny, do boju i do rady. Czyż nas już do szczętu jak pszczoły wybito?
Choćby garść została, cesarz mu pomoc da, by Czechy zawojowaniem naszéj ziemi nie urosły do zbytku. Iść trzeba — prosić, wołać!
— Toć to syn Ryksy! — szepnął cicho jeden z Doliwów.
— Wiem ci ja — gorąco począł Toporczyk — że królowéj matki nikt u nas nie lubił, — że jéj wszystkie złe przypisywano.
Jam patrzał tam, jam żył. Nie tak było — nie tak! Królowa pani pobożna i rozumna, surowa była dla ludzi, przeto jéj nie lubili — ale sprawiedliwa i miłosierna. Prawili na nią, że naszych nie cierpiała, a niemcy się otaczała, prawda i to, bo nikt się téż do niéj nie garnął, obyczaj nasz stary pogański zrażał ją i zniechęcał. Bała się ludzi naszych, wolała z pobożnemi i mądremi obcować, o świętych sprawach słuchać. Rady ich zasięgała, bo jéj zkądindziéj wziąć nie mogła. Nasi na nią koso patrzali.
A! a! — mówił spocząwszy nieco Toporczyk — nie łacno to zrozumieć jak i co się stało z nami. Czujemy tylko, że nas ręka Boża dotknęła, za to żeśmy własnych panów szanować nie umieli. Za to dziś czerń nam karki gniecie!
Gdy tak rozpowiadał, a wszyscy go słuchali ciekawie, po długim i nużącym pochodzie, już w głęboką noc, kazał się naprzód jadącym uciszyć, potém stanąć Sobek, bo się już las przerzedzać zaczynał i zdało się jakby się już zbliżali ku dolinie, wśród któréj stało Olszowe Horodyszcze.
Trochę téż jaśniéj się na niebie zrobiło, bo resztka księżyca weszła była, i choć z za obłoków przyświecała.
Sobek poszedł znowu przodem skradając się, by wypatrzeć, czy do koła gródka, kupy jakie oblegające go, lub strzegące nie stały. Wszyscy więc nieruchomie w gąszczach się zatrzymali, a bartnik przygarbiwszy się popod krzaki wsunął i puścił na zwiady.
W istocie dolina, którą mieli przed sobą była ową Olszową, a wpośród niéj nad rzeczką Olszanką zwaną i moczarami ją otaczającemi, wznosiło się horodyszcze, na kopcu dosyć wysokim i mocno obwarowanym. Wały i ostrokoły wysokie, całe je niemal osłaniały, tak, że ledwo gdzieniegdzie z za nich dachy wyglądały.
W dolinie Sobek niedojrzał nigdzie żywéj duszy, nad rzeczułką tylko ślady były świeże jeszcze ogromnego zbiegowiska, wydeptane, wyleżane, wypalone miejscami. Głównie zgasłe, koły przy których konie stawiono, jamy na ogniska pokopane w ziemi, reszty poobalanych szałasów, kupy kości białych zalegały dokoła.
Na gródku téż, do którego Sobek zbliżyć się usiłował, cisza była jakby wszyscy wymarli, ani światła, ani głosu. Dobrze się dopiero wsłuchawszy, po szmerze i chodzie rozpoznał, iż na wałach stróże czuwali i chodzili.
Opatrzywszy jeszcze z któréj strony wrót do wnijścia szukać było potrzeba, powrócił nazad spiesznie posłany, aby natychmiast gromadkę swą prowadzić, póki do koła cicho i bezpiecznie było.
Zaledwie z lasu się wysunęli w dolinę, gdy na gródku posłyszeli nawoływanie, znać ludzie czujni, postrzegłszy ich, zaraz się ruszyć musieli. Sobek, który po nocy jak kot dobrze widział, dostrzegł, iż po nad ostrokołami ludzie wyglądali tu i owdzie. Im się ku gródkowi bardziéj zbliżali, tém ruch silniejszy się stawał. Do wrót wiodła droga stroma, pozawalana umyślnie kamieniami i belkami, w kilku miejscach poprzekopywana; po nocy z wielkim trudem i niebezpieczeństwem przyszło ją przebywać.
Zostawując za sobą towarzyszów, jakby rozbudzony, ruszył przodem, pierwszy stary Lasota. Czatowano już nań u wrót, bo gdy huknął i nawoływać zaczął. Belina! wnet mu się odezwano.
— Kto i zkąd?
— Ranni, nieszczęśliwi, sieroty, dwie niewiasty i kilku niedobitków, zawołał stary, miłosierdzia waszego prosimy. Ratujcie, kto w Boga wierzy, przytułek dajcie!
Na to pierwsze wołanie, czy się naradzano, czy wahano, długo nie było żadnéj odpowiedzi. Lasota zniecierpliwiony, do samego Beliny odzywać się począł, aby ku niemu wyszedł.
— Belina! stary! bywaj do mnie! na miłosierdzie Boże.
Znów tedy czekano długo, a za ostrokołami szmer tylko i tuptanie słychać było. Aż w górze, na pomoście pokazała się postać jakaś ciemna, mężczyzna w wysokiéj czapce na głowie, z kijem białym w ręku.
— Podwórca i gród nasz, jak nabił pełne, chleba omal mamy. Choćby dusza rada, jak przyjmować! My się tu sami ledwie przekarmić możemy...
— Dajcież nam, choć bez chleba, w spokoju u was głodem pomrzeć raczéj, niżbyśmy w ręce zbójów i niewolę haniebną wpadli — krzyknął Mszczuj.
Milczano długo. Spytał głos z góry.
— Kto wy?
Lasota się pierwszy wymienił, bo był im znany i pokrewny, powiedziano potém o Spytkowéj z córką, daléj o dwu Doliwach, wreszcie Toporczyka wymieniono i sług dwu.
— Osiem dusz! osiem gąb! z góry wołać poczęto. Nie może być, tu na trzech miejsca niema.
— Niewiasty weźmiemy! — zakrzyczał głos drugi.
— Belino stary — przerwał Lasota, na głos doniosły się siląc — w którym gniew czuć było. Chcesz byśmy ci tu legli pod wrotami srom czyniąc, żeś chrześcijańskiego serca nie miał. Dobrze... Legniem, niech nas tu wilcy jedzą, pod oczyma waszemi!
Na pomoście wszczął się gwar i swary, słychać było żwawą sprzeczkę. Jedni chcieli uczynić miłosierdzie, drudzy się wzbraniali. Lasota i Doliwowie nie mówili nic, Toporczyk milczał, siadłszy na ziemi, Spytkowa ręce łamiąc lamentowała głośno, dziewczę płakało po cichu.
— Gdyby już nas choć puścili, wołała Spytkowa, rzucę się im do nóg, nie może być, żebym nie wyprosiła dla was schronienia.
Po przestanku, ktoś się z za ostrokołu pochylił ku dołowi.
— Bohdaś Toporczyk? Tyś to? — zapytał.
— Jam ci, albo cień mój, bom ledwie żyw — rzekł głowę podnosząc Bohdaś. — Byłbym już umarłym, gdyby nie miłosierdzie tych ludzi.
— Niewiast dwie, Lasota i Toporczyk! — zawołano z góry — więcéj nikogo. Dziej się wola Boża!..
Stało się milczenie, Spytkowa poczęła się przebijać ku wrotom, aż Bohdaś wstał i podstąpił.
— Niewiasty puszczajcie — rzekł — ja nie pójdę bez drugich, zostanę z niemi. Gdyby najmniejszy ze sług za wrotami miał zostać, ja także. Albo wszyscy, albo nikt. Pójdziemy dać gardło Masławowi.
Osłabły Bohdaś tak głos podniósł nagle, że się drudzy postraszyli, życie mu wracało z całym ogniem młodości.
Znów tedy na górze się swarzono i rozprawiano, a wrota stały zaparte. Bohdaś wpadł w gorączkę.
— Puszczajcież niewiasty! — wołał — choć to się należy, aby dzicz ich nie zbezcześciła i nie znęcała się nad niemi. A niechcecie ocalić braci, chrześcian ubogich, żeby z niemi kawałka chleba nie dzielić — kat was porwij! Godniście, aby was dobyto i wyrzezano lub popędzano w niewolę!
Śmiałe te wyrazy nie wywołały odpowiedzi, wszystko zamilkło. Potém jeden się strofujący głos podniósł, a inne zmilczały. Wśród téj ciszy słychać było szlochania Spytkowéj i gniewne przekleństwa Mszczuja.
Zmęczeni podróżą, posiadali u wrót na kłodach i kamieniach. Miłosierdzia prosić już nikt nie chciał, wszystkich gniew okrutny burzył.
Czas jakiś tak upłynął, a nie można było wiedzieć co się stanie — gdy za wrotami światło się pokazało, stąpanie zbliżyło, drągi i zapory, któremi była zawalona furta, zaczęto hałasując odrzucać.
Nikt się już nie odzywał, ani prosił. Po długiéj i mozolnéj robocie około wrót, z ciężkością się one roztwarły i sam stary Belina, poważny, otyły, silny, wzrostu wielkiego, z długą bladą twarzą mąż, lat średnich ukazał się w nich na mieczu oparty.
— Chodźcie wszyscy — rzekł chmurno — chodźcie, a nie mówcie nic, aż oczyma własnemi ujrzycie co się tu u nas dzieje.
Wstąpiła tedy pierwsza spiesznie Spytkowa, córkę za sobą wiodąc, i ledwie próg przeszedłszy padła na kolana, Bogu i gospodarzowi dziękując, który stał nie ruszywszy głową w myślach pogrążony.
Wszedł potém Lasota, Toporczyk, Doliwowie i słudzy, którzy konie za sobą wiedli. Dwóch pachołków u wrót trzymało smolne pochodnie, gdy w pierwsze podworce wchodzili, a tuż za niemi znowu furtę poczęto zabijać i umacniać jak była...
Belina milczący przodem idąc, prowadził — na witanie czasu nie było.
Podwórza w grodzisku w istocie widok przedstawiały dziwny i straszny, litość mogący obudzić. Jak okiem zajrzeć, jednym pomostem, na gołéj ziemi, na słomie, w błocie leżeli ludzie tak ściśnięci, iż ścieżki pomiędzy niemi do przejścia nie było...
Naród to był wszelkiego stanu i wieku, matki z dziećmi na rękach, wyrostki tulące się przy kolanach starców, wojacy w poszarpanych pancerzach skórzanych, z których żelazne łuski się sypały — zgrzybiali mężowie bez okrycia głowy, z obnażonemi piersiami, napół nadzy.
Kto ledz nie mógł, siedział sparty o częstokół, o ścianę, o plecy sąsiada, o nogi jego. Niektórzy ze znużenia, może z głodu, spali tak głęboko, że ich ani światło, ani głosy, ani potrącanie nogami przechodzących obudzić nie mogło. Drudzy, których sen nie brał, siedzieli popodpierani na rękach, z włosy rozpuszczonemi w nieładzie. Inni jeszcze zrywali się przestraszeni, nie wiedząc, co się stało, myśląc, że nieprzyjaciel nadchodził, oszczepów szukając i krzycząc.
U szop, pod budynkami, w sieniach, wszędzie tę nawałę ludu nieszczęśliwego widać było. Twarze zbladłe, żółte, wynędzniałe, dowodziły że i tu ledwie czem było życie utrzymać. Nowi przybysze wpuszczeni w ten tłok, musieli sobie za Beliną drogę torować, wśród tych pokotów, nieraz następując leżącym na ręce i nogi. Belina więc naprawdę mógł tylko ukazać co się u niego działo, aby się uniewinnić, że przybyłych zrazu wpuścić nie chciał.
Przez szopę i drugie wrota, weszli w wewnętrzne podwórze, gdzie stał dworzec. Znaleźli w niém kilka rozbitych namiotów i poklecone z chrustu chiżyny — ale i tu tłok był téż niezmierny, wszystkie kąty zapełnione ludźmi, końmi, bydłem i owcami. Trzody musiano schronić pod szopy a dozorować, aby zgłodniali ludzie, jak to się już trafiało, nocami nie zabijali potajemnie dla odżywienia się.
Tu pod namiotami chroniło się co było przedniejszego z rycerstwa i ziemian. Niewiasty ich z żoną Beliny, dzieci i co słabsze pod dachami mieszkało.
Stary gospodarz z posępną twarzą wwiódł ich naprzód na dół do wielkiéj świetlicy, gdzie za lepszych czasów izba była gościnna i stołowa. — Gmach to był długi, na słupach dębowych oparty, w którym oprócz stołów, ław i ogniska ogromnego kamieniem obłożonego, nic więcéj nie było. Ściany okrywały od góry do dołu porozwieszane odzienie i zbroje tak, że ich nawet widać nie było. Tu téż mostem ludzie leżeli na ziemi, na ławach, na stołach, pootulani w płaszcze i opończe, niektórzy ledwie nie w kominie samym, na którego skraju kilku spało razem ściśniętych.
— Patrzajcież — rzekł odwracając się gospodarz — patrzajcie a nie winujcie mnie. Zdawna już niemamy nic oprócz trochy solonego mięsiwa, kaszy i mąki. Warzymy z niéj polewkę, aby życie utrzymać.
Ręką na podłogę wskazał.
Potém, że już słowa zbytnie były, mruknął tylko.
— Mieśćcie się sobie gdzie i jako możecie. — Niewiasty do moich zawiodę. Co Bóg da to da!
Leżący na podłodze, stołach i ławach, przebudzeni światłem i głosem, tu i owdzie, przecierając oczy podnosili głowy, przypatrywali się stojącym jeszcze przybyszom. Z kilku kątów odzywały się wołania.
— Lasota! Mszczuj! Wszebór!
Bohdasia Toporczyka chwycił już był syn gospodarza, młody Belina, z którym na dworze królowéj i królewicza byli w drużbie serdecznéj — chwycił go i ściskał wołając.
— Nie wiń nas bracie, nie wiń, a patrz.
Stary Lasota, któremu sił nie starczyło, nie pytając i nie czekając, jak stał, miejsca trochę opatrzywszy, padł między leżących, głową komuś na nogi. Ten się nawet nie ruszył, ległszy starzec dyszeć począł a jęczeć.
Ci co się poprzebudzali, radzi byli miejsce zrobić przybyszom — zsuwali się jako mogli. Więc choć w ciasnocie i zadusze, na pierwszą noc przypadł kto gdzie mógł, a młody Tomko Belina, umieściwszy Bohdasia w kącie, aby mu tam było wygodniéj, sam poszedł na straż.
Zaledwie światło zagasło, pospali się znowu wszyscy, a kto nie usnął, dyszał cicho, aby drugich nie budzić.
Sobek i Dębiec, w pierwszém podwórcu razem z końmi zostać musieli. Tak się skończyła owa wędrówka niebezpieczeństw pełna, szczęśliwiéj niż by się kto mógł spodziewać.
Nazajutrz rano, ledwie świt, ruszać się poczęli niektórzy i wychodzić z zaduchy, na wały, gdzie już i lud wszystek rozbudzony słychać było gwarzący, płaczące dzieci, nucące niewiasty, spierających się ludzi, wrzawę niemałą dokoła.
Obraz ten po dniu prawie straszniejszym był niż nocą, która nie dawała lica ludzkiego dopatrzéć, a snem ból skrępowała. Teraz się to wszystko rozbudzane poruszało i w słowach a jękach skarżyło na niedolę swoją. Matkom, co dzieci przy piersiach miały, pokarmu brakło, kilkoro niemowląt poumierało nocą z chłodu i głodu. Zawodziły z płaczem wielkim niewiasty, obstępując zżółkłe i zsiniałe zwłoki. Jęczeli chorzy, wołali o pokarm głodni, a co żwawszego było, wodę nosiło, niemocnym służyło.
Starszyzna powyznaczana przez Belinę, z kijami chodziła czyniąc porządek i nakazując milczenie. Żadna noc tu nie przeszła, żeby kilku ofiar nie wzięła. I téj téż, ludzi starszych co chorzy byli, dzieci kilkoro umarło.
Krzątano się około pogrzebów, których na gródku nie było gdzie sprawić. Musiano furtę odmykać i ludzie z łopatami szli, niosąc zwłoki do blizkiego lasu, aby je tam pogrzebać. A spieszyć było trzeba i oglądać się, żeby czatująca czerń nie napadła.
To był pierwszy widok, który oczy przybyłych uderzył, gdy zrana wyszli, aby się z wałów rozpatrzyć do koła. Nim z nich zeszli, wołano na mszę świętą w drugie podwórze, gdzie na górnym ganku, codzień rano o. Benedyktyn Gedeon, człowiek wielce świątobliwy, ocalony z Trzemeszeńskiego klasztoru odprawiał ją, aby ducha i męztwa nieszczęśliwym dodawał.
On tu jeden, wśród téj strasznéj powodzi i zniszczenia, gdy wszyscy o miłosierdziu Bożém zwątpili, rozpaczy się poddając — spokojnym umysłem swym odwagę umiał natchnąć i nadzieję. Ażeby ów mnogi lud mógł się modlić w czasie świętéj ofiary — na górnym pomoście ustawiono ołtarz, który zdala widać było. Kto chciał, ten i z drugiego podworca przez wrota szerokie kapłana mógł widzieć i modlić się z nim razem.
Widok był piękny choć smutny, gdy co żyło cisnąc się poczęło, mężczyźni i niewiasty, aby się modlić do tego Boga, w którym jednym ratunku nadzieję pokładano.
Cicho się stało w podwórcach, tylko płacz niewiast i westchnienia przerywały milczenie. Było ich tu wiele osieroconych jak Spytkowa i jéj córka, których mężowie, ojcowie i bracia poginęli w walkach, zabłąkali się bez wieści. Większa ich część w białych zasłonach, czepcach i namitkach siedziała, stała, klęczała na uboczu, tak, że twarzy ich dojrzeć nie było można. A że ścisk ludu był wielki, z rozkazu o. Gedeona osobno ustawiona była płeć biała — oddzielnie mężczyźni.
Wszyscy prawie ci zbiegowie, choć jak Lasota, niegdy się do najmajętniejszych liczyli — teraz odzieży całéj nie mieli, stali w porwanych opończach, w siermięgach pożyczanych, w kaftanach zabłoconych, jak kto przyszedł, w łachmanach prawie.
Nad starym Lasotą, który pokaleczony był, a nic prócz porąbanego kaftana i poprutego pancerza nie miał, ulitowawszy się Belina, nazajutrz zrana przyniósł mu szmaty do poobwiązywania ran i opończę dostatnią. Pancerz rzucić musiano w kąt, a kaftan téż krwią pobroczony, na nic się nie zdał. Sobek, który i do tego sprawny był, poobmywał mu i opatrzył rany. Tak samo Tomko Belina przyodział Toporczyka, którego dawna odzież od wilgoci się popadała i niemal na nim pogniła. Ale Bohdaś tego dnia wstać o swéj sile nie mógł i gdy przyszła godzina roznoszenia strawy, musiano mu ją przynieść do tego kąta, w którym leżał.
Strawa to była licha. Chleba już oddawna piec nie mogli, wszyscy więc zarówno, mężowie i niewiasty i dzieci obchodzili się polewką z mąki, rzadko mięsa kawałkiem lub trochą tłustości okraszoną.
Nikt się na głód uskarżać się nie śmiał, troszczono się tylko, czy na tyle głów stanie długo strawy, nim się rzeczy na lepsze obrócą. Stary Belina sam w zasieki i bodnie codzień zaglądał, oczyma je mierząc, na jak długo w nich życia było.
Chociaż czerń która oblegała gródek, ustąpiła od niego, wiedziano że to pokój był nie trwały, że na głód rachowano, co poddać się przymusi.
Nieraz téż już tu mowa była, czy nie iśćby przebojem za Wisłę. Lecz tam trzeba się było albo poddać Masławowi, albo z nim do walki wystąpić. Znaczniejsza część, albo raczéj wszystkie rycerstwo zamknięte na Olszowém Horodyszczu, brzydziło się Masławem i pogaństwem, nawet ocalenia nie chcąc szukać u niego.
Radzono codzień i nic uradzić nie umiano, a gdy spory i rozprawy kończyły się, o. Gedeon zamykał je, jednemi zawsze słowy.
— Módlmy się, w Bogu ufność miejmy, Bóg pomoże!
Tylko młodość w takim ucisku szczęśliwą jest, że na chwilę o niém zapomnieć może. Któżby się domyślił, że nazajutrz rano, pierwszą troską obu Doliwów było dośledzić, gdzie się niebieskie oczy Kasi podziały. Wstali natychmiast zabiegając i kręcąc się a dowiadując, gdzie córka lub matka być mogła.
Już w drodze z powodu dziewczęcia tak się z sobą jakoś, nie mówiąc o co powaśnili, iż unikali nawet rozmowy, i jeden od drugiego głowę odwracał. Obu piękne dziewczę z myśli wyjść nie mogło. Wszebór sobie panią matkę tak pozyskał w ciągu drogi, że już jéj dla siebie pewnym był, ale nie obrachował tego, że żwawa i raźna jeszcze niewiasta, nie dla córki, a dla siebie saméj na niego okiem rzuciła. We wdowieńskim stanie, bez opieki, mówiła sobie — trudno pozostać było... Chciała niby nie sobie męża, a dziewczynie dać ojca i dla niéj się poświęcić.
Wszeborowi co innego się śniło.
Mszczuj, który czasu podróży nie mógł się zbliżyć do trwożliwéj Kasi, dlatego może goręcéj się jeszcze w niéj rozmiłował. Myśleli teraz oba ino o tém, jakby daléj serdeczne zamysły prowadzić.
W obu ich jedna krew była gorąca, lecz jak się to w rodzinach zdarza, inaczéj ona u Wszebora, inaczéj w Mszczuju grała. Zapalczywi oba, każdy po swojemu do celu zmierzali. Na łowach Wszebór się rad zasadzał na zwierza, a Mszczuj gonił i ubijał, pierwszy dzień cały gotów był strawić w szałasie na przesmyku, byle się zwierza doczekał, drugi wolał ścigać i walczyć. Tak samo i we wszystkiém czynili. Wszebór milczkiem a zręcznością, Mszczuj gorącém sercem i gotową zawsze dłonią.
Na Olszowém Horodyszczu, w pośród tego natłoku, gdzie mężczyźni musieli być oddzieleni osobno, trudno było kogo zobaczyć i dostąpić do niewiast. Trzymały się one osobno w kilku izbach, pod opieką Belinowéj, mało która i wyjrzeć śmiała, dla samego sromu, bo niebyło kątka, zkądby oczów bez miary nie patrzało i uszu nie podsłuchiwało.
Więc choć oba rozmiłowani błądzili po podwórzach, głowy zadzierając, jakby wróblów pod strzechą upatrywali, nie postrzegli nigdzie tych, za któremi gonili. A tu im i trzeci przybył, młody Belina, który zrana do leżącego Toporczyka przyszedłszy, gorąco się go jął rozpytywać o Kasię Spytkównę, bo mu się srodze najrzane liczko podobało. Widział je i Toporczyk zdala, ale ten zbolały był tak i strapiony, że go nawet krasa niewieścia nie mogła rozbudzić.
— Daj ty mi spokój z dziewczyną! — odparł spytany — ani znam, ani wiem co są za niewiasty. Spotkałem je na drodze, gdym ledwo żyw był, starsza mi pić dała, za co niech jéj Bóg stokrotnie płaci. Pytaj o to Doliwów, jeźli co powiedzieć zechcą, bo mi się widzi, że oni oba zęby ostrzą na owego wyrostka. Mnie to nie w głowie.
— Dzieweczka jak malina! — rzekł Belina.
— Choćby była jak anioł, co ich w kościołach stawią — nie pora o dziewczętach myśleć, gdy na gardło nieprzyjaciel następuje — rzekł Toporczyk.
Rozśmiał się Belina i zamilkł, ale znać mu grzeszna myśl z głowy nie wyleciała, bo gdy Doliwowie, napróżno się nabłądziwszy po dziedzińcach, jeden za drugim powrócili do izby, do nich przystał pytając co były za niewiasty. Ci téż w słowach skąpi, nie wiele mu powiedzieć chcieli. Kolnęło ich to, że już i więcéj ktoś począł myśleć o dziewczęciu.
Tak wśród tych chmur, jak słoneczko jasne, kraśna twarzyczka młodym oczom na pociechę i utrapienie zaświeciła. — Młodość taką jest, że i w największym ucisku, serce jéj bije, głowa marzy. Starzy rozprawiali o obronie, o chlebie, tamtym niebieskie oczy o niczém myśleć nie dawały.
Gospodarskiemu synowi Tomkowi Belinie, który do matki i niewiast przy niéj będących, przystęp miał łatwiejszy, prędzéj się trafić mogło najrzeć, choć zdala piękne dziewczę. Doliwowie o zbliżeniu się do niéj i myśleć nie mogli.
Z południa jakoś, starsza pani Spytkowa, sama wyszła się dowiedzieć o tego, co jéj w podróży tak dobrze posługiwał, a tak pilno słuchał. Zobaczywszy ją zdala, oba się wnet ku niéj rzucili. — Pamiętna przyjaźni Wszebora wdowa, pod chustą mu wyniosła coś, ze swojego zapasu podróżnego, aby podkarmić opiekuna, a zobaczywszy brata z nim, datek swój na dwu rozdzieliła.
Poczęli się oba pytać o nią i córkę.
— Bogu dziękować — wzdychając odparła pani Marta — żeśmy się tu dostali. Przynajmniéj między ludźmi jesteśmy, a co drugim to i nam! Tu i ginąć byłoby raźniéj. Obieśmy zdrowe, choć długo tę drogę i nasze nieszczęście czuć będziemy.
Tak rozpocząwszy Spytkowa, choć na niedolę się skarżyła, twarzą wesołą zwróciła się do Wszebora, białe ząbki wyszczerzywszy.
I już się jéj usta nie zamknęły, tyle znów do opowiadania miała, czego Mszczuj jeszcze nie słyszał, o dostatkach swych dawnych, o mieniu i wielmożności, o miłości nieboszczyka dla siebie, o wszystkiém co przeżyła. Frasowała się już teraz tylko, jakby się na Ruś do swoich dostać mogła, gdzie była pewną opieki, pomocy i rychłego nawet zamążpójścia, bo tam za nią nie jeden wzdychał.
Trzymała ich tak obu długo stojących przed sobą w milczeniu, to ku jednemu, to ku drugiemu czarnemi oczyma poglądając, to śmiejąc się, to łzy ocierając, to ręce łamiąc, to niemi rzucając i wywijając, bo była niewiasta żywa i mówna, a wiedziała pewnie, że się mężczyznom podobać może. Drudzy téż, obcy, schodzili się słuchać i patrzeć, a im więcéj ich było, tém się weselszą zdawała, tak, że gdy żegnać się przyszło i do córki wracać, łzy już zupełnie poosychały.







IV.



Jesiennego poranku dwóch ludzi w proste siermięgi przyodzianych, na lichych szkapkach, których siedzenie z podesłanego, grubego sukna się składało, podjeżdżali zwolna ku dosyć szeroko rozlanéj Wiśle, która od jesiennych słot wezbrała.
Zdala już na wysoko podniesionym brzegu jéj widać było zamczysko i szare miasto u stóp jego rozłożone.
W mieście i okolicy ludu i ruchu dosyć było. Około zamczyska, opasanego wałami, z poza których malutki kościołek bez krzyża, niegdyś Benedyktyński, wyglądał (bo ich tu Bolesław w roku 1015 osadził) — roiło się jakby wojsko jakie, kupami poustawiane. Gdzieniegdzie ponad niemi dostrzedz było można Stanice na wysokich żerdziach powbijane w ziemię, i chorągwie czerwone.
Dwaj jadący spojrzeli na siebie. Jeden z nich opalony, pomarszczony, zestarzały, choć jeszcze żyw, z oczyma bystro patrzącemi — był to bartnik Sobek, wierny Spytkowéj sługa, drugi pokaźniejszy, młodszy, mimo prostéj siermięgi do wojaka podobniejszy niż do kmiecia lub prostego osadnika, był Wszebór Doliwa. Wysłano ich obu na zwiady z Olszowego Horodyszcza, choćby do Masława dotrzeć przyszło, aby wiedzieć co tuszyć i jak sobie radzić.
Choć nie bardzo chętliwie, ważył się na to Doliwa, bo nie chciało mu się od Spytkowéj i jéj córki, ale nastali nań wszyscy, gdyż się sam chlubił z tego, iż na dworze Mieszka komornikiem był razem z Masławem, i najlepszym jego powiernikiem. Dziś ten Masław niepoczciwie urosłszy, z lichego pacholika, kneziem się płockim nazywać kazał i o zawojowaniu całego spustoszonego kraju zamyślał.
Trzeba było wiedzieć zamkniętym na grodku jak rzeczy stoją i czy się godzi od czerni życie ratując, na Masława rachować, Wszeborowi nic się stać nie mogło, a na przebiegłość swą wiele liczył.
Sobek, jako prosty człek, niczego się tu nie lękał. Wolałby był Doliwa nie stykać się z Masławem, ale mus był wielki. Na horodyszczu prędko żywności zabraknąć mogło, dostać się w ręce czerni, jedno znaczyło co głowę na pień położyć, musiano więc próbować, ażali się ocaleć lub okupić nieda.
Dodano za przewodnika Doliwie starego bartnika, który wszędzie sobie radę dać umiał, nie zawiódł się na nim i w téj drodze, gdy ciągle wymijać przyszło gromady zbrojne, osad unikać, nocami więcéj niż dniami się przekradać. Sobek tak go umiał prowadzić, iż z nikim się nie spotkawszy, nad ów brzeg Wisły przybyli cało i bezpiecznie.
Wszebór, który zrazu bardzo zuchwale prawił o spotkaniu się z Masławem, a w przyjaźni jego wielce był ufny, teraz dopiero, gdy ujrzał przed sobą miasto i chwila przyszła stanąć przed nim, zadumał się mocno.
Wątpliwość się w nim zrodziła jak go przyjmie i czy na dawną drużbę zechce pamiętać? Od czasu, gdy się na dworze widzieli, dużo się rzeczy zmieniło, a z tego co o Masławie prawiono, trudno było dobrze wróżyć. Ale i wracać nie była pora.
Sobek mu w oczy patrzał milczący, i ku rzece wskazywał.
Wszebór rozmyślał teraz, czyby nie lepiéj już było, poznać się nie dając, zdala wszystko podpatrzéć, a Masława uniknąć.Ludu było dosyć, w który się wmięszać mogli niepostrzeżeni. Co miał uczynić, sam niewiedział. Jechali nie spiesząc wcale, a Doliwa trochę konia powstrzymał. Mówili wprzódy z Sobkiem, któremu się oświadczał, że wprost do Masława się uda, teraz mu się to niebezpieczném i niełacném zdawało.
— Ej! słuchajcie! — rzekł z cicha do towarzysza Wszebór — czyby nie lepiéj było, lichu nie leźć w oczy, a zdala mu się przypatrzéć! kto tu nas pozna?
— Jak postanowicie, tak będzie — odparł Sobek. — Cóż ja wiem?
— Jak się wam zda? — spytał Doliwa.
Zamiast odpowiedzi, Sobek ręką ku Wiśle ukazał. Stali w miejscu odkrytém, na łące.
Ztąd jak na dłoni widać było niedaleko na rzece związane dwie wielkie łodzie, wiosłami ku brzegowi, na którym stali pędzone.
W łodziach pełno było koni i ludzi.
Zdala poznał Wszebór, iż zbrojni byli i rycerscy. A niepośledni być musieli, bo na nich zbroje jakieś błyszczały, a na głowie jeden z nich miał czub kraśny, na ramionach płaszcz bramowany i oręża dużo lśniącego przy sobie. Za nim stojący chłopak trzymał ptaka na ręku, drugi téż krogulca podlatującego ściągał ku sobie, inny na sznurku psy wiódł.
Twarzy jeszcze rozeznać było trudno.
Mężczyzna z czubem na czapce przodem stał, za nim poniżéj kilku, jakby dwór i służba. Jechali widać nad brzeg Wiślany na łowy z ptaki.
Ktoby to mógł być tam, gdzie swobodnie myśliwstwem się zabawiać jeden tylko człowiek miał wolność?
Odgadnąć nie było trudno.
Traf więc szczęśliwy czy zły, właśnie w chwili gdy ważył i rozmyślał, niósł Wszeborowi gotowe rozwiązanie.
Uniknąć spotkania było niepodobna, uciekać niebezpiecznie, musiał czoło stawić odważnie.
Tak sobie w duchu rzekł Doliwa.
Konia niewstrzymując podjeżdżał spokojnie, a tymczasem i czółna spojone do brzegu już dobijały i coraz wyraźniéj widać było tych, co się na nich przeprawiali.
Poznał Wszebór Masława, choć im się teraz z owego dworaka, z chłopięcia swawolnego a zuchwałego wielce odmienił. Wyglądał, albo raczéj chciał mieć pańską postać, patrzał tak, jak mu po książęcemu trzeba było. Wszebór i towarzysz jego, nędznie poodziewani, ledwie na siebie oczy zwracali — rozglądał się Masław po okolicy, wzrok wodząc dumny. Obie ręce miał w boki wciśnięte, głowę do góry i nogę jedną na kraju czółna, jakby mu wyskoczyć pilno było.
Mężczyzna był dorodny bardzo i zręczny, choć jak od siekiery wyciosany. Kmieca w nim krew przez powłokę pańską przeglądała. Twarz rumiana, pospolita, zaogniona, oczy maleńkie, bystre, usta czerwone i wydęte, mała bródka rudawa, nic w sobie kniaziowskiego nie miały; ale parobek był tęgi, butny, a że mu się szczęściło, zuchwały znać i noszący się wysoko. Z góry patrzał na ludzi, brwi ruchawe ciągle mu się marszczyły, milcząc nawet, żuć się zdawał rozkazy, aby na chwilę nie znijść z tego stopnia, na który mu się wedrzeć udało. Mężną i przebiegłą zarazem znać w nim było naturę, co się na wszystko ważyła.
Gdy się czółno do brzegu, a jezdzcy ku niemu téż zbliżyli, zrazu na siermięgi popatrzywszy, chciał Masław pogardliwie oczy odwrócić, ale go coś w twarzy Wszebora uderzyło. Nie poznał go zrazu, brwi nachmurzywszy, srogo się począł wpatrywać. W tém Wszebor zwolna szłyka uchylił.
Było to w chwili, gdy Masław odziany nie jak na łowy, ale jakby miał posłów na dworze przyjmować, w pasie rycerskim, którego teraz nigdy nie zrzucał — miał już na ląd wysiadać.
Za nim kilku jego przybocznych cisnęło się, równie niedorzecznie jak on postrojonych w czuby, pasy i płaszcze krasne. Wszeborowi by się było na śmiech zebrało, na widok téj okazałości w polu straconéj, gdyby nie musiał myśleć co z sobą pocznie.
W tém drgnął Masław i zdawało się jakby chciał do ludzi się zwracając, dać rozkaz pochwycenia Wszebora, gdy ten, pozdrawiając go, półgłosem się odezwał.
— Do waszéj miłości jadę właśnie, więc pozwolicie pozdrowić!
Nie wątpił już Masław, że dawnego znajomego miał przed sobą. Zawahał się nowo stworzony przez się kneź, jak go ma przyjąć. Widać to było z twarzy. Myślał chwilę, zaciął usta, postąpił kroków parę, przypatrując się Wszeborowi. Niepewien był w jakiéj myśli przybywa, czego chce.
Mierzył go tak niedowierzająco oczyma, gdy Doliwa, dorozumiewając się obawy, siermięgę rozpiął i pokazał, że krom małego mieczyka, nic nie miał. Toporek został był przy koniu, z którego zsiadłszy, oddał go do trzymania Sobkowi.
— Cóż was tu prowadzi? zkąd? czego chcecie? — przemówił wreszcie Masław głosem, któremu starał się nadać wyraz groźny i srogi. — Mów, a raźno, u mnie czasu niema!
Mówiąc, nastąpił blizko na Wszebora, niby mu okazując, że się go nie lęka, a gdy ten nie zaraz się odezwał, począł iść od swych ludzi, ciągnąc go za sobą.
— Miłościwy panie — począł Wszebór — nie tak to łatwo w dwóch słowach powiedzieć z czém człowiek jedzie. Wy wiecie co się dzieje dziś, wy tylko możecie powiedzieć, co z nami będzie jutro. Do was trzeba iść pytać co robić!
Masławowi pochlebiło widocznie, że mu przyznano panowanie nad przyszłością. Twarzy męzkiéj i energicznéj, saméj przez się, wyrażającéj siłę zwierzęcą — nadał wnet większy jeszcze wyraz potęgi i dumy i rzekł bez gniewu.
— Co robić? kto chce głowę ocalić, służyć mi musi! Siły tu niema nikt i nie będzie mieć tylko ja. Jutro wszystko się z niemieckiego, z czeskiego jarzma wykuje — a ja będę panować!
To mówiąc odwrócił się przypatrzeć, jakie wyrazy czyniły wrażenie, twarz jego wykrzywiła się śmiechem dzikim, wymuszonym, fałszywym.
Wszebor milczał spuściwszy głowę, Masław uderzył ręką po mieczu, który wisiał u pasa.
— Pytają się jakiém ja prawem będę panować! — dodał. — Ot prawo moje! Kto ma siłę ten ma panowanie, a kto ma rozum, ten ma siłę — a kto rozumu niema, ten choćby mu siłę dano, to ją straci, tak jak oni!! (Wskazał ręką ku zachodowi). Niedołężne plemię, zniemczałe, trzeba było precz za drzwi wyrzucić, starą swobodę powrócić kmieciom i wiarę dawną. Nam swojém życiem żyć, nie cudzem. Niepotrzebujemy cudzych Bogów ani cudzych panów. Piasty nas sprzedawały cesarzom i papieżom. Z niemieckich matek, poniemczałe rodziły się dzieci — pokurcze.
Kaźmirz, którego matka na mniszkę się zdała, niech u wuja w Kolnie śpiewa w chórze — to jego miejsce, a nie tu nam panować. My nie mnichy.
Mówiąc tak szedł, a coraz na Doliwę spoglądał i rozgrzewał się własnemi wyrazy.
— Ja mam w ręku Mazury moje, ze mną pójdą Prusaki i Lietuwiszki, wszyscy co do swojéj staréj wiary są przywiązani. Nas ćma, a was garść, wkrótce i nic nie zostanie. Ziemie bezpańskie weźmie kto ma siłę — ja siłę mam! mam!
Z coraz większą gorączką kończył, spoglądając wciąż na Wszebora. Nie doczekawszy się żadnéj odpowiedzi, stanął i natarczywie zapytał.
— Gadaj ty mi zaraz! kto cię wysłał?
Doliwa miał czas wobec niebezpieczeństwa męztwo i zimną krew odzyskać. Ruszył ramionami obojętnie.
— Jestże u nas komu wysyłać! — rzekł powoli. — Ze starego rycerstwa, ziemian i władyków ledwie gdzie który ocalał, wilkom na paszę. Nas dwóch braci uratowaliśmy żywot od czechów i czerni.
Znajdzie się może kilku tułających się po lasach. Któż mnie miał posyłać? Przecież dawniéj byliście dla mnie druhem, dziś możecie przyjąć choć za sługę! Moim żywotem nie wiele się pożywicie, a zdałbym się może.
Masław się zadumał patrzając. Przemowa była zręczna, pochlebiała mu.
— O! ja was znam! — rzekł szydersko. — Byleście mnie mogli osaczyć, oddalibyście w ręce Kaźmirzowi, albo nowemu jakiemu Bezprymowi. Jeszcze się tam takich kilku po Niemczech włóczy. Z was coście się pochrzcili, co inne czasy pamiętacie, pociechy nie będzie.
— A wyż to chrzczeni nie byliście? — zapytał śmiało Wszebor.
Zarumienił się chwilowym gniewem Masław, spojrzał w tył na swoich, czy niesłyszeli co Doliwa powiedział. Ci stali zdala, dojść ich to nie mogło. Zmilczał namyślając się.
— Słuchaj Doliwo — przerywając milczenie i biorąc się w boki odezwał kilka kroków uszedłszy. — Prawda, byłem z tobą na tym psim dworze druhem — chcę ci być dobrym panem, ale głowy pilnuj na karku, bo ona tobie potrzebniejsza niż mnie. Ciebie jednego wezmę, brata nie chcę, nikogo innego — niech ich czerń wytłucze do nogi. Ja sobie władyków moich z kmieci porobię, co mi wdzięczni będą, a obawiać się ich nie potrzebuję. Chcesz mi służyć? wezmę cię.
Wszebor skłonił się, podniósł głowę i w oczy mu spojrzał śmiało.
— Dla czegóżbym ci służyć nie miał, z głodu mrąc i przytułku nie mając? Cóż będzie z bratem?
— Gdzieżeś ty go zostawił? — spytał Masław.
— W lesie, na polanie, dwa dni drogi ztąd, zachorzał.
— Niech go tam wilcy zjedzą! — śmiejąc się i klepiąc po ramieniu Wszebora — odparł nowy kneź — ty u mnie zostaniesz, więcéj ja nikogo znać nie chcę.
Wszebor zmilczał, nie nalegając. Mówiąc o bracie, chciał sobie do ujścia zostawić pozór, boby po niego niby mógł od Masława się wyprawić. Spodziewał się w inny sposób z pomocą Sobka się wymknąć.
Masław, jakby mu niedowierzał, ciągle niespokojnemi oczyma go badał, ale twarz mu się rozjaśniała.
— Nieźle się to nadaje — odezwał się — bo mnie trzeba dwór sobie urządzić. Ochmistrzem cię zrobię. Te moje chłopiska, do wszystkiego dobre, ale obyczaju pańskiego i królewskiego nie znają nic. Ja dwór muszę mieć, jak wszyscy na świecie króle i kneziowie. Ty mi ludzi dobierzesz i nauczysz. Chcę by u mnie było tak jak bywało za starego Mieszka i Bolka.
Wszebór godząc się pozornie z tą myślą, nie okazując wstrętu podchwycił poufnie.
— Pewnie! pewnie! ano niełacno to przyjdzie, póki się ludzi nie nauczy.
— Łacno! — zaprzeczył Masław, brwi marszcząc — ja prędko uczyć umiem. Grozy trzeba, wszystko będzie.
I poklepał go znów po ramieniu.
— Biorę cię — powtórzył — pamiętaj, ze mnie dobry pan, szczodrobliwy ale groźny.
Na tém skończyła się rozmowa, zwrócił się ku swojemu orszakowi opodal stojącemu i krzyknął:
— Puścić psy sokolnicze! Trafi się co — rozkapturzyć sokoły.
Dał znak, sam zwolna postępując za ludźmi z Wszeborem, który się za nim trzymał. Posłyszawszy kroki jego za sobą, kneź niby się namyślił.
— Zaczekajcie przy łodziach, wrócicie razem ze mną!
Posłuszny zatrzymał się Doliwa, a psy, sokoły, pacholęta i Masław z dworem, pociągnęli brzegiem rzeki.
Doliwa wrócił do Sobka, który z końmi stał na uboczu. Ocalić głowy i zbliska się przypatrzéć Masławowi inaczéj nie mógł, tylko przyjmując co mu nowy kneź tak łaskawie ofiarować raczył.
Myśliwi odciągali, a Wszebór się do starego bartnika zbliżył, który rad był mu z oczów wyczytać, co przynosił z sobą.
— Jedziemy na dwór — rzekł cicho Doliwa. — W dobrąm jeszcze chwilę przyszedł, że głowę mam całą. Zostaniemy tu do czasu, ano i wy i konie dobrze by zawsze były pogotowiu, aby się ztąd wyrwać, gdy przyjdzie pora.
Sobek głową kręcił.
— Wyrwać się ztąd niebędzie trudno — odpowiedział. — Nie pilnują się oni tak bardzo, są bezpieczni. Butny pan! butny! dodał cicho bartnik.
Siedli tedy spoczywać, a konie paść się poczęły. Niedługo jednak Masław łowami się zabawiał — ludziom kazawszy z sokołami się przejść, sam powrócił, oczyma Wszebora szukając.
Wstał on, podchodząc ku niemu.
Zdało się, że nowy panek potrzebował mówić o sobie z kim innym, jak ta poprzebierana czerń, co go otaczała, Wszebór go ciągnął ku sobie.
Zbliżył się do niego, już zdala poczynając. Wskazywał na miasto, które ztąd na wzgórzu widać było.
— To będzie mój Poznań! — rzekł z uśmiechem. — Rozumiesz! Ztąd ja nad obiema brzegami Wisły panować będę.
I rękę wyciągnąwszy, zatoczył nią dokoła.
— Prusaków i Letuwiszków przyłączę. Czechów won przegnamy i pobijemy, Niemców i nogi nie puścim za Łabę. Daléj ich wyżeniem! Wszystko co chrześcian nienawidzi pójdzie ze mną.
Oglądał się wciąż na Wszebora, jakby pochwały i potwierdzenia pożądał.
— Co ty na to?
— Ha! no! byleście wojsko mieli!
— Mam i mieć będę i wyćwiczyć potrafię — gwałtownie dodał Masław. — Ja sam choć dworakiem byłem, ale wojakiem razem byłem i jestem. Prusaki naród dzielny. Ci to sami co Wojtaszka zabili, co go Bolko wykupił i w Gnieznie położył, a teraz go sobie Czechy wyniosły! Ci sami co się staremu Bolkowi niedali. No — a ja z niemi, brat, swat!
Począł się śmiać, zacierając ręce.
— Co ty na to? hę? Masław téż nie głupi! Zobaczysz sam, dziś tu od nich przyjdą posłowie. A wiesz czemu ja to winien? oto temu, że poganinem jestem i żem powywracał krzyże. Wszystek lud ze mną.
Milczenie Wszebora naprzykszyło mu się znać, bo kilka razy zapytał go. Cóż ty na to!
— A! szczęścia macie wiele! to cały świat wie! — przebąknął Doliwa.
— Na zamku w Płocku — ciągnął daléj Masław ręką wskazując — siedzieli Benedyktyny, niema ich i nogi. Z kościoła zrobiłem chram, tak jak oni z chramów robili kościoły. Guślarze w ręce plaskają, do nóg mi padają: stare stanice popodnosili ludzie, wołają: Łado! Ot siła moja!
— No — co wy na to? co? — powtórzył śmiejąc się.
— Dziwię się tylko — odparł Doliwa powoli — a powiem wam, ażebyście dobrze obliczyli siły przeciw chrześcianom. Dużo was, tamtych téż sporo. Pochlebiać wam nie będę. Na Rusi krzyże stoją, Czechy ochrzczone, Uhry téż, Niemcy wszystkie. Jest tego siła.
Masław głową dał znak potakujący, stanął, obejrzał się dokoła, i przystąpiwszy do Wszebora oczy w niego wlepił, szepcąc cicho.
— Nie rozumiesz ty nic! Który Bóg mocniejszy będzie, temu się i ja pokłonię. A mnie co? Teraz stara wiara górą, jak jutro wypadnie, czy ja wiem? Kneziowie i królowie wszak ci się chrzczą kiedy przyjdzie na nich godzina. Będę i ja takim, jakim zechcę, aby panować; a teraz — teraz, tak musi być jak jest. Z krzyżem precz i z niemcem precz co go przyniósł. Rozumiesz?
Zaśmiał się ściskając usta Masław, oczy mu się zaiskrzyły. Niepodobało mu się to w nowym słudze, że się mu ani dziwił ani pochlebiał, ni potakiwał nawet.
— Ty człecze jakiś — zawołał, głos podniósłszy — ty może myślisz, że mi się śni moja siła? No, to ja ci w żywe oczy pokażę. Zobaczysz i uwierzysz. Popatrzał wdal na psy i sokoły. Dwa psy puszczone wietrzyły, chodząc po moczarze, ale czas jesienny niebył dobry do łowów, ani czapli, ani żadnego ptaka nie spotkały dotąd. — Masław na bliższego sługę skinął.
— Hej, Didko! przewietrzcie mi sokoły i powracajcie sami z niemi. Huba ze mną pojedzie, niema tu stać czego.
Ręką wskazał na czółna, ku którym iść począł żywo.
Sobek oczyma Wszeborowi dał znać, aby się o niego wcale nie troszczył, szedł więc Doliwa za kneziem — Masławowi jakby teraz pilno było powracać, szybkim krokiem ku przewozowi dążył, wskoczył do łodzi, konia dla siebie i Huby zabrać kazawszy.
W tém popatrzał na Wszebora nędznie odzianego, który stał przed nim, rozkazów oczekując.
— Ty tak w téj siermiędze ze mną iść nie możesz — zawołał — zostaniesz w czółnie. Pójdziesz osobno na zamek piechotą. Huba, gdy powrócim, ze skarbca ci wydać każe odzież, jaka mojemu ochmistrzowi przystała.
Nie bój się — dodał z uśmiechem — i łańcuch będzie i wszystko! Mam ja tego podostatkiem. Chcę by ludzie na mój dwór patrząc, dziwili się, nie naśmiewali.
Skinął na Hubę i szepnął mu coś do ucha wskazując Wszebora. Łodzie tymczasem, do których pędzenia było kilku Mazurów z wiosłami i drągami, szybko poczęły rzekę przerzynać. Na głębinach wszyscy się do wioseł brali, na mieliznach odpierano drągami. Ludzie pracowali żywo, nawzajem się napędzając, jakby czuli, że pan ich czekać nie lubi.
Masław, stojąc w łodzi, na zamek spoglądał dumnie, nie mówił już nic, nadto mając słuchaczów, kilka razy tylko Wszeborowi ręką wskazał na gród, którego posiadaniem pysznił się i radował.
W istocie poważnie rozsiadało się zamczysko na wyniosłości brzega, a na okopach mnogi lud widać było, który ku przybywającemu spoglądał. Gdy łódź do lądu przybiła i konie z niéj wyprowadzono, Masław skinieniem Doliwę pożegnawszy, konia swojego, wspaniale przystrojonego dosiadł i z Hubą ku zamkowi pojechał, z głową podniesioną, ze spojrzeniem ostrem, z grozą na czole... Widać było z dołu, jak lud, zobaczywszy go się poruszał, a w chwilę potém na okopach głos się dał słyszeć ogromny — huczały okrzyki na powitanie.
Zadumany, posępny, powoli powlókł się za nim Wszebór. Przypominał sobie może, jak Masława tego, który teraz do takiéj doszedł siły, widział małym i pokornym, wobec królowéj, która mu wzgardę okazywała.
Daléj idąc było téż na co patrzeć, i Doliwa pilne zwrócił oko na to, co Masława otaczało... Ludu było wszędzie mnogo, a choć już się sprzągł w pułki i sotnie, otargany był nieco, strojem i twarzą jeszcze na pół dziki się wydawał. Uzbrojenie téż jego różne było i nie u wszystkich równe. Starszyzny od pospolitego człeka trudno było rozeznać. Samopas to wszystko stało, chodziło, krzyczało i ujadało się z sobą.
W podwórcach zamkowych stały beczki i kadzie z piwem, część na ziemi siedząc, jadła i biesiadowała, inni leżeli i odpoczywali.
Około dawnego kościołka benedyktynów stał tłum gęślarzy, wróżbitów, starych bab, czerni z lasów wybiegłéj.
We wnętrzu otwartéj świątyni, gorzał już rozpalony ogień, zwijały się około niego biało poosłaniane niewiasty. Przed wywalonemi drzwiami, na drągach stały powbijane w ziemię stanice, po większéj części na prędce ociosane i nieforemne, wyobrażające potwory różne i niezgrabne o kilku głowach postacie.
Pomiędzy niemi, odkopany gdzieś z ziemi, wbity był słup kamienny z gruba ociosany, w którego kształtach domyśleć się raczéj, niż poznać było można, bałwana o trzech czapkach, z rękami na piersiach, które miecz i korowaj trzymały.
Gęślarze posiadawszy na ziemi pod nim, nucili pobrzękując, a lud okalający przysłuchiwał się pieśni.
Przy dworcu pańskim drewnianym tłum stał u drzwi, kręciła się służba mnoga nowego księcia cudacko, pstro poodziewana.
Chciano ich postroić wspaniale, a nie umiano, więc nawieszał każdy na siebie, co pochwycił, byle świeciło. Dziko to wyglądało. Na niewielu tylko znać było odzież połowiczną niemiecką, gdzieś na dworcu królewskim złupioną.
Kilku poważniejszych urzędników dworu, choć w sukniach i kożuchach drogich, choć w łańcuchach i przy pasach złocistych, poczesani i umyci, na prostych pastuchów wyglądali. Ładu tam na tym dworze wprędce zebranym z lada czego nie było. Swary tu i owdzie powstawały nagle, wybuchała wrzawa, słychać było uderzenia kijów i szamotania się.
Popychali się jedni w tę, drudzy w przeciwną stronę kłócąc, aż pałka im nakazała milczenie. Skomlenie i wycie psów, rżenie koni, oddalony gwar wojskowego tłumu, łączyły się z tém razem, tak, że stojącym u wrót rozmówić się po cichu było trudno, krzyczeli więc, a głosy ich wzmagały wrzawę.
Wszeborowi niełatwo się było przecisnąć, nikt téż nań ani spojrzał, popychano go tylko, i niewiedział gdzie się obrócić, gdy wychodzący ze dworca Huba, postrzegł go, rozepchnął tłum i wnijść za sobą kazał.
Wnet zawołano starego człeka i Doliwa w ręce jego się dostał. Wskazał mu Huba, by szedł za nim. W sieniach dworca także pełno było, choć się tu ciszéj sprawowano. Przebywszy ciemne zakamarki i szyje, podwórko jedno, gdzie się czeladź krzątała, dostali się z przewodnikiem do na pół ciemnéj izby. Maleńkie jéj okienka, pozasuwane od wnętrza, ledwie cokolwiek światła wpuszczały przez szczeliny. Skład to był jakiś, czy skarbiec pański, od stropu do podłogi, po ścianach, na ziemi, na drągach od wyżek, wszędzie leżało, wisiało odzieży, zbroi, wszelakiego zapasu i łupu podostatkiem. Tu, co wojna dała i grabieże, składał Masław, a na zbiorowisku tém znać było świeże ślady pochodzenia.
Kupami leżała zdobycz wszelaka, każda z innego dworu, od innego pana, z wszelakiego świata, wartości nierównéj, jedna do drugiéj niepodobna. Ręce co ją zrzucały, nieumiały rozróżnić nawet, co więcéj, a co mniéj było warte. Najdroższe rzeczy obok lichych leżały, jedne z drugiemi i na drugich, jak w szopie nawiezione zboże i siano.
— Hej! — zawołał stary, drzwi otwierając — zabierajcie co chcecie! Takie rozkazanie pańskie! Nie żałujcie! Rękami na kupy i pułki wskazywał.
— Hej! co dusza zapragnie! Widzicie, jest u nas w czém wybierać! I uśmiechnął się stary gładząc głowę.
Na policy osobno, leżały pozłociste i złote łańcuchy na kupie. Ku tym podszedł stary, jeden i drugi na ręku zważył, popatrzył i ciężki jeden łańcuch wybrawszy, chciał go już podać Wszeborowi, gdy na nim przyschłéj krwi dostrzegł ślady, zaburczał coś pod nosem, ku drzwiom poszedł, gdzie stał kubeł z wodą, zanurzył w nim i połą wycierać zaczął.
Ze wstrętem wziął się do odziewania Doliwa, ale mus był. Pomagał mu do tego ochoczo stary, ciągle powtarzając, aby sobie co najlepsze wybierał, a nie tracił czasu.
Szło mu o to, by rozkaz pański spełnił jak najlepiéj.
— Ino spieszcie — mówił — jego miłość czekać nie lubi, a chce was mieć przy stole. Wielki czas...
Z różnych kątów powywlekano, pas z mieczem, czapkę futrzaną, zwierzchnią suknię bramowaną, słowem co było potrzeba, by Wszebór nowemu panu nie uczynił wstydu. Na ostatku przygotowany łańcuch, stary mu na szyję zarzucił i uśmiechnął się popatrzywszy, ku drzwiom go poprzedzając.
Ze skarbca do izby stołowéj znowu iść było potrzeba ciemnemi kąty. Wnijście do niéj zdala gwarem się zwiastowało. Niebył wielce wspaniałym stary dworzec płocki, okopcony wewnątrz od dymu, sprzęt miał prosty od siekiery wyciosany. Jak niegdyś od wieku był, tak i teraz pozostał ze stoły z grubych desek, z ławami ogromnemi, a mało co go przybrać umiano, skórami i suknem powyścieławszy. W dalszych izbach podłóg nie było, tylko ubite toki, które liśćmi posypywano, zimą słomą i jedliną.
W stołowéj komorze, dosyć obszernéj, ludu poodziewanego jak na święto dosyć było. Dla knezia siedzenie zgotowano na podwyższeniu, obwieszone suknem czerwoném. Około niego, łacni do poznania, cisnęli się dziko wyglądający, zbrojni w topory, oszczepy, nabijane krzemieniem kostury, łuki i proce, w szłykach futrzanych — prusacy.
Jeden Kunigas im przodował, poufale obchodzący się z Masławem, który miłości jego okazy, rad nie rad znosić musiał.
Mąż był nierosły, barczysty, gruby, z oczyma, które z pod brwi ledwie widać było, śmiały a nie baczący wcale na dostojność, w jaką się Masław przybierał. Na równi z nim chciał stać i z pychą téż a dumnie mu odpowiadał. Nowy kneź potrzebować go musiał, bo choć mu się czasem twarz krzywiła i drgała, znosił to obejście się z nim cierpliwie.
Niekiedy oczyma rozglądał się po swym dworze. Szło mu o to, ażeby się on w oczach prusaków pańskim wydawał, wszyscy téż jak na uroczystość strojni byli i zbrojni.
Niewiast, starym obyczajem w izbie nie było.
W końcu stoła usadowiwszy się Masław, Kunigasa posadził przy sobie, czerwone mu téż sukno podesławszy. Przed niemi dwoma misy postawiono srebrne, a że ich na inne stoły nie starczyło, glinianemi się i drewnianemi przy nich posługiwano.
Wszeborowi Masław u drugiego stołu miejsce naznaczył, aby tam gospodarzył.
Krom prusaków, którzy głosy podnosząc, jeść i pić poczęli swobodnie, reszta dworu Masławowego, wedle przykazania pańskiego pewnie, zachowywała trwożliwe milczenie. A że do tego nie byli przywykli, tu i owdzie wyrwał się okrzyk, to śmiech dziki, groźném wejrzeniem zahamowany. Nie szła raźno posługa, plątali się ludzie i popychali, za drzwiami wybuchały groźby, hałasy i jęki; lecz byłaby uczta przystojnie się skończyła, gdyby się nie przeciągnęła przy kubkach. Miód porozwiązywał języki ludziom do wstrzymywania się z wybuchami gniewu i wesela, niezwykłym.
Ku końcowi, już wrzawy nic powstrzymać nie mogło, i nie myślał nikt o tém, choć się kneziowskie zasępiło oblicze. Psów téż moc dworskich i obcych zebrała się pod stołami, gdzie kości zrzucano, i coraz warczeniem i zajadaniem się powiększały wrzawę.
Przyczyniało się do niéj i to, że starym obyczajem pod koniec, wszyscy gęślarze i śpiewacy z pod chramu się przywlekli do izby biesiadnéj. Wpadli kupą i prawie przebojem, rozsiedli się wnet na ławach pod ścianami, a kto miejsca nie znalazł, na ziemi, w gęśle zaczęli brząkać, wreście i śpiewy krzykliwe zawodzić.
Tych téż szanować musiał Masław, bo oni lud wiedli za sobą; stawiono im piwo i miód, dawano ucha, niektórzy téż ze współbiesiadników, już podochoceni, od stołów im wtórować poczęli, w ręce poklaskiwać.
Nie na książęcą wyglądało to gospodę — ano inaczéj już pono być nie mogło. Wszystko to prusakom uczty nie psuło. Zapijali, miód chwaląc i rogi, które u pasów nosili, podstawiali do niego.
Już się uczta, dosyć długo przeciągnięta, ku końcowi miała, bo ze stołów jadło poznikało i tylko dzbany stały, gdy nagle, drzwiami od wnętrza dworca prowadzącemi, które się z trzaskiem otworzyły, wpadła nieproszona, dziwna jakaś postać. Prusacy na widok jéj przerażeni się z ław pozrywali. Masław jak trup pobladł.
Było się czego przestraszyć zaprawdę.
Niewiasta to była stara, wychudła, wysokiego wzrostu, z siwemi włosami rozplecionemi, które jéj na ramiona spadały, w grubéj bieliznie, zaledwie zeschłe jéj okrywającéj ciało, bosa, bez pasa, i jakby z więzienia, czy z rąk oprawców wyrwana. Blada twarz jéj pomarszczona, oczy siwe zaognione, gniewne, których białka krwią zaszły i powieki nabrzękły od płaczu, usta śliną okryte — rozpacz jakąś i niemal obłąkanie wyrażały. Biegła, wołając głosem, którego zrozumieć nie było można, strwożona, gniewna, szalona, oglądając się jakby ją goniono.
Wpadła tak, rękami odpychając tych, co stali na drodze, przed sam stół i stanęła wryta, naprzeciw Masława mierząc go oczyma.
Kneź zerwał się z siedzenia blady, niemogąc słowa rzec, rękami tylko wskazując dworskim, na to widmo, które do izb wpuszczono. Prusacy z przestrachu jakiegoś do nożów się brali, inni z miejsc powstawali, popłoch i zamięszanie ogromne w izbie się wszczęło. Ruszył się i Wszebor od stołu. W tém ludzie co za babą tą wbiegli, chwycili ją za ręce, ta wyrywając się im, padła na ziemię, prawie u stóp kneziowskiego siedzenia. Masław cofnął się wylękły.
Przerażający krzyk słychać było i szamotanie się przez chwilę, potém na ręce wziąwszy obłąkaną ludzie dworscy, spiesznie za drzwi ją wynieśli.
Słychać tylko jeszcze było krzyk jéj bolesny, wybuchający gwałtownie, tłumiony i coraz ciszéj, jak jęk daleki, ginący gdzieś w głębiach dworu.
Masław z oczyma dzikiemi, starając się uśmiechać, padł na siedzenie swoje. Kunigasowi który go pytał, odpowiedział zimno, iż to była biedna obłąkana stara, kubek podniósł do ust, wypił go duszkiem, lecz choć obojętnego udawał, drżał cały. Gęślarzy część wyniosła się, mrucząc za drzwi, cisza dziwna po tym gwarze, zapanowała w stołowéj izbie, kneź skinął aby miód podawano, lecz i ten nie pomógł do wesela, tak wszyscy widokiem nieszczęśliwéj niewiasty strwożeni byli i pomięszani. Umilkło wszystko, a z tych co więcéj pili, kilku na stołach głowy pokładłszy chrapać zaczęło. Wreście i Masław, gości swych rozkazawszy prowadzić do izb dla nich przeznaczonych do spoczynku, sam ruszył się krokiem chwiejnym z siedzenia, otoczony komornikami, miecz przed sobą nieść rozkazując — powoli z komory się wysunął.
Inni, oprócz uśpionych, których nikt budzić nie myślał, rozchodzić się zaczęli. Wszebor, który niewiedział daléj jakie miał pełnić obowiązki, sam prawie tu pozostał. Widok straszliwéj baby téj, która ucztę ukazaniem się swém popsuła, niemógł mu wyjść z pamięci. Zkąd się ona na dworze tym wziąć mogła? kto była? czego chciała? domyśleć się było trudno, choć z ruchów, krzyku i wyrazów kilku można się było dorozumieć, iż prośbę jakąś do Masława miała.
Kneź téż raczéj widokiem zdawał się przerażony niż gniewny, żadne przekleństwo z ust mu się nie wyrwało, słowa nawet przemówić nie miał siły, on co tyle miał odwagi i surowym był do okrucieństwa.
Myślał nad tém Wszebor przechadzając się po izbie, gdy do niéj wszedł Huba.
Na twarzach dworaków ten sam niemal wyraz trwogi zostawiło to zjawisko co na Masławie. Huba był chmurny i zafrasowany.
— Co to była za niewiasta? — zapytał go Wszebór.
Huba zmierzył go oczyma, ramionami ruszając.
— Stara baba, niewiem — rzekł — choć widać było, że wiedział więcéj niż chciał powiedzieć. Unikając dalszych pytań, oddalił się natychmiast. W tém wyrostek wpadł, szukając Wszebora ażeby do pana spieszył.
Komnata książęca do któréj mu wskazano drogę, była wzorem dworu Mieszkowego przyozdobiona tak, aby na ludziach do niéj wpuszczonych, pańskiego dostatku czyniła wrażenie. Nagromadził w niéj Masław do zbytku naczyń i opon, umyślnie je na okaz wystawując. Wszebor wchodząc zastał go napół leżącym na pościeli, ujrzawszy go, zerwał się kneź.
Twarz miał zmienioną i straszną. Zszedł z niéj rumieniec, usta były sine, oczy dzikie, policzki i czoło marszczyły się wyrazem tłumionego gniewu. Wpatrzył się we Wszebora, jakby chciał poznać po nim, z czém on przychodził.
— Widzieliście — zawołał — ucztę mi popsuto. Czeladź niesforna, u drzwi nie było straży.
Wszebor milczał.
— Szalona wiedźma stara! — mówił Masław daléj. — Przez litość jéj dano przytułek. Napadają na nią takie chwile, męczą ją duchy, sama niewie wówczas co robi i plecie.
I chodził z głową spuszczoną po izbie.
— Zamknąć ją kazałem dawno!
Burzył się i walczył z sobą widocznie, potém jakby się chciał przemódz, z twarzą na pozór rozpogodzoną, z pod któréj jeszcze widać było wewnętrzne wzruszenie, począł do Wszebora.
— Widzisz! posły do mnie ślą, o przymierze mnie proszą ci którym Bolko nie dał rady! Na ich zawołanie, ruszą mi się w pomoc tysiące, wygnam precz niemców.
Głos mu się urwał nagle, coś innego do myśli nabiegło i wtrącił.
— Gdy zechcę łeb komu kazać uciąć, albo powiesić, od stołu go weźmie oprawca — mogę winnych ukarać srodze. Co chcę to mogę.
Wszebor słuchając milczał, on przystąpił do niego.
— Co ty na to? co?
— Przypatruję się i dziwię sile waszéj — odezwał się Doliwa — dostatek téż widać wszędzie. Winszuję wam.
— Myślisz może — dodał prędko Masław — że ja do tego nie miałem prawa? Słyszałeś te baśnie o których pletli na dworze? Kłamstwo wszystko, ja mam starych mazurskich kneziów krew w sobie. Jak Leszkom, tak i nam Piastowie dziedzictwo wydarli, wracamy do niego. Krew moja warta Piastowskiéj.
To mówiąc, padł przed ogniem na posłanie okryte skórą i podparł się na ręku zamyślony.
— Piasty nie powrócą nigdy — począł jakby sam do siebie. — Kaźmirzowi się nie zechce łba nastawić. Nikt się nie ujmie za jego sprawę. Z Czechami...
— Cóż z Czechami poczynać myślicie? odezwał się wreszcie zmuszony coś powiedzieć Wszebor.
— Na Czechów mam Prusaków i Mazurów, w końcu podzielę się z niemi.
— Brzetysław dzielić się nie zechce.
— Zechce! — sprzeciwił się Masław — dam mu Szlązko, niech bierze Kraków i razem z nim pójdę na cesarza.
Wszystko to, co mówił przerywanemi wyrazy, podobniejszém było do gorączkowego marzenia, niż odpowiedzi na pytanie, zdawał się na własne wątpliwości, rodzące się w nim samym, rzucać te myśli, które je odegnać miały.
— Ogłoszę się królem — mówił daléj — korony Ryksa powywoziła, ja tych nie potrzebuję, niech cesarz je trzyma, ukują mi nową, droższą i piękniejszą, a nie ksiądz mi ją na głowę włoży, ale ja sam! ja sam!
Rozśmiał się błyskając oczyma i wnet zasępił, oglądając trwożliwie. Zdaleka jakby jakiś krzyk doszedł do komnaty. Masław drgnął, począł się przysłuchiwać, panowała cisza znowu, odetchnął swobodniéj. Myśl daléj snuła się po głowie.
— Choćby mi nawet Czesi i Niemcy wydarli kraj za Wisłą, tu u siebie zostanę panem. Z tąd mnie nikt nie wyżenie, jam tu w domu. Prusaków obok mam, co ze mną pójdą krok w krok. Na własnych śmieciach silni jesteśmy.
Czemubym pruskiego Kunigasa dziewki nie wziął za żonę? Alboż by mi jéj odmówił? Da i kawał ziemi za nią jak należy. Starą wiarę wszędzie trzymać będziemy. Ochrzczona Ruś! ochrzczone Polany! ochrzczone Czechy! mówią. Kłamstwo! ochrzczono ich strachem i grozą. Lud z nami trzymać będzie, bo mu stare Bogi oddamy. Kościoły poobalamy, czarnych wypędzim precz.
Znowu ten sam krzyk dał się słyszeć zdala i ucichło. Masław zbladł, obejrzał się osowiałemi oczyma i zamilkł. Wszebor się téż nieśmiał odezwać ani zapytać.
Nagle odwrócił się doń kneź.
— Tyś chrześcianin? — odezwał się głosem drżącym.
— Jestem nim — rzekł Doliwa — wiecie o tém najlepiej, boście razem ze mną do kościoła i spowiedzi chadzali. Prawda to — dodał — nieochrzczonych ludzi dużo jeszcze po świecie, i takich co pochrzciwszy się starą wiarę trzymają tajemnie, musi być nie mało — lecz i chrześcian moc ogromna, a gdy idzie o wiarę, o krzyż, wszyscy idą razem.
— I żelaza dobrego mają dużo! — wyrwało się zamyślonemu Masławowi. U nas rąk nie zabraknie, ino mieczów.
Potarł czoło, jakby myśli spędzał z niego, zbliżył się do Doliwy i po cichu, poufnie szepnął.
— Oni umieją robić cuda!
— Chrześcianie? — spytał Wszebor.
— Ci czarni księża ich — mówił Masław tajemniczo. — Niewiem, czasem, moc jakąś mają.
— Mają! — potwierdził krótko Doliwa.
— A tych księży ocalało dużo — rzekł Masław — jak? niewiadomo. Nie przebaczano żadnemu, kazano wszystkich mordować, mało który nie ocalał? Jak? czary!
Czary — powtórzył, oglądając się trwożnie. — Ludzie głoszą, że zabitych ciała po nocy świeciły światłością wielką, że ich orły i kruki pilnowały, tknąć nie śmiejąc.
Jakby trwogą wewnętrzną zdjęty, wstrząsł się Masław.
— To baśnie głupich ludzi — szepnął sam się poprawując.
Baśnie, trwogi, kłamstwa!
Spojrzał na Wszebora i przystąpił do niego, biorąc koniec łańcucha, który miał na szyi zawieszony.
— Ty sobie trzymaj jako chcesz, byleś mnie wierny był — rzekł — ale się ze swojém chrześciaństwem nie chwal. My tu téj wiary znać nie chcemy!
A jutro — dodał — wybierz mi ludzi, chłop w chłopa, odziać ich każ jednakowo, żebym przecie kneziowską drużynę miał jak mi należy. Starszym nad nią będziesz i ochmistrzem w moim dworze. Rozumiesz!
Wszebor się milcząc skłonił i wyszedł.







V.



Znalazłszy się sam jeden w sieni, Doliwa gorzko się uśmiechnął sam do siebie, na co mu przyszło! Sługą być i ochmistrzem u chłopskiego syna, którego widział pacholikiem pokornym. To co tu widział zdumiewało go i oburzało, pozostać nie myślał długo, ale się przypatrzeć było trzeba, aby wiedzieć jak stały Masławowe sprawy.
Kosztowało go to, kłamać musiał, ale wpadłszy raz w to osie gniazdo, trzeba się było zachować cicho. Nie wiedział jeszcze gdzie się obrócić i co z sobą począć, gdy go Sobek stojący na czatach pozdrowił milcząco. Nie mówiąc słowa wskazał mu aby szedł za nim. Dwór już był napół uśpiony, ludzi niewielu snuło się jeszcze po zakamarkach ciemnych, któremi przeciskać się musieli. Tak wyszli na drugie podwórze, a tu Sobek, jakby się od posłuchania bezpieczniejszym czuł, zwróciwszy się ku Doliwie, rzekł mu:
— Izbę wam dali lichą, a co robić? dwór dziś pełny, prusaków i pomorców... Chciałem dla was osobnéj, abyście spocząć mogli, ledwie się komórka znalazła. Kleć mi chcieli dać, gdzie ognia nie możnaby zapalić.
To mówiąc, wprowadził Wszebora do budynku, w którym gwar jeszcze niewieści słychać było z jednéj strony, z drugiéj prusaków czereda pilnowała progu swych panów. Z wązkiego wnijścia weszli do małéj komory, w której Sobek już był ognia rozpalił. Wązka, osmolona, brudna, widać że była tylko co opróżnioną dla pańskiego ochmistrza. Ławę miała jedną, w kącie trochę siana pokrytego skórą, a na ścianach mnóstwo powbijanych kołków, pozostało od dawnych mieszkańców, którzy na nich odzież wieszali.
Sobek wwiódłszy go tu, choć miał ochotę o coś spytać, coś może powiedzieć, wstrzymał się palce sobie położywszy na ustach. Budynek był zamieszkany i swobodnie się rozmówić niebezpiecznie było. Z twarzy tylko starego bartnika poznać mógł Doliwa, że mu ten dwór nie był do smaku. Sobek oznajmił, że do koni odchodzi, a Wszebór się drewnianą zasuwą na noc zawarowawszy, przed ogniem siadł zamyślony.
Miał się o czém zadumać!
Wszystko co tu widział, dziką ale wielką jakąś siłę wyrażało, z którą rozbite rycerstwo piastowskie, mierzyć się nie mogło liczbą, choćby jéj męztwem sprostało.
Jeszcze miał w uszach wrzawę biesiadną, wykrzyki, śpiewy i ów jęk staréj obłąkanéj niewiasty, która ucztę popsuła, przypominał sobie co słyszał od Masława i trwoga a smutek serce mu ściskały. Mieliż się poddać téj sile zwierzęcéj człowieka co się wiary wypierał i do dawnéj dzikości naród chciał prowadzić?
Przyszło mu na myśl i Olszowe Horodyszcze, a garstka w niém schroniona — którą zguba czekała, bo nie było środka jéj ratować.
Myślał tak, gdy jękliwe jakieś głosy obok, niedaleko słyszéć się dały. Uciszył się Wszebór nie śmiejąc poruszyć, aby podsłuchać. Ściany izby drewnianéj cienkie były, i z sąsiedniéj dochodziła go jakby przerywana rozmowa. Poznał w niéj głos niewieści. Zbliżył się więc pocichu ku przegrodzie, która go oddzielała od komor poblizkich, i ucha nadstawił... Wyraźniéj teraz mógł pochwycić, jękliwy głos niewiasty i drugi, który ją zagłuszał, ciągle przerywając.
Przysunąwszy się do ściany postrzegł dopiero Wszebór, iż w niéj otwór był nakształt okna dawniéj wyciosany, który z sobą łączył dwie izby. Drewniana okiennica zasuwana zasłaniała go tylko. Z ostrożnością Doliwa sprobował nieco odsłonić tę zaporę, która łatwo się dała popchnąć, bo była wyschła i ledwie się trzymała. Tyle tylko odsunął jéj, aby oko mogło do komory sięgnąć i obaczyć co się tam działo. Z początku nie widział nic w pomroce, która panowała w szerokiéj izbie, małym ogniem dogorywającym słabo oświeconéj. Wpatrzywszy się nieco, rozeznać mógł dwie postacie w bieli, z których jedna na ziemi siedziała, druga stała nad nią. W pierwszéj z nich poznał Wszebór ową starą obłąkaną, która wpadła czasu uczty, lecz zmienioną teraz, uspokojoną, z załamanemi na kolanach rękami siedzącą na słomie. Na twarz jéj zeschłą, pomarszczoną, padało drgające światło z ogniska. Wszeborowi zdało się że widział z oczów jéj płynące łzy. W grubéj koszuli, z bosemi nogami, na pół prawie obnażona, siedziała wzrok wlepiwszy w ogień i głową poruszała ciągle, jak płaczki gdy nad umarłym zawodzą.
Stojąca nad nią druga, młoda i strojna niewiasta, hoża, smukła, twarz miała jakąś znudzoną i obojętną. Nie było na niéj boleści ani współczucia, raczéj zniecierpliwienie i dąsy.
— Słuchaj ty, stara Wygoniowa — mówiła pochylając się do niéj — taki ty się swojem szaleństwem dorobisz i doigrasz że cię do jamy rzucą i głodem zamorzą. Co tobie się śni! co tobie chodzi po głowie?
Stara się ani obróciła ku mówiącéj, potrząsała ciągle siwą głową, na ogień patrzała a słyszéć się nie zdawała.
— Że dziś ci sto łóz nie dali, powinnaś mnie do nóg padłszy dziękować! Kneź był wściekły!
Dopiero na wspomnienie kneziagłowę zwróciła nieco stara.
— Co mówił? — spytała.
— Sto łóz staréj wiedźmie! — zawołała młoda, poprawiając włosy na główce... — Sto łóz szalonéj babie!
— On tak mówił? on? — powoli odparła stara Wygoniowa. — A sprawiedliwie! sprawiedliwie... czemu rozumu nie ma. — Szydersko to mruknęła.
— Widzicie! sami mówicie! — podchwyciła młoda.
— I nie będzie miała rozumu — mówiła stara — choćby jéj i sto i dwieście łóz dali.
— Co się wam śni — poczęła druga. — Kneziowi włazicie w drogę, gdyby, jak drudzy, zły był, co myślicie? powiesićby kazał.
— A no! — rzekła stara — niech on każe i niechaj wieszają.
Spuściła głowę, a po małym przestanku poczęła nucić głosem ochrypłym:

Luli mały, luli
Na ręku matuli,
Śpij mi złotko moje,
Mlekiem ja cię poję,

Krwią cię moją żywię,
Żyj ty mi szczęśliwie,
Luli mały, luli!

— Tak to ja jemu śpiewała, gdym go karmiła, ot temi, temi piersiami zeschłemi — dodała koszulę rozdzierając gwałtownie — a teraz! na gałąź starą sukę! sto łóz wiedźmie! hej! hej! Jakże urósł szczęśliwie!...
Podparła się na ręku.
— To co żeście go karmili? choćby tak i było — poczęła młoda, nogą bijąc o ziemię. — Czy to jedna mamka cudze dziecko do piersi bierze, gdy matki nie stanie.
— Mamka!! — krzyknęła stara podnosząc oczy groźne... — ty, ty jakaś, jak ty mnie śmiesz mamka nazywać? Mamką ja nie była! Ty choć żoną nie jesteś, możesz się dać całować... na to ty się urodziła, a do mojéj piersi tylko własne dziecko usta mogło przycisnąć... Ty! latawico jakaś!
Młoda kobieta gniewnie odskoczyła.
— Wiedźmo ty stara! jędzo przeklęta! a tobie co do mnie? Widziałaś jak mnie całowali?
— Kto nie chce to zobaczy, bo ty to masz napisane na liczku — zawołała stara, rozgarniając włosy siwe — patrzże na moją twarz, czy tam stoi żebym ja cudzym dzieciom mamką była?
— Tam stoi — rozśmiała się młoda — że didko ci rozum wziął i do sakwy schował. Ot co! ale ty się doigrasz stara, że cię powieszą...
— A no! wiatr mi wtedy łzy osuszy! — zamruczała Wygoniowa.
Zamilkła i głowa jéj znowu z ramienia na ramię smutnym jakimś rytmem przechylać się zaczęła... Młoda stała nad nią nadąsana, zła, z brwią zmarszczoną.
— Mnie tu do was przysłali — odezwała się — ostatni raz, będziecie mieć rozum czy nie? Siedźcie spokojnie, dożyjecie tak wieku a nic wam braknąć nie będzie... Chodzić i tak siły nie macie. Co wam, źle w izbie? Jeść, pić, czego dusza zapragnie? Macie len do kądzieli, ile prząść zdążacie. Nie zimno, nie głodno... jeszcze wam czego potrzeba! Siedzielibyście cicho.
— Jak by tak wam Zynio, to i by dosyć było, byle jeszcze chłopak przychodził! — zawołała stara — ja zamknięta, bez słonka i powietrza nie wyżyję... Nie!
— Pewnie — przerwała Zynia — jakby wam drzwi otwarto, tak jak dziś co przypadkiem chłopak zapomniał zasunąć, poszlibyście ludzi straszyć i kneziowi w oczy leźć.
— Bo ja mam prawo, słyszysz ty latawico bezczesna! — krzyknęła stara — mam prawo tam być gdzie i on, siedzieć gdzie on siedzi, chodzić gdzie pójdzie... Rozumiesz!
Szyderskim śmiechem odpowiedziała Zynia:
— Staréj życie nie miłe!
— Oj, nie miłe, nie miłe! — powtórzyła jakby do siebie i do ognia mówiąc stara. — Żyłam ja nadto, oczym wypłakała, ręce łamiąc połamała, piersi stękając rozbiła. Oj, życie mi nie miłe! nie miłe! Życzę tobie, latawico, więcéj nic, więcéj nic, tylko mego losu i starości mojéj!
Zynia mimowolnie krzyknęła... Wyrazy te wymówione jak przekleństwo, przeraziły ją.
— Za co mnie tak życzycie, za co przeklinacie — odrzekła — czy to ja swoją wolą mówię... Niosę co mi kazano.
— Milczałabyś lepiéj, milczała... — odparła stara.
Zynia odstąpiła kroków kilka i zaczęła się po izbie przechadzać. Wygoniowa ani spojrzała na nią. Kilka razy młoda wzrokiem ją wyzywała bojaźliwym i nie wymogła ani rzutu oka ani wyrazu. Staruszka w swém bolu pogrążona, karmić się nim zdawała. Łzy które przestały ciec, puściły się znowu.
Obawiano się naówczas wiedźm starych i ich czarów, tém się tłómaczyć chyba mogło, że Zynia przekleństwo usłyszawszy, chciała się teraz wkręcić w łaski Wygoniowéj, aby na nią jakiego nie rzuciła uroku...
Pokrążywszy po izbie, Zynia przysiadła obok staréj na ziemi, zmienionym głosem poczynając.
— No, nie gniewajcie bo się na mnie. Co ja wam winna! mnie posyłają, ja iść muszę. Źle wam nie życzę, a co mówię, dla dobra waszego. Wy sobie sami życie trujecie. Siedźcie bo spokojnie, będziecie szczęśliwą.
Odwróciła głowę Wygoniowa:
— Szczęśliwą! — powtórzyła — ja? szczęśliwa? koło mnie szczęście drogi zapomniało! Nie pleć pleciucho... milczałabyś lepiéj.
Ręką ku niéj machnęła, aż Zynia uląkłszy się odsunęła się.
Ogień przygasał na kamieniach, młoda rada była że do niego mogła wstać i parę szczepek przyłożyć. Nie mówiła już nic, chodziła oczyma za starą spoglądając z obawą.
— Wody wam dać? — spytała.
Wygoniowa głową potrzęsła...
— Miodu?
— Daj ty mi trucizny! — szepnęła stara — a takiéj co by prędko ubiła, nie męczyła długo; duru mi przynieś, blekotu zgotuj... Za to ci podziękuję.
— Skręciła się stara — mruknęła cicho Zynia.
Jakiś czas cicho było, a że w podworcach téż wszystko się pospało i we dworze, najmniejszy szelest chwycić łatwo mogło ucho, Wszebór, który ciekawie wpatrywał się i nasłuchiwał, około budynku chód szybki i niecierpliwy poczuwszy, strwożył się nieco, czy nie ku jego drzwiom kto się zbliżał... W téj saméj chwili szeroko się otwarły te, które prowadziły do izby kobiet, — wszedł ktoś i prędko za sobą zasuwę zaparł. Stara Wygoniowa wlepiła oczy, młoda jak przestraszona w kąt uciekła, rumieniec jéj na lice wystąpił.
Przybyłego nie widać jeszcze było, stał w mroku. Nagle wysunął się na światło i stanął przed starą, która ręce podniósłszy, krzyknęła, padając twarzą na ziemię. Był to Masław, prostą opończą okryty, z twarzą od gniewu zapaloną i niespokojną.
Stał z początku nie mogąc przemówić słowa, oczyma powiódł po kątach, dał znak Zyni aby precz szła, i dziewcze pod ścianami się sunąc, cicho dobiegło wyjścia, wymknęło się niem i znikło.
Stara patrzała płaczącemi oczyma na Masława. W twarzy jéj mieszały się uczucia dziwne, radość, gniew, rozpacz i szczęście. Masław stał groźny, lecz strwożony razem...
— Słuchaj ty, stara — począł głosem jakby ochrypłym — ja ci sam, raz jeszcze przyszedłem powiedziéć, życia swojego strzeż. Masław cierpliwy, do czasu, a w gniewie, od wilka wściekłego sroższy... Zasiec każe, zabić każe!!
— Gadaj! — szepnęła stara — niechaj choć głos słyszę... gadaj! Ja tobie życie dałam, ty mnie za to śmierć!
— Oszalała baba! — krzyknął Masław — jak ty śmiesz stara szalenico, nazywać mnie, mnie kneziowskie dziecko, synem swoim! ty!
— Gadaj synku, gadaj — rzekła Wygoniowa — mnie głosu twego słuchać miło... Ja zawsze, zawsze mówiłam nad kolebką twoją, że ty godny kneziem być, królować!
Wyciągnęła ręce.
— Królem ja cię nazywała, ja, ja stara wiedźma szalona! Pamiętasz! — mówiła cicho — pamiętasz... Pomacaj się na czole, z prawéj strony masz bliznę... Byłeś mały, padłeś na kamień i rozbiłeś głowę, jam ci ranę jak pies lizała... Tyś na moich kolanach płakał i za palec mnie ugryzłeś! a to była przepowiedź tego co się ze mną i z tobą miało stać... Ja nogi ci liżę, ty mnie depczesz nogami!!
Zakryła rękami oczy i zaszła się od płaczu, Masław stał. Widział Wszebor jak bladł, jak mu się twarz mieniła, jak naprzemiany słabł i mężniał.
— Pleciesz duby smalone, stara! — zawołał — na czole żadnéj nie mam blizny, nie znam ciebie! Mam tylko litość nad tobą... Siedź cicho chcesz li być całą, a milcz! Stul gębę i nie śmiéj mówić żebyś ty mi matką być miała.
A pomilczawszy, dodał cicho:
— Gdybyś ty matką była, nie psuła byś mnie u ludzi, nie robiłabyś wstydu przed światem. Ja kneziem jestem i będę... tyś pastusza wdowa...
— A ty kneziu miły, pastuszy syn! — smutnie rzekła stara. — O! bodajci było z biczem chodzić za trzodą, nie z mieczem na gardła cudze nastawać, aby potem swoje dać! Co tobie z tego kneziostwa? co?...
Masław mruczał coś niewyraźnie.
— Będziesz milczała? — spytał.
Wygoniowa zadumała się...
— Puśćcie mnie ztąd — odpowiedziała smutnie — pójdę i będę milczéć. Nie powiem nikomu żeś synem moim, króluj sobie! ale puśćcie mnie z téj niewoli... hen! tam do staréj chaty! puśćcie! puśćcie! Niechaj oczy się nie patrzą, serce się nie krwawi... Nie powiem nikomu, puśćcie mnie tylko.
Uklękła składając ręce, Masław brwi ściągał i rudawą brodę szarpał.
— Co ci tu, źle! ptasiego mleka chyba brak? Pójdziesz na czarny chleb i nędzę czarną, a usta nie strzymają, będziesz pleść duby swoje... Nie... nie!!
— To mnie zabić każ! — mówiła stara — tak, prędko jak twoi ludzi umieją... Głowa się ledwie trzyma. Ja w niewoli oszaleję, ja do niéj nie przywykłam... Ja ci życie dałam, ty moje weź.
Upadła płacząc na ziemię, ale prędko podniosła oczy i poczęła chciwie wpatrywać się w Masława, jakaś myśl jéj przyszła nagle, usiłowała powstać. Kneź się cofnął nieco, stara podniosła się z trudnością, i oczy wlepiła w niego: jakby o sobie zapomniała. Karmiła się widokiem tym nie mogąc nasycić. Wzrok jéj piekł widać knezia, bo się począł cofać niespokojny...
— Stój — odezwała się — już ja ciebie o nic nie proszę, niech popatrzę tylko! Tak dawnom ciebie nie widziała! A! a! co to się z niego zrobiło! Jak to ciało wybielało... jak dziecina urosła, jaki pan z mego syna... Myślałamże ja, piastując cię na rękach, że bohatera wykołysam!
Powoli zbliżała się ku niemu, twarz jéj z gniewnéj przechodziła w rozrzewnioną, klękła i pochwyciła go za nogi, całując je... Masław drżał cały...
— Kneziu mój! gołąbku mój! czy ci sępy serce wyjadły, czy ci krucy oczy wydłubały... nie znasz że ty matki swojéj! O! złoty mój! nie chcę nic od ciebie, puść starą na swobodę; mnie tu duszą te ściany, mnie wyjść kroku nie dają, głosu podnieść nie wolno... nic! Zlituj się ty nademną!
Kończyła te słowa, gdy kneź szybko się cofnął aż do drzwi. W progu już stojąc, odwrócił się ku niéj:
— Miejcie rozum, kiedy całą chcecie być! to ja wam mówię! ostatni raz! Siedźcie gdzie przykazano! słyszycie!
Odryglowano drzwi i Masław wyszedł, stara jak leżała u nóg jego na ziemi, została w miejscu, twarz ukrywszy w dłonie, rozciągnięta na toku.
Leżała tak płacząc, gdy znowu weszła ale już nie Zynia, stara w ubogiéj, zgrzebnéj bieliźnie baba, silna, z rękami obnażonemi, włosami rozrzuconemi, które chusta brudna zaledwie na pół osłaniała... Popatrzała na leżącą namarszczywszy się.
— Hej! słyszysz! — zawołała groźno — a na barłóg wiedźmo stara! dosyć tego.
To mówiąc, pochwyciła ją w pół rękami silnemi, i, nie broniącą się nawet na posłanie w kącie zaniosłszy rzuciła. Z kołka zdjęła siermięgę, nakryła ją, popatrzała i poszła ogień przygasić. Wkrótce Wszebór nic już dojrzéć nie mogąc, i nie słysząc nic, oprócz głuchego jęku i chrapania, zasunął okienniczkę. Uląkł się, aby nazajutrz niedomyślano się że był na podsłuchach, i suknię na niéj zawiesiwszy, sam téż legł na posłanie.
Nazajutrz jak świt zaskrobano do drzwi, poszedł je otworzyć, był to Sobek, który chciał ogień rozniecić. We dworcu się już ruszać poczęto. Dzień naówczas wszędzie po chatach i grodach zaczynał się ze światłem i z niém kończył. Gdy Wszebór wstawszy okienniczkę od podwórza odsunął, zobaczył już Masława na koniu pod okopami, który ludzi swych ustawiał, dobierał, broń opatrywał, tarcze przerzucał, jezdnym konie probować kazał.
Wojsko to, zbierana drużyna, niesforna i dzika, zdawała się mężną i dzielną. Na teraz nie miało ono jeszcze z kim walczyć w kraju, bo rycerstwo królewskie rozproszone było, a z czechami, którzy je orężem i liczbą przewyższali, mierzyć się nie śmiało. Masław do jakiejś przyszłéj walki, którą przeczuwał, gotować się zdawał. Z okna widać było, jak pułki nowe objeżdżając, kneź to się z ludźmi po książęcemu obchodził to, zapomniawszy się kim był, stawał się w gniewie prostym człekiem, sam własnemi rękami rwąc się do niesfornych.
Wszebor a za nim stojący Sobek zdala patrząc głowami potrząsali, staremu bartnikowi, to uśmiech się kręcił po ustach, to brwi się marszczyły. Głos niekiedy aż tu dolatywał groźny i krzykliwy.
Milcząc tak stali chwilę, aż bartnik odwiódł na stronę Doliwę.
— Nie mamy tu czego długo przesiadywać — rzekł cicho — obejrzyjcie się — uchodźmy... Widzieliście co ma... więcéj nam nie trzeba.
— Siłę ma, wielką siłę, a my żadnéj — odparł Wszebór wzdychając.
— Juści nie przystaniemy do niego — szepnął bartnik. — Na oczyśmy widzieli to o czém słuchy tylko dochodziły... niepopasajmy tu długo.
Wszebor głową tylko kiwnął...
Zaskrobano do drzwi, i z pokłonem wszedł Huba.
— Ludzie stoją w podwórzu których do drużyny pańskiéj wybierać macie — odezwał się. — Skarbiec téż otworem. Kneź przykazał posłuszeństwo. Czekają na was.
Ruszył się rad nie rad Doliwa, za wiodącym go Hubą. W podwórcu stała pokaźnéj młodzieży spora gromada, chłop w chłopa z wesołemi twarzami, butni i raźni. Wszystko to było od pługa i siekiery spędzone, nie otargane jak dzikie konie ze stada wzięte... Doliwa obchodzić ich naprzód począł, potém wybierać... Cisnęli mu się jedni, uciekali drudzy, ale Huba stał tuż z kijem w ręku i sprzeciwiać się nikt nie śmiał. Wprędce złożyła się przyszła drużyna pańska, i z nią szli do wczorajszego skarbca, gdzie na nich czekał stary dozorca... Nie zbywało na odzieży i na orężu, tylko obojga dobrać jednostajnych nie było podobieństwa. Łupy na kupę pozrzucane, z różnych pochodzące dworów, nie łacno się dały pościągać tak, by jednostajnie przybrać było można drużynę. Mozolili się nad tém jeszcze, gdy już ochmistrza nowego do pańskiego stołu powołano. Tu znów zasiadali prusacy, których hałaśliwiéj jeszcze niż wczora żegnano, bijąc w dłonie na wiekuiste przymierze.
Zdala świadkiem był Wszebór, jak je zapijano i głośno się zmawiano ile Kunigas ludzi miał postawić i gdzie z niemi pójść mieli. Masław tajemnicy nie czynił z tego do czego się sposobił.
— Z Piastami nie koniec mnie jeszcze — mówił pijąc do Kunigasa. — Nie ma już ich w kraju, wygnaliśmy precz, ale z niemcami trzymają, z niemcami oni wrócić mogą. Czerń rycerstwo wytłukła, dwory popaliła, a no się to plugastwo rozbiegło tylko, a jak do przytomności przyjdzie, skupi się znowu... Nie koniec to jeszcze, nie koniec! Stoją jeszcze gródki całe, i nie wszystkie głowy z karków pospadały...
Zbladł Wszebór słuchając, bo téż Masław mówiąc to, okiem nań rzucił. Więc bratano się z prusaki i starym bogom a pogaństwu poprzysięgano wiarę. Miód szumiał i wrzawa się powiększała, a trwało tak aż do odjazdu Kunigasa, którego na podwórzec Masław i dwór odprowadzili do koni... Tu jeszcze napełniono rogi, spijając na zagładę chrześciaństwa, a gdy prusacy nakoniec siadłszy wyjeżdżali z zamku, mnogi lud i gęślarze prowadzili ich z okrzykami za okopy.
Wszebór stał wpatrując się w to i przysłuchując, gdy Masław nań skinął aby mu do izby ową wybraną drużynę na okaz przyprowadził. Ruszył się więc spełnić rozkaz, ale w téj chwili drzwiami któremi miał wychodzić, weszło poselstwo nowe i kneź oczyma go zatrzymał.
Jeszcze to dziwniéj wyglądało niż dzikiéj ale wojennéj postaci posłowie pruscy. Kupa była ludzi z za Wisły przybyłych, od owéj czerni, która tam kraj pustoszyła... W kożuchach pokrwawionych i siermięgach pobroczonych odziani, z twarzami miodem i piwem już zagrzanemi, z hałasem i śmiechem wtoczyli się, niewiele okazując poszanowania zbóje. Starszy z nich, drab przechodzący innych głową, z ogromnemi włosami, długo mu na ramiona spadającemi, zdjął czapkę baranią, przystąpiwszy dopiero ku Masławowi, i nieco mu się ręką do kolan uniżył. I on i ci co mu towarzyszyli, wesołe mieli oblicze, najmniejszego strachu patrząc na kneziowski majestat... Plądrowanie po kraju nauczyło ich nic nie szanować, silni się czuli...
— No, my do was przyszli, kneziu nasz — zawołał starszy — poradzić się i pocieszyć. — Ty nasz! ty nasz! — gromada cała podniosła czapki wesoło, wtórując okrzykiem.
Masław marszczył się milczący.
— Tam, za Wisłą, my już tak dobrze jak skończyli, kraj tobie oczyścili. Idź i panuj... Stare chramy staw, stare bogi wróć! Niemcom i ich bogom na zgubę!
Znów się wzniósł okrzyk i czapki podniosły do góry. Mówca brodę pogładził, rozglądnął się wkoło.
— Rycerstwa i niemieckich księdzów nie ma już, grodków mało co stoi, te głodem weźmiemy, albo i na oszczepach rozniesiemy... ale czechom my rady nie damy. To twoja sprawa, miłościwy. Chcesz panować, trzeba się ich pozbyć...
Wszyscy otaczający posła, głową i rękami mówiącemu potakiwali, słuchał Masław.
— Rycerstwa nie ma nic? — zapytał.
— Tak jak nie ma — rzekł śmiejąc się poseł — choć się tam który po lasach tłucze, przyjdzie zimno, mróz i wilcy reszty dojedzą.
— A gródki popalone?
— Gdzie który się jeszcze ostał, na niedługo — odparł poseł. — Tu w pobliżu tylko na jeden sami może rady nie damy. Gdybyś nam ludzi wojennych i pomoc dał, łatwiéj by przyszło.
— Któryż to? — odezwał się Masław...
Gromada cała, głusząc się, poczęła wołać:
— Olszowe Horodyszcze!
Wszeborowi krew wystąpiła na twarz.
— Okopali się tam psie syny — ciągnął daléj mówca — ostrokołami otkali, i pilnują a bronią tak, że ich trudno wziąć. Głód ich zmorzy, to prawda, a co potém, niewiast tam dosyć jest, coby się przydały nam, pochudną; co jest zapasu wyjedzą, a nuż czechy przyjdą i złupią? Bogactwa tam wielkie, szkoda stracić.
— Olszowe Horodyszcze! — mruknął Masław, pytając...
Poseł ręką wskazał stronę w któréj leżało...
— Dajcie nam ludzi — rzekł — jak się rzucimy na wały razem ze wszystkich stron, nie obronią się... Skarbami choćbyśmy po połowie się podzielili, dosyć ich dla wszystkich będzie. Pozwozili ich tam moc zewsząd wielką, a i stary Belina sam zasobny był... Trzeba to gniazdo wywrócić ze szczętem...
Masław zamruczał coś niewyraźnie; poselstwu od czerni piwo niesiono i częstować je zaczęto... Wzięli się tedy do kubków wszyscy, kłaniając panu co ich przyjmował, a pan był twarzy posępnéj czegoś. Zbytnia poufałość ludu prostego w smak mu nie szła. Oni téż spoglądając na tego swojego knezia, nie zdawali się w nim lubować zbytnio. Nadto się im wydawał butnym i do dawnych panów podobnym.
Wszebór, który miał już odchodzić, zasłyszawszy jak się nad napadem na Olszowe Horodyszcze naradzano, został umyślnie, aby wiedzieć co będzie postanowione...
W gwarze, który się wziął przy piwie, trudno co było usłyszéć. Z przybyłéj gromady, głusząc mówcę, wyrywały się głosy różne i jedne drugim przerywały opowiadanie. To tylko mógł pochwycić Wszebór, iż chciwość Masława opisami skarbów i łupów podżegano, a kneź więcéj niż o zdobycz o położenie gródka i siły jego się dowiadywał.
Te siły jedni podnosili bez miary, bo przed niemi ustąpić musieli, drudzy starali się okazać nie tak znacznemi, zgody nie było na nic. Jednomyślnie tylko bili w to wszyscy, iż rycerstwa wiele się pochroniło na Horodyszczu i dla tego samego wziąć je trzeba było koniecznie, aby niebezpieczni ludzie przebojem się nie ocalili.
Dla Masława téż więcéj znaczyło pozbyć się tych, których za najstraszniejszych swych wrogów uważał, niż obłowić zdobyczą.
Gromada pokłoniwszy się, nahałasowawszy, odeszła wreszcie odprawiona łaskawie, Masław znużony upadł, a Wszebór, gdy już wieczór się zbliżał, pod pozorem koni, wysunął się Sobka szukać ku szopom...
Jak niegdyś u Bolesława rycerstwa, zamek i podwórze we dnie i w nocy pełne były, dziś u Masława gmin je zalewał mnogi, który karmić i poić musiano. Około chramu kupy ślepców i śpiewaków, na okopach żołnierz, pośrodku gromady, które tu zewsząd przyciągały z pokłonami, obozowiska rozkładały. Przecisnąć się było trudno wśród szałasów, bud, kletek i porozkładanych ognisk. Śmiechy i śpiewy rozlegały się wszędzie. Gdzie niegdzie pokrwawianą jeszcze odzieżą i kosztownemi oponami po dworach złupionemi kupczono i mieniano...
Wszebór mijając te kupy dostał się do szopy, przed którą dostrzegł z dala Sobka, ale i tu zwijała się czeladź i parobcy od stad i koni, rozmówić się trudno było...
Skinąwszy więc na bartnika, uprowadził go Doliwa za sobą, ku téj stronie, gdzie wał prawie był pusty i z ludu ogołocony.
— Wasza prawda, mój stary — rzekł do Sobka odwiódłszy go na miejsce bezpieczne — wasza prawda. Spieszyć nam potrzeba z powrotem. Tylko co przybyła gromada, żąda od Masława posiłków na Olszowe Horodyszcze, trzeba nam i o niebezpieczeństwie oznajmić i samym stanąć w pomoc. Być może, iż przebojem lepiéj wyjść będzie zawczasu.
Sobek uderzył w dłonie.
— Jak się ztąd wydobyć? — spytał Doliwa. — Wpaść było nie łatwo, uciec trudniéj jeszcze.
Poruszył się stary bartnik trochę niespokojnie.
— Mnie się ztąd wykraść łatwo — rzekł — kiedy zechcę wyjdę, nikt nie spyta; gorzéj wam. — Pokręcił głową.
— Dla tego was pytam o radę — dodał Wszebór.
— Myślcie tylko jak się dostać za Wisłę do lasu — rzekł Sobek — daléj już moja rzecz cało was poprowadzić. Noc mamy przed sobą...
Doliwa podumał trochę...
— Téj nocy? — spytał.
— A pocóż czekać mamy? aż powezmą jakie podejrzenia?
Naradzali się tak jeszcze, aż mrok zapadł i Wszebór musiał na zamek powrócić, aby się Masławowi ukazał. Uradzono po cichu nocną tegoż dnia ucieczkę...
Wpuszczony do knezia po rozkazy Doliwa, zastał go wpółuśpionym po miodzie i piwie, niechętnym do rozmowy, dał mu tylko znak aby spoczynku nie przerywał. Wyszedł więc natychmiast, zamiast do izby swéj, nazad puszczając się w podwórce... Nikt tego wieczora ani go potrzebował szukać, ani zaglądał do jego komory.
Nazajutrz rano kneź ruszył się do swoich ludzi, przeglądać rynsztunek i konie, a wróciwszy ochmistrza wołać kazał. Czekano téż nań aby wczorajszą drużynę opatrzył, ale go nigdzie nie znaleziono. Izba z wygasłém dawno ogniskiem stała otworem, nikt wychodzącego nie widział...
Rozbiegli się szukać dworacy, a naprzód do szopy i koni zajrzeli, Sobka i ich nie było...
Na wieść iż Wszebór zniknął, Masław porwał się wściekły, wnet najsprawniejsi ludzie i konie najrączsze w pogoń za zbiegiem puszczono. Kneź klął się, iż nikogo z rycerstwa, choćby mu u nóg leżał, życiem nie daruje... Dziwny jakiś strach go ogarnął... Dzień cały spędził na okopach czatując azali, ci których wysłał nie przyprowadzą schwytanych. Wystawiona szubienica już na nich od południa czekała.
Pod noc dopiero, na zmęczonych koniach, zwolna wysłani ściągać się zaczęli, przynosząc wieści, iż nigdzie śladu Wszebora nie natrafili. Przewoźnicy na Wiśle przysięgali, iż wieczorem ani z rana nieznanego nie przewozili nikogo, w okolicy nikt zbiegów konnych nie widział. Po obu brzegach rzeki tropiono ich kilka dni napróżno...
Huba chodził do wieszczbiarzy pod chram, aby wróżyli mu i opowiedzieli, gdzie szukać trzeba zdrajców. Każdy z nich wskazywał inną stronę.
Nie uspokoiło się w Płocku tak rychło; lecz nowe gromady, posłowie, narady i przygotowania zatarły pamięć po Wszeborze. Sposobił się oddział na Olszowe Horodyszcze, który z kupą ludu okolicznego połączony, miał napaść na gródek i osaczywszy go zdobyć się spodziewał.







VI.



Gdy w Płocku Masław, na samo wspomnienie Wszebora Doliwy, pięściami tłukł w stoły i ławy, odgrażając się, szydząc i bezczeszcząc dawnego towarzysza; a łając ziemian co nań nasłali zdrajcę, aby jego tajemnice podpatrzył; Wszebór nocą się z Sobkiem na upatrzonym brodzie wpław przeprawiwszy za Wisłę, razem z nim manowcami darł w głąb puszczy, jak zwierz, który chce psy zbić z tropu, przerzucając się w prawo i w lewo; koniom nie dając odpoczynku, dopóki się od pogoni bezpieczniejszym nie poczuł. Stary bartnik wielką mu był pomocą, bo leśnego mieszkańca instynkt miał który go nigdy nie mylił. Kora drzew, wiatru kierunek, gwiazdy przeświecające na niebie, wszystko mu do wytknięcia sobie drogi posługiwało.
Jednakże, dla zmylenia pogoni, nieustannie zwracając się i wyszukując miejsc niedostępnych, Sobek nawet w końcu znalazł się w jakimś ostępie zupełnie sobie nieznanym. Nie obawiał się zbłądzić, lecz przybycie do Olszowego Horodyszcza zwlec się przez to musiało. Coraz późniejsza jesień wyżywienie koni trudniejszém czyniła tak, iż niekiedy młodemi gałązkami karmić się musiały. Tego pierwszego dnia który za stracony uważać było można, tyle tylko zyskali, że się wpędzili za błota i gęstwiny, w których bezpiecznymi się czuli. Nocleg przyszedł na łące, między drzewy, a szałasu nawet sklecić nie było czasu i ochoty, pokładli się ściągnąwszy z koni sukno i czaty pilne sprawując dotrwali do ranka.
O świcie Sobek konie napoił i począł się krzątać, jakby z tych ostępów się dobyć ku znajomszéj okolicy. Inaczej jak za kierunkiem wskazanym przez korę na drzewach iść nie było można. Jechał przodem bartnik, wybierając łatwiejsze przesmyki, a rozpatrując się w lesie, w którym najmniejsza poszlaka za skazówkę służyć mogła.
Już było około południa i gęsta puszcza zdawała się przerzedzać nieco, zwiastując polanę i strumień; zjeżdżali ze wzgórza małego, gdy Sobek konia wstrzymywać zaczął, a w końcu znak milczenia dając, stanął. Od strony w któréj las się kończył gwar słyszéć było, nie wyraźny, lecz dosyć znaczne zbiorowisko ludzi oznajmujący. Przestrach ogarnął starego, bo nie kto inny mógł kupą chodzić tylko czesi, najezdzcy jacyś lub czerń co się po kraju za łupem włóczyła. Wpaść w jéj ręce, uniknąwszy Masława, było zgubą; na twarz bartnika téż trupia wystąpiła bladość; w pierwszéj chwili nie wiedział już co począć, wsłuchiwał się przerażony. W miejscu w którém stali olbrzymie pnie i gąszcz, las podszywająca zakrywała ich jeszcze, ale najmniejszy szelest mógł zdradzić. Sobek zsunął się ze szkapy swéj, którą do młodéj drzewiny przywiązał, za przykładem jego poszedł Wszebór, bo z koniem tu niebezpieczniéj było niż pieszo. Oba razem po cichu skradać się poczęli ku miejscu z którego gwar coraz wyraźniejszy ich dochodził. Wzgórze na którém stali w drzewach ukryci, oberwane przez wody rzeczułki płynącéj dołem, dozwalało ztąd okiem rzucić w dolinę. Spostrzegli wśród niéj obozowisko z dosyć licznego złożone ludu. Kilkanaście wozów stało do koła otaczające je, konie spętane pasły się na łące. Dwa czy trzy namioty rozbite były w pośrodku, paliły się ogniska w naprędce rozkopanych dołach, koło nich pół zbrojna czeladź się kręciła. Kilku mężów zbrojnych widać téż było z namiotu do namiotu przechodzących, inni na podesłanych suknach leżeli. Byli to ludzie dobrze zbrojni, a w pośrodku ich na żerdzi stał proporzec oszarpany, zdarty, z którego trudno poznać było do kogo należał.
Zdala na myśl przyszli czesi patrzącym i już rozglądnąwszy się, cofać mieli, gdy i Wszebór i Sobek uczuli się nagle pochwyconemi z tyłu i powalonemi na ziemię. Wszebór miecz mający u boku, wnet oprzytomniawszy bronić się chciał, i dwu napastników otrząsnął z siebie, gdy — nawzajem sobie w oczy popatrzywszy, poznali w nich służbę znajomych władyków, a ta w nich ludzi nie obcych.
Ci którzy Doliwę przebranego po wieśniaczemu, za chłopa biorąc obalili, byli pachołkami Sreniawów, Sobka wywrócił drab, który miecz naszał za jednym z Jaksów.
— Co wy tu robicie? — krzyknął Wszebor — waszli to obóz?
Czeladź ręką tylko wskazała.
Uradowany Wszebór, gdy się najmniéj spodziewał swoich spotkać, znalazł się między niemi. Nie przypuszczał nawet, ażeby z rozbitego rycerstwa jeszcze gdzie tyle razem zebranego być mogło. Szybkim więc krokiem pędził, konie zostawiwszy przy Sobku, do tego obozu, który mu się jakby zesłanym z nieba wydawał. Byli więc jeszcze ludzie co nadziei nie tracąc, gromadzili się i radzili o sobie.
Im bardziéj się do obozu przybliżał, tém więcéj radość jego rosła. Nie był to zastęp zbyt liczny, jednak z czeladzią i pachołkami przeszło sto głów liczyć musiał. Rycerstwo też przedniejsze, z którego się składał, całe jeszcze zbroje i oręż miało, a lica nie tak wynędzniałe jak Lasota i Toporczyk, których wprzód na drodze spotkali.
Ład téż i spokój panował w obozie, a pochwycenie Wszebora dowodziło, że pilnie przystępu do doliny strzeżono.
Bogu dziękując, poruszony wielce Wszebór, przebywszy rzeczułkę, po rzuconéj na niéj kłodzie, wpadł do obozu, pędem prawie lecąc ku stojącemu tu rycerstwu. Zdala go już postrzeżono, a że licho odziany był i nie poznał go z razu nikt, popłoch się niejaki wszczął, ten i ów wstawać począł z ziemi, niektórzy się już do oręża chwytali, gdy na przodzie stojący młody mężczyzna, przypatrzywszy się Wszeborowi, z krzykiem naprzeciw niego pospieszył.
Byłto téż z dawnéj drużyny Kaźmirzowskiéj, towarzysz Doliwów, Samko Dryja, przyjaciel obu braci, którego z oczów stracili, gdy królewicz poszedł na wygnanie, i wszystko się około niego rozbiło.
— Wszebór!
— Samko! — krzyknęli oba, ręce ku sobie wyciągając.
Na głos ten co było bliżéj kupić się około nich zaczęło, przybyłego pytaniami zarzucając. Nim na nie odpowiedzieć miał czas, z namiotu większego wyszło kilku starszyzny. Wzięto Wszebora wnet i wiedziono, gdzie byli dowódzcy oddziału.
Pierwszy którego ujrzał siedzącego na pniu skórą okrytym, był siwy, stary, blisko osiemdziesiątletni Trepka, Mieszka pierwszego jeszcze czasy pamiętający. Siedział przygarbiony, kożuchem okryty, trzęsący się starzec w pośrodku, a przy nim stali dwaj synowie, daléj Jaksowie, Kaniowy, Sreniawy i rycerstwo przedniejsze Bolesławowskie stare, Mieszka i Ryksy. Wszystko to były niedobitki świetnych niegdyś pułków, wspaniałego dworu; żupanie, władyki, wojewodowie, podkomorzowie pańscy, o których że z życiem pouchodzili, nie wiedział nawet Wszebór; tém mniéj że zebrani mogli być razem, bo wieści chodziły, iż co nie wyginęło po grodach, za granicę pouchodziło i rozbite się tuliło po kątach, śmierci czekając.
Podniósł więc Wszebór ręce do góry, Bogu naprzód za to dziękując, że mu dał oglądać rycerstwa ostatek, zgodnie a gromadnie się trzymającego.
Tamtym téż na widok jego usta się nie zamykały, chwytano go, pytano ze wszech stron, radowano się że jeszcze jeden ze swoich ocalawszy, szczupłą garść ich miał pomnożyć.
Tym, którzy Doliwy nie znali, a dziwili się siermiężnemu przybłędzie, tak serdecznie przyjmowanemu, Dryja i inni opowiadali, kto on był i jak się zwał. Ze wszech stron obijało się o uszy imię Doliwy.
Gwar pod namiotem się stał taki, iż słyszéć już nic nie było można, Trepka więc stary, którego tu niby jako wodza szanowano i słuchano, począł kijem bić w ziemię i w stare dłonie plaskać by się uciszono. Inaczéj by się nic od Wszebora dowiedzieć nie było podobna.
Dopiero go starzec, ogromną swą siwą brodę pogładzając, począł pytać, zkąd szedł, jako się uratował, czyby co o innych nie wiedział?
Doliwa o swoich nieszczęściach rozpowiadał im, od wyrwania się z gródka, spotkania z Lasotą w Gdeczu, aż do przybycia do Olszowego Horodyszcza. Nie przywięzując wagi wielkiéj do wyratowania niewiast z Ponieca, pominął je w opowiadaniu Wszebór. Dopiero, gdy począł o przyjęciu u Beliny mówić, z liku osób niewiasty się okazały.
Zaczęto pytać jakie były, i Doliwa mianował panią Spytkową, z córką Katarzyną. Nazwisko to wymówił ledwie, gdy z za starego Trepki, z ziemi, na któréj ktoś kożuchami i opończami otulony leżał, głos wielki się podniósł.
— O chwałaż Panu na wysokościach!
Wszystkich oczy w tę się stronę obróciły, gdzie z trudnością, jakby z powijaczów się uwalniając, blada twarz i ręka żylasta się ukazała... Z pod chust zakrwawionych, które głowę całą obwijały, twarzy téj ponuréj a smutnéj, ledwie okrawek widać było. Jedno oko krwią zaszłe, policzek biały i wargę siną, która jak bezwładna wisiała.
— Co zacz jest ten starzec? — spytał Wszebór Dryi.
— A no Spytkowéj mąż, co się cudem z pod stosu trupów, z pomocą ludzi uratował — rzekł cicho Dryja.
— Nam przyniesiono wiadomość, iż go w sztuki rozsiekano — zawołał Doliwa.
— A niewiele skłamano — rzekł dosłyszawszy to Spytek — nie mam na ciele cząstki jednéj, któraby posieczoną, pokłótą i porąbaną nie była, a co się ze mnie krwi utoczyło, stało by drugiemu na życie!
Wszebór zdumiony patrzał na porąbanego władykę, który chustę odgartując probował téż jego zobaczyć, gdy płotek namiotu się uchylił i Sobek, bartnik wpadł jak szalony, oczyma namiot ogarnął, a potém z krzykiem na ziemi legł przy panu swoim...
Zamilkli wszyscy na ten widok, Spytek téż słowa ozwać się nie mógł, mrucząc tylko niewyraźnie: chwała Panu, chwała Panu na wysokościach...
Gdy w kątku bartnik po cichu począł rozpowiadać swoje i pani dzieje, wszyscy wrócili do Wszebora, dowiadując się o Olszowe Horodyszcze, lecz gdy mimochodem wspomniał iż na zwiady do Płocka chodził, i od Masława, głowę ocaliwszy wraca, wrzawa się znowu wszczęła, ciekawi się tak cisnęli, że Trepka kijem, głosem i plaskaniem musiał porządek nakazać.
Nie chciano nawet wierzyć Wszeborowi ażeby się ważył wilkowi w paszczę leźć, aż Sobka, towarzysza na świadectwo wezwał.
Posypały się znowu pytania, o człowieka, choć go niemal wszyscy wprzódy znali, o siłę jego i o to co zamyślał. Z nienawiścią mówili o nim wszyscy, a jeden głos w obronie się nie odezwał. Gdy Wszebór o tłumach przez niego zebranych mówić począł, wierzyć znowu wzdragano się, wreszcie rycerstwo, jak było zwykło, odzywało się z tém, iż jednemu dobrze zbrojnemu łatwo było całą kupę takiéj zgrai spędzonéj od bydła, rozbić i zniszczyć.
— Dzięki Bogu, że mnie tu Jego ręka opatrzna przyprowadziła — dodał Wszebór — przez miłosierdzie iść potrzeba na odsiecz Horodyszczu, Belinie i zamkniętym z nim władykom, bo inaczéj Masław, lada chwilę najdzie i gródek zdobędzie...
Gdy Wszebór to rzekł, nagle stało się milczenie, wielkie i długie. Patrzali jedni po drugich, pytając się wzajem oczyma, nikt pierwszy odzywać się nie śmiał. Zdumiał się wielce Doliwa, gdyż na ziemi nawet leżący Spytek, choć słyszał o co szło, choć wiedział że na grodzie żona jego z córką się chroniła — ust nie otworzył.
Powtórzył tedy raz jeszcze, że z taką siłą, jaką w obozie widział, śmiało na oblegających, niespodzianie uderzywszy, rozbić ich i pokonać można. Na to téż, okrom mruczenia nie było wyraźnéj odpowiedzi. Oczy się zwróciły ku starszyznie, aż Trepka, głową potrząsłszy począł:
— Daj panie Boże ażebyśmy już mogli w pomoc spieszyć oblężonym grodziskom... ale na to nie pora. Droższa nam nad wszystkie grody i nad krew braci naszéj nawet, ta cała ziemia i królestwo i wiara święta, którąśmy przyjęli — a oboje to naprzód ratować trzeba.
Wszyscy stojący do koła wtórowali mu cichym szmerem, starzec powoli mówił daléj:
— Gdyby ta dzicz Masławowa wiedziała iż nas jeszcze gromada jest, wnet by się ją rozbić i zniszczyć starała. Nas zaś mało jeszcze i do walki stawać nie pora, dopóki wodza nie mamy namaszczonego, by nas prowadził. Pierwsza rzecz potajemnie w siłę się wzbić, pana odzyskać, wodza postawić na czele, dopiero o braciach pognębionych a uciśniętych myśléć będziemy.
Gdy nikt na to nie odpowiadał, bo zdanie starca wszyscy się podzielać zdawali. Wszebór, któremu na sercu leżał los zamkniętych na Horodyszczu, ozwał się:
— Damyż zginąć téj krwi naszéj, która najdroższa nam jest! Toć to tam kwiat rycerstwa, można rzec, się schronił, a gdyby na pastwę miał być dan Masławowi, nigdy nieopłakana byłaby szkoda.
— Ziemię i wiarę ratować naprzód powinniśmy — zawołał starzec — o sobie myśląc pójdziemy wszyscy, prędzéj późniéj w pęta!
Podniósł ręce obie do góry.
— Bóg widzi, drodzy nam wszyscy swoi! Powinowaci to są i ze krwi i z wiary i z ducha i z oręża, aliści jeszcze nam droższa ziemia ta i wiara, niż krew własna.
Szmer dał się słyszéć do koła potakujący. Wszebor głowę zwiesił, spojrzał ku Spytkowi, który jedno skrwawione oko podniósłszy, słuchał z usty roztwartemi i sina warga mu się trzęsła. Sądził że on za swojemi przemówi. Spytkowi z oka tylko potoczyła się nie łza czysta, ale krwi krople pociekły, rozchodząc się po bladym policzku.
Milczał stary. Wśród ciszy z piersi głębin dobyło się westchnienie ciężkie, zwolna pochylił poranione czoło, i skrył je na posłanie... Ci co nań patrzali, poczuli jak cierpiał i usta się im zamknęły.
— Jak wy postanowicie tak się stanie — odezwał się Doliwa — ja to wiem iż z Horodyszcza wyprawiony, nazad tam spieszyć muszę, abym choć dał znać o niebezpieczeństwie i dwoje rąk moich a głowę zaniósł...
Nikt nie odezwał się wstrzymując go. Wtém stojący przy starym Trepce Śreniawa, któremu imię Bolko było, zapytał:
— Ileż tam na gródku ludu jest?
— Tyle ile go się zmieścić może — odparł Doliwa — nocą między leżącemi pokotem przejść niepodobna, na nogę lub rękę nie nastąpiwszy. Gorsza nad to, że żywności im zabraknie wkrótce.
Smutno słuchali tego opowiadania starzy.
— Cóż począć? — rzekł Trepka — niech się obraniają dopóki zmogą; ratunek przyjść może, gdy nadzieję lepszą o przyszłości poweźmiemy... Gdybyśmy zagrożonym zamkom w pomoc iść chcieli, wkrótce by i nas nie stało.
Znów tedy przerwała się narada i mowa, a pojedynczy tylko między sobą po cichu rozprawiali; gdy stary Trepka, dodał, namyśliwszy się.
— Rychléjby od nich trzeba wyciągnąć co lepszego jest, niż im co mamy przedniejszego oddawać. Bóg jeden wie, ażali w tym naszym obozie małym, nie cała przyszłość téj ziemi i nasienie na nowe królestwo się nie znajduje.
Gdy to mówił, oczyma powiódł dziwnie po przytomnych i oni popatrzywszy téż dokoła, jakby się porozumiewali, tajemniczo jakoś — umilkli. Pytano potém Wszebora o imiona zamkniętych na gródku, o niewiasty, o sposób życia i zasoby, na co Doliwa, widząc że nic nie zyszcze, ledwie półgębkiem odpowiadał. Tak go ta surowość starszyzny przykro dotknęła, iż nie mając ochoty dłużéj rozpowiadać, pokłonił się tylko i z namiotu wyszedł, na Sobka skinąwszy.
Rozżalonym był wielce, tak że postanowił cokolwiek koniowi dawszy wypocząć, natychmiast w dalszą się puścić drogę. Gdy Sobek doń przystąpił, w twarzy jego postrzegł téż jakiś wyraz dziwny obawy i zakłopotania.
— Nam w drogę czas! — rzekł Wszebor.
Sobek włosy pogładził.
— Pewnie, pewnie — mruknął...
Stał jednak nie biorąc się do niczego. Po krótkim namyśle do kolan mu rękę przyłożył.
— A jakże ja tu starego mojego poranionego porzucę? — zapytał.
— Cóż ja znowu bez was poradzę! — krzyknął Wszebor, któremu się na gniew zbierało. Odwiedźcie mię do Horodyszcza, a potém... czyńcie sobie co chcecie. Do tegoście obowiązani, i ja was gotów jestem przymusić.
Sobkowi się gęba jakoś skrzywiła, pochylił się do kolan.
— Jest tu komu mnie obronić i zastawić się za mnie — rzekł bez gniewu — o przymusie nie ma co gadać. Należy się wam odemnie żebym na drogę doprowadził... to zrobię.
Wszebor gniewny, mówić już dłużéj nie chciał, odwrócił się od bartnika. Miał iść konia swojego szukać, gdy się doń Dryja przybliżył.
Położył mu rękę na ramieniu.
— Nie patrz na nas krzywo — rzekł — nie ma za co. Stary Trepka prawdę ma! Choćby serce pękało, choćby tam matka była, żona, siostra, my o czém inném myśléć musiemy.
Doliwa mu w oczy spojrzał sierdzisto.
— O czémże u licha? — podchwycił — o sobie chyba?
Dryja zachmurzył się.
— Mówili jasno — rzekł — powinieneś był rozumieć!
— Ino to rozumiem — zawołał Wszebor — że wy z waszą garścią kraju nie zbawicie, a to co moglibyście poczciwego zrobić, ratując ludzi, nie dokonacie.
— Jeśli garść ta tylko początkiem? — rzekł Dryja — jeśli do niéj codzień się garnie więcéj i ona jutro w zastęp urośnie? a jeśli tu z téj małéj garści wyjdą ci co nam zbawienie przyniosą?
— Gdzie? zkąd? — spytał Doliwa.
Dryja widocznie chciał, aby się dawny druh jego sam domyślił; ale Wszebor tak bardzo domyślnym nie był, a zajmowało go najgoręcéj to co najbliżéj stało.
— Chodź do mnie do namiotu — dodał Samko, biorąc go za rękę, nim konia ci pokarmią, zjesz i ty czém się podzielić mogę i po staremu pogadamy.
Choć srodze rozżalony, Doliwa dał się pociągnąć do małego namiotu, w którym Samko ze trzema innemi się mieścił. Znać było teraźniejsze czasy i w tém schronieniu rycerskiego człeka, co teraz wszystkie swoje mienie musiał wlec ze sobą. Nie zostało i Dryi więcéj nic nad to, co pospiesznie uchodząc przed kupami czeskiemi mógł unieść, a było tam i czego rycerski człek potrzebował i co mu porzucić na łup żal było, a co się ciężarem stawało.
Obok siodła i na koń rynsztunku, zbroi i broni, tarczy malowanéj, oręża lepszego, z woru wyglądały naczynia pozłociste, na kupie leżały kożuchy, odzież, stała beczułka starego miodu, i napoczęta faska solonego mięsa łosiego. Pacholę się krzątało około misek, bo czas było się czém posilić. Siedli więc, jeden na kupie odzieży, drugi na beczułce, a drabina z wozu wzięta pokryta czémś za stół służyć musiała.
Wszebor patrzał smutnie, bo mu przed oczyma stali wszyscy co na Olszowém Horodyszczu na śmierć czekali, a najbardziéj owa biała twarzyczka dziewczęcia. I wzdrygał się na tę myśl, że ten kwiatek pochwycić może lada napastnik, a krew się w nim burzyła, tak iż myślał raczéj sam paść w obronie a ją zabić naostatku, lepiéj niżby się na niegodne ręce dostać miała.
Gdy tak się gryzł, Dryja obejrzawszy się dokoła, mówić począł:
— Bądź dobréj myśli — rzekł cicho — stary Trepka inaczéj mówić nie może, aliści co godzina się wybawienia spodziewać trzeba.
— Jakiegoż? jakiego? — podchwycił zżymając się Wszebor.
— Niepotrzebnie ci z tego tajemnicę czynią — ciągnął Samko spokojnie. — Co dnia się spodziewamy królewicza, a jużeśmy o nim i wieść mieli.
Wszebor ździwione oczy wlepił w Dryję, który mówił pochyliwszy się doń:
— Jeszcze się u nas tyle rycerstwa znalazło, że było kogo posłać do jéjmości królowéj wdowy, z błaganiem ażeby syna nam dała...
— Nie przeczę ja — odezwał się Doliwa — że królewicza osoba i odgłos jego imienia wiele waży. Cóż potem? raz go Masław wygnał, potrafi go się pozbyć postrachem powtóre, albo go zgubi. Mamyż my siłę ażeby stanąć przeciw niemu?
— Znajdziemy — mówił Dryja, któremu oczy się świeciły nadzieją jakąś. — Cesarz niemiecki da mu pomoc, a kto wie czy i z drugiéj strony nie nadciągnie co jeszcze...
Uśmiechnął się.
— Obiecujeż się królewicz? — zapytał Wszebor — zkąd o tém wiecie?
— Widzisz, mała nas kupka jest, a cóś się tu warzy i praży — odparł Dryja pochyliwszy się ku niemu. — Do królowéj pojechali posłowie, część ich tu wczoraj wróciła.
— Cóż przynieśli? co?
— Nic dotąd — mówił Samko. — Byli u królowéj nadaremnie. Ryksa, którą sromotnie wygnano, ani chce słyszéć więcéj o królestwie które pogańskiém zowie. Znaleźli ją w klasztorze, potém przy kościele, który budować każe... Ledwie mówić do nich chciała: „Na inne ja królestwo a lepsze pracuję, rzekła, te które mi Chrystus Pan miłosierny dać przyobiecał. Nie kuście mnie, ani wodźcie na pokuszenie dziecię moje. Niech w spokoju Boga lepiéj chwali, niżeliby na nieszczęsny żywot z wami miał być skazany.“
— Toć jasno! — zawołał Wszebór — że się tam niczego spodziewać nie mamy.
— Źle sądzisz, bo nie wszystko wiesz — rzekł Dryja. — Rozumni są posłowie nasi, bo niżeli po królewicza poszli, u cesarza wyrobili przyrzeczenia, iż pomoc mu swą i łaskę oświadczy, korony odda, a przeciw czechowi miecza dobędzie. Wkrótce by téż Brzetysław cesarstwu stał się straszny, gdyby mu cugle puszczono. Ukróci mu ich papież rzymski i cesarz... Znacie wy, znam ja i znają Kaźmirza, ci co poszli po niego. Pan jest pobożny, ale w mniszéj sukni on nie wytrwa, gdy mu miecz pokażą a panowanie. Krew w nim Bolkowa płynie. Ani go macierz nie wstrzyma, ni strach, ni gnusność, bo pan wielkiego serca jest, a gdyby nie matka, nie powołanie jéj, nie ustąpiłby Masławowi kroku.
— Wszystko to, Samku mój — westchnął Wszebor — dalekie nadzieje a bajeczne. Ja wracam od Masława tego i widziałem co się dzieje u niego, a jako rozwielmożniał pastuszy syn, i urósł. Choćby cesarz garść ludzi dał, choćbyśmy wszyscy ku niemu się zbiegli, nie starczy cesarskich i nas na te kupy, na czerń, na tysiące.
— Na tém nie dosyć — przerwał Samko. — Ruś nam w pomoc przyjdzie... Pomyśleli nasi starzy o wszystkiém, słali też posły do Kijowa, do Jarosława, którzy dwa dni temu wrócili... Przyjdą nam polanie od Kijewa w pomoc, z pieczyngami.
— Tak jako czechy? — rozśmiał się Wszebor posępnie.
— Zaprawdę nie — zawołał Dryja. — Tobie w oczach czarnem wszystko.
— Wam wszystko jasnem. Kury piały pierwsze, zda ci się że dzień przyjdzie, a to łuna od pożaru! — mówił Doliwa ręką rzucając.
Dryja wychylił kubek, potrąciwszy o stojący na stole owym drabinowym, przeznaczony dla Wszebora.
— Wypij a bądź i ty lepszéj myśli.
— Gdybyś ty z Płocka powracał — rzekł Doliwa — w uszach miał wrzawę téj zgrai, a widział to mrowię co się tam zlało, a posłyszał jako Masław nosi się z mocą swą, pruską i pomorców, odeszłaby i tobie otucha!!
— Ma ci on prusaków z pomorcami, my cesarskich mieć będziemy i Jarosławowych, co téż może waży — odparł Samko. — Ma on butę a nasz pan koronę miéć będzie namaszczoną i pobłogosławioną i pana Boga za sobą!
Mówiąc to wstał Dryja i smutnego Doliwę ściskać począł.
— Bracie — rzekł — gdybym tę siłę miał żebym cię powstrzymać mógł, do nóg bym ci się pochylił... zostań z nami!
— Ani mów — odparł niecierpliwie Wszebor — bratam zostawił tam, wysłali mnie zawierzywszy, wrócić muszę choćbym gardło dał.
Spojrzał mu w oczy Samko przenikliwie, a Wszebor spotkawszy wzrok ten mimowolnie się zarumienił.
— Wszeborze, bracie, kogoś ty tam, okrom Mszczuja zostawił! mów?
Trochę gniewny, zawstydzony nieco odwrócił twarz Doliwa.
— A ja powiadam, jakom żyw; że więcéj tam musiałeś zostawić niż brata, i zgadnę kogo — mówił Dryja. — Po drodzeście ratowali Spytkowę, baba niczego i dziewka jéj bardzo śliczna. Albo ci jedna czarnemi lub druga niebieskiemi oczyma zawróciła oczy! Mów a nie kłam...
Wszebor się odwrócił ku niemu.
— Jakże ci to do głowy przyszło?
— Bo obie niewiasty znam, albo raczéj widywałem je u ojca — mówił Dryja. — Spytkowa do mężczyzn zalecać się rada, choć dla zabawy, a Kasia gdyby nie chciała to za sobą ciągnie, bo utrapienie piękną jest.
— A! piękną, piękną! — krzyknął zapominając się Wszebor, i wnet się po ustach uderzył.
Śmiać się począł ściskając go Dryja...
— Wiedziałem ja co cię tam ciągnie! — zawołał. — Że ja znam obie, radę ci dobrą dam. Marta Spytkowa choć zęby szczerzy, nic to tam z tego; sądziła się może wdową, dowie się że jéj stary żyje, a z tym żartów stroić nie można. Twardy człek z ran się wyliże, choć inny z nich miałby na cztéry śmiercie... O Kasię téż, choć krew wasza ich krwi warta, sięgnąć nie łatwo. Spytka starego trzeba znać!
— Przecie nie kto, tylko jam mu żonę i dziecko ratował! — zawołał Wszebór.
— To ci rychléj zapłaci, gdy będzie miał czém a córki nie da.
Oburzył się Doliwa i najeżył, wziął się w bok, plunął od siebie.
— Słuchaj Dryja, a cóż to my za jedni? a cóż to oni za tacy?
— Taki dobry Doliwa jak Śreniawa, a no staremu we łbie świeci, co poradzisz na to — ciągnął Dryja. — Zasuszy ją prędzéj w komorze, a będzie sobie knezia szukał dla córki, bo oni sami do krwi kneziowskiéj się liczą.
Ruszył ramionami Wszebor.
— Jeszczeć do tego daleko — rzekł — bodajeśmy z życiem a cało ztamtąd wyszli. Jak nas Bóg wyrwie z tego osaczenia, ty mnie znasz Dryja, niby ja się starego będę pytał a do nóg mu się kłaniał? Dziewkę wezmę, to mi jéj nie odbierze.
— Tak ci ona już do serca przystała? — zapytał Samko...
Wszebór zapatrzywszy się przez otwarty namiot na bory, sumował nie spiesząc z odpowiedzią, i namyśliwszy się, zamiast niéj dłoń wyciągnął do Samka.
— Nie ma tu co u was popasać! — rzekł — mnie na Olszowe Horodyszcze pilno... Jadę.
— Chodźcież się wprzód starym pokłonić, bo tak i należy i przystało — odezwał się Samko, ciągnąc go do drugiego namiotu. — O tém com wam o Kaźmirzu mówił, nie wspominajcie.
Poszli tedy oba, gdzie siedział stary Trepka. Starszyzny reszta przed namiotem gwarząc stała, rozstąpili się im milcząc. Wewnątrz Trepka drzémał pochylony, a w kącie Spytek otwartém okiem krwawém, zdawał się na spotkanie Wszebora oczekiwać.
Zbudził się zaraz pierwszy, kłaniającemu się tylko skinieniem głowy i ręką odpowiadając.
Wszebor przystąpił do Spytka.
— Jadę na Olszowe Horodyszcze — odezwał się — gdzie miłościwa pani wasza z córką znalazła schronienie, bom jéj tam towarzyszył, gdyśmy ją w lesie samą znaleźli... Mam co rzec od was, miłościwy panie?
Gdy mówił, pilno mu się Spytek czerwoném przypatrzył okiem.
— Doliwa? — spytał.
— Tak jest.
— Ojciec wasz pułki wodził na Ruś! — odezwał się stary chrapliwym głosem.
— Tak ci było i z łupem wracał — dodał Wszebor.
— Bóg da wywdzięczę za posługę — odezwał się leżący. — Pozdrówcie matkę i Kaśkę moją.
Popatrzał chmurno.
— A niech mi się tam nikt do moich nie zaleca — dodał — Wara!!
— Byleśmy z żywotem uszli ztamtąd, nie na zalecanki to czas! — rzekł Doliwa.
— Na to nigdy nie czas! — mruknął stary. — Pozdrówcie odemnie... pozdrówcie.
Poczuł Wszebor że owo wspomnienie zalecanek Sobkowi mógł być winien, zburzył się nieco, a strzymał i nie rzekł nic. Tu go już kijem trącając stary Trepka przyzywał ku sobie.
— Belinie rzeczcie od nas, niech jako może się trzyma, do ostatniéj mąki pruszynki, do ostatniéj pięści w któréj będzie siła! Przyjdziemy mu w pomoc, na odsiecz jak skoro się poczujemy mocni. Niech się nie trwożą, a nie poddają. Trzymajcie się, Bóg miłosierny.
To były słowa ostatnie Trepki, który ledwie ich domówiwszy, głowę pochylił i znowu drzémać począł...
Dryja stał u wnijścia do namiotu, daléj starszyzna, a na uboczu Sobek z parą koni w ręku. Wszeborowi już pilno było, żegnał więc prędko, aby na koń siąść i biedz daléj. Całe prawie rycerstwo wyszło nań patrzéć jak odjeżdżał, bo mu niektórzy zazdrościli może, iż na miejscu spoczywać a czekać nie musiał jak oni, co się do ruchu nawykłym przykrzyło.
Choć Doliwie jasno wytłumaczono dla czego się garść ta w pomoc do oblężonego gródka ruszyć nie mogła; choć zrozumiał może iż tak być musiało, jechał gniewny, z bólem w sercu, z żalem w duszy, że musiał miasto pociechy nieść groźbę tylko. Sobek zwykle małomówny, teraz milczał, uparcie, głowy nawet nie odwracając, i drogę tylko wskazując przodem. Wszebor téż, że nań posądzenie mając, odzywać się doń nie chciał. Ledwie w nocy, gdy stanęli dla koni i wypoczynku, spytał go, kiedy do Olszowego Horodyszcza dojadą i gdzie go ma porzucić bartnik.
— Ja bo was nie porzucę, miłościwy panie — odparł stary.
— Namyśliliście się?
— Nie, przykazanie dostałem od władyki: pan mój, wola jego, słuchać trzeba. Jutro pod wieczór, Bóg da, pod Horodyszcze się dostaniemy, byle jeszcze w porę!
— Jużci tam Masław się nie wybierze tak rychło — rzekł Wszebór.
— Pewnie, ale go czerń poprzedzi, bo osaczyć mieli niebawem, aby gródek z lasu żywności sobie łowami nie ciągnął. Nuż między grodkiem a nami staną gromady?
— Jedźmy na noc całą! — zawołał Wszebor — niech konie popadają, byleśmy się nie opóźnili.
Sobek ręką ukazał przed siebie... Dosyć tego było aby o niemożności podróży nocnéj przekonać.
Jesienna ciemność chmurnego nieba o krok nic nie dozwalała rozeznać. Na szarém tle wyschłe drzew obnażonych gałęzie sterczały dziwnie poplątane, rosnąc niby z mroku i ginąc we mrokach. Oprócz téj siatki nad głowami i gąszczy przed sobą, którą rękami trzeba było rozpoznawać, nie widać było tylko noc jedną, czarną, nie zgłębioną, jak nicość i śmierć straszną. Najmężniejsze serce wśród tego zamętu, musiało uczuć boleść jaką sprawia zgon, gdy oczy widziéć, uszy słyszeć przestają. Po nad puszczą tą cisza śmierci leżała, tak straszna jak ciemność, pokrewna im, siostrzyca... Chwilami nawet wycie dzikiego zwierza byłoby się wydało miłém, zwiastowałoby życie, niebezpieczeństwo, walkę... W téj głuchéj ciszy i mrokach, ginęła nawet nadzieja dnia i życia nadzieja. Zdało się jakby ciemności tych umarłych na wieki, nic nie mogło rozjaśnić, ani téj ciszy przeniknąć.
Sobek przyłożył ucho do wilgotnéj ziemi, aby wiedzieć czy zapalenie ognia nie groziło zdradą. Nie słychać było nic, nawet szelestu gałęzi, bo najmniejszy wietrzyk ich nie poruszał. Noc zamknęła wichry w swym łonie i nie dała im bujać po świecie. Bartnik dobył zwolna dwóch suchych drzewa kawałków, które zawsze z sobą nosił i począł trzéć je, aby ogień naniecić.







VII.



Na Olszowem Horodyszczu wlokło się życie, pod ciągłym postrachem, nieustanną groźbą, żółwim krokiem, ślimacznym chodem, złożone z dni bez końca i nocy bezdennych. Zdawało się wszystkim że teraz świat inaczéj się obracał, a dnie i noce były dwoiste, nieprzeżyte i nieprzespane.
Lasy dokoła szumiały jednostajnie jak do snu kołysząc, wiatry świstały jakby szydząc z niedoli i śmiejąc się z jęków. Ludzie leżąc mruczeli, przeklinali, srożąc się na tego co im dawał przytułek, narzekając na głód, odgrażając się pięściami. Z litości srogim być musiał stary Belina, przez miłosierdzie okrutnym. Lud w pierwszym podwórcu tylko grozą utrzymać się dawał. Po nocy szeptali i zmawiali się ludzie. Na straży zapasów i spiżarni nieustannie czuwać musiano. Gdy się ludzie pospali, ginęły owce, znikały konie, bydło padało, a nazajutrz śladu nie zostawało po nich i w przestraszonych wejrzeniach tylko można się było winowajców domyśléć.
Od wyjazdu Wszebora codzień prawie chodził ktoś na pomostach za ostrokołami i powrotu wyglądał. A w dolinie pusto było straszliwie. Czasem z lasu wychylił się wilk, zawył i uchodził, wymknęła się sarna, popatrzyła i spłoszona własnym trachtem, biegła co tchu w gąszcza się schronić; niekiedy jakby cień człowieka wysunął się z borów, podszedł ku gródkowi, pomierzył go oczyma, zdając urągać zamkniętym i, gdy na okopy wysypała się gromada, pięść jéj pokazawszy znikał...
Dzień od dnia mało się różnił, liczono je po smutkach i klęskach, mówiono: Stało się to tego dnia gdy zmarło dziecię, gdy się z rozpaczy obwiesił kto na belce. A było co przypominać, bo niemal co dnia rano, gdy dozorcy obchodzili podwórce, znajdowali coś w nich niedobrego; matkę płaczącą nad ciałem niemowlęcia, rodzinę skupioną przy zwłokach starca zmarłego w nocy, ślady jakiegoś gwałtu lub spełnione przez niewiadomego sprawcę zabójstwo. W téj liczbie zrozpaczonéj, gdy ją pokryły ciemności, budziły się najdziksze chucie i szały nią owładały. Ludzie nawykli do czynnego życia, nie mogąc przespać bezczynności, rzucali się bydlęco dogadzając fantazyi rozpasanéj. We dnie z bladych tych twarzy czytać tylko było można zniechęcenie i znużenie, nocą owładywało niemi pół rozmarzone szaleństwo.
Niekiedy korzystając z ciemności znękany człowiek zrywał się z barłogu, wdzierał na jaki pomost u ostrokołu, i na postronku spuszczał na dół z wałów, uciekając w las i woląc umierać tam z głodu niż tu ginąć z odrętwienia...
Kilku już ludzi tak uciekło, powiększono więc pilność i straże, gdyż obawiać się było można, aby pochwytani nie naprowadzili czerni i nie wskazali jéj którędy najłatwiéj na gródek dostać się było.
Z dwóch stron opasywała go wodami swemi i trzęsawiskiem przez które płynęła Olszanka; ztąd, dopóki mróz błot i wody nie ściął przystęp był utrudniony. Z trzeciéj i czwartéj tylko wały broniły Horodyszcza, na które łatwo wedrzéć się było. Stojący na pomostach wysokich nad ostrokołami lud, ciskał belki, kamienie, lał zapaloną smołę na napastników, ale i tych zapasów ilość się zmniejszała. Po odejściu czerni nazad, część ich ściągnięto do gródka; jednak przewidziéć było można, że ich na dłuższe oblężenie zabraknie i budowle przyjdzie rozbierać. Olszowe Horodyszcze przed dawnemi czasy opasane wałem, wewnątrz miało obszerne szopy i odryny, kleci i stajnie, które pierwsze podwórze od drugiego dzieliły. Na drugiém w czworościan obudowaniu, znajdował się dworzec pański, komory i składy zapasów, część stajen, które teraz wspólnie ludziom i zwierzętom za schronienie służyły. Wielka izba, w któréj teraz pokotem leżeli dawni władycy, żupanowie i ziemianie, znajdowała się w zabudowaniu dzielącém dwa podwórza. Drugie całe dokoła obejść było można idąc pod krytém podsieniem, które słupy drewniane podpierały.
Około téj wielkiéj izby życie się teraz całe skupiało. Pospolity lud w pierwszém podwórzu pod gołém niebem i daszkami się tulił, co było przedniejszego zbierało się na dzień w podsieniach na ławach, lub w wielkiéj komorze u komina. Tu ścisk był zawsze i gwar niepomierny, bo się teraz spierano o to co przeszło, rozprawiając jakby się tego wszystkiego zła uniknąć było mogło, które nastało. A że do roboty nikt nic nie miał, tylko mówić lub słuchać, cały dzień boży schodził na sprzeczkach, które czasem aż do zwady dochodziły. Dopiero gdy już powstawszy brali się zwaśnieni do pięści lub pałek, starszyzna ich rozwodziła gromiąc i nakazując milczenie.
Beliny żona, której imię Hanna było, córka jéj Zdana, rej wodziły między niewiastami, które wszystkie, krom służebnych, mieściły się w izbie wielkiéj na wyżkach, mającéj dwie ciemne komory przy sobie.
A i tu ład utrzymać nie było łatwo, bo się i o wrzeciono i o kądziel i o wyraz w piosence i o spojrzenie czasem wadziły starsze niewiasty, a młodsze zajadały potajemnie. Musiała jéj miłość pani Hanna, jak mąż na dole powagi swéj używać dla uczynienia pokoju, czasem nawet starego Belinę wzywając w pomoc, na widok którego wszystko w karby wchodziło.
Największy ciężar na barkach starego gospodarza spoczywał, a był człek, jakeśmy go widzieli przy pierwszém wystąpieniu, nie skory do słowa, w potrzebie surowy, a w sercu dobry. Dobroć ta jednak nie przechodziła w miękkość, gdyż wiedział że gdyby go ludzie miękkim uczuli, nieładby się wkradł łatwo, a z nim przyjść musiała zguba na wszystkich. On tu był panem życia i śmierci, a choć się radził ludzi i nasłuchiwał ich mowy, nie dawał się powodować nikomu.
Chrześcianin gorliwy i pobożny, stary Belina, co lepsze czasy pamiętał, przybity był teraźniejszemi kraju nieszczęściami tak, że gdyby nie wiara w Opatrzność i ojca Gedeona duchowna pociecha, zwątpiłby już o wybawieniu. Z małą nadzieją, ażeby się uratować udało, pełnił swój obowiązek nocy nie dosypiając, czuwając nieustannie, prawie nie zmrużając oka. Wstawał jak świt, na pierwszy znak gotów, bo się nigdy nie rozdziewał, a sen jeśli go zmorzył, to na wpół siedzącego; obchodził gródek, opatrywał wszystkie kąty, rozsądzał sprawy, pilnował rozdawania żywności, rzadko przysiąść mógł we dnie. Nocą też najmniejszy szelest go budził, a jeśli się w pierwszém podworcu wrzawa słyszéć dała, wnet chłopak zapalał łuczywo, i z niém Belina szedł patrzéć co się działo. Nieobeszło się nigdy prawie żeby kogo niespokojnego, buntującego się do jamy i kłody wrzucić nie było trzeba. Mnożyło to niebezpiecznych i niechętnych — ale bez tych się nigdzie nie obchodzi.
Belina wymagał tak samo posłuszeństwa od rycerstwa i ziemian jak od ludu pospolitego i przeciwić się sobie nie dawał; gospodarzem był, panem i wodzem.
Jak przy Hannie córka Zdana, tak przy ojcu syn Tomko stał na pierwszych posługach, rozkazy nosił, porządek robił i na równi z nim czuwać musiał. Młodemu chłopcu służba ta przypadła do smaku, gdyż z nią na wyżki do matki i do niewieścich izb często zaglądał...
Tu stara jejmość w białéj namitce na głowie, w fartuchu, musiała się téż cały dzień krzątać pilnując czeladzi co jedzenie przysposabiała, chorych, dzieci i domowego zwierza, którego jeszcze trochę zostałó.
W wielkiéj izbie na wyżkach, jak na dole w dawnéj jadalni, skupiało się co żyło, aby razem się zebrawszy, otuchy sobie dodawać. Jak dzień ogień zapalono, warzono co było jeszcze, a wnet kądziele postawiane na ławach, i wrzeciono każda chwytała, aby czém zająć ręce i myśli.
Z wrzecionem w ręku, gdy się nić ciągnąć poczęła, skręcać, nawijać, jakoś i myśli szło raźniéj i sercu było spokojniéj. Zdawało się nie jednéj że siedziała tam jeszcze u domowego ogniska, w ciszy własnego dworu, za lepszego czasu. Hanna Belinowa na nic się tak nie uskarżała nieboga, jak że ją ciągle od kądzieli odrywano i nie dawano się nacieszyć wrzecionem. Ze strachem teraz wchodziły niewiasty do komory, w któréj były złożone złotego lnu pasemka, aby ich nie zabrakło. Cóżby one naówczas poczęły.
U kądzieli, gdy się mowy przebrało o tém kto zmarł téj nocy, kto się pobił, kogo do jamy wsadzono za karę, kto zachorzał i wyzdrowiał, najprędzéj się brała cicha piosenka stara, odwieczna, tęskna, czasem tak na pół pogańska, że się ją śpiewać obawiano, chyba gdy O. Gedeon był daleko. Ksiądz bowiem zakazywał pieśni, wiedząc że w nich stara wiara się chowała, i na jéj skrzydłach niewinnych nazad do serc nawróconych wlatywała.
Nucono półgłosem po cichu, ale pieśń rzecz zaraźliwa, więc gdy jedne poczęły ją usta, we wszystkich się piersiach odbiła, i wiele nie wytrzymało aby jéj nie zawtórować, choć dla siebie.
Na tę izbę spojrzéć, choć przez drzwi szczelinę, serce się młodzieży radowało... Ogień się palił pośrodku, przy którym to strawa, to napój to lek jaki i ziele się gotowało prawie zawsze. Dokoła na ławach, na ziemi podesłanéj kożuchami wieńcem siedziały niewiasty; pierwsze z kądzielami w ręku, drugie szyjąc albo dziećmi się zabawiając; a były między niemi i piękne a młode i średniego wieku i podstarzałe i zgrzybiałe; jedne z kosami długiemi, drugie w białych namitkach i chustach, inne ręcznikami pozawijane jak się udało... Młodsze byłyby cały dzień prześpiewały jak ptaszęta, bo pieśń była ich mową, starszym się chciało mówić o dawnych czasach.
A że ich słuchać było potrzeba, więc gdy znużone drzémać poczynały, i cisza w izbie nastała, dopiéro się która śmielsza zebrała na piosenkę. Zrazu szmerem wylatywały słówka, ledwie dosłyszane, potém coraz głośniéj, śmieléj, żywiéj, weseléj, a gdy im zawtórowano czasem się zapomniały i starsze... a podśpiewywały... I tak ledwie jedna się skończyła piosnka, druga podobna poczynała.
Z pieśni tych może tylko rosła tęsknota, a z gadania bab często przyszło do tego że sobie i wrzecionami groziły i kądziele z pod siebie wyrwawszy do wojny się z niemi wybierały. Działo się to jednak tylko gdy staréj Hanny nie było, bo ta wnet pokój czyniła, często oburącz za barki wziąwszy najzapaleńszą i gwałtem ją sadząc na ławie. Było tam wszystkiego bo i na śmiechu nie zbywało, choć czas był nie do wesela, ale w długiéj trwodze wytrwać na równi trudno.
Tutaj swoje miejsce na ławie poczestne znalazła i Spytkowa, sadząc córkę przy sobie. Do kądzieli wielkiéj ochoty nie miała rusinka, utrzymując że od młodu jedwabiem szyła chusty i więcéj się niczém nie zajmowała... Kasia za to przędła za dwoje. Marcie rzadko się usta zamykały, córka prawie mówić nie śmiała, ale oczy niebieskie biegały tém żywiéj i widziały wszystko, to nawet czego się drugie nie domyślały.
Już wszystkie przygody Spytkowéj znały jéj towarzyszki, przecież powtarzaniom końca nie było. Ciekawa niewiasta, gdy jéj tu nie dawano ucha, wychodziła czasem na pomost który z wyżek ku podwórcowi był otwarty, tu sparłszy się przy słupie, gdy było kogo na dole stojącego do rozmowy i śmiechu wciągnąć, chętnie to czyniła. A że czarne oczy pani Marty pięknie jeszcze świeciły, znalazł się ktoś zawsze co w nie się zapatrzył, i w szczebiotaniu zasłuchał.
Za to Kasi wynijść nie było nigdzie wolno, a sama téż ona, trwożliwa bardzo, ochoty ku temu nie miała. Obawiała się szczególniéj Mszczuja Doliwy, który nic do czynienia nie mając, a w sercu nosząc obrazek dziewczęcia, czatował na nią ciągle. Jeśli ją przypadkiem matka gdzie posłała, pewną była, że zawsze Mszczuj się jéj z pokłonem i uśmiechem nastręczy. Rumieniło się dziewcze, odwróciło oczy, nie odpowiadało na jedno ni na drugie, i uciekało co prędzéj.
Od Doliwy tak ujść było łatwo, od Tomka Beliny prawie niepodobna. Któż wie zresztą czy Kasia i od tegoby uciekać chciała? Innemi jakoś oczyma patrzała nań ukradkiem, a raz czy dwa, choć jéj spojrzał w same oczy, nie rychło spuściła powieki.
Synowi gospodarza raz wraz téż wypadała jakaś potrzeba do pani matki od ojca, lub téż do siostry od siebie. On jeden z mężczyzn miał wstęp swobodny na te wyżki zaklęte, na które innym dostać się nie było wolno. Korzystał téż z tego teraz częściéj niż kiedy.
Zdana, siostra, czy tajemnicę braterską odgadła, czy ją powierzoną miała, dopomagała mu serdecznie. Ledwie się Tomek pokazał na progu, wnet Zdana, któréj szukał stawała przy Kasi, tak że idąc do siostry, do Spytkownéj pójść musiał. I tuż obok wiązała się rozmowa jéj z bratem, a choć dziewczę nie uczone było, jakimś instynktem wiedziało co mówić i jak by się słówkami Tomka, i Kasia podzielić mogła.
Pierwszych dni, gdy się to poczynało, Kasia tylko zapłonęła, oczy spuściła na kądziołkę i przędła a rączęta się jéj trzęsły. Potém strach ten pierwszy przechodzić począł, ośmieliły się źrenice spojrzéć ukradkiem, usta na pół uśmiechnąć. Naprzód spoglądała na macierz czy nie podpatruje, a gdy ta czém inném była zajęta, zerknęła na Tomka. Jemu to mowę przerywało jak uciął, nie prędko wracał do słowa.
Zdana była nad wiek rozumna, choć mało co od Kasi starsza, a była téż piękna i rozkwitła pod macierzyńskiem oddechem na podziw świeżo i wesoło... Od Kasi była słuszniejszą, smukłą jak brzózka, a ruchy miała sarenki młodéj, a uśmiech kukułki na wiosnę, a trzpiotowatość wróbelka... W ciemnych jéj oczach siedział uśmieszek figlarny, nawet gdy się różowe usta gniewać chciały. Było to matki kochanie, ojca pieszczota, domowników cacko lube, a teraz wszystkich gości pociecha.
Staréj Belinowéj, choć się krzątała, prędko ruszać się ciężko było, Zdani za to nie kosztowały skoki i bieganie, i wieczna krętanina, a na miejscu gdy siedziała z kądzielą, przęślnica z nią skakała, wrzeciono warczało, len się uśmiechał i trząsł brodą.
Takie to było jeszcze młode że samo pewnie nie probowało nic, nie doświadczyło niczego, ale od czegoż piosenka, która przynosi tęsknotę, serce rozkołysać umié i w szerokie pola myśl goni. Zdanie serce aż biło z radości gdy myślała że bratu do kochania pomoże, a sama się téż żywemu przypatrzy kochaniu. Pomagała szczerze... Wkrótce z Kasią jak siostry były, a jeśli szły razem to nie inaczéj tylko rękami się opasawszy, główka przy główce, usta przy uszach... Często w wielkiéj izbie wyszeptać się nie mogąc, aby ich nie podsłuchano, wsuwały się razem do ciemnéj komory, a jak tam stanęły w kątku i mówić poczęły, śmiać się i ściskać, końca temu nie było.
Dopiero się obejrzała Spytkowa, że córki nie było, a była o nią w ciągłym strachu, nuż wołać, gdzie się Kasia podziała... Kasia czerwona bieży z komory do matki, a Zdana z nią, żeby matce łajać jéj nie dać. I oto już obie siedzą, kądziołki pobrały, oczy pospuszczały jak trusie, tylko co jedna spojrzy na drugą, to się im usta do śmiechu biorą i Zdana je ręką zatula, a Kasia końcem fartuszka.
Choć i tu się dnie dłużyły nieraz, starsze pospały, młodsze popłakały — na górze jeszcze znośnie było... Z dołu jak ku niebu ku tym wyżkom patrzano, radby się każdy był wkraść, ale zakaz był srogi, aby żaden z mężczyzn się nie ważył na górę. Starego Beliny słuchać musiano, bo z nim żartu nie było, a i syna władyki nie poszanował. Zdala tylko z podwórza młodzież chodząc czatowała, nuż się która wymknie po wodę, nuż wyjrzy, nuż po pomoście przebieży — aby choć spojrzeć, choć spójrzenie otrzymać...
Mszczujowi się nie wiodło. Wychodziła doń Spytkowa, bo téj trzeba było kogoś, coby jéj świeżemi słuchał uszami, Kasi się doczekać nie mógł. Zobaczył ją czasem na mszy, ale tak zasłonioną białym ręczniczkiem, że i poznać jéj było trudno. Nigdy nie spojrzała nań nawet. Gryzł się Doliwa, a naturę mając braterską mówił sobie, jak to w owe czasy wszyscy, — gwałtem porwę dziewczynę, a moją być musi...
Gdzie i jak miał ją porwać, gdy tu dla niego samego i dla wszystkich niebezpieczeństwo wisiało nad głową? — młodzież się nie pyta.
Dojrzał tylko Mszczuj na zgryzotę swą większą, że tam na wyżki Tomko chodził często, siadywał długo i powziął ku niemu nienawiść okrutną. Zazdrość go paliła... Raz nawet nie strzymał, i gdy Spytkowa na dół zeszła dla rozmowy, bo dnia tego była bardzo na Mszczuja łaskawą — szepnął jéj do ucha:
— Niechno miłość wasza, dobrze córki strzeże! Dla nas góra zamknięta, a Tomkowi cały dzień otwarta do wieczora. I co pójdzie to siedzi... Rozśmiała się pani Marta.
— Jako żywo, rzekła — Tomko do matki i siostry przychodzi, aniby mi śmiał przystąpić do Kasi, bo, choć syn gospodarza — dałabym mu, dała! ażby popamiętał. Toż dziecko, ani jéj co w głowie, ani jeszcze...
A tak tego pewną być musiała Spytkowa, że się ani obejrzała dnia tego, gdy Tomko przybył do Zdany, Zdana przysunęła do Kasi i rozmowa wszczęła między siostrą a bratem, w któréj Tomko umiał powiedzieć téj, co go niby nie słuchała — że ją kochał nad życie i dałby żywot za nią. Kasia tego nie brała widać do siebie, bo spojrzała nań oczyma jasnemi, potrzymała je nad nim długo, potém furknęło wrzeciono, zakręciła się nić, wrzeciono na ziemię upadło, Tomek schylił się po nie, gdy je podawał ręce się może ścisnęły, a pani matka nic a nic nie widziała...
Nieraz tak Mszczuj w rozpaczy dzień cały na czatach spędziwszy w podwórzu, szedł do wielkiéj izby, kędy siedziała starszyzna i w kąt się zaszywszy, w rękach twarz skrył, a nic nie słysząc, o swojém tylko utrapieniu przemyśliwał.
Do téj izby czasem zaszedł i stary Belina, na ławie przysiadł i do rozmowy się wmięszał — krótkiém słowem. Siedział tu całe dnie, nie wychodząc prawie Lasota, któremu się powoli przygajały rany, leżał, małoco się ruszając, młody Toporczyk, było i innych wielu.
Tęsknili tak razem za łowami, domami, za swobodą, a choćby za wojną, byle ich z tych oków i więzów wydobyła, bo tu się wszyscy niewolnikami czuli... Nikt nie wiedział, jak długo ma się pociągnąć ta niewola i na czém skończyć się może, to wszyscy czuli, że gdy przyjdzie ostatnia godzina, posiekać się dadzą i wszyscy padną raczéj niż czerni, lub Masławowi w niewolę oddadzą.
Masław był ich najczęstszym rozhoworów przedmiotem. Mało kto z nich nie znał, nie widział, starsi pamiętali, gdy go targali za uszy, młodsi, że go z przedsieni wypychali i nieraz potłukli... Nikt na ówczas w chłopaku co się każdemu podlizać umiał i nazajutrz po guzie, rękę co go nabiła całował, nie domyślał się zuchwalca, który kraj miał zawichrzyć i pana wygonić! Rosło to złe ziele jak pokrzywa pod płotem, która gdy się z ziemi wytyka ani jéj widać, nie wiadomo kiedy do góry się bierze, aż i płot sam zakrywa.
Wzdychali starsi, że naówczas przeczucia nie mieli, aby go kto był w kącie przydusił i precz cisnął zawczasu. Słowaby mu wówczas nie rzekł nikt, bo Masław za sobą nikogo nie miał. Potem dopiero, gdy Mieszko zesłabł, zmysły się mu pomięszały i szaleć począł, a rozumu zabrakło, chytry dworak wziął górę nad panem... I stało się co się stać miało, jeden syn pastuszy, dwu wielkich królów dzieło obalił, dając je czerni tratować nogami.
Do téj izby czasu wolnego schodził i ojciec Gedeon na rozmowę.
Naówczas około świątobliwego starca kręgiem się skupiali wszyscy, bo z sobą pociechę i słowo przynosił, które serca ostygłe zagrzewało... Powiadał im staruszek, jak nie jedno królestwo, nie jeden raz zawichrzoném było i zdało się upadłém a zginioném, aż ci skinął Bóg, natchnął męża lub pacholę słabe i wybawił je cudem, tak jak cudem runęło...
Naówczas rozjaśniały się powoli lica, i wracała otucha, mówiono sobie, nie może być, ażeby nas Bóg miał opuścić. Ukarze tych co wywrócili kościoły i obalili krzyże, — pocieszy niewinnych.
Z Ojcem Gedeonem zawsze wchodziła nadzieja, nawet gdy najsmutniejsze przeczucia, sny i wieści groziły. — Po odjeździe Wszebora — nie wiedziano na Horodyszczu nic co się na świecie działo. Głuche milczenie je otaczało. Tylko z pomostów patrząc coraz częściéj się trafiało widzieć ludzi jakichś wychodzących z lasu, którzy się gródkowi przypatrywali. Zjawiali się oni to z jednéj strony, to z drugiéj w różnych dnia porach, a raz na koniach kilku podjechało tak blizko, że z za ostrokołów do nich strzały puszczono, a jedna w czapce utkwiła temu co najbliżéj stał. Ruszyli krzycząc i klnąc i znikli w lesie.
Byli to widocznie na zwiady wysyłani od czerni ludzie, aby się wywiedzieć, czy z gródka nie uszli zamknięci w nim. Pilnowano go więc pewnie do koła, czekano, aby osłabli z głodu, znużyli się siedzeniem, wyjedli zapasy, by ich potém łatwiéj zagarnąć było.
Chociaż czuli się tak otoczeni, młodzież wstrzymać było trudno od tego, aby się czasem nie wyrwała do lasu. Belina się zrazu temu przeciwił, potém, zważając, że mięsa dla przeżywienia się potrzeba, a w lesie go łatwo dostać, zwłaszcza gdy z pierwszych łowów dwa łosie przyciągnięto i sarn kilka — puszczał ochotników na niebezpieczną wyprawę. Każdego dnia, gdy przyszło do wycieczki cisnęli się i prosili wszyscy niemal, oprócz starców i chorych — silniejszych tylko i tych co dobre konie mieli puszczał Belina... A kto sam nie mógł iść, bo liczbie wielkiéj oddalać się nie dozwalał — ten stawał przynajmniéj na pomostach, aby się przypatrzeć i oczyma za szczęśliwemi pogonić... W te dni było o czém mówić i czém się podwójnie niepokoić. Wrócą, nie wrócą! co ich tam spotka? Nuż czerń napadnie!
Do późnego wieczora wyglądano, upatrywano, a gdy się orszak z lasu wytknął, dopieroż wołanie — Jadą! zwierza wloką! Jadą!
Otwierały się jako na przyjęcie zwyciężców powracających wrota, radość na chwilę i ciekawość ożywiała wszystkich, kupili się ku wnijściu na powitanie... A potém u ogniska w wielkiéj izbie, było co do późnéj opowiadać nocy, kto lepiéj oszczepem cisnął, kto prędzej zabiegł drogę, kto dobił upadłe zwierzę, kto ranione dogonił. Gdy się takich wycieczek kilka powiodło, a w żadnéj z nich nie spotkali nikogo, stary Belina téż nie był przeciwny łowom, które zasilały oblężonych. Mięso łosie solono i w beczki zamykano, aby się na późniejszy czas zaopatrzyć. Poszło we zwyczaj niemal codzień z kolei, kilku lub kilkunastu młodszych wypuszczać ze psy, aby szczęścia próbowali. Rzadko się trafiło, by wrócili z nie wielką zdobyczą. Lasy były zwierza pełne, a że w dalszych ostępach płoszyły je przechodzące zbrojne kupy, chroniło się to bliżéj Horodyszcza, gdzie ciszéj było i spokojniéj. Jednego dnia Mszczuj téż zmęczony próżnémi czaty na piękną Kasię, która się nie pokazywała, zapragnął pójść z innemi. Sprzykrzyło mu się czekać na brata, którego powrotu codzień się spodziewał, chcąc z nim razem spiknąć się na młodego Belinę, aby go od Spytkownéj odsadzić. Wszebor powinien był już przyjść nazad, jeżeli nie zginął. Mówiono o tém co dnia, a Spytkowa za jedno ręczyła tylko, że jéj wierny sługa Sobek nie zaginie i z największego potrafi się wyśliznąć niebezpieczeństwa.
Ranek tego dnia, gdy Mszczuj się wybierał, mglisty był i chłodny, dla psów co po wilgoci łatwiéj zwierza tropiły, dobry, dla myśliwych nie powabny. Wszelako, naparli się ruszyć, bo im miejscowi ludzie dobrą knieję ukazać obiecywali, i zawczasu dziesięciu młodzieży, dobrze zbrojnych, tak, aby się i z ludźmi zmierzyć nie lękali — za wrota się wydobyli. Mszczuj, który po raz pierwszy od zamknięcia na Horodyszczu, dostał się na swobodę, poweselał, gdy z téj ciasnoty dobywszy się, szerokie ujrzał pole i lasy... Dusza mu się rozradowała, a że i inni z tąż ochotą jechali, żwawo się w puszczę za przewodnikiem posunęli.
Kto nie siedział zamknięty, ten tylko nie wie, z jakiém uczuciem odzyskuje człowiek tę ruchu swobodę, która mu do życia jest potrzebną. W pierwszéj chwili wszelka pamięć się zaciera tego, co nastąpić może — choćby jutro wróciły zapory — ale dziś tchnąć jest czém i głową o ścianę człek się nie rozbija. Mszczuj zanucił piosnkę sam nie wiedząc jak, a gdy własny głos posłyszał, uląkł się go. Zamilkł.
Zaledwie wjechawszy w puszczę, szczęśliwie trafili na sarn stado, dwie padło, radość była wielka... Z tą lepszą otuchą szli daléj, gdzie im łosie przyobiecywano... W istocie udało się im je ostąpić na łące, lecz czujne stado ruszyło wnet, a drodze stojący Janek Kaniowa, który im zaprzeć chciał drogę, obalony z koniem został i stratowany. Mimo to dwa łosie były ranne, za niemi puścili się w pogoń myśliwi, bo zwalniały kroku i krwią broczyły. Ciskano i strzelano, usiłując je dostać. Zwierz silny mimo ran uchodził, zapędzili się za niemi głębiéj w puszczę, niż chcieli i było dobrze z południa, gdy jednego z łosiów dostawszy nareszcie, do powrotu się brać zaczęli. Nim za chrapy uwiązano do koni, co za sobą wlec miały, nim się obwołali wszyscy łowce, a Kaniowę zbitego na nosze między konie włożono, zmierzchać po trosze zaczęło. Pospieszyć było nie sposób, tak, że przewodnik dopiero ku nocy powrót na Horodyszcze obiecywał. Już byli na wpół drogi ku niemu, gdy Mszczuj na parę staj i przed sobą ujrzał dwukonnych, a po jednym z koni zdało mu się, iż poznał brata. Serce w nim było poczciwe, choć krew gorąca, żal jaki oba do siebie mieli wnet ustąpił, puścił się za koniem, nawołując Wszebora.
On to w istocie był, wracający z wyprawy swéj. Z równą radością oba rzucili się na szyję i ściskać poczęli; drudzy téż nadjeżdżający jęli witać przybywającego, zarzucając pytaniami. Wszebor dowiadywał się gorąco, co się na Horodyszczu działo, a cieszył tém, iż ich na łowach spotkał, bo to samo dowodziło, iż gródek nie był obsaczony... Radując się tak wszyscy, wcale już zapomnieli, iż na ostrożności mieć się było potrzeba. Noc nadchodziła ciemna, gdy na skraju lasu stanęli.
Sobek, który przodem i teraz jechał, nagle syknął, nakazując się strzymać... Teraz się dopiero opamiętali i oczy zwrócili na dolinę...
Zostawili ją zrana wyjeżdżając, pustą, teraz w mroku nocy ujrzeli nad rzeczką porozpalane ogniska... Było ich kilka tylko, ale około nich dostrzedz było można ruszające się ludu gromady. Nie mogła to być załoga wypuszczona z Horodyszcza, bo nigdy Belina jéj nie dawał ruszać, zwłaszcza pod noc, nawet gdyby umarłego grzebać przyszło, do rana odkładano.
Nie ulegało wątpliwości, iż czerń co na Horodyszcze czatowała, przyszła je osaczać.
Ci, co przed chwilą wesoło jechali jeszcze, spodziewając się dostać na nocleg do swoich, skamienieli na ten widok, który im zgubę wróżył.
Słowa nikt wyrzec nie śmiał. Oglądano się, co czynić z sobą. Niecierpliwi chcieli zwierza rzuciwszy, sami wnet uchodzić w lasy. Sobek stary jeden głowy nie stracił. Zbliżył się do Wszebora i Mszczuja, zalecając im, ażeby cicho stanąwszy pod drzewami powrotu jego czekali.
Nadzieja nie była stracona, jak mówił — kupa ludzi nie zdawała się zbyt liczną. Sama liczba ognisk dowodziła, iż przybyła gromada na zwiady i na czaty tylko była wysłaną...
Oddawszy konia Sobek znikł w ciemnościach. Czekano. — Nikt od tych złowrogich ognisk oczów nie mógł odwrócić. Roiło się około nich ludem, którego cienie na jasném tle płomieni i dymów się poruszały. Zdala gwar tylko czasem wiatr ku nim donosił. Na Horodyszczu téż widać było ruch około okopów i po za ostrokołami kilka razy się zapalone żagwie przesunęły — czuwano...
— Dziesięciu dobrze zbrojnych i śmiałych ludzi, gdy się po nocy niespodzianie rzuci, choćby na stu takich, zaledwie w pałki opatrzonych rozbić ich mogą! mówił Wszebor po cichu.
Mszczuj mu potakiwał, inni głowami potrząsali nie na sto, ale na kilka setek licząc gromadę. Pobity Kaniowa jęcząc z noszów głowę podnosił, aby dojrzeć, co się tam w dali ukazywało. Sobka długo z powrotem nie było. Przywlókł się w końcu zdyszany stary, zwiastując, że ludzi było kilkuset może, a między niemi niektórzy lepiéj uzbrojeni dowódzcy. Leżało to nad rzeczką tak, iż lasem okrążając dolinę dokoła, z przeciwnéj strony cichaczem do wrot się było można dostać, nie ocierając się o nich. Trzeba było tylko jechać w milczeniu, bodaj koniom obwiązawszy nogi, żeby tentent ich nie zdradził.
Za radą Sobka poszli wszyscy... Nie rychło wszakże tą drogą na Horodyszcze dostać się było można; i dwa razy przychodziło krętą Olszankę przebywać w bród, a grzęzkie trzęsawisko po kępinach. W milczeniu ruszył pochód ów, ciągle mając na oczach ogniska, którym z różnych stron się mogli przypatrzéć i siłę oblegających mniéj więcéj obliczyć...
Widać było od kraju lasu, jednych piekących nad ogniem mięso, drugich warzących strawę, dokładających ognia. Czuwali wszyscy obawiając się może, aby ich z gródka nocą wycieczka nie napadła. Na Horodyszczu trzecie już kury piejące słychać było, gdy mała gromadka stanęła w tém miejscu, z którego doliną już bez osłony ku Horodyszczu puścić się miała.
Wzięto w pośrodek rannego Kaniowę, który opończą się osłoniwszy, na śmierć się w milczeniu gotował, ścisnęli się jeźdzcy, oszczepy i topory nagotowano i wystąpili z lasu.
Sobek i tu przodował pieszo, konia za uzdę wiodąc za sobą, gotów wrazie niebezpieczeństwa skoczyć na niego... Gromady stały dosyć daleko, nie zważając bardzo na to, co się w pustéj działo dolinie... Niebezpieczeństwo dopiero mogło przyjść, gdy się ku okopom zbliżą, na które ku wnijściu zamkowemu blask od ognisk padał. Wyszedłszy z cienia na oświecone pole, musieli się puścić szybko ku wrotom, tak, aby je miano czas im otworzyć, nimby owa gromada zerwała się i rzuciła za nimi. Wszystko to było umówioném i dotąd wiodło się szczęśliwie. Doliwom, co zdala na gromady patrzeli serce się ściskało, że dla rannego Kaniowy nie mogli wpaść na te kupy, bo się im zdało, iżby im łatwo na karki spadłszy, potłukli.
Sobek téż to odradzał.
Jechali w milczeniu ściśnięci, patrząc ku okopom, ażali ich tam zobaczą, aby wrota dla nich trzymali w gotowości do otwarcia. Gdy na światło wjechali, puścili konie kłusem ku górze... Sobek, który miał oko na wszystko ujrzał w téj chwili, jak około ognisk zaczęli powstawać ludzie, podnosić się i nagle gwar głuchy zmienił się w krzyk straszliwy. Poruszyło się co żyło. Zdążali tymczasem kupką ku wrotom, a Sobek chustą ku ostrokołom znaki dawał... Lecz tuż i gromady się sunęły za nimi, biegły tłumem w nieładzie z podniesionémi pałkami. Doganiały bliżéj coraz naciskając z wrzaskiem. Doliwowie jadący ostatni do toporów się wzięli, bo tuż, tuż czuć było następujących. Kilka strzał świsnęło w powietrzu; pierwsze konie dobiły się do wrót, ale ich nie otwierano jeszcze. Odwrócił się Mszczuj i Wszebor ku obronie, ale zaledwie czas mieli łbami się końskiemi zastawić, gdy już siec było potrzeba, bo ich ręce napastników ściągały z koni...
Chwila to była straszna, nim nareszcie opadły drągi i wrota się otwarły tak, aby pierwsi za nie skryć się mogli. Doliwowie toporami cięli bezprzytomni cofając się ku bramie. Mszczuj miał oszczepem rękę zranioną, Wszebor strzałę w twarzy, gdy z wrzawy i tłoku znaleźli się bezpieczni za wrotami, gdzie oba z koni spadli. Wnet zatrzaśnięto je znowu i na kupę napastników posypały się pociski z za ostrokołu, z pomostu puszczono kłodę, która stoczyła się na karki, obaliła najbliższych, zgniotła kilku, a resztę do ustąpienia zmusiła...
Gdy oba ranni podnieśli się z ziemi okrwawieni, ujrzeli nad sobą starego Belinę, który stał blady i milczący. Po za nim cisnęła się niemal cała ludność Horodyszcza, okrzykując cudownie ocalonych.
Zdziwili się wszyscy ujrzawszy tu Wszebora, który z policzka dobywał uwięzłą strzałę, a krwawą dłoń podawał do uścisku.
Tymczasem na pomostach i okopach, gdzie młody Belina ludźmi zebranemi dowodził, trwała wrzawa, rzucano kamienie, i kupa, co się była nacisnęła ku wrotom, wnet ustępować zaczęła. Szli myśliwi do izby na dole, gdzie im rany trzeba było obmyć i obwiązać...
Popłoszone niewiasty z drugiego podwórza pozbiegały patrzeć choć zdala co się dzieje, wyszła téż i Spytkowa, która Wszebora witała właśnie, gdy Sobek jéj do nóg przypadł.
— Miłościwa pani! zawołał składając ręce — radujcie się, miłościwa pani, niosę wam nowinę dobrą i pozdrowienie. Nasz pan miłościwy żyje! Słysząc to krzyknęła Marta, rzuciła się i padła zemdlona, ale niewiasty ją wnet ocuciły. Była li to radość wielka czy inne uczucie, trudno odgadnąć, to pewna, że się jéj łzy puściły obfite i że całą noc, rozpytawszy wprzód Sobka, jęczała i płakała...
Nikt téż téj nocy, oprócz dzieci nie zasnął na Horodyszczu, czuwano na wałach, w izbie na podwórcach, palono ognie i czekano dnia, ażeby gromadzie, która na dolinie obozowała, lepiéj się przypatrzéć a obliczyć ją. Wszebor choć ranny i obwiązany, był téj myśli, aby jeźli się napastnicy nie zbyt licznymi okażą, wypaść na nich z okopów nagle i szczęścia w otwartém polu próbować.
Belina nie mówił na to nic, lecz się namarszczył tylko, a głową potrząsł znacząco.
Przedewszystkiem musiał opowiadać Doliwa, co w drodze sprawił, widział i z czém powracał.
Było tu dla wszystkich nowin poddostatkiem, jakie komu mogły przypaść do smaku. Potęga Masława dla jednych, nadzieje starego Trepki dla drugich. Umysły się rozgrzały, duch nowy wstąpił. Masław, którego siłę obliczał groźną Wszebor, nie wydawał się strasznym. Ochotniéj wierzyli w powrót Kazimirza i pomoc niemiecką, niż w pogan przewagę.
Z Beliny jednego poznać było trudno, co o obojgu trzymał, twarz starca ani większéj radości, ani trwogi nie zdradzała. Słuchał pilnie, ważył — i milczał.
Wszebor, jakeśmy widzieli mniéj miał ufności w posiłkach Kazimirzowi obiecanych, a więcéj się lękał ściągniętych przez Masława tłumów, to i z jego mowy czuć było. Na jednych ona podziałała strach budząc, drugich oburzyła tylko. Nadzieja powrotu Kazimirza i powrotu lepszych czasów, brała górę mimo Wszebora, oblężeni chcieli się trzymać do ostatka, choćby o wodzie i polewce, odejmując od ust sobie, by dłużéj wytrwać mogli. Wśród gwaru zdań sprzecznych, zwracali się ku stojącemu zawsze w milczeniu starcowi, jakby zdania jego pytali. Gdy ucichło nieco, Belina głowę podniósł.
— Opatrzeć wrota! stróże na miejsca. Czujność na wałach!
I więcéj nie rzekłszy, powoli się oddalił.






VIII.



Nazajutrz na grodzisku od świtu ruch był ogromny; wszystko się wysypało ku ostrokołom, aby się gromadom, które nadciągnęły, przypatrywać. Bojaźliwe nawet niewiasty z dachów i wietrzników wyglądały.
Gdy dobrze rozedniało, postrzeżono w dolinie obozowisko wczorajsze, rozpierzchłe, nie zdające się przygotowywać jeszcze do napaści. Jedni przy ogniach gotowali strawę, drudzy około koni chodzili, inni zdali się odpoczywać — kilku tylko na koniach objeżdżali do koła horodyszcze, przyglądali mu się ze wszech stron, próbowali brodu na rzeczce i trzęsawicy na moczarach. Z téj strony bowiem, z któréj horodyszcze wodą i niemi było okolone, okopy były niższe, zaniedbane, ostrokoły gorsze, a w niektórych miejscach, gdzie poopadały, pozatykano dziury płotami staremi i darnem.
Belina, który się rozglądał ciągle, dostrzegł łatwo, że na tę stronę rachować musiano, zwłaszcza gdyby mrozy, których lada dzień się można było spodziewać, nadeszły.
Sam on teraz dopiéro widział, iż gródek od rzeczki łatwiejszym był do zdobycia, i, nie tracąc czasu, wnet ludzi zpędzić kazał, aby okopy poprawić, a ostrokoły umocnić. Drzewa na nie inaczéj dostać nie było można, jak rozbierając szopy, pod któremi się ludzie w słotny czas tulili — a nie było co rozmyślać i część schronienia tego musiano poświęcić.
Wzięto się wnet do roboty...
Popłoch, jaki przybycie gromad sprawiło na zamku, odbijał się w całym życia jego trybie. Na mszę świętą ojca Gedeona, zeszli się wszyscy, a niewiasty, słuchając jéj, płakały i zawodziły. Ranni i bezsilni, co pod dachem musieli pozostać, rozprawiali bez miary. Tym co nie robili nic, to co robiono, wydawało się niedostateczném i niedobrém. Wszebor, co w lepszego nic nie wierzył, pomimo to miał ochotę do wycieczki.
— Nie mamy nic do stracenia, mówił — tak czy inak ginąć nam potrzeba, przynajmniéj się człek krwi paskudnéj napije i gniew spędzi na karkach téj dziczy...
Wszedł na to ciągle się krzątający i obchodzący wszystkie kąty Belina, sprawa się wytoczyła do niego, wąsa pokręcił.
— Ani się ważcie! — rzekł. — Tu nikt bezemnie kroku nie stąpi, a ja mówię wam — nie pozwalam.
— Dla czego? — spytał Wszebor.
Belina głowę podniósł.
— Dlaczego? — powtórzył — a no się o to pytać mnie nikt tu prawa nie ma. Jam tu pan i wódz. Powiem wam jednak dla czego. Dla tego że ja w wybawienie wierzę i będę się trzymał do ostatka, a bezpotrzebnie kropli krwi wylać nie dam.
To rzekłszy, Belina się obejrzał tylko i poszedł wolnym krokiem nie czekając odpowiedzi.
Wszebor się namarszczył, a słuchać musiał. — I on i brat od dnia wczorajszego chodzili chmurni na Belinów wszystkich. — Przyczyną tego było, że im Tomko dziewczę bałamucił. Choć śmierć, głod, nędza była za pasem, na kochanie jeszcze czasu stało. Gorzéj, bo im ta miłość nie w porę, do tego co na tę porę czynić było trzeba, ochotę odbierała. — Dziewczę im więcéj było w sercu i głowie, niż przyszłe horodyszcza losy. Poswarzyli się byli o nie między sobą, a teraz oba jéj dostać nie mogąc, pojednali się, byle jéj trzeciemu nie dać.
Bałamuctwo to było młodzieńcze, a no w tym wieku dzieje się tak, że gdy się zawróci w głowie, na nic się nie pamięta.
Do Tomka Beliny żaden z nich gadać nie chciał, zobaczywszy go zdala, odwracali się, choćby do ściany, aby go nie widzieć i w oczy mu nie patrzeć.
Wszebor szczególniéj, którego i Spytkowa przyjęła nie po dawnemu, chodził zły, a wszystko mu się na horodyszczu wydawało nie do rzeczy, i złe a nieopatrzne. Miał on tego ducha w sobie, że i przeciwić się drugim lubił i samby był rad rej wodził. Z Beliną starym, ni jedno ni drugie nie szło. Krótkiém słowem odprawiał, nie dopuszczając sprzeczki, a nad sobą przewodzić nikomu nie dał. I Mszczuj, który podobną miał naturę do brata, już to był wypróbował.
Teraz oba pokwaszeni zbliżyli się ku sobie, aby razem narzekać. Po wyjściu starego z izby, został w niéj tylko u komina Lasota, w kącie Toporczyk, na ziemi potłuczony Kaniowa i kilku innych niedobitków... Czas jakiś panowało milczenie, Wszebor chodząc, mruczał tylko coś sam do siebie gadając. Drudzy go oczyma mierzyli.
Wreszcie tyle się w nim uzbierało przekory i niesmaku, że coraz głośniéj, wpół do siebie, wpół do drugich, u ogniska stanąwszy, mówić zaczął.
— To się wszystko na nic nie zdało! — mówił. — Na Masława tu czekać, jedno co na śmierć. — Przyjdzie on z taką gromadą, że nam wały jak mrowie okryje i bronić się nie starczy czém. Jeść codzień jest mniéj, wkońcu nas głód zmoże. Człek po poléwce siły nie ma...
Słysząc to niektórzy, ku niemu pozwracali głowy.
— A cóż czynić? — spytał Lasota — kiedyś taki mądry? co lepszego.
— Niewiasty i chorych w środek zabrać, zbrojnym się ludem otoczyć — i przebojem uchodzić w lasy — zawołał Wszebor. Trafiemy na Trepkę, albo na innych, złączym się z niemi, a choćby ginąć przyszło — toć razem!!
— A ludziska te co się schronili tak jak bez broni — cóż z niemi? — spytał Toporczyk.
— Im czerń nie zrobi nic, ich i horodyszcze można porzucić, żałować nie ma czego, — mruczał Wszebor. — Co my dla nich ginąć mamy? Tym się nic nie stanie!
Nie odpowiedziano Wszeborowi.
— Kto wie co lepsze? — mruknął Kaniowa.
— Belina stary uparty, mówić z nim o tém nawet nie można — dodał Lasota.
— W łasce Bożéj ufa — rzekł Toporczyk. — Słyszeliście co O. Gedeon codzień powtarza.
— Dobra łaska Boża, a no człek się i sam ratować powinien — dodał Wszebor. — Belinie swojego dostatku i ojcowizny żal, dla tego nas tu gotów wszystkich zamorzyć, by przy swych śmieciach pozostał.
Syknął stary Lasota.
— Nie mów tego...
— Co nie mam mówić gdy myślę! — odrzekł Wszebor.
Zamilkli inni, gdy z kąta jakiś drab wychudły do Doliwy przystąpił.
— Hm! — rzekł — albo to my jego niewolnicy, czy co, byśmy koniecznie słuchali? Mamyć rozum swój i wolę swą, zbierzmy się do kupy i idźmy w las, kto nam zabroni? Ci co chcą tutaj gnić — wola ich. —
Wszebor tak pochwycony za słowo, zmięszał się nieco. Widział po twarzach innych, że z nim trzymać nie chcieli, dał temu co tak wystąpił jawnie, znak, by zamilkł.
Stary ów, chudy, obwinięty opończą na gołe ciało ziemianin, zamruczawszy znów, w kąt poszedł. Mszczuj brata za rękę pociągnął.
— Chodźmy ztąd. I poszli na wały we dwu się naradzać.
Tym co pozostali, oprócz siedzącego w kącie, wystąpienie Wszebora się nie podobało, milczeli długo. Lasota się marszczył i wzdychał.
— Jak się weźmie waśń o to co czynić, — przebąknął w końcu — a na dwoje się tu rozdzielemy — pewna zguba.
— E! — rzekł Toporczyk z kąta. — Ja Doliwów obu znam, na przekorę zawsze gotowi, ale u nich w gębie wszystko, wygadają się, wyswarzą — przyjdzie do roboty, pójdą z drugiemi.
— Dajże Boże — zakończył Lasota — ja ich téż z dzieci znam, warchołowate plemie, choć serca poczciwe...
Doliwowie wyszedłszy we dwu, poczęli wnet narzekać, a jeden drugiemu oleju do ognia dolewać. Wszebor na Beliny starość i niedołęztwo walił wszystko, Mszczuj mu pomagał.
— Oni nas tu wszech zgubią! — wołał.
— Doczekawszy Masława na horodyszczu, tylko się spowiadać na śmierć, więcéj nic — mówił Wszebor. — Nie obroniemy się im. Zabraknie wszystkiego.
— Kiedy tak — dodał Mszczuj — zbierajmy tych co z nami równo myślą i, choćby bramę łamać przyszło, idźmy ztąd precz...
— Zbierzemyż my ich dużo? — spytał Wszebor.
Mszczuj o tém nie wątpił. — Naradzać się poczęli w cichości, pochyliwszy jeden drugiemu do uszu. — Wszebor tylko żałował, że się wygadał zawczasu a nieostrożnie, aby Lasota z drugiemi nie donieśli Belinom i nie miano ich na oku. Mszczuj, który gorętszy jeszcze był od brata, lekce to sobie ważył.
— Trzeba swoje robić po cichu — musi się udać. — Ale — dodał głos zniżając — cóż my Spytkową tu im z córką mamy zostawić? hę!
— Niedoczekanie — zawołał Wszebor.
— A jak z nami nie zechce?
Spojrzeli sobie w oczy i poszeptali po cichu.
— Czemu nie można? — głośniéj rzekł Mszczuj. — Usta choćby zawiązać przyszło i na ręku je wynosić, toć to dla ich ocalenia.
— Porwiemy! no dobrze, byleśmy moc mieli, odparł Wszebor — a potém co?
Z téj wielkiéj zgody przed chwilą, nagle w oczach ogień zapłonął. Wahał się jeden i drugi powiedzieć co myśli, ani ten ni ów ustąpić nie chciał. Zrozumiawszy to, bo się znali dobrze — umilkli...
Wszystko się o dziewczynę rozbiło, daléj nie szło. Jeden się za ostrokół zapatrzył, drugi w podwórze i stali tak, nie mówiąc już do siebie. Wszystkie ich gorące myśli ochłódły. — Nierychło dopiéro Wszebór rzekł.
— Swoje robić trzeba — a co potém — to nasza sprawa, rozsądzim się między sobą.
Mszczuj nic nie rzekł, ramieniem tylko ruszywszy.
— Każdy w swą stronę — zakończył Wszebor — trzeba z ludźmi gadać i do rozumu ich przyprowadzić.
Poszli tedy jeden w lewo, drugi w prawo poza ostrokołami, gdzie ziemian ciągle stało mnóstwo, gromadkami, przypatrując się obozowisku. Wszebor do jednych się przyłączył, Mszczuj do drugich.
Belinowie tymczasem we dwu, przybrawszy sobie do pomocy kilku zaufanych, nad ludem stali, co przy okopach od rzeczki pracował. Tu ziemię noszono, koły wbijano, a nieopodal szopę walono, aby z niéj drzewo obrobić na pale. Nie szło to raźno, ludzie byli i leżeniem i złą strawą i długiém rozleniwieniem, osłabli... Dano tego dnia po kawałku mięsa, po kubku kwaśnego piwa, i to nie pomogło wiele.
W dolinie do południa jak stali ci co przyciągnęli, tak się nie ruszyli. Miano ich na oku. Najadłszy się i napiwszy dopiéro, kilku się ich na koniach ku wrotom poczęło przysuwać. Dano znać Belinie, który co najlepszych z łukami postawił u wrót i kazał, gdy na strzał przyjdą, — puścić na nich strzały. Lecz że widzieli gotowość po okopach, stanęli w takiéj odległości, iż ich dosiądz nie było można. A że cisza była wielka, bo i wiatru najmniejszego, słowa zdaleka dolatywały.
Pijana gromada krzyczała ku grodzisku, — potrząsając powrozami, które u pasów miała.
— Gotujcie ręce na pęta.... Niedługo was wykurzym z téj jamy!
A tu z wałów nawzajem jak huknęli:
— Psie syny! pogany! zbóje... Niedoczekanie wasze! Wszyscy tu padniecie!!
Z jednéj i z drugiéj strony pięści powystawiano, i co kto miał na sercu i w gębie wyplunął.
Na kilka pacierzy trwało to nawoływanie z jednéj i drugiéj strony, aż w sobie żółć poruszyli, tak, że owa dzicz poczęła się rwać ku wrotom, zapomniawszy niebezpieczeństwa, a ci co za ostrokołami stali, na wpół się przez nie powychylali. Z tyłu kilku łuki napięło i strzały świsnęły od horodyszcza.... Jedna z nich oko napastnikowi wybiła! chwycił się za nie i z konia ztoczył. — Drudzy dopiero opamiętawszy się, porwali go i przeklinając a łając, do swego obozu wrócili.
Tak zszedł prawie cały dzień w nieustannym ruchu i zajęciu, a na Doliwów chodzących tu i owdzie, nie wiele zważano. — Wszeborowi się chciało dostać koniecznie do Spytkowej, albo ją ku sobie wyprosić, ale Sobek powiadał, że cały niemal dzień przeleżała płacząc, i nie mogąc się utulić, tak ją wiadomość o mężu poruszyła.
Ku wieczorowi przecie się to jakoś uśmierzyło, bo choć z oczyma zapłakanemi, ujrzano wychodzącą na wyżki, panią Martę, a Wszebor jak tylko to dojrzał, zaraz ku niéj pospieszył. Chociaż zakaz był dla mężczyzn, iż się do niewiast na pomost dobywać nie było im wolno, nie zważał na to Doliwa.
Pani mu była dosyć rada, że tak żwawo się do niéj garnął, choć to już teraz na nic przydać się nie mogło. Wszeborowi szło o to, aby ją tu pobuntować i do dobrowolnego ujścia z horodyszcza namówić, bo już się téj myśli zbyć nie mógł. — Przystąpił więc, dowiadując się naprzód o nią i o córkę, a wnet nad nieszczęśliwym stanem horodyszcza poczynając rozwodzić żale.
— My tu nic dobrego nie wysiedzim — odezwał się półgłosem. — Jam ci przecie nie darmo jeździł i zdrowie narażał, na swem oczy widział, jaką ma potęgę Masław. Jak on tu przyjdzie, do nogi nas wybije...
Spytkowa aż krzyknęła.
— Niemaż na to ratunku...
— Byłby, gdyby ludzie rozum mieć chcieli tylko — odezwał się Wszebor — a toć nam się wybić ztąd łatwo, i ze swemi gdzieś połączyć. Nie wszyscy wyginęli. Lepiéj w polu się bronić kupce, niż tu tysiącom w téj dziurze... A no Belina stary uparty...
Na Belinów nic Spytkowa złego słuchać nie była rada. Spojrzała ostro; obawiała się ich, choć nie lubiła.
— Nie mówcie na niego nic — on musi wiedzieć, co czyni!
— A mnie się zda, że już nie wie — odparł Wszebor... Jemu o swoje mienie chodzi, którego dosyć jest, a teby nie rad rzucił.
Głową potrzęsła Marta — nie mówiąc nic.
— Mnie waszéj miłości i córki wielce żal — dodał Doliwa — abyście się przez ten upór na ręce chłopskie nie dostały.
Aż krzyknęła zasłaniając sobie oczy Spytkowa.
— Bóg tego nie dopuści! — zawołała płacząc.
A po chwili rzekła cicho.
— Cóż począć? co począć! Żadnejże nie ma rady?
— Jest ino ta jedna, aby ztąd przebojem uchodzić, póki czas..
— Dokąd?
— Swoich znajdziemy gdzieś, tak jakeśmy teraz ich znaleźli — mówił Doliwa — albo to obozowisko, gdzie waszéj miłości mąż się znajduje, lub inne. Nie wszystko wyginęło rycerstwo...
— Toć i na nie Masław następuje, a nie da mu spoczynku...?
— Ale uchodzić od niego szerokie mamy pole, choćby na Ruś, choć do Niemiec,... wszędzie bezpieczniéj niż tutaj...
Wszebor pochyliwszy się, począł wystraszonéj niewieście w ucho kłaść, iż on z drugiemi, kto wie, może się ważyć będzie, choćby porzuciwszy upartych, ujść z tego zamknięcia. — Jedźcie wasza miłość z nami!
Ulękła się tych wyrazów Spytkowa tak, że się schronić chciała, aby więcéj nie słyszéć, — Wszebor ją zatrzymał gwałtem, zaklinając, aby jeźli sama nie zechce z niemi, przynajmniéj ich nie wydawała Belinom.
Musiała mu tedy na krzyżyku poprzysiądz, iż milczeć będzie, a namyśli się sama co ma czynić. Tak zaś była poruszoną, że już więcéj mówić i słuchać nie mogąc, wnet się do izby zabrała, rozmyślać nad tém co jéj Wszebor powierzył. —
Po twarzy Spytkowéj, gdy wchodziła, poznać mogły niewiasty, które tam siedziały, jak zwykle u ognia i kądzieli, że coś ciężkiego na sercu niosła, tak miała zafrasowane oblicze i zadumane oczy... Nie słyszała pytań, nie widziała dawanych jéj znaków, poszła na swe miejsce i padła na nie, córki nawet, co przeciw niéj wybiegła, nie poznawszy. Nie rychło warczenie wrzecion, śmieszki i mruczenia, wywiodły ją z téj zadumy — Kasia jéj wody przyniosła, łzy otarła i nieco się uspokoiła. —
W niewieściéj izbie dnia tego także niepokój panował. Jedna to druga z kobiet wyrywała się na poddasze, chcąc coś zobaczyć i przynosiła po tém jakieś wieści. Straszyły się wzajem i pocieszały.
Stara Hanna chodziła powoli jak zwykle, na mnogie pytania odpowiadając tylko.
— Tyle już oni razy tu przychodzili, a z niczém odchodzić musieli. Będzie i tym razem toż samo...
Z drugiéj strony te co od mężów i braci zasłyszały, jak Wszebor opowiadał o Masławie, trwożyły się i popłakiwały: — inne o Kaźmirzu i prędkiém wybawieniu marzyły. Niepokój ani prząść dobrze, ani odpocząć nie dawał.
Ile razy Tomko wszedł, padały nań wszystkich wejrzenia, badając go, a na jego, jak na ojca twarzy, nic poznać nie było można, obie spokojne i poważne równie były, czy przychodziło niebezpieczeństwo, czy otucha. Tylko ilekroć się mógł Tomko ze Zdaną zbliżyć do Kasi, wyjaśniały mu się oczy, śmiały usta i zdawał mieć najlepszą nadzieję.
Kasia po powrocie matki przelękłéj, napróżno starała się ją wybadać, nie powiedziała córce nic, popłakiwała cicho i wzdychała.... Gdy Tomko się potém zjawił, tak córce na sercu leżała ta boleść macierzy, że się po cichu Beliny przez Zdanę spytała, czy co nowego nie zaszło, o czémby się jéj matka mogła dowiedzieć.
Belina się namyślił i odpowiedział Zdanie, tak że Kasia słyszeć to mogła, boć się jéj przytém wciąż w oczy patrzał — że Spytkowa długo na pomoście z Wszeborem mówiła, pewnie ten jéj jakiego napędził strachu. Przy czém Tomko dodał:
— Obydwa Doliwowie duchy niespokojne, im by się chciało, aby ich jeno słuchano, a dwóch wodzów w jednym grodzie nie może być. Na nich się téż oko i ucho będzie miało, jak należy.
Tomko niedługo tu zabawiwszy, bo od dołu już na niego hukano i wołano, aby do ojca przybywał, w oczy jeszcze spojrzawszy Kasi, która mu rumieńcem odpowiedziała — odszedł.
Bartnik Sobek, choć wczorajszą drogą zbity, choć na spytkach przed swą panią długo stać musiał — ledwie jaką godzinę wyleżawszy koło koni na słomie, bo innego miejsca nie miał i nie chciał, wstał zaraz, nie mogąc w bezczynności wstrzymać. — Człek był już tak z natury swéj ruchawy i ciekawy, któremu, gdy nic nie czynił, ręce świerzbiały. Innego czasu, albo chodaki plótł, albo koszyki, lub wici kręcił i sznury, a gdy i tego nie było, łuczywo drobne szczépał. A gdy ręce pracowały, okiem téż i uszami na wszystkie strony czuwał. Nie uszedł mu szmer żaden, nie prześlizgnęło się, czegoby nie zobaczył. — I nie darmo tak czuwał, bo zawsze i ze szmeru i z cienia coś umiał wyciągnąć — tego dnia téż powlókł się Sobek naprzód z drugiemi pod ostrokół na wały, a choć drudzy tu od rana do nocy przebyli, zapatrzywszy się na gromadę, on długo nie wytrwał. Obrócił się do robotników na drugą stronę i tu znowu: przystanąć dłużéj nie było wygodnie, bo się ludzie ruszali i mijali, a w ciasnocie potrącali i jeden drugiemu zawadzał.
Obszedłszy grodzisko, Sobek powrócił do szopy koni. — Ściana tylko z płotu przegradzała go od téj kleci, pod którą się tuliło zbiegowisko prostego ludu w pierwszém podwórcu. — Choć ztąd dużo wypędzono na robotę przy wałach, zostali starsi, żony i dzieci.
Szmer i płacz i stękania słychać było. Sobek sparłszy się o ścianę, pół drzemał, pół myślał, jakąby rękom dać robotę. Nie było się do czego wziąć... Gdy tak dumał, głosy z za chróścianéj ściany poczęły go dochodzić, których, choć słuchać by był nie chciał, to musiał. — Narzekania to były.
— Oni o sobie myślą — mówił głos stary — co im tam, gdy z nas który zdechnie, aby sami byli cali..
— Z głodu mrzemy — rzekł drugi.
— Jeszcze do roboty pędzą, choć jeść nie dają, wtrącił głos kobiecy.
— Dobrze tym, co pomarli! — mówił inny — ot poszli do swoich i biedy nie zaznają...
— To się dopiero teraz zacznie, jak nas zewsząd osaczą — rzekł stary głos. — Oni będą z łuków strzelali, a my musim ciężkie belki dźwigać i kamienie; a kogo strzała popadnie, jeśli nie nas! Oni mają zbroje i kaftany i tarcze, a my co? Sukmanę strzała przebije.
— Pewnie, pewnie — żywiéj począł inny — a no, niech nadejdzie więcéj, trzeba sobie rady dawać... Nie myślą o nas, pomyślemy o sobie. Co nam zrobią, gorszego ot tamci? Taż to nasi... Jak się z niemi zwąchamy, niech ziemianie idą w pęta... my choć na pogorzeliska wróciemy.
— A jakże z niemi się dogadać? — odparł stary — abo to łatwo? Myślisz, oni na nas oka nie mają, albo nam wierzą? Wiedzą oni, co u nas pod skórą.
— Dogadać się — podchwycił pierwszy — albo to sposobu nie ma?
— A jakiż? jaki?
— Nocką się spuścić z wałów łatwo — rzekł śmiejąc się zapytany.
Była chwila milczenia długa i szepty.
— Tak i zrobić — rzekł stary — a nie, to wyzdychamy wszyscy...
— Pogadajcie z Rzepcem, pogadajcie z Wiechanem.
— Czemu nie.
— Trzeba myśleć o sobie...
Szeptano tak, że Sobek szmer tylko słyszał, potém złe śmiechy tłumione, prędkie i żywe mruczenie. Ale tego co pochwycił, dosyć mu było.
Ostrożnie wstał ze słomy, aby nie posłyszano go, chwilę postał, zawrócił z szopy na pierwsze podwórze, chcąc na oczy widzieć tych, co się tak naradzali. Gdy okrążywszy budowlę, przed wrota przybył, gdzie się ci ludzie na rozmowę zebrali, nie znalazł już nikogo, tylko dwie kobiety, z których młodsza dziecię karmiła, a stara pokryta płachtą ogromną, drzemała przy niéj. — Reszta czy spłoszona czém, czy z innéj jakiéj przyczyny się rozeszła.... Imiona tylko Rzepca i Wiechana mógł Sobek zapamiętać.
Przypadek mu dozwolił wpaść na trop niebezpieczeństwa, którego się nikt nie domyślał może. Starego dreszcze przebiegły. Co miał czynić nie wiedział sam. Śledzić daléj, czy dać znać komu było potrzeba? — A nuż gadanie próżnémby się okazało, a popłoch daremny? Sobek co życie spędził przy dworze ze swojemi panami i przywiązanym był do nich i jéj sprawy, strwożył się i zasępił.
Wysunął się już o mroku z szopy i z podwórca i poszedł ku drugiemu obejściu, czatować na starego Belinę. Zobaczył go zdala wydającego spokojnie rozkazy, popatrzał nań, żal mu się zrobiło straszyć go lada paplaniną.
Cofnął się więc, rachując, że mu jego siermięga i stan dozwolą podsłuchać więcéj i lepiéj, nimby miał rzucić trwogę. Żal mu téż było może ludzi, na którychby spadła groza i kara, gdy w istocie głód przez nich mógł mówić tylko i znękanie. —
Stał jeszcze Sobek rozglądając się po podworcach obu, na których wśród mroku świeciły porozpalane łuczywa, gdy z za domostwa krzyk i wrzawa ogromna słyszeć się dały...
Ludzie biegli w tamtą stronę...
— Strzelaj! bij — wołano.
Belina stary rzucił się także, pospieszył Sobek, wrzawa rosła coraz i krzyki.
Nikt nie wiedział co się stało... Dopiéro zbliżywszy się ku wałom, dopytał stary, że o mroku ktoś z załogi spuścił się z ostrokołów i ku gromadzie oblegających uszedł, choć strzał kilka za nim puszczono.


KONIEC I. TOMU.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.