Ludzkie, arcyludzkie/Znamiona wyższej i niższej kultury

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

224.

Uszlachetnianie przez zwyrodnienie. – Historia poucza, że to plemię pewnego ludu najlepiej się zachowuje, w którym przeważająca część ludzi posiada żywe poczucie wspólnoty dzięki temu, że wyznaje jednakowe, uświęcone zwyczajem i nieulegające dyskusji zasady, a więc posiada wspólną wiarę. Tutaj krzepną dobre, uczciwe obyczaje, tutaj uczą jednostkę posłuszeństwa, a charakter jej niby upominek otrzymuje stałość, którą potem jeszcze w niej kształcą. Niebezpieczeństwem, które grozi takim silnym społecznościom, opartym na jednorodnych, posiadających charakter indywiduach, jest stopniowo potęgujące się przez dziedziczność zgłupienie, które jak cień postępuje zawsze za stałością. Są to bardziej niezawisłe, o wiele mniej pewne i moralnie słabsze indywidua, od których zależy w takich społecznościach postęp duchowy: są to ludzie, którzy próbują nowinek i w ogóle różności. Niezmierna ilość ich ginie wskutek słabości, nie zostawiając bardzo widocznego śladu; ale w sumie, jeśli przy tym mają potomstwo, rozluźniają społeczność i zadają czasami ranę jej pierwiastkom stałym. Właśnie w tym zranionym i osłabionym miejscu niby zaszczepia się całej istocie coś nowego; siła jej jednak w ogóle musi być dosyć wielka, żeby mogła tę nowinkę do krwi wziąć i zasymilować. Natury wyradzające się są nadzwyczaj ważne wszędzie, gdzie ma nastąpić postęp. W ogóle każdy postęp musi poprzedzać częściowe osłabienie. Natury najsilniejsze zachowują typ, słabsze przyczyniają się do jego rozwoju. – Coś podobnego dzieje się z poszczególnymi ludźmi; rzadko zwyrodnienie, kalectwo, nawet występek i w ogóle cielesne lub duchowe braki bywają bez korzyści z innej strony. Na przykład człowiek chorowity pośród wojowniczego i niespokojnego plemienia może będzie miał więcej okazji do życia dla siebie i przez to do stania się spokojniejszym i mądrzejszym; jednooki będzie miał pozostałe oko silniejsze; niewidomy będzie głębiej przenikał wnętrze rzeczy i w każdym razie słyszał lepiej. Z tego względu osławiona walka o byt nie wydaje mi się jedynym punktem widzenia, z którego można wyjaśnić postęp lub wzmocnienie człowieka lub rasy. Raczej muszą się spotkać dwie rzeczy różne: po pierwsze wzrost siły stałej wskutek związku duchów w wierze i w poczuciu wspólnoty, następnie możliwość osiągnięcia celów wyższych przez to, że zjawiają się natury zwyrodniałe i że dzięki nim następuje częściowe osłabienie i uszkodzenie siły stałej; właśnie natura słabsza jako delikatniejsza i bardziej niezawisła czyni postęp w ogóle możliwym. Naród w pewnym miejscu nadwerężony i osłabiony, ale w ogóle jeszcze silny i zdrowy, jest zdolny wessać zarazek nowości i wcielić go w siebie z korzyścią. Gdy chodzi o jednostkę, zadanie wychowania jest następujące: dać jej podstawę tak mocną i pewną, żeby, biorąc ogólnie, nie mogła być zawrócona z drogi. Następnie jednak wychowawca powinien jej zadawać rany, lub rany, którymi ją razi los, spożytkować, a kiedy tak powstaną ból i potrzeba, w miejscach zranionych można też zaszczepić coś nowego i szlachetnego. Cały jej organizm wchłonie to w siebie, i później, w owocach, dadzą się spostrzec ślady uszlachetnienia. – Co się tyczy państwa, Machiavelli mówi, że "forma rządów ma bardzo małe znaczenie, chociaż ludzie półwykształceni myślą inaczej. Głównym celem sztuki politycznej powinna być trwałość; przeważa ona wszystko inne, będąc o wiele cenniejszą od wolności". Tylko przy dobrze ugruntowanej i poręczonej wielkiej trwałości stały rozwój i uszlachetniające szczepienie w ogóle są możliwe. Wprawdzie autorytet, niebezpieczny towarzysz wszelkiej trwałości, zwykle będzie się przeciw temu bronić.


225.

Wolny duch – pojęcie względne. – Wolnym duchem nazywa się tego, kto myśli inaczej niż spodziewamy się po nim na podstawie jego pochodzenia, otoczenia, stanu i urzędu lub na podstawie panujących w danym okresie poglądów. On jest wyjątkiem, duchy zależne są regułą; te zarzucają mu, że jego wolnomyślicielskie zasady pochodzą z manii zwracania na siebie uwagi lub wręcz każą wnioskować o wolnym postępowaniu, to jest takim, które nie daje się pogodzić z moralnością zależną. Czasami mówią też, że te lub owe wolnomyślicielskie zasady należy przypisywać przewrotności lub umysłowej egzaltacji; tak jednak mówi tylko złośliwość, która sama nie wierzy w to, co mówi; lecz chce przez to szkodę wyrządzić: albowiem wolny duch ma zwykle wypisane na obliczu świadectwo większej dobroci i bystrości umysłu tak czytelnie, że duchy zależne rozumieją to dostatecznie. Ale dwa inne wywody wolnomyślności są pomyślane uczciwie; rzeczywiście, wiele duchów wolnych powstaje jednym lub drugim sposobem. Mimo to jednak zasady, do których przyszły owymi drogami, mogłyby być prawdziwsze i pewniejsze niż zasady duchów zależnych. W odkrywaniu prawdy chodzi o to, żeby się ją miało, nie o to, z jakiego popędu jej się szukało, na jakiej drodze ją się znalazło. Jeśli wolne duchy mają słuszność za sobą, to nie mają jej duchy zależne; obojętne przy tym, czy pierwsze doszły do prawdy przez niemoralność, a drugie z moralności dotychczas upierają się przy błędzie. – Zresztą nie jest to rzeczą istotną w duchy wolnym, czy posiada poglądy prawdziwsze, tylko raczej czy się wyzwolił z zasad tradycyjnych z dobrym czy złym skutkiem. Zazwyczaj jednak będzie miał prawdę, lub przynajmniej ducha poszukiwania prawdy, po swojej stronie: on domaga się przyczyn, inni wiary.


226.

Pochodzenie wiary. – Duch zależny zajmuje pewną pozycję nie wskutek pewnych przyczyn, lecz z przyzwyczajenia; bywa na przykład chrześcijaninem nie dlatego, że zbadał rozmaite religie i dokonał między nimi wyboru; jest Anglikiem nie dlatego, że się zdecydował na Anglię, lecz że znalazł przed sobą chrześcijaństwo i Anglię, i zgodził się na nie bez przyczyn jak ktoś, co urodziwszy się w kraju produkującym wino, używa tego napoju. Później, kiedy był chrześcijaninem i Anglikiem, wynalazł może przyczyny, przemawiające za tym przyzwyczajeniem; można te przyczyny obalić, przez to jednak nie wyważa go się z jego położenia. Zmuście go na przykład, żeby przytoczył swoje argumenty przeciw bigamii, dowiecie się wtedy, czy jego święty zapał dla monogamii opiera się na przyczynach, czy na przyzwyczajeniu. Przyzwyczajenie do zasad nieumotywowanych nazywa się wiarą.


227.

Ze skutków sądząc o zasadzie i braku zasady. – Wszystkie urządzenia państwowe i porządki społeczne: stany, małżeństwo, wychowanie, prawo, wszystko to zawdzięcza swą siłę i trwałość jedynie temu, że wierzą w nie umysły zależne – więc temu, że nie są uzasadnione, przynajmniej, że się usuwa kwestię ich uzasadnienia. Do tego właśnie umysły zależne nie chcą się przyznać; czują one dobrze, że to jest pudendum. Chrześcijaństwo, które było bardzo niewinne w swoich pomysłach intelektualnych, nie zauważyło nic z tego pudendum, żądało wiary i niczego więcej oprócz wiary, a żądania uzasadnienia odtrącało z namiętnością; wskazywało na zbawienne skutki wiary: sami poczujecie korzyści wiary, tłumaczyło, posiądziecie szczęśliwość dzięki niej. W rzeczywistości państwo postępuje tak samo i każdy ojciec w ten sposób wychowuje swego syna: uważaj to tylko za prawdę, mówi, poczujesz, jak z tym dobrze. To jednak znaczy, że pożytek osobisty, jaki przynosi pewna opinia, powinien dowodzić jej prawdziwości; opłacalność jakiejś nauki ma być gwarancją jej intelektualnej pewności i służyć za uzasadnienie. Jest to tak, jak gdyby oskarżony mówił do trybunału: obrońca mój mówi czystą prawdę, bo patrzcie tylko, co wypływa z jego mowy – to, że zostanę uniewinniony. – Ponieważ umysły zależne wyznają swoje zasady ze względu na ich pożytek, przypuszczają więc tak samo o duchu wolnym, że poglądy jego mają także na celu jego pożytek i że tylko to uważa za prawdę, co mu popłaca. Ponieważ jednak jemu, jak się wydaje, pożytek przynosi co innego niż jego ziomkom i towarzyszom, poczytują jego zasady dla siebie za niebezpieczne; mówią oni lub czują tak: nie może on mieć słuszności, gdyż nam szkodę wyrządza.


228.

Silny i dobry charakter. – Ograniczenie poglądów, które wskutek przyzwyczajenia stało się instynktem, prowadzi do tego, co się nazywa mocą charakteru. Kiedy ktoś w postępowaniu kieruje się nielicznymi, lecz zawsze tymi samymi motywami, postępki jego nabywają wielkiej energii; kiedy te postępki zgadzają się z zasadami duchów zależnych, zyskują uznanie i w dodatku wywołują w tym, kto je spełnia, poczucie czystego sumienia. Nieliczne motywy, postępowanie energiczne i czyste sumienie stanowią to, co się nazywa mocą charakteru. Człowiek z silnym charakterem nie zna wielu możliwości i sposobów postępowania; umysł jego jest zależny, spętany, ponieważ w danym wypadku ukazuje mu tylko może dwie możliwości; między nimi z konieczności musi wybierać zgodnie z całą swoją naturą i czyni to łatwo i szybko, ponieważ nie ma do wyboru między pięćdziesięcioma możliwościami. Otoczenie wychowujące człowieka chce uczynić każdego niewolnikiem, stawiając mu zawsze przed oczami najmniejszą liczbę możliwości. Wychowawcy postępują z jednostką tak, jakby była ona wprawdzie czymś nowym, ale miała się stać powtórzeniem. Jeśli z początku człowiek zjawia się jako coś niewiadomego, coś, co nigdy przedtem nie istniało, to trzeba go sprowadzić do czegoś znanego, do czegoś, co było przedtem. Dobrym charakterem nazywa się w dziecku to, co dowodzi, iż poddaje się niewolniczo temu, co było; stając po stronie duchów zależnych, dziecko obwieszcza przede wszystkim rozbudzenie się w nim zmysłu społecznego; kierując się zaś tym zmysłem społecznym, staje się w przyszłości pożytecznym swemu państwu lub klasie.


229.

Miara rzeczy u duchów zależnych. – O czterech rodzajach rzeczy mówią duchy zależne, że są słuszne. Po pierwsze: wszystkie rzeczy trwałe są słuszne; po drugie: wszystkie rzeczy, które nie są dla nas uciążliwe, są słuszne; po trzecie: wszystkie rzeczy, które nam korzyść przynoszą, są słuszne; po czwarte: wszystkie rzeczy, dla których ponieśliśmy ofiary, są słuszne. To ostatnie tłumaczy na przykład, dlaczego wojna rozpoczęta wbrew woli ludu bywa prowadzona dalej z zapałem od chwili, kiedy poniesiono dla niej ofiary. Duchy wolne, które wytaczają swą sprawę na forum duchów zależnych, muszą dowieść, że duchy wolne istniały zawsze, więc że wolnomyślność posiada trwałość; następnie, że nie chcą wyrządzać przykrości, i w końcu, że w sumie przynoszą korzyść duchom zależnym; lecz ponieważ co do tego ostatniego nie mogą przekonać duchów zależnych, na nic im to, chociaż dowiodą pierwszego i drugiego punktu.


230.

Esprit fort. – W porównaniu z tym, po czyjej stronie jest tradycja, kto dla swego postępowania nie potrzebuje żadnego uzasadnienia, wolny duch jest zawsze słaby, mianowicie w postępowaniu; albowiem zna za wiele motywów i punktów widzenia i dlatego ma niepewną, niewprawną rękę. Jakiż jest więc środek, żeby uczynić go jednak stosunkowo silnym, żeby się przynajmniej przebił przez życie i nie przepadł bez śladu? Jak powstaje duch silny (esprit fort)? W pewnym szczegółowym wypadku jest to pytanie, jak powstaje geniusz. Skąd pochodzi energia, nieugięta siła, wytrwałość, z jaką jednostka, wbrew tradycji, kroczy do zdobycia całkowicie indywidualnego poznania świata?


231.

Powstawanie geniusza. – Przemyślność, z jaką więzień szuka środków swego wyzwolenia, najbardziej cierpliwe zużytkowywanie z najzimniejszą krwią każdej najmniejszej korzyści, może pouczyć, jakimi środkami posługuje się niekiedy natura, żeby geniusza – wyraz, który proszę pojmować bez żadnej domieszki mitologicznej i religijnej – do życia powołać: zamyka go do ciemnicy i drażni do najwyższego stopnia jego żądzę wolności. – Lub za pomocą innego obrazu: ktoś, kto, idąc przez las, zupełnie zgubił swą drogę, lecz z niezwykłą energią dąży w jakimkolwiek kierunku ku otwartemu polu, odnajduje czasami nową drogę, której nikt nie znał: tak powstają geniusze, których oryginalność wysławia się. – Wspomniano już, że kalectwo, zwyrodnienie, poważniejszy brak pewnego organu często bywa okazją, że inny organ niezwykle dobrze się rozwija, ponieważ, oprócz swojej własnej, spełnia jeszcze inną funkcję. Tym można sobie tłumaczyć pochodzenie niejednego świetnego talentu. – Te wskazówki ogólne o powstawaniu geniusza należy zastosować do specjalnego wypadku, powstawania doskonałego ducha wolnego.


232.

Przypuszczenie o pochodzeniu wolności ducha. – Jak rosną lodowce, kiedy w krajach równikowych słońce z większym niż dawniej żarem zapala morze, tak bardzo silna, zataczająca coraz szersze kręgi wolność ducha widać jest świadectwem, że gdzieś żar uczucia wzrósł nadzwyczajnie.


233.

Głos historii. – Na ogół historia zdaje się uczyć o wytwarzaniu geniusza w następujący sposób: znęcajcie się nad ludźmi i dręczcie ich – tak woła do namiętności, zazdrości, mściwości i żądzy przewyższania innych – doprowadzajcie ich do ostateczności, rzucajcie jednego przeciw drugiemu, lud przeciw ludowi i to wiekami całymi! Wtedy może buchnie płomieniem, jakby od przelatującej obok iskry, zbudzona przez nie straszliwa energia, w jednej chwili światło geniuszu wola, jak rumak zdziczały od ostrogi jeźdźca, wybuchnie wtedy i przerzuci się na inną dziedzinę. – Kto by zdał sobie sprawę, jak powstaje geniusz, i chciał praktycznie przeprowadzić sposób, jakiego przy tym używa natura, musiałby być akurat tak zły i bezwzględny jak sama natura. – Ale być może, żeśmy się przesłyszeli.


234.

Wartość stanowiska w połowie drogi. – Może wytwarzanie geniusza jest przeznaczone tylko pewnej ograniczonej epoce ludzkości. Nie można bowiem oczekiwać, żeby przyszłość ludzkości dała to wszystko, co mogły wytworzyć tylko całkiem określone warunki pewnej jakiejś przeszłości; na przykład zadziwiające skutki uczucia religijnego. Ono samo miało swój czas; i wiele bardzo dobrych rzeczy nie może już nigdy istnieć, ponieważ tylko dzięki niemu zjawić się mogły. Nigdy już na przykład nie będzie istniał ograniczony przez religię horyzont życia i kultury. Być może, że sam typ świętego jest możliwy tylko przy pewnych uprzedzeniach umysłowych, z którymi, jak się zdaje, na całą przyszłość sprawa została załatwiona. I podobnie najwyższy rozkwit inteligencji może jest przeznaczeniem pewnej szczególnej epoki ludzkości: wystąpił – i występuje, żyjemy bowiem jeszcze w tej epoce – kiedy nadzwyczajna, długo gromadzona energia woli skierowało się dzięki dziedziczności wyjątkowo ku celom duchowym. Skończy się ów rozkwit, kiedy przestanie się hodować i tę dzikość, i tę energię. Ludzkość zbliża się może do połowy swej drogi, do połowy czasu swego istnienia, jest może bliższa swego właściwego celu niż końca. Być może, że na przykład siły, które były warunkiem istnienia sztuki, całkowicie znikną; przyjemność z kłamstwa, z niedokładności, z symbolizmu, z upojenia, z ekstazy mogłaby pójść w pogardę. Tak, jeśli kiedyś życie zostanie urządzone w doskonałym państwie, to z teraźniejszości nie można będzie zaczerpnąć absolutnie żadnego motywu do poezji, i wtedy tylko ludzie zacofani pożądaliby poetycznej nierzeczywistości. Ci w każdym razie spoglądaliby poza siebie z tęsknotą, ku czasom państwa niedoskonałego, społeczeństwa wpół barbarzyńskiego, ku naszym czasom.


235.

Geniusz i państwo idealne w sprzeczności. – Socjaliści pragną dobrobytu dla jak największej liczby ludzi. Gdyby rzeczywiście zdobyto trwałą ojczyznę tego dobrobytu, państwo doskonałe, dobrobyt ten zniszczyłby podłoże, na którym wyrastają wielkie umysły i w ogóle jednostki potężne: mam na myśli silną energię. Urzeczywistniwszy takie państwo, ludzkość byłaby zbyt wyczerpana, żeby móc jeszcze wytwarzać geniusz. Czy nie należałoby zatem życzyć sobie, żeby życie zachowało swój charakter gwałtowny i żeby wciąż na nowo powstawały dzikie siły i energie? Tymczasem serce gorące, współczujące pragnie właśnie usunięcia tego gwałtownego i dzikiego charakteru, a serce najgorętsze, jakie można sobie wyobrazić, właśnie pragnąć będzie tego najnamiętniej: a jednak ta jego namiętność swój ogień, swoje ciepło, nawet swoje istnienie zaczerpnęła z owego dzikiego i gwałtownego charakteru życia; serce gorące pragnie więc usunięcia swego fundamentu, zniszczenia samego siebie, to znaczy wreszcie: chce czegoś nielogicznego, nie jest inteligentne. Najwyższa inteligencja i najgorętsze serce nie mogą istnieć obok siebie w jednej osobie, i mędrzec, który wypowiada sąd o życiu, wznosi się też ponad dobroć i zapatruje się na nią tylko jako na coś, co należy oszacować również przy ogólnym obrachunku życia. Mędrzec musi przeciwdziałać owym wybujałym życzeniom nieinteligentnej dobroci, ponieważ chodzi mu o dalsze istnienie swego typu, o powstanie najwyższego intelektu; przynajmniej nie będzie on pomagał w założeniu "państwa doskonałego", ponieważ mają się w nim znaleźć tylko jednostki bezsilne. Chrystus natomiast, którego możemy sobie też wyobrazić jako najgorętsze serce, domagał się ogłupienia ludzi, stając po stronie ubogich duchem, i wstrzymywał wytworzenie się największego intelektu: i było to konsekwentne. Jego przeciwieństwo, doskonały mędrzec – to można z góry przewidzieć – z równą koniecznością sprzeciwiać się będzie wytworzeniu Chrystusa. – Państwo jest mądrą instytucją do wzajemnej obrony jednostek przed sobą: jeśli przesadzimy w uszlachetnianiu go, w końcu indywiduum zostanie przezeń osłabione, nawet rozpuszczone w nim – tym sposobem pierwotny cel państwa całkowicie unicestwiony.


236.

Strefy kultury. – W przenośni można powiedzieć, że epoki kultury odpowiadają różnym pasom klimatycznym, tylko że leżą jedna za drugą, a strefy geograficzne jedna obok drugiej. W porównaniu z umiarkowaną strefą kultury, do której przejść jest naszym zadaniem, przeszłość, biorąc ogólnie, robi wrażenie klimatu podzwrotnikowego. Kontrasty gwałtowne, nagła zmiana dnia i nocy, żar, wspaniałość barw, cześć dla wszystkiego, co niespodziewane, tajemnicze, straszliwe, nagłość burze, wszędy rozrzutne przepełnienie rogów obfitości natury: a przeciwnie, w naszej kulturze niebo jasne, chociaż nieświecące, czyste, ciągle prawie jednakowe powietrze, ostrość, a nawet niekiedy chłód: tak stają jedna wobec drugiej dwie strefy. Kiedy widzimy, jak tam wyobrażenia metafizyczne z niesamowitą siłą poskramiają i kruszą najwścieklejsze namiętności, mamy takie uczucie, jak gdyby na naszych oczach potworne węże podzwrotnikowe miażdżyły w swych skrętach dzikie tygrysy; w naszym klimacie duchowym nie ma takich stosunków, nasza wyobraźnia jest umiarkowana; nawet w marzeniu sennym nie zdarza się nam nic takiego, co dawniejsze ludy widywały na jawie. Ale czy nie powinniśmy z tej zmiany być szczęśliwi, przyznając nawet, że wskutek zniknięcia kultury podzwrotnikowej artyści ponieśli istotną szkodę, i nas, nieartystów, uważają za zbyt trzeźwych? W tym znaczeniu artyści mają może słuszność, zaprzeczając "postępowi", ponieważ w istocie: można co najmniej wątpić, czy ostatnie trzy tysiące lat wykazuje postęp w sztukach; tak samo filozof metafizyczny, w rodzaju Schopenhauera, nie będzie miał żadnego powodu do uznania postępu, jeśli ogarnie spojrzeniem ostatnie cztery tysiące lat z punktu widzenia filozofii metafizycznej i religii. Dla nas jednak samo istnienie strefy umiarkowanej kultury jest już postępem.


237.

Odrodzenie i reformacja. – Odrodzenie włoskie kryło w sobie wszystkie siły pozytywne, którym zawdzięczamy kulturę nowoczesną: więc wyzwolenie myśli, pogardę dla autorytetów, zwycięstwo wykształcenia nad pychą rodową, zapał do nauki i naukowej przeszłości ludzi, oswobodzenie jednostki, żarliwość w prawdomówności i odrazę do pozorów i fałszywych efektów (która to żarliwość wybuchła w mnóstwie charakterów artystycznych, żądających od swych dzieł z największą czystością moralną tylko doskonałości i nic oprócz doskonałości), co więcej, odrodzenie posiadało siły pozytywne, które w naszej kulturze nowoczesnej nie doszły dotychczas do dawniejszej swej potęgi. Pomimo wszystkich plam i występków był to wiek złoty tego tysiąclecia. Przeciw niemu powstaje reformacja niemiecka jako energiczny protest duchów spóźnionych, które się jeszcze nie nasyciły całkowicie światopoglądem średniowiecznym, a oznaki jego rozkładu, nadzwyczajne zbanalizowanie życia religijnego i zobojętnienie na nie odczuwały z głębokim smutkiem, zamiast z radością, jakby tak należało. Ze swoją północną siłą i uporem odrzuciły znowu w tył ludzi, wywołały kontrreformację, to jest obronne chrześcijaństwo katolickie, z gwałtami stanu oblężenia i opóźniły o dwa do trzech wieków przebudzenie się i panowanie nauk, i być może na zawsze uniemożliwiły stopienie się ducha starożytnego z nowoczesnym. Wielkie zadanie odrodzenia nie mogło być doprowadzone do końca, przeszkodził temu protest zapóźnionego ducha niemieckiego (który w średniowieczu miał dosyć rozumu, żeby na swoje zbawienie raz po raz przechodzić przez Alpy). Przypisać to należy przypadkowi nadzwyczajnej konstelacji politycznej, że Luter wówczas został uratowany, a ów protest zyskał na sile: cesarz bowiem bronił go, żeby użyć jego nowinki jako narzędzia ucisku przeciw papieżowi; i po cichu sprzyjał mu również papież, żeby protestanckich książąt Rzeszy użyć przeciw cesarzowi jako przeciwwagi. Gdyby nie ten szczególny zbieg zamiarów, Luter zostałby, jak Hus, spalony, a jutrzenka oświaty wzeszłaby może nieco wcześniej i w blasku piękniejszym niż to możemy przeczuwać obecnie.


238.

Sprawiedliwość względem stającego się Boga. – Kiedy przed wzrokiem rozpościera się cała historia kultury niby zamęt złych i szlachetnych, prawdziwych i błędnych wyobrażeń, i kiedy na widok tej fali niejeden czuje, jak gdyby dostawał choroby morskiej, rozumie się wtedy, jaką pociechę zawiera wyobrażenie Boga, który się staje: odsłania się on coraz bardziej w przemianach i losach ludzkości, nie wszystko jest ślepą mechaniką, bezsensowną i bezcelową igraszką wzajemną sił. Uczynienie ze stawania się Boga jest metafizycznym okienkiem – wychodzącym niby z latarni morskiej na historię – w którym zbyt historycznie myślące pokolenie erudytów znajdowało pociechę; nie należy się więc gniewać na nie, chociażby to wyobrażenie było najbardziej błędne. Tylko ten, kto jak Schopenhauer zaprzecza rozwojowi, nie czuje też wcale nędzy tego historycznego powrotu fal, zapewne też dlatego, że o tym stającym się Bogu i potrzebie jego hipotezy nic nie wie, nic podobnego nie czuje, słusznie go może uczynić przedmiotem pośmiewiska.


239.

Owoce według pory roku. – Każda lepsza przyszłość, której życzy się ludzkości, jest także z konieczności pod wieloma względami gorszą przyszłością: jest to bowiem złudzeniem przypuszczać, że nowy, wyższy stopień ludzkości złączy w sobie wszystkie zalety wcześniejszych stopni, i na przykład musi wytworzyć też najwyższą formę sztuki. Raczej każda pora roku ma swoje zalety i powaby i wyłącza inne. To, co wyrosło z religii i w jej sąsiedztwie, nie może się odrodzić, kiedy religia jest zburzona: co najwyżej zbłąkane, późne pędy mogą wywołać podobne złudzenie, tak samo jak wybuchające na pewien czas wspomnienie o sztuce starożytnej: stan, który zdradza wprawdzie poczucie straty, braku, ale nie jest wcale dowodem siły, z której by mogła powstać nowa sztuka.


240.

Rosnąca powaga świata. – Im wyższa jest kultura pewnego człowieka, tym więcej dziedzin broni się przed żartem, ośmieszaniem. Voltaire serdecznie był wdzięczny niebu za wynalezienie małżeństwa i kościoła: jako że tym tak dobrze przysłużyło się naszej zabawie. Lecz on i jego epoka, i przed nim wiek szesnasty, wyśmiali te tematy do cna; wszystko, co dziś ktokolwiek skwituje dowcipem w tej materii, jest spóźnione, a przede wszystkim zbyt tanie, żeby miało zachęcić nabywców. Dziś pytamy o przyczyny; jest to wiek powagi. Komu jeszcze zależy obecnie, żeby ujrzeć w świetle żartu różnicę między rzeczywistością i pretensjonalnym pozorem, między tym, czym człowiek jest, a tym, co chce udawać; poczucie tego kontrastu działa całkiem inaczej, gdy doszukujemy się przyczyn. Im gruntowniej kto rozumie życie, tym mniej się wyśmiewa; może tylko w końcu śmieje się jeszcze z "gruntowności swego rozumienia".


241.

Geniusz kultury. – Gdyby ktoś chciał sobie wyobrazić geniusz kultury, jak by go też przedstawił? Używa on kłamstwa, gwałtu, najbezwzględniejszego egoizmu jako narzędzi z taką pewnością, że można by go było nazwać tylko złą, demoniczną istotą; ale cele jego, tu i ówdzie przeświecające, są wielkie i dobre. Jest to Centaur, pół zwierzę, pół człowiek, i w dodatku ma jeszcze skrzydła anielskie u czoła.


242.

Wychowanie cudowne. – Zainteresowanie wychowaniem staje się bardzo silne dopiero wtedy, kiedy porzucamy wiarę w Boga i jego opiekę: tak samo jak sztuka lekarska mogła zakwitnąć dopiero wtedy, kiedy ustała wiara w cudowne uzdrowienia. Dotychczas jednak wszyscy bez wyjątku wierzą jeszcze w wychowanie cudowne: spośród największego nieładu, zamętu celów, nieprzyjaznych okoliczności, w oczach wszystkich wszak wyrastali najpłodniejsi, najpotężniejsi ludzie: jakżeby to mogło dziać się naturalnym sposobem? – Obecnie i w tych wypadkach będą się wkrótce przyglądać bliżej, staranniej badać: cudu nie odkryją tam nigdy. W jednakowych warunkach ustawicznie ginie mnóstwo ludzi, jedno uratowane indywiduum staje się dlatego silniejsze, że zniosło te złe warunki dzięki niespożytej wrodzonej sile i siłę tę jeszcze wyćwiczyło i pomnożyło: tak objawia się cud. Wychowanie, które przestało wierzyć w cuda, będzie musiało uważać na trzy rzeczy: po pierwsze, jak dużo dana jednostka odziedziczyła energii? Po drugie, przez co może być zapalone jeszcze nowe źródło energii? Po trzecie, jak dane indywiduum daje się dopasować do tych tak różnorodnych wymagań kultury, żeby go one jednak nie niepokoiły i jednolitości jego nie rozszczepiały – krótko mówiąc, w jaki sposób indywiduum może być wciągnięte do kontrapunktu prywatnej i publicznej kultury, w jaki sposób może prowadzić jednocześnie melodię i będąc melodią, jednocześnie służyć jej za akompaniament?


243.

Przyszłość lekarza. – Nie ma dziś zawodu, który by pozwalał na tak wielkie doskonalenie, jak zawód lekarza; szczególnie kiedy lekarze duchowi, tak zwani pasterze dusz, nie mogą już odprawiać swych czarów za ogólną aprobatą i kiedy człowiek wykształcony odwraca się od nich. Lekarz nie osiągnął obecnie jeszcze najwyższego wyrobienia duchowego, jeśli zna najlepsze metody nowoczesne, jest w nich ćwiczony i umie wyciągać owe błyskawiczne wnioski ze skutków o przyczynach, dla których diagnostycy są sławni: oprócz tego musi posiadać wymowę, która do każdego umie się zastosować i wszystko spod serca wydobyć, męskość, której sam widok odstrasza już małoduszność (owego robaka, toczącego wszystkich chorych), giętkość dyplomaty w stosunkach z tymi, którzy do wyzdrowienia potrzebują wesela, i tymi, którzy dla zdrowia muszą (i mogą) się weselić, przenikliwość agenta policyjnego i adwokata, żeby rozumieć tajemnice duszy, nie zdradzając ich przy tym – mówiąc krótko, lekarz dobry potrzebuje teraz sposobów i przywilejów sztuki wszystkich innych zawodów: tak uzbrojony jest w stanie stać się dobrodziejem całego społeczeństwa, a to przez pomnażanie dobrych dzieł, radości i płodności duchowej, przez uchronienie od złych myśli, uprzedzeń, łajdactwa (których wstrętne źródło tak czesto kryje się w podbrzuszu), przez utworzenie arystokracji duchowo-cielesnej (za pomocą łączenia lub zakazywania małżeństw), przez dobroczynne usunięcie wszystkich tak zwanych mąk duchowych i zgryzot sumienia: wtedy dopiero z "konsyliarza" stanie się Zbawicielem, nie potrzebując przy tym czynić żadnych cudów; zbyteczne też, żeby się miał dać ukrzyżować.


244.

W sąsiedztwie obłędu. – Suma uczuć, wiadomości, doświadczeń, czyli cały ciężar kultury, wzrósł tak niepomiernie, że zbytnie podrażnienie sił nerwowych i myślowych jest powszechnym niebezpieczeństwem, że nawet klasy wykształcone w krajach europejskich do gruntu są neuropatyczne i prawie każda z większych rodzin w osobie jednego z członków sąsiaduje z obłędem. Wprawdzie zabiega się obecnie wokół zdrowia na wszelkie sposoby; ale co do rzeczy głównej, jak poprzednio, zachodzi potrzeba zmniejszenia owego naprężenia uczucia, owego przygniatającego brzemienia kultury, które gdyby nawet musiało być okupione wielkimi poświęceniami, daje nam wielką nadzieję nowego odrodzenia. Chrześcijaństwu, filozofom, poetom, muzykom zawdzięczamy mnóstwo uczuć głęboko wzruszających: żeby one nas nie pochłonęły, musimy wywołać ducha nauki, który na ogół czyni człowieka nieco chłodniejszym i bardziej sceptycznym, a mianowicie ostudza płomienny strumień wiary w prawdy ostateczne; przede wszystkim winne temu chrześcijaństwo, że stał się on tak porywający.


245.

Odlewanie dzwonu kultury. – Kultura powstała jak dzwon, pod płaszczem z grubszej, ordynarniejszej materii: nieprawda, gwałt, nieograniczone rozpościeranie się każdego oddzielnego ja, wszystkich poszczególnych narodów, były tym płaszczem. Czy czas zdjąć go teraz? Czy płyn zakrzepł, czy dobre, pożyteczne popędy, przyzwyczajenia umysłu szlachetniejszego stały się tak pewne i powszechne, że nie trzeba już szukać oparcia w metafizyce i błędach religii, że nie trzeba żadnych surowości i gwałtów jako najpotężniejszego łącznika między człowiekiem i człowiekiem, ludem i ludem? – Żeby odpowiedzieć na to pytanie, nie pomoże nam żaden palec Boży: nasz własny rozum musi tu rozstrzygać. Rządy nad ziemią musi sam człowiek ująć w swe ręce, jego "wszechwiedza" musi bystrym swym okiem czuwać nad dalszym losem kultury.


246.

Cyklopi kultury. – Kto patrzy na owe poszarpane kotliny, w których spoczywały lodowce, uważa niemal za niemożliwe, że przyjdzie czas, kiedy na tym samym miejscu będzie się rozpościerała dolina porosła zielenią i lasem i poprzerzynana strumieniami. Tak się też dzieje z historią ludzkości; najdziksze siły trzebią drogę, z początku siejąc spustoszenie, ale mimo to działalność ich była potrzebna, aby później w tym miejscu łagodniejsze obyczaje rozbiły swe namioty. Straszliwe energie – to, co złem się nazywa – są cyklopowymi budowniczymi i twórcami dróg ludzkości.


247.

Bieg kołowy ludzkości. – Być może cała ludzkość jest tylko fazą rozwoju pewnego gatunku zwierzęcego o trwaniu ograniczonym: tak iż człowiek, który powstał z małpy, znowu obróci się w małpę, a nie będzie przy tym nikogo, kto by się choć trochę zainteresował takim zadziwiającym rozwiązaniem komedii. Tak samo jak z upadkiem kultury rzymskiej i jego najważniejszą przyczyną, rozpowszechnieniem się chrześcijaństwa, zapanowało w obrębie państwa rzymskiego ogólne zeszpecenie człowieka, tak by też przypuszczalny upadek ogólnej kultury ziemskiej mógł sprowadzić o wiele potężniejsze zeszpecenie i w końcu zezwierzęcenie człowieka, aż do powrotu do stanu małpiego. – Właśnie ponieważ tę perspektywę możemy przewidywać, jesteśmy też może w stanie takiemu końcowi zapobiec.


248.

Mowa pocieszająca zrozpaczonego postępu. – Nasz czas robi wrażenie stanu przejściowego; dawne poglądy na świat, dawne kultury w części jeszcze istnieją, nowe nie ugruntowały się jeszcze i nie nabrały siły przyzwyczajenia, dlatego też nie są ani stałe, ani konsekwentne. Wygląda tak, jak gdyby we wszystkim panował chaos, stare przepadało, nowe nic nie było warte i stawało się coraz słabsze. Ale tak samo bywa z żołnierzem, który się uczy maszerować: przez pewien czas jest mniej pewny i bardziej bezradny niż kiedykolwiek, ponieważ mięśnie poruszają się to według starego, to według nowego systemu i żaden z nich nie zwycięża jeszcze ostatecznie. Chwiejemy się, ale nie trzeba, żebyśmy przez to stawali się bojaźliwi i nową zdobycz porzucali. Zresztą nie możemy powrócić do przeszłości, spaliliśmy okręty; pozostaje nam tylko być mężnymi, cokolwiek by miało z tego wyniknąć. – Kroczmy no tylko, ruszajmy tylko z miejsca! Może nasze postępowanie jednak okaże się kiedyś niby postępem; jeśli zaś nie, to niechże i do nas stosują się słowa Fryderyka Wielkiego, i to jako pocieszenie: "Ah, mon cher Sulzer, vous ne connaissez pas assez cette race maudite, à la quelle nous appartenons".


249.

Cierpieć z powodu przeszłości kultury. – Kto sobie wyjaśnił problem kultury, doświadcza podobnego uczucia, jak ten, kto odziedziczył bogactwa, zdobyte środkami nieprawymi, lub jak książę, który rządzi dzięki gwałtom, spełnionym przez swych przodków. Ze smutkiem myśli o swoim pochodzeniu, często odczuwa wstyd, często rozdrażnienie. Cała suma siły, chęci do życia, uciech, którą poświęca swej własności, często równoważy się głębokim znużeniem; nie może on zapomnieć o swoim pochodzeniu. Ze smutkiem spogląda ku przyszłości: jego potomkowie, wie o tym z góry, będą cierpieli z powodu przeszłości tak, jak on.


250.

Maniery. – Dobre maniery znikają, w miarę jak słabnie wpływ dworu i niedostępnej arystokracji; ich zanik z każdym dziesięcioleciem można wyraźnie obserwować, jeśli się ma oczy otwarte na występy publiczne: jakże bowiem one widocznie stają się coraz bardziej gminne. Nikt już nie umie z talentem złożyć hołdu i pochlebić; stąd zdarzają się śmieszne wypadki, że kiedy trzeba obecnie kogoś uczcić (na przykład wielkiego męża stanu lub artystę), zapożycza się mowy, jaką przemawia głębokie uczucie, wierna i niezachwiana poczciwość – z zakłopotania i z braku talentu i wdzięku. Toteż publiczne uroczyste spotkanie się ludzi wydaje się coraz bardziej niezręczne, ale bardziej uczuciowe i serdeczniejsze, chociaż takim nie jest. – Czyż jednak maniery wciąż mają spadać coraz niżej? Zdaje się raczej, że maniery opisują głęboką krzywą i że zbliżamy się obecnie do najniższego jej punktu. Dopiero kiedy społeczeństwo nabierze pewności swych celów i zasad, tak iż te będą w stanie wytwarzać formy (kiedy tymczasem maniery nabyte z dawniejszych stanów, wytwarzających formy, coraz słabiej udzielają się przez dziedziczność i wychowanie), powstaną też maniery w obejściu, gesty i sposoby obcowania, które będą się wydawały tak konieczne, proste i naturalne, jak są te cele i zasady. Lepszy podział czasu i pracy, ćwiczenia gimnastyczne przemienione w towarzyszy pięknych wczasów, częstsze i bardziej ścisłe rozmyślanie, które samemu ciału udziela wyrazu mądrości i giętkości, pociągają to wszystko za sobą. – Tutaj wprawdzie można by sobie przypomnieć z pewną ironią naszych uczonych, albowiem czyż oni, którzy przecież chcą być zwiastunami nowej kultury, rzeczywiście wyróżniają się lepszymi manierami? Oczywiście, że nie, chociaż duch ich może jest dość skory do tego: lecz ciało ich jest mdłe. Przeszłość kultury jeszcze jest zbyt potężna w ich mięśniach: pozycja ich jest jeszcze zbyt niewolnicza; dotąd są jeszcze na pół świeckimi duchownymi, na pół zależnymi wychowawcami ludzi i klas wyższych; prócz tego pedanteria naukowa i przestarzałe, bezduszne metody uczyniły ich niedołęgami i mumiami. Są więc oni, w każdym razie co do ciała, a często także co do trzech czwartych ducha, ciągle jeszcze dworakami starej, zgrzybiałej nawet kultury i jako tacy sami zgrzybiali; duch nowy, który czasami łomocze się w tych starych domostwach, tymczasem czyni ich tylko mniej pewnymi i bojaźliwszymi. Kołaczą się w nich zarówno upiory przeszłości, jak upiory przyszłości: co za dziw, iż nie mają przy tym najlepszej miny, że posiadają nie najprzyjemniejsze ułożenie?


251.

Przyszłość nauki. – Temu, kto nad nią pracuje i czyni w niej poszukiwania, nauka dostarcza wiele zadowolenia, temu, kto uczy się jej wyników, bardzo mało. Lecz ponieważ wszystkie ważne prawdy naukowe muszą stopniowo stawać się codziennymi i pospolitymi, znika więc i ta odrobina zadowolenia: jak od dawna na przykład przestaliśmy się cieszyć z nauki tak godnej podziwu tabliczki mnożenia. Jeśli więc nauka sama przez się dostarcza coraz mniej przyjemności, a ujmuje przyjemności coraz więcej przez to, iż wzbudza podejrzenie względem metafizyki, religii i sztuki, które są pocieszycielkami: wysycha w ten sposób owo największe źródło przyjemności, któremu ludzkość zawdzięcza niemal całe swe człowieczeństwo. Dlatego też kultura wyższa musi dać człowiekowi mózg podwójny, jakby dwie komory mózgowe, jedną do odczuwania nauki, drugą do odczuwania tego, co nie jest nauką: leżące obok siebie, nie mieszające się, dające się oddzielać, dające się zamykać: tego wymaga zdrowie. W jednej dziedzinie znajduje się źródło siły, w drugiej regulator: złudzenia, jednostronność, namiętności mają ogrzewać, wiedza poznawcza ma zapobiegać złym i niebezpiecznym skutkom przegrzania. – Jesli się nie stanie zadość temu wymaganiu kultury wyższej, dalszy przebieg rozwoju ludzkiego można przepowiedzieć niemal z pewnością: zainteresowanie się prawdą znika, w miarę jak prawda zapewnia mniej przyjemności; złudzenie, błąd, wyobraźnia jako związane z przyjemnością, znowu zdobywają sobie krok za krokiem grunt, który niegdyś zajmowały: ruina nauki, powrót do barbarzyństwa jest najbliższym tego skutkiem; ludzkość musi na nowo rozpocząć swą tkaninę, spruwszy ją, niby Penelopa, podczas nocy. Ale kto nam zaręczy, że zawsze znajdzie do tego siłę?


252.

Przyjemność z poznawania. – Dlaczego poznawanie, żywioł badacza i filozofa, jest związane z przyjemnością? Po pierwsze i przede wszystkim dlatego, że człowiek poznający staje się świadomy swej siły, a więc z te samej przyczyny, z jakiej ćwiczenia gimnastyczne, nawet bez świadków, sprawiają przyjemność. Po drugie – w chwili poznawania badacz wznosi się nad dawniejsze wyobrażenia i ich przedstawicieli, staje się zwycięzcą lub przynajmniej sądzi, że nim jest. Po trzecie, ponieważ przez najmniejsze nawet nowe poznanie zdaje nam się, że się wznosimy ponad wszystkich, że jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy w tej kwestii mają słuszność. Te trzy powody przyjemności są najważniejsze, istnieją przecież, zależnie od natury poznającego, inne jeszcze przyczyny uboczne. Wcale niemały ich spis znajduje się w miejscu, w którym by się go nie szukało, mego pisma parenetycznego o Schopenhauerze: ze sporządzonego tam spisu każdy doświadczony sługa poznania może być zadowolony, chociażby nawet niechętnie widział ów ironiczny nalot, jaki wydaje się leżeć na owych kartach. Jeżeli bowiem jest prawdą, że na powstanie uczonego "musi się złożyć mnóstwo bardzo ludzkich popędów i popędzików", że uczony jest wprawdzie bardzo szlachetnym, ale wcale nie czystym metalem i "składa się z zawikłanego splotu bardzo rozmaitych bodźców i pobudek": stosuje się to samo do powstawania i istoty artysty, filozofa, geniusza moralnego – i jakby nie brzmiały wszystkie wielkie nazwy, gloryfikowane w owym piśmie. Wszystko, co ludzkie, ze względu na swój początek zasługuje na rozważanie ironiczne: dlatego w świecie ironia jest tak zbyteczna.


253.

Wierność jako dowód wytrzymałości. – Jest to doskonałą oznaką rzetelności pewnej teorii, jeśli jej twórca w ciągu czterdziestu lat nie odczuł względem niej żadnej wątpliwości; ale twierdzę, że jeszcze nie było filozofa, który by na filozofię, wynalezioną przez siebie w młodości, nie spoglądał z pewnym lekceważeniem – przynajmniej z podejrzliwością. – Lecz być może, że nie mówił publicznie o tej zmianie nastroju, z ambicji lub – co w naturach szlachetniejszych prawdopodobniejsze – z delikatności, żeby oszczędzić swych zwolenników.


254.

Przyrost rzeczy interesujących. – Wskutek postępów kultury wszystko staje się dla człowieka interesującym, wynajduje on szybko stronę pouczającą każdej rzeczy i wskazuje punkt, w którym może ona wypełnić lukę w jego myśleniu lub potwierdzić którą z jego idei. Dzięki temu znika coraz bardziej nuda, jak też nadmierna pobudliwość serca. W końcu krąży on między ludźmi, jak przyrodnik między roślinami, i obserwuje samego siebie jako zjawisko, które pobudza silnie tylko jego żądzę poznawania.


255.

Przesąd co do jednoczesności. – Między rzeczami zachodzącymi jednocześnie istnieje związek; tak się sądzi. Gdzieś daleko umiera krewny, w tym samym czasie śni się nam o nim – a więc! Ale umiera krewnych bez liku i nie śni się nam o nich. Rzecz tak się ma jak z rozbitkami, którzy czynią śluby: wotów tych, którzy poszli na dno, nie widzimy później w świątyni. – Człowiek umiera, sowa huka, zegar staje, wszystko o tej samej godzinie nocnej: czyżby nie miało być między tym związku? Taka poufałość z naturą, jaką każe przypuszczać to przeczucie, pochlebia ludziom. – Ten rodzaj przesądu, w formie wysubtelnionej, odnajdujemy u historyków i malarzy kultury, których myśl o istnieniu obok siebie rzeczy niemających związku ze sobą, w co życie jednostek i ludów tak obfituje, przyprawia o rodzaj wodowstrętu.


256.

W tym, żeby móc, nie żeby wiedzieć, ćwiczy nauka. – Wartość zajmowania się poważnie przez pewien czas nauką ścisłą nie polega właściwie na wynikach: one bowiem, w porównaniu z morzem tego, co wiedzieć warto, będą nieskończenie małą kroplą. Wynika jednak stąd przyrost energii, zdolności wnioskowania, ciągłości w wytrwaniu; nauczono się osiągać cel środkami, zastosowanymi do celu. W tym zatem znaczeniu jest rzeczą bardzo cenną, ze względu na wszystko, czym człowiek później się zajmuje, żeby przedtem był człowiekiem naukowym.


257.

Młodzieńczy powab nauki. – Poszukiwanie prawdy posiada teraz jeszcze powab, ponieważ ona wszędzie odbija silnie od błędu, który zestarzał się i stał się nudny; powab ten znika coraz bardziej. Teraz żyjemy wprawdzie jeszcze w młodzieńczej epoce nauki i ubiegamy się o względy prawdy jak o względy ładnej dziewczyny; jakże jednak będzie, kiedy pewnego dnia stanie się wiekową, pochmurnie spoglądającą niewiastą? Niemal we wszystkich naukach pogląd zasadniczy albo dopiero znaleziono w czasach najnowszych, albo go jeszcze szukają; o ileż bardziej pociąga taki stan niż ten, kiedy wszystko, co istotne, zostanie znalezione, a dla badacza pozostanie tylko skąpe pokłosie jesienne (które to uczucie można poznać w pewnych naukach historycznych).


258.

Statua ludzkości. – Geniusz kultury postępuje jak Cellini, kiedy odlewał statuę Perseusza: groziło niebezpieczeństwo, że masy płynnej nie wystarczy, ale ponieważ musiało jej wystarczyć, rzucał więc półmiski i talerze, i co mu tylko w ręce wpadło. Tak samo i ów geniusz wrzuca błędy, występki, nadzieje, omamy i inne rzeczy, jak z gorszych, tak i szlachetniejszych metali, ponieważ statua ludzkości musi powstać i być skończona; cóż na tym zależy, że tu i ówdzie użyje się materiałów podlejszych?


259.

Kultura męska. – Kultura grecka epoki klasycznej jest kulturą męską. Co się tyczy kobiet, to Perykles w swej mowie pogrzebowej wypowiada wszystko w tych wyrazach: "najlepiej dla nich, kiedy mężczyźni między sobą jak najmniej o nich mówią". Stosunek erotyczny mężczyzn do młodzieńców był warunkiem koniecznym i jedynym całego wychowania męskiego, w stopniu niedostępnym naszemu pojmowaniu (mniej więcej jak u nas całe wyższe wychowanie kobiece długo osiągało się tylko przez miłość i małżeństwo); całe idealizowanie siły przez naturę grecką przeniosło się na ten stosunek i prawdopodobnie młodzieńcy nigdy nie byli już traktowani z taką uwagą, z taką miłością, tak wyłącznie ze względu na swe największe dobro (virtus), jak w VI i V wieku – czyli zgodnie z piękną maksymą Hölderlina, "albowiem śmiertelny, kiedy kocha, tworzy rzeczy najlepsze". Im wznioślej pojmowano ten stosunek, tym bardziej obniżało się obcowanie z kobietą: wzgląd na płodzenie dzieci i rozkosz – nic więcej tu w grę nie wchodziło; nie było żadnego obcowania duchowego ani nawet prawdziwej miłości. Jeśli się zważy następnie, że były one wyłączone nawet od igrzysk i widowisk wszelakiego rodzaju, to pozostają tylko obrzędy religijne jako jedyna wyższa rozrywka kobiet. – Jeśli mimo to w tragedii wprowadzano Elektrę i Antygonę, to znoszono to właśnie w sztuce, chociaż nie chciano tego w życiu: jak teraz w życiu nie znosimy patosu, lecz w sztuce chętnie go widzimy. – Kobiety nie miały żadnego innego zadania oprócz tego, żeby wytwarzać piękne, potężne ciała, w których charakter ojca odradzałby się o ile można bez przerwy, i przez to przeciwdziałać wzrastającemu przedrażnieniu nerwów tej tak wysoko rozwiniętej kultury. To podtrzymuje młodość kultury greckiej stosunkowo tak długo; gdyż w matkach greckich geniusz grecki powracał ciągle do natury.


260.

Przesąd na korzyść wielkości. – Ludzie widocznie przeceniają wszystko, co jest wielkie i wyrasta nad poziom. Pochodzi to ze świadomego lub nieświadomego rozumienia, że odniosą stąd pożytek, jeśli kto całą swą siłę skieruje na jedną dziedzinę i zrobi z siebie niby jeden monstrualny organ. Z pewnością dla samego człowieka jest z większym pożytkiem i przynosi mu więcej szczęścią równomierny rozwój sił; albowiem każdy talent jest wampirem, który wysysa krew i siłę z pozostałych władz, i przesadna produkcja może doprowadzić człowieka najbardziej utalentowanego niemal do szaleństwa. Również w dziedzinie sztuk natury krańcowe zbyt wiele ściągają na siebie uwagi; ale potrzeba też o wiele mniejszej kultury, żeby się im dać pociągnąć. Ludzie poddają się zwykle wszystkiemu, co chce mieć potęgę.


261.

Tyrani ducha. – Tam tylko, gdzie pada promień mitu, świeci jasno życie Greków; poza tym jest ono pochmurne. A właśnie tego mitu wyrzekają się filozofowie greccy: czy nie jest to tak, jak gdyby ze światła słonecznego chcieli przejść w cień, w ciemność? Lecz żadna roślina nie odwraca się od światła; w gruncie rzeczy owi filozofowie szukali tylko jaśniejszego słońca, mit dla nich nie był dość czysty, dość jasny. To światło znaleźli w swym poznaniu, w tym, co każdy z nich nazywał swą "prawdą". A wówczas poznanie miało blask jeszcze większy; było jeszcze młode i niewiele wiedziało o wszystkich trudnościach i niebezpieczeństwach swych dróg; wówczas mogło jeszcze mieć nadzieję, że znajdzie się jednym skokiem w środku wszelkiego bytu i stamtąd rozwiąże zagadkę świata. Ci filozofowie mieli niewzruszoną wiarę w siebie i w swoją "prawdę", którą obalali wszystkich swoich sąsiadów i poprzedników; każdy z nich był wojującym i gwałtownym tyranem. Być może, że szczęście wypływające z wiary w posiadanie prawdy nigdy w świecie nie było większe, ale nigdy też nie była większa okrutność, pycha, tyraństwo i złość płynąca z podobnej wiary. Byli oni tyranami, więc tym, czym każdy Grek być chciał, i czym każdy był, jeśli tylko nim być mógł. Być może, że tylko Solon stanowi wyjątek: w poezjach swoich wypowiada, jak wzgardził tyranią osobistą. Lecz uczynił to z miłości dla swego dzieła, dla swego prawodawstwa; a być prawodawcą to najbardziej wysublimowana forma tyraństwa. Parmenides ustanawiał także prawa, być może również Pitagoras i Empedokles; Anaksymander założył miasto. Platon był wcieloną chęcią zostania największym filozoficznym prawodawcą i założycielem państwa; cierpiał zdaje się straszliwie, że nie zrealizował swojej istoty i dusza jego pod koniec śmierci pełna była najczarniejszej żółci. Im bardziej filozofowie greccy tracili władzę, tym bardziej cierpieli wewnętrznie od tej żółciowości i ducha oczerniania; a kiedy różne sekty zaczęły walczyć o swoje prawdy na ulicach, wtedy dusze wszystkich tych konkurentów do prawdy po brzegi zabagniły się zazdrością i rozjuszeniem, żywioł tyrański szalał teraz jak trucizna w ich własnych ciałach. Ci wszyscy mali tyrani chcieliby się pożreć wzajemnie; nie pozostała w nich ani iskra miłości i nader mało przyjemności z własnego poznania. – Zdanie, że tyranów najczęściej mordują i że potomstwo ich żyje krótko, daje się także zastosować i do tyranów ducha. Historia ich jest krótka, gwałtowna, wpływ ich urywa się nagle. Prawie o wszystkich wielkich Hellenach można rzec, iż jak się zdaje, przyszli za późno, na przykład: Ajschylos, Pindar, Demostenes, Tukidydes; mija jedno pokolenie – i już po nich na zawsze i zupełnie. To jest w historii Grecji burzliwe i dziwne. Dziś, co prawda, uwielbia się Ewangelię żółwi. Myśleć jak historyk to prawie tyle, co wyobrażać sobie, iż historię robiono po wszystkie czasy według zasady: "jak najmniej w jak najdłuższym przeciągu czasu!". Ach, historia Grecji biegnie tak szybko! Nigdy już potem ludzie nie żyli tak rozrzutnie, tak nad wszelką miarę. Nie mogę się przekonać, żeby historia Greków miała ten przebieg naturalny, który w niej tak sławią. Byli oni zbyt wielostronnie utalentowani, żeby tak krok za krokiem posuwać się stopniowo, jak żółw w wyścigu z Achillesem: a to przecież nazywają rozwojem naturalnym. U Greków idzie się szybko naprzód, ale równie szybko wstecz; ruch całej maszyny jest tak przyśpieszony, że jeden kamień rzucony między koła rozsadza ją. Takim kamieniem był na przykład Sokrates, w ciągu jednej nocy został zburzony dotąd tak cudownie regularny, ale prawda, nadto przyśpieszony rozwój nauki filozoficznej. Nie jest to wcale pytanie jałowe, czy Platon, gdyby nie uległ czarowi Sokratesa, nie znalazłby jeszcze wyższego typu człowieka-filozofa, który w ten sposób na zawsze dla nas został stracony. W czasy poprzedzające go patrzy się niby w warsztaty rzeźbiarskie takich typów. Jednak wiek VI i V zdają się obiecywać jeszcze coś więcej i coś wyższego, niż wytworzyły; skończyły jednak na obietnicy i zapowiedzi. A przecież bodaj czy może być cięższa strata niż strata typu nowej, najwyższej, dotychczas nieodkrytej możliwości życia filozoficznego. Nawet z dawniejszych typów przeważająca część skażona została przez tradycję; wszyscy filozofowie od Talesa do Demokryta wydają mi się nadzwyczaj trudni do odgadnięcia; komu jednak udaje się te postaci odbudować, ten przebywa między istotami najpotężniejszego i najczystszego typu. Zdolność ta, zaprawdę, jest rzadka, brak jej było nawet Grekom późniejszym, którzy zajmowali się poznawaniem dawniejszej filozofii; Arystoteles na przykład, zdaje się oczu nie ma, kiedy staje przed nimi. I zdaje się, jak gdyby ci wyniośli filozofowie żyli na próżno, lub jakby mieli tylko przygotować kłótliwe i gadatliwe zgraje szkoły sokratycznej. Tutaj, jak rzekłem, jest luka, przerwa w rozwoju; musiała nastąpić jakaś wielka katastrofa i jedyna statua, z której można by było poznać znaczenie i cel owego wielkiego przygotowywania twórczego, rozpadła się lub się nie udała: co właściwie zaszło, wiecznie pozostanie tajemnicą warsztatu. – To, co się wydarzyło u Greków – że każdy wielki myśliciel wskutek wiary, iż posiada absolutną prawdę, stawał się tyranem, tak że i historia ducha Greków nabrała owego gwałtownego, nagłego i niebezpiecznego charakteru, który wykazuje ich historia polityczna – ten rodzaj wydarzeń nie został tam wyczerpany: rzeczy podobne nieraz wydarzały się aż do czasów najnowszych, chociaż coraz rzadziej i obecnie bodaj już nie z tak czystym, naiwnym sumieniem, jak u filozofów greckich. Albowiem w ogólności teorie przeciwne i skepsis odzywają się za silnie, za głośno. Epoka tyranów ducha minęła. Wprawdzie w sferach kultury wyższej będzie zawsze musiało istnieć panowanie – ale to panowanie spoczywa od dziś w rękach oligarchów ducha. Tworzą oni, mimo że dzieli ich przestrzeń i granice polityczne, towarzystwo spójne, którego członkowie poznają się i uznają się, niezależnie od kursujących przychylnych lub nieprzychylnych ocen opinii publicznej i sądów dziennikarzy i publicystów, działających na tłum. Wyższość duchowa, która dawniej rozdzielała i nieciła uczucie wrogie, dziś łączy zazwyczaj: jakżeby jednostki mogły ostać się i własną drogą, przeciw wszelkim prądom, płynąć przez życie, gdyby tu i ówdzie nie widziały, że im podobne istoty żyją w podobnych warunkach, i gdyby nie wyciągały do nich rąk, zarówno w walce przeciw ochlokratycznemu charakterowi półduchowości i półwykształcenia, jak przeciw zdarzającym się próbom odbudowania tyranii za pomocą działania tłumu? Oligarchowie są sobie wzajemnie potrzebni, mają w sobie wzajem najlepszych przyjaciół, znają się na swych odznakach – ale mimo to każdy z nich jest wolny, walczy i zwycięża na swoim miejscu, i raczej ginie niż się poddaje.


262.

Homer. – Największym faktem w historii wykształcenia greckiego pozostaje jednak ten, że Homer tak wcześnie stał się wszechhelleńskim. Wszelka duchowa i ludzka wolność, którą Grecy osiągnęli, sprowadza się do tego faktu. Ale jednocześnie było to właściwie fatalizmem kultury greckiej, ponieważ, centralizując, Homer spłaszczył i rozluźnił najpoważniejsze instynkt niezależności. Niekiedy z samej głębi hellenizmu rozlegał się protest przeciw Homerowi; ale on zostawał zawsze zwycięzcą. Wszystkie wielkie potęgi duchowe oprócz wpływu wyzwalającego wywierają też wpływ uciskający; lecz zaprawdę jest różnica, czy tyranizuje ludzi Homer, czy Biblia, czy nauka.


263.

Dary naturalne. – W ludzkości tak wysoko rozwiniętej jak teraźniejsza, każdy otrzymuje od natury dostęp do wielu talentów. Każdy ma talent wrodzony, ale tylko nieliczni otrzymują od natury i przez wykształcenie dostateczny stopień stałości, wytrwałości, energii, żeby ten talent stał się talentem rzeczywiście, a więc stał się tym, czym jest, to jest: wyraził się w dziełach i czynach.


264.

Umysł bystry bywa albo przeceniany, albo niedoceniany. – Ludzie nienaukowi, ale utalentowani cenią jednakowo każdą oznakę umysłu bystrego, czy umysł ten znajduje się na prawdziwej, czy na fałszywej drodze; chcą oni przede wszystkim, żeby człowiek, który z nimi obcuje, bawił ich dobrze swym umysłem, podniecał, zapalał, pociągał do rzeczy poważnych i żartu, i w każdym razie chronił przed nudą, niby potężny amulet. Natomiast natury naukowe wiedzą, że dar obfitowania w pomysły musi być najsurowiej utrzymany na wodzy przez ducha nauki; nie to, co błyszczy, świeci, podnieca, lecz niepozorna prawda jest często owocem, który strząść on pragnie z drzewa poznania. Jak Arystoteles ma on prawo nie robić różnicy między tym, co "nudne" i tym, co "zajmujące", jego demon tak samo wiedzie go przez pustynię, jak przez roślinność podzwrotnikową, żeby wszędzie czerpał przyjemność tylko z tego, co rzeczywiste, trwałe, prawdziwe. – Stąd pochodzi pogarda i podejrzliwość pomniejszych uczonych w ogólności względem ludzi obdarzonych świetnym umysłem, i na odwrót: ludzie bystrego umysłu odczuwają niechęć do nauki, na przykład prawie wszyscy artyści.


265.

Rozum w szkole. – Szkoła nie ma ważniejszego zadania nad to, żeby nauczyć ściśle myśleć, ostrożnie sądzić, konsekwentnie wyciągać wnioski; powinna zatem pomijać wszystkie rzeczy, które nie nadają się do tego rodzaju operacji, na przykład religię. Może bowiem liczyć na to, że później ludzka niejasność, przyzwyczajenie i potrzeba znowu wypuszczą cięciwę zbyt naprężonego myślenia. Lecz dopóki trwa jej wpływ, powinna koniecznie wydobywać to, co jest istotą i wyższością człowieka; "rozum i naukę, największą potęgę człowieka" – jak przynajmniej sądzi Goethe. – Wielki przyrodnik von Baer jako wyższość wszystkich Europejczyków nad Azjatami uważa nabytą przez szkołę zdolność motywowania, dlaczego w coś wierzą, podczas gdy tamci całkiem są do tego niezdolni. Europa przeszła przez szkołę konsekwentnego i logicznego myślenia, Azja dotychczas jeszcze nie umie rozróżnić prawdy od zmyślenia i nie zdaje sobie sprawy, czy jej przekonania pochodzą z własnej obserwacji i prawidłowego myślenia, czy też z wyobraźni. – Rozum w szkole uczynił Europę Europą; w średniowieczu była na drodze do stania się z powrotem częścią i dodatkiem Azji – więc do zatracenia zmysłu naukowego, który zawdzięcza Grekom.


266.

Niedoceniany wpływ nauki gimnazjalnej. – Rzadko się szuka wartości gimnazjum w rzeczach, których się rzeczywiście tam uczą i które stamtąd na całe życie wynoszą; lecz raczej w tych, które tam wykładają, które jednak uczeń przyswaja sobie z odrazą, żeby je z siebie otrząść jak tylko będzie mógł najprędzej. Czytanie klasyków – przyzna to każdy człowiek wykształcony – tak, jak się prowadzi powszechnie – jest procedurą potworną: robi się to z młodzieżą, która pod żadnym względem do tego nie dojrzała, przez nauczycieli, którzy każdym słowem, często już przez samo swoje zjawienie się, okrywają pleśnią dobrego autora. Lecz wartość, którą zwykle się ignoruje – kryje się w tym, że ci nauczyciele mówią oderwanym językiem wyższej kultury, ciężkim i wprawdzie bardzo trudnym do zrozumienia, lecz będącym wyższą gimnastyką dla umysłu; że w mowie ich ustawicznie się spotykają opjęcia, wyrażenia artystyczne, metody, aluzje, których uczniowie prawie nigdy nie słyszą w mowie swych bliskich lub na ulicy. Jeśli tylko uczniowie słuchają, umysł ich mimowolnie formuje się do naukowego sposobu rozważania. Jest rzeczą niemożliwą wyjść z takiej szkoły całkiem niedotkniętym przez abstrakcję, jako prawdziwe dziecko natury.


267.

Uczyć się wielu języków. – Nauka wielu języków wypełnia pamięć wyrazami zamiast faktami i myślami, gdy tymczasem pamięć jest zbiornikiem, który w każdym człowieku może zmieścić tylko pewną określoną miarę. Następnie znajomość wielu języków jest szkodliwa dlatego, że rodzi przekonanie, iż posiada się pewne umiejętności, i rzeczywiście w obcowaniu nadaje pewne zwodnicze pozory; szkodzi też pośrednio, ponieważ przeciwdziała zdobywaniu wiadomości gruntownych i chęci zasłużenia na szacunek ludzki środkami rzetelnymi. W końcu jest to siekiera, która u korzenia podcina subtelniejsze poczucie języka macierzystego: ten odnosi szkodę niepowetowaną i przyprawia go to o zgubę. Dwa narody, które wydały największych stylistów, Grecy i Francuzi, nie uczyły się języków obcych. – Lecz ponieważ stosunki między ludźmi muszą się stawać coraz bardziej kosmopolityczne, i że na przykład prawdziwy kupiec londyński dziś już musi się porozumiewać piśmiennie i ustnie w ośmiu językach, to oczywiście uczenie się wielu języków jest złem koniecznym; kiedy jednak dojdzie w końcu do granic ostatecznych, zmusi ludzkość do wynalezienia środka: i w dalekiej przyszłości będzie istniał dla wszystkich wspólny nowy język, najpierw jako język handlowy, następnie jako język do obcowania duchowego w ogóle, z taką pewnością, jak to, że kiedyś będzie istniała komunikacja napowietrzna. Po cóż by inaczej językoznawcy studiowali w ciągu wieku prawa języka i oceniali, co w każdym jest niezbędne, pożyteczne, i co się udało!


268.

Z historii walk jednostki. – W poszczególnym życiu ludzkim, które przechodzi przez wiele kultur, skupia się walka, która zwykle odbywa się między dwoma pokoleniami, między ojcem i synem: bliskie pokrewieństwo czyni tę walkę ostrzejszą, ponieważ każda partia bezlitośnie wciąga w nią tak dobrze znane jej wnętrze drugiej partii; w ten sposób walka ta będzie najbardziej zawzięta w poszczególnej jednostce; tutaj każda nowa faza stąpa po poprzedniej z okrutną niesprawiedliwością i lekceważeniem jej środków i celów.


269.

O kwadrans wcześniej. – Czasami spotyka się człowieka, który swoimi poglądami wyprzedza swój czas, o tyle jednak tylko, że przed czasem przyjmuje poglądy ogółu z następnego dziesięciolecia. Posiada więc zdanie ogółu, zanim ono staje się ogólnym, to znaczy: że o kwadrans wcześniej niż inny rzuca się w objęcia idei, która zasługuje na to, żeby się stać trywialną. Lecz sława jego bywa zazwyczaj o wiele głośniejsza niż sława ludzi prawdziwie wielkich i wyższych.


270.

Sztuka czytania. – Każdy silny kierunek jest jednostronny; zbliża się do kierunku linii prostej i jest jak on wyłączny; to znaczy nie styka się z wieloma innymi kierunkami, jak to czynią partie i natury słabe w swoim falowaniu na lewo i prawo: trzeba więc pogodzić się także z tym, że filologowie są jednostronni. Odtwarzanie i utrzymywanie w czystości tekstów, równie jak ich wyjaśnianie, uprawiane przez cech w ciągu wielu wieków, pozwoliło wreszcie wynaleźć metody stosowne; całe średniowiecze było głęboko niezdolne do ścisłego wyjaśniania filologicznego, to znaczy do chęci zrozumienia po prostu tego, co mówi autor – było to coś, znaleźć te metody, nie należy tego nie doceniać! Cała nauka nabrała dopiero przez to ciągłości i stałości, że sztuka prawidłowego czytania, to jest filologia, dosięgła swego szczytu.


271.

Sztuka wnioskowania. – Największy postęp, jaki uczynili ludzie, polega na tym, że nauczyli się prawidłowo wnioskować. Nie jest to wcale rzecz tak naturalna, jak przypuszcza Schopenhauer, gdy mówi: "do wnioskowania są zdolni wszyscy, do sądzenia niewielu", lecz nauczyli się jej ludzie późno i dziś jeszcze nie panuje ona powszechnie. Błędne wyciąganie wniosków było regułą w czasach dawniejszych: a mitologie wszystkich ludów, ich magia i zabobony, ich kult religijny, ich prawodawstwo są niewyczerpanymi kopalniami dowodów na poparcie tego zdania.


272.

Pierścienie roczne kultury indywidualnej. – Siła i sposób produkcyjności duchowej bynajmniej nie tyle zależy od odziedziczonych uzdolnień, ile od ilości przyniesionej ze sobą energii. Większość młodych, trzydziestoletnich wykształconych ludzi przy tym wiosennym porównaniu swego życia cofa się i staje się odtąd niechętną do nowych zwrotów duchowych. Stąd dla dobra bez przerwy wzrastającej kultury wypływa potrzeba młodego pokolenia, które jednak zachodzi również nie o wiele dalej: albowiem żeby dopędzić kulturę ojca, syn musi zużyć prawie całą odziedziczoną energię, którą posiadał ojciec w okresie życia, kiedy go spłodził; dzięki małej nadwyżce syn zachodzi dalej (albowiem kiedy robimy tę samą drogę po raz drugi, posuwamy się naprzód trochę łatwiej i szybciej; żeby nauczyć się tego, co umiał ojciec, syn nie zużywa tyle sił, ile ojciec). Ludzie obdarzeni bardzo wielką energią, jak na przykład Goethe, przebywają taką drogę, jaką by zaledwie mogły przebyć cztery pokolenia następujące po sobie; ale dlatego posuwają się zbyt szybko, tak iż inni ludzie dościgają ich dopiero w następnym stuleciu, i to może niezupełnie, ponieważ częste przerwy osłabiają spójność kultury i konsekwencję rozwoju. – Zwyczajne fazy kultury duchowej, osiągniętej w ciągu historii, odtwarzają ludzie coraz szybciej. Rozpoczynają obecnie kulturę jako dzieci, ożywione duchem religijnym; koło dziesiątego roku życia dochodzą do kulminacyjnego punktu tych uczuć, następnie przechodzą do ich formy osłabionej (panteizmu), kiedy się zbliżają do nauki; całkiem wyrastają nad pojęcia Boga, nieśmiertelności i rzeczy tym podobnych, ale ulegają czarom filozofii metafizycznej. W końcu i ta przestaje wzbudzać w nich wiarę; natomiast sztuka nabiera w ich oczach coraz większego znaczenia, tak iż przez pewien czas metafizyka istnieje i trwa tylko jako przeobrażona w sztukę lub jako tendencja wyjaśniania wszystkiego z artystycznego punktu widzenia. Lecz zmysł naukowy przemawia coraz bardziej rozkazująco i wiedzie człowieka do nauki przyrody i historii, a mianowicie do najściślejszych metod poznania, kiedy sztuce tymczasem przypada w udziale znaczenie coraz mniejsze i skromniejsze. To wszystko odbywa się obecnie w ciągu pierwszych trzydziestu lat życia człowieka. Jest to rekapitulacja pensum, nad którym ludzkość pracowała, być może, lat trzydzieści tysięcy.


273.

Cofnął się, nie pozostał w tyle. – Kto dziś rozpoczyna swój rozwój od uczuć religijnych, a potem żyje, być może, dalej przez czas dłuższy metafizyką i sztuką, ten cofnął się o dobry kawał drogi i rozpoczyna swe wyścigi z innymi ludźmi nowoczesnymi w warunkach niekorzystnych: pozornie traci na przestrzeni i na czasie. Lecz przez to, że pozostawał w owych krainach, gdzie rozpętują się zapał i energia, i gdzie moc, niby strumień wulkaniczny, płynie bez przerwy z niewysychającego źródła, skoro zerwie z nimi w porę, posuwa się tym szybciej naprzód: u nóg wyrastają mu skrzydła, pierś jego nauczyła się spokojniej, dłużej, mocniej oddychać. – Cofnął się tylko, żeby mieć dużo miejsca do skoku: a więc w tym cofnięciu się może kryć się nawet coś straszliwego, groźnego.


274.

Wycinek z samych siebie jako przedmiot artystyczny. – Jest to oznaką wyższej kultury, kiedy pewne fazy rozwoju, które ludzie pospolici przeżywają prawie bezmyślnie i potem ścierają z tablicy swej duszy, świadomie utrwalamy i narzucamy ich obraz: jest to bowiem wyższy rodzaj sztuki malarskiej, na którym mało kto się rozumie. W tym celu konieczne jest owe fazy sztucznie wyodrębnić. Studia historyczne wyrabiają zdolności do tego rodzaju malarstwa, ponieważ zmuszają nas ustawicznie, z powodu danego okresu historii – życia narodu lub życia ludzi – do przedstawiania sobie zupełnie określonego horyzontu myśli, określonej siły uczuć, przewagi tych, cofania się tamtych. Że takie systemy myśli i uczuć szybko umiemy odtwarzać z danych szczegółów, jak gdyby z jednej przypadkowo pozostałej kolumny i resztek muru wrażenie wywierane przez świątynię, na tym polega zmysł historyczny. Z tego przede wszystkim wynika, że pojmujemy bliźnich jako takie określone systemy, jako przedstawicieli różnych kultur, to jest jako z konieczności takich, lecz zmiennych. I odwrotnie: że możemy z własnego rozwoju pewne części wyodrębniać i przedstawiać oddzielnie.


275.

Cynik i epikurejczyk. – Cynik uznaje zależność między wzrostem i spotęgowaniem się cierpień człowieka wyżej cywilizowanego a mnóstwem jego potrzeb; rozumie więc, że niezliczone sądy o tym, co piękne, stosowne, odpowiednie, przyjemne, muszą być równie obfitym źródłem rozkoszy, jak przykrości. Zgodnie z tym zapatrywaniem cynik przyjmuje wsteczne wykształcenie, porzucając wiele z tych sądów i uchylając się od pewnych wymagań kultury; wskutek tego zdobywa poczucie wolności i siły; a kiedy stopniowo przyzwyczajenie uczyni dlań znośnym ten sposób życia, doznaje rzeczywiście rzadszych i słabszych wrażeń przykrych niż ludzie cywilizowani i przybliża się do stanu zwierzęcia domowego; nadto wszystko odczuwa w uroku kontrastu i – może także lżyć, ile dusza zapragnie: tak iż przez to znowu wznosi się wysoko ponad zwierzęcy stan uczuć. – Epikurejczyk zajmuje ten sam punkt widzenia, co cynik, między nimi bywa zwykle tylko różnica temperamentu. Następnie epikurejczyk korzysta ze swej wyższej kultury, żeby uczynić się niezależnym od opinii panujących; wznosi się ponad nie, podczas gdy cynik trwa wyłącznie w negacji. Epikurejczyk wędruje niby zacisznymi, dobrze zabezpieczonymi, półciemnymi korytarzami, podczas kiedy ponad głową, na wietrze, szumią wierzchołki drzew i odkrywają mu, jak gwałtownie wstrząsany jest świat zewnętrzny. Cynik natomiast wychodzi jakby nagi na podmuchy wiatru i hartuje się aż do znieczulenia.


276.

Mikrokosmos i makrokosmos kultury. – Najlepsze odkrycia z dziedziny kultury robi człowiek w sobie samym, kiedy działają w nim dwie siły różnorodne. Przypuśćmy, że ktoś żyje w miłości do sztuki plastycznej lub dla muzyki i równie porywa go duch nauki, a uważa za niemożliwe usunięcie tej sprzeczności przez wyniszczenie jednej siły i zupełne wyzwolenie drugiej: nie pozostaje mu więc nic innego, jak uczynić z siebie tak wielki gmach kultury, żeby te dwie potęgi ogły w nim przemieszkiwać, chociażby na dwóch różnych krańcach, pośrodku zaś umieściłyby się moce pośrednie i pojednawcze, które by posiadały siłę wyższą i mogły w razie potrzeby zażegnać spór, jeśli wybuchnie. Taki gmach kultury w poszczególnym indywiduum będzie jednak jak najbardziej podobny do gmachu kultury całych epok i bezustannie będzie o nim pouczał przez analogię. Wszędzie bowiem, gdzie się rozwinęła wielka architektura kultury, zadaniem jej było zmusić do zgody występujące przeciw sobie moce za pomocą przemożnego nagromadzenia innych sił, mniej niezgodnych, jednak bez ujarzmiania i bez skuwania w łańcuchy.


277.

Szczęście i kultura. – Widok przedmiotów, które otaczały nas w dzieciństwie, porusza nas głęboko: altana w ogrodzie, kościół z grobami wokoło, staw i las – wszystko to zawsze z bólem po latach oglądamy. Litość zdejmuje nas nad samymi sobą, ileż bowiem przecierpieliśmy od tego czasu! A tu wszystko jeszcze tak spokojne, takie wieczne: tylko my jesteśmy tacy inni, atcy poruszeni; spotykamy nawet ludzi, na których czas nie wyostrzył swego zęba więcej niż na dębie: wieśniacy, rybacy, leśnicy; oni są tacy, jak dawniej. – Wzruszenie, litowanie się nad samym sobą w obliczu niższej kultury jest oznaką kultury wyższej; z tego wynika, że ta ostatnia w każdym razie nie pomnaża szczęścia. Kto pragnie szczęście i spokój zbierać w życiu, ten niechaj zawsze kulturze wyższej schodzi z drogi.


278.

Przenośnia o tańcu. – Dziś należy uważać za rozstrzygającą oznakę wielkiej kultury, jeśli człowiek posiada ową siłę i giętkość, żeby być równie jasnym i ścisłym w poznaniu, jak, w innych chwilach, zdolnym niejako o sto kroków ustępować poezji, religii, metafizyce i ich moc i piękność odczuwać. Podobne stanowisko między dwoma tak różnymi wymaganiami jest bardzo trudne, ponieważ nauka zdąża do rozciągnięcia absolutnego panowania swej metody i jeśli się temu parciu nie ustąpi, powstaje inne niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo małodusznego wahania w jedną i drugą stronę między przeciwnymi popędami. Tymczasem: żeby przynajmniej za pomocą przenośni odsłonić widok na rozwiązanie tej trudności, proszę sobie przypomnieć, że taniec nie jest tym samym, co mdłe słanianie się tam i z powrotem między różnymi popędami. Wysoka kultura będzie podobna do tańca: oto dlaczego, jak się rzekło, potrzeba do niej wiele siły i giętkości.


279.

O uczynieniu życia lżejszym. – Głównym środkiem do uczynienia sobie życia lżejszym jest idealizowanie wszystkich jego zjawisk; za pomocą malarstwa należy jednak zupełnie dokładnie wyjaśnić sobie, co się nazywa idealizowaniem. Malarz wymaga, żeby widz nie patrzył zbyt uważnie, zbyt bystro, zmusza go, żeby odstąpił na pewną odległość i stamtąd dopiero oglądał jego dzieło; malarz musi przypuszczać z góry, że między widzem a obrazem istnieje odległość ściśle określona; co więcej, musi nawet przypuszczać pewną, również wiadomą siłę wzroku u swego widza; w tych rzeczach nie wolno mu się wahać. Każdy więc, kto chce swe życie wyidealizować, nie powinien chcieć patrzeć na nie zbyt dokładnie i musi wzrok sój kierować na nie z pewnej odległości. Jest to sztuka, na której znał się na przykład Goethe.


280.

Utrudnienie jako ułatwienie i odwrotnie. – Wiele rzeczy, które na pewnych szczeblach ludzkości są utrudnieniem życia, na wyższym stopniu służą ku jego ulżeniu, ponieważ z czasem ludzie poznali silniejsze utrudnienia życia. Dzieje się również odwrotnie: tak na przykład religia posiada oblicze podwójne, zależnie od tego, czy człowiek spogląda ku niej, żeby zdjęła z niego jego brzemię i nędzę, lub patrzy na nią z góry jako na pęta, które mu nałożono, żeby nie wzbijał się za wysoko w powietrze.


281.

Wyższa kultura jest z konieczności nierozumiana. – Kto na swym instrumencie naciągnął tylko dwie struny, jak uczeni, którzy oprócz popędu naukowego mają tylko nabyty popęd religijny, ten nie rozumie takich ludzi, którzy potrafią grać na liczniejszych strunach. Leży to w istocie wyższej, wielostrunniejszej kultury, że jest zawsze tłumaczona fałszywie przez niższą; zdarza się to na przykład wtedy, kiedy sztuka uchodzi za zakapturzoną formę religijności. A nawet ludzie, którzy są tylko religijni, naukę samą pojmują tylko jako poszukiwanie uczucia religijnego, tak jak głuchoniemi wiedzą tylko tyle o muzyce, że jest to ruch niewidoczny.


282.

Pieśń żałosna. – Może to są zalety naszych czasów, które przynoszą ze sobą cofnięcie się i niekiedy lekceważenie vita contemplativae. Ale do tego trzeba się przyznać, że nasz czas jest ubogi w wielkich moralistów, że Pascal, Epiktet, Seneka, Plutarch są jeszcze mało czytywani, że praca i pilność – zwykle w orszaku wielkiej bogini Zdrowia – niekiedy, zdaje się, szaleją jak choroba. Ponieważ czasu do myślenia i spokoju w myśleniu brak, nie rozważa się więc już poglądów odmiennych: zadowalamy się tym, że ich nienawidzimy. Wskutek niesłychanego przyśpieszenia życia duch i oko przyzwyczajają się do połowicznego lub fałszywego widzenia i sądzenia, i wszyscy stają się podobni do podróżnych, którzy poznają kraj i lud z okien wagonu. Samodzielną i ostrożną postawę w badaniu uważa się nieomal za rodzaj wariactwa; wolny duch zdyskredytowany został szczególniej przez gruntowność, mrówczą pilność, a zatem zapędziliby go chętnie do jednego zakątka nauki: podczas gdy on tymczasem ma zadanie zupełnie inne i wyższe, z samotnie położonej placówki rozkazywać całej armii ludzi naukowych i uczonych i wskazywać im drogi i cele kultury. – Takiej skargi, jak wyżej odśpiewanej, czas prawdopodobnie przeminie i kiedyś sama ścichnie, gdy nastąpi potężny powrót geniuszu medytacyjnego.


283.

Główny brak ludzi czynnych. – Ludziom czynnym zbywa zwykle na działalności wyższej: mam na myśli działalność indywidualną. Działają jako urzędnicy, kupcy, uczeni, to znaczy jako przedstawiciele gatunku, nie zaś jako ludzie zupełnie określeni, oddzielni i jedyni; z tego punktu widzenia są leniwi. – Jest to nieszczęściem ludzi czynnych, że działalność ich prawie zawsze jest w części nierozumna. Nie trzeba na przykład pytać zbierającego złoto bankiera o cel jego nieustającej działalności: jest ona nierozumna. Ludzie czynni toczą się, jak się toczy kamień, zgodnie z bezmyślnymi prawami mechaniki. Wszyscy ludzie dzielą się, jak od najdawniejszych czasów, tak jeszcze i teraz, na niewolników i wolnych; albowiem kto nie ma dwóch trzecich dnia dla siebie, jest niewolnikiem, choćby był nie wiem czym: politykiem, kupcem, urzędnikiem, czy uczonym.


284.

Pochwała bezczynnego. – Oznaką, że cena życia kontemplacyjnego spadła, jest to, że uczeni ubiegają się teraz w zawody z ludźmi czynnymi o pewnego rodzaju pośpieszną rozkosz, tak jakby wyżej cenili ten rodzaj rozkoszowania się od tego, który właściwie im przystoi, i który rzeczywiście o wiele więcej jest rozkoszą. Uczeni wstydzą się otium. Jednak są to rzeczy szlachetne: odpoczynek i bezczynność. – Jeżeli bezczynność rzeczywiście jest początkiem wszystkich występków, to znajduje się przynajmniej w najbliższym sąsiedztwie wszystkich cnót; człowiek bezczynny zawsze jest jeszcze lepszy od czynnego. – Lecz wy nie sądzicie chyba, że mówiąc o odpoczynku i bezczynności, mam na myśli was, leniwcy?


285.

Niepokój nowoczesny. – Im dalej na Zachód, ruchliwość nowoczesna wzrasta coraz bardziej, tak iż Amerykanom mieszkańcy Europy przedstawiają się jako zbiór istot rozmiłowanych w spokoju i uciechach, kiedy w rzeczy samej uwijają się oni niby pszczoły i osy. Ta ruchliwość jest tak wielka, że owoce wyższej kultury nie mają już czasu dojrzewać: jest to tak, jak gdyby pory roku następowały po sobie za szybko. Z powodu braku spokoju nasza cywilizacja zdąża do nowego barbarzyństwa. Nigdy ludzie czynni, to znaczy ludzie niespokojni, nie mieli większego znaczenia. Dlatego do koniecznych poprawek, które należy przeprowadzić w charakterze ludzkości, trzeba zaliczyć wzmocnienie w wielkiej mierze pierwiastka medytacyjnego. Lecz już teraz każda jednostka spokojna i ze stałym sercem i umysłem ma prawo wierzyć, że posiada nie tylko dobry temperament, ale i cnotę ogólnie pożyteczną, i że przez zachowanie tej cnoty spełnia nawet wyższe zadanie.


286.

O ile człowiek czynny jest leniwy. – Sądzę, że każdy człowiek o każdej rzeczy, o której można sąd posiadać, musi posiadać sąd własny, ponieważ każdy z ludzi jest istotą szczególną, tylko raz istniejącą, która względem wszystkich innych rzeczy zajmuje nowe stanowisko, jakie nigdy przedtem nie istniało. Ale lenistwo, które ukrywa się na dnie duszy człowieka czynnego, przeszkadza mu czerpać wodę ze swojej własnej studni. – Z niezależnością sądów rzecz ma się tak, jak ze zdrowiem: jedno i drugie jest indywidualne, ani o jednym, ani o drugim nie można dać pojęcia ogólnego. To, czego pewne indywiduum potrzebuje do zdrowia, dla innego jest już przyczyną choroby, i niejeden środek i droga do wolności ducha mogą dla natur bardziej rozwiniętych być drogami i środkami do niewoli.


287.

Censor vitae. – Kolejne następowanie po sobie miłości i nienawiści przez długi czas jest cechą charakteryzującą wewnętrzny stan człowieka, który chce być wolny w swych sądach o życiu; nie zapomina on niczego i wszystko zapisuje na rachunek rzeczy, zarówno dobro, jak i zło. W końcu, kiedy cała tablica jego duszy zostanie zapisana doświadczeniami, nie będzie gardził istnieniem ani go nienawidził, ale też nie będzie go miłował, lecz nad nim spoczywał, już to z radością, już to ze smutkiem w oku i będzie, jak natura, to lato, to jesień mieć w duszy.


288.

Korzyść uboczna. – Kto poważnie chce być wolnym, traci jednocześnie tym samym bez wszelkiego przymusu skłonność do błędów i występków; również gniew i smutek będą go coraz rzadziej opadały. Albowiem wola jego niczego nie chce pilniej niż poznania i środka ku niemu: stanu trwałego, w którym poznanie idzie mu najdzielniej.


289.

Wartość choroby. – Człowiek, którego choroba trzyma w łóżku, odkrywa niekiedy, że zwykle jest chory na swój urząd, interesy lub swoje towarzystwo i że przez to porzucił wszelki namysł nad sobą: taką mądrość wyciąga z bezczynności, do której zmusza go choroba.


290.

Wrażenie na wsi. – Jeśli na widnokręgu swego życia nie ma się stałych, spokojnych linii, podobnych do linii gór i lasów, to i wola wewnętrzna człowieka staje się niespokojna, roztargniona i pożądliwa, jak charakter mieszkańca miast: nie zaznaje on szczęścia i nie daje szczęścia.


291.

Ostrożność duchów wolnych. – Ludzie wolnomyślni, żyjący jedynie dla poznania, w krótkim czasie osiągają swój zewnętrzny cel życia, określają swój ostateczny stosunek do społeczeństwa i państwa i zadowalają się na przykład małym urzędem lub majątkiem, który akurat wystarcza im na życie; urządzają sobie życie w ten sposób, żeby wielka zmiana w podziale dóbr, a nawet przewrót stosunków politycznych nie pociągnął za sobą ich samych. Na wszystkie te rzeczy zużywają jak najmniej energii, aby z całą nagromadzoną siłą i jakby z długim oddechem zanurzyć się w żywiole poznania. Tym sposobem mogą żywić nadzieję, że zanurzą się głęboko i, być może, nawet do dna sięgną wzrokiem. – Z każdego zdarzenia duch taki najchętniej tylko czubek zdejmuje, nie lubi rzeczy w całej szerokości i rozłożystości ich fałd: ponieważ nie chce się w nie zaplątać. – I on przecież zna dnie powszednie niewoli, zależności, służby. Lecz od czasu do czasu i dla niego musi nadchodzić niedziela wolności, inaczej by życia nie zniósł. – Prawdopodobnie nawet jego miłość ludzi będzie ostrożna i o krótkim nieco oddechu, gdy w świat skłonności i zaślepienia chce się tylko o tyle zapuszczać, o ile to dla celów poznania jest mu potrzebne. Musi liczyć na to, że geniusz sprawiedliwości przemówi słówko za swoim uczniem i wychowankiem, jeśliby głosy oskarżające miały go nazwać ubogim miłością. – W jego sposobie życia i myślenia zawiera się wysubtelniony heroizm, który gardzi podawaniem się na uwielbienie tłumów, jak to czyni jego brat bardziej prostacki, i idzie cichy przez świat i cichy schodzi ze świat. Bez względu na to jakimi labiryntami wędruje, między jakimi skałami strumień jego przez pewien czas musiał się przedzierać – z chwilą kiedy na światło wychodzi, dąży dalej swoją drogą jasny, lekki i prawie niesłyszalny i promieniom słonecznym aż na dnie swoim igrać pozwala.


292.

Naprzód. – A zatem naprzód na drodze mądrości, pewnym krokiem, z całą ufnością! Jakimkolwiek jesteś, bądź sam dla siebie źródłem doświadczenia! Niezadowolenie z własnej istoty odrzuć precz, wybacz sobie swoje własne ja; albowiem w każdym razie masz w sobie drabinę o stu szczeblach, po których możesz wstępować ku poznaniu. Wiek, w który z żalem czujesz się rzucony, wysławia cię jako szczęśliwego, dla tego szczęścia właśnie; woła do ciebie, że masz udział w doświadczeniach, których ludzie czasów przyszłych, być może, będą pozbawieni. Nie lekceważ sobie tego, że byłeś jeszcze religijny; zbadaj to dobrze, jak to miałeś jeszcze szczerą skłonność do sztuki. Czyż właśnie przy pomocy tych doświadczeń nie przebiegasz z lepszym rozumieniem niezmiernych dróg dawniejszej ludzkości? Czyż nie na tym gruncie właśnie, który tak ci się czasami nie podoba, czyż nie na gruncie niejasnego myślenia wyrosły najwspanialsze owoce dawniejszej kultury? Trzeba było religię i sztukę kochać, jak się kocha matkę i karmicielkę – inaczej mądrym stać się nie można. Lecz trzeba umieć patrzeć poza nie, trzeba umieć wyrosnąć ponad nie; jeśli się zostaje w ich władzy, nie rozumie się ich. Również musisz się spoufalić z historią i z ostrożną grą szalek: "z jednej strony – z drugiej strony". Zawróć i idź w ślady, którymi ludzkość znaczyła swój wielki, pełen bólu pochód przez pustynię przeszłości: a tak najpewniej się nauczysz, dokąd późniejsza ludzkość nie może lub nie powinna powracać. A kiedy, wytężając całą swą siłę, chcesz dojrzeć, jak się jeszcze zacieśni węzeł przyszłości, wtedy twoje własne życie nabiera wartości narzędzia i środka poznania. W twoich to rękach, by wszystko, co przeżyłeś: próby, błędy, omyłkim, złudzenia, namiętności, twoja miłość i twoja nadzieja, rozpłynęło się całkowicie w twym celu. Tym celem jest: samemu stać się koniecznym łańcuchem ogniw kultury i z tej konieczności wnioskować o konieczności pochodu kultury ogólnej. Kiedy wzrok twój zaostrzy się tak, że będziesz widział dno w ciemnej studni swej istoty i swego poznania, może też dojrzysz w jego zwierciadle dalekie konstelacje przyszłych kultur. Czy sądzisz, że takie życie z takim celem byłoby zbyt mozolne, zbyt obrane z przyjemności? Zatem nie wiesz jeszcze, że nie ma słodszego miodu od miodu poznania, i że wiszące chmury smutku muszą ci jeszcze być wymionami, z których będziesz doił mleko ku swemu otrzeźwieniu. Kiedy nadejdzie starość, spostrzeżesz wtedy dopiero prawdziwie, jak to dawałeś posłuch głosowi natury, owej natury, która za pomocą przyjemności rządzi całym światem: to samo życie, które starość znajduje u końca swej drogi, znajduje też u końca tej drogi mądrość, ów łagodny blask słoneczny stałej duchowej radości; jedną i drugą: starość i mądrość, spotkasz na przełęczy życia: tak chciała natura. Wtedy nastaje czas i nie ma żadnego powrotu do gniewu, że zbliża się mgła śmierci. Ku światłu – twoje ostatnie poruszenie; okrzyk radosny poznania – twój dźwięk ostatni.