Ludzkie, arcyludzkie/Przedmowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

1.

Dosyć często i zawsze z wielkim zdziwieniem wyrażano wobec mnie zdanie, że we wszystkich moich pismach, od Narodzin tragedii do ogłoszonych ostatnio Przyczynków do filozofii przyszłości, znajduje się coś wspólnego i coś, co je wyróżnia: wszystkie bez wyjątku, mówiono mi, zawierają pętle i sieci na nieostrożne ptaki i prawie że ustawiczne, niedostrzegalne wezwanie do odwracania zwykłych ocen i szacownych przyzwyczajeń. Jak to? Czyż wszystko jest tylko – ludzkie, arcyludzkie? Z takim westchnieniem, mówią, odkłada się moje pisma, nie bez pewnego rodzaju lęku i niedowierzania względem samej moralności, a nawet nie bez pewnej pokusy i ośmielenia, żeby samemu stać się obrońcą rzeczy najgorszych: jak gdyby one były może tylko najbardziej oczernione? Nazwano pisma moje szkołą podejrzenia, więcej jeszcze – szkołą pogardy, na szczęście także i odwagi, a nawet zuchwalstwa. Rzeczywiście, ja sam nie przypuszczam, żeby kiedyś ktoś z równie głębokim podejrzeniem patrzył w świat, i nie tylko jako przypadkowy rzecznik diabła, lecz zarówno, wyrażając się teologicznie, jak wróg i antagonista Boga. Kto odgaduje cokolwiek ze skutków, które gnieżdżą się w każdym głębokim podejrzeniu, cokolwiek z dreszczy i trwogi osamotnienia, na które każda bezwarunkowa odmienność spojrzenia skazuje tego, kto jest nią dotknięty – ten zrozumie, jak często dla odpoczynku po sobie, jakby dla chwilowego zapomnienia o sobie, starałem się schronić gdziekolwiek – w jakiekolwiek uwielbienie lub wrogość, lub naukowość, lub lekkomyślność, lub głupstwo; i czemu, gdy nie znajdowałem tego, czego potrzebowałem, musiałem sztucznie wymuszać, nadrabiać fałszem i poezją (I cóż innego robili zawsze poeci? I po cóż byłaby cała sztuka na tym świecie?). A czego nieustannie i zawsze koniecznie potrzebowałem do swojej kuracji i ozdrowienia, to była wiara, że nie jestem na świecie tak jedyny, że nie ja jeden w ten sposób widzę – czarownego podejrzenia, pokrewieństwa i jednakowości oka i żądz, wypoczynku w zaufaniu przyjaźni, ślepoty we dwoje, bez podejrzeń i bez znaków zapytania, rozkoszowania się tym, co na pierwszym planie, powierzchnią, tym, co bliskie, najbliższe, barwą, skórą i pozorem. Być może, że w tym względzie można by mi zarzucić niejedną "sztukę", niejedno subtelne fałszowanie monet: na przykład, że na ślepą schopenhauerowską wolę moralności świadomie i z własnej woli zamknąłem oczy, w czasie kiedy o moralności miałem już dość jasne pojęcie; podobnież oszukałem się na nieuleczalnej romantyczności Ryszarda Wagnera, jak gdyby ona miała być początkiem, nie zaś końcem; podobnież na Grekach, podobnież na Niemcach i ich przyszłości – i byłby może jeszcze bardzo długi spis takich "podobnież"? – Ale przypuszczając, że to wszystko prawda i słusznie to mi zarzucano – co wiecie wy o tym, co o tym wiedzieć możecie, ile podstępu dla zachowania siebie, ile rozumu i wyższego rodzaju dbałości zawiera się w takim oszukiwaniu samego siebie, i ile fałszu jeszcze mi potrzeba, żebym mógł sobie pozwolić na zbytek swojej prawdziwości?... Dość, żyję jeszcze; a życie przecież nie przez moralność zostało wymyślone: ono chce ułudy, ono żyje ułudą... Ale nieprawdaż? Oto zaczynam już znowu i czynię, co czyniłem zawsze, ja, stary immoralista i ptasznik – i mówię niemoralnie, pozamoralnie, "poza dobrem i złem"...


2.

W taki więc sposób, gdy mi ich było potrzeba, wynalazłem także sobie owe "wolne duchy", którym poświęcona jest niniejsza smętnie ochocza książka pod tytułem Ludzkie, arcyludzkie: tego rodzaju "wolnych duchów" nie ma, nie było, ale ja ich wtedy, jak się rzekło, potrzebowałem do towarzystwa, żeby pozostać dobrej myśli pośród złych myśli (choroba, osamotnienie, obczyzna, acedia, bezczynność): jako śmiałych towarzyszy i upiorów, z którymi się gada i śmieje, gdy się ma ochotę do gadania i śmiechu, i których wyrzuca się do diabła, gdy stają się nudni – jako odszkodowania za przyjaciół, których brak. Żeby podobne duchy wolne kiedyś istnieć mogły, że nasza Europa będzie miała między swymi synami jutra i pojutrza takich dzielnych i wesołych towarzyszy, z krwi i ciała, namacalnych, a nie tylko, jak w moim wypadku, jako schematy i cienie chińskie ukazujące się pustelnikowi: o tym ja najmniej chciałbym wątpić. Widzę, że już nadchodzą, powoli, powoli; i może czynię cokolwiek, żeby ich przyjście przyśpieszyć, gdy z góry opisuję, w jakich kolejach losu widzę, że powstają, na jakich drogach widzę, że idą?


3.

Można przypuszczać, że dla ducha, w którym typ "ducha wolnego" doszedł do doskonałej dojrzałości i słodyczy, rozstrzygającym zdarzeniem było wielkie zerwanie, i że przedtem tym bardziej był duchem zależnym i, jak się zdawało, na zawsze przywiązanym do swego kąta i słupa. Co pęta najmocniej? Jakie postronki są prawie nie do zerwania? Dla ludzi wyższego i wybrednego rodzaju będą to obowiązki: ta cześć, właściwa młodzieży, bojaźń i tkliwość względem wszystkiego, co jest z dawna czczone i dostojne, wdzięczność dla ziemi, z której wyrośli, dla ręki, która ich wiodła, dla świątyni, w której nauczyli się modlić – nawet najwznioślejsze chwile będą ich najmocniej pętały, najtrwalej zobowiązywały. Wielkie zerwanie na spętanych w ten sposób nachodzi nagle jak trzęsienie ziemi: młoda dusza w jednej chwili zostaje wstrząśnięta, oderwana, wyrwana – nie pojmuje sama, co się dzieje. Popęd i presja zaczyna władać i staje się jej panem niby rozkaz; budzą się wola i pragnienie odejścia precz, dokądkolwiek, za wszelką cenę; we wszystkich zmysłach bucha płomieniem i żarzy się gwałtowna, niebezpieczna ciekawość nieodkrytego świata. "Raczej umrzeć niż żyć tutaj" – tak brzmi głos rozkazujący i pokusa. A to "tutaj", to "w domu" jest wszystkim, co dotychczas kochała! Nagłe przerażenie i podejrzenie względem tego, co kochała, błyskawica pogardy na to, co nazywała swym "obowiązkiem", buntownicze, samowolne, wulkaniczne, popychające pragnienie wędrówki, obczyzny, obcości, oziębienia, wytrzeźwienia, zlodowacenia; nienawiść miłości, może świętokradzkie sięgnięcie i spojrzenie wstecz, w to miejsce, gdzie dotychczas modliła się i kochała; może żar wstydu za to, co właśnie czyniła, a zarazem okrzyk radosny, że to czyniła, pijany, wewnętrzny, radosny dreszcz, który zapowiada zwycięstwo – zwycięstwo? Nad czym? Nad kim? Zagadkowe, obfitujące w pytania, wątpliwe zwycięstwo, ale zawsze pierwsze zwycięstwo: podobnie złe i bolesne rzeczy należą do historii wielkiego zerwania. Jest ono chorobą zarazem, która może zrujnować człowieka, ten pierwszy wybuch siły i woli do stanowienia o sobie, do oznaczenia własnej wartości, ta wola wolnej woli: ileż choroby wyraża się w dzikich usiłowaniach i dziwactwach, którymi jako wyzwolony, oderwany próbuje odtąd dowieść swego panowania nad rzeczami! Włóczy się jak okrutnik, z niezaspokojoną pożądliwością; co zdobędzie, to musi odpokutować niebezpieczne napięcie jego dumy; rozrywa to, co go nęci. Ze złym śmiechem obraca w rękach, co znajduje przysłoniętym, oszczędzonym przez jakikolwiek wstyd; sprawdza, jak wyglądają te rzeczy, gdy je odwrócić. Jest w tym samowola i rozkoszowanie się samowolą, jeśli teraz, być może, zwraca swoje względy do tego, co dotychczas używało złej sławy – jeśli zaciekawiony i kuszony, krąży koło rzeczy najbardziej zakazanych. W głębi jego przygód i włóczęgi – jest on bowiem w drodze niespokojny i bez celu jak na pustyni – kryje się znak zapytania coraz niebezpieczniejszej ciekawości. "Czy nie można wszystkich wartości odwrócić? A może dobro jest złem? A Bóg tylko wynalazkiem i sztuczką diabła? Może ostatecznie wszystko jest fałszem? A jeżeli jesteśmy oszukani, to czy nie jesteśmy właśnie przez to oszustami? Czy też nie musimy nimi być?" – Takie myśli wodzą go i uwodzą, uwodzą coraz dalej, coraz dalej odwodzą. Samotność okrąża go, opasuje go coraz groźniej, coraz silniej dławi, coraz mocniej ściska serce ta straszliwa bogini i mater saeva cupidinum – ale kto dziś wie, czym jest samotność?...


4.

Od tego chorobliwego osamotnienia, z pustyni takich lat próby jeszcze droga daleka do niezmiernej, zalewającej pewności i zdrowia, które nawet bez choroby obejść się nie może jako bez środka i haczyka do wędki poznania, do dojrzałej wolności ducha, która jest zarówno opanowaniem siebie i karnością serca, jak i otwiera drogi do wielu przeciwnych sobie sposobów myślenia – do tej wewnętrznej przestronności i wybredności nadmiernego bogactwa, które wyklucza niebezpieczeństwo, że a nuż sam we własnych drogach duch się zgubi i zakocha, i oszołomiony zasiądzie w jakimkolwiek kącie; daleka droga do nadmiaru plastycznych, uleczających, naśladujących i uzdrawiających sił, nadmiaru, który właśnie jest oznaką wielkiego zdrowia, który duchowi wolnemu nadaje niebezpieczny przywilej życia na próbę i możności wystawiania się na przygody: przywilej mistrzostwa, przywilej wolnego ducha! Pośrodku mogą leżeć długie lata powrotu do zdrowia, lata pełne wielobarwnych, boleśnie uroczych przemian, opanowane i prowadzone na cuglach przez upartą wolę zdrowia, która często już jako zdrowie ośmiela się odziewać i przyodziewać. Jest to wówczas stan pośredni, o którym człowiek z takim losem nie może potem wspomnieć bez wzruszenia: charakterystyczne dla niego jest blade, delikatne światło i słoneczne szczęście, uczucie wolności ptaka, perspektywa ptaka i niesforność, coś pośredniego, w czym złączyły się ciekawość z subtelną pogardą. "Wolny duch" – to chłodne słowo wzbudza w tym stanie błogość, ogrzewa prawie. Żyje się już bez więzów miłości i nienawiści, bez "tak", bez "nie", to blisko, to daleko, zależnie od woli, najchętniej wymykając się, wymijając, zrywając się, to precz, to wzwyż odlatując; jest się rozpieszczonym, jak ktoś, kto niegdyś niezmierne wiele różnych rzeczy widział pod sobą, i staje się przeciwieństwem tych, co się troszczą o rzeczy, które ich wcale nie obchodzą. W rzeczy samej wolnego ducha obchodzą teraz same rzeczy – i jak wiele rzeczy! – które nie napawają go już troską...


5.

Krok dalej w powrocie do zdrowia: i wolny duch zbliża się znowu do życia, co prawda powoli, prawie opierając się, prawie z niedowierzaniem. Znowu robi się koło niego cieplej, jak gdyby żółciej; uczucie i współczucie nabierają głębokości, odwilże wszelkiego rodzaju przeciągają ponad nim w dal. Na duchu mu niemal tak, jak gdyby dopiero teraz otworzyły mu się oczy na to, co blisko. Jest zdziwiony i staje w zadumie: gdzież więc był? Te rzeczy bliskie i najbliższe: jakżeż mu się odmieniły! Jakiego puszku i czaru przez ten czas nabrały! Z wdzięcznością spogląda wstecz – z wdzięcznością dla swojej wędrówki, dla swojego hartu i obcości względem samego siebie, dla swoich spojrzeń w dal i wzlotów ptaka w mroźne wyżyny. Jak dobrze, że niby wychuchany, osowiały piecuch nie został na zawsze "w domu", zawsze "u siebie"! On był poza sobą: żadnej wątpliwości. Dopiero teraz ogląda samego siebie – i jakież niespodzianki przy tym odkrywa! Jakie niezaznawane dreszcze! Jakie szczęście nawet w znużeniu, w dawnej chorobie, w nawrotach choroby człowieka powracającego do zdrowia! Jak mu dobrze ze swym cierpieniem siedzieć spokojnie, prząść nitki cierpliwości i leżeć na słońcu! Kto zna się tak jak on na szczęściu w zimie, na plamach słonecznych na murze! Są to najwdzięczniejsze stworzenia na świecie, a także najmniej wymagające, ci, znowu wróceni w połowie życiu, powracający do zdrowia, i jaszczurki: – są między nimi tacy, którzy nie opuszczą ani jednego dnia, żeby do ciągnącego się za nim skrawka szaty nie przyczepić krótkiej pieśni pochwalnej. A mówiąc poważnie: jest to gruntowna kuracja na wszelki pesymizm (rak dawnych idealistów i kłamczuchów, jak wiadomo), być chorym na sposób tych duchów wolnych, dobrą chwilę pozostawać chorym, a potem dłużej, jeszcze dłużej stawać się zdrowym, to znaczy "zdrowszym". Na tym polega mądrość, mądrość życiowa, samemu sobie przez długi czas przepisywać zdrowie w małych dozach.


6.

W tym czasie może się zdarzyć, że w przebłyskach jeszcze buntowniczego, jeszcze zmiennego zdrowia wolnemu, coraz wolniejszemu duchowi zacznie się odsłaniać zagadka tego wielkiego zerwania, która dotychczas oczekiwała ciemna, pełna pytań, prawie nieuchwytna w jego pamięci. Jeżeli przez długi czas zaledwie miał odwagę zapytać siebie, "czemu tak na uboczu, tak samotnie, wyrzekać się wszystkiego, co czciłem, samego czczenia nawet; czemu ta twardość, podejrzenie, nienawiść własnych cnót?" – dziś zbiera się na odwagę i pyta głośno i słyszy już coś w rodzaju odpowiedzi. "Powinieneś był stać się panem samego siebie, panem także własnych cnót. Dawniej one były twymi panami; lecz teraz powinny się stać twymi narzędziami, na równi z innymi. Powinieneś był posiąść władzę nad swoim »za« i »przeciw« i nauczyć się wywieszać i chować je według swych celów wyższych. Powinieneś był nauczyć się pojmować to, co jest perspektywą w każdej ocenie wartości – przesunięcie, zniekształcenie i pozorną teleologię horyzontów i wszystko, co do perspektywy należy; a także potrzebną dozę głupoty względem wartości przeciwnych i cały uszczerbek intelektualny, którym przypłaca się każde swoje »za«, każde »przeciw«. Powinieneś był nauczyć się rozumieć, ile jest koniecznej niesprawiedliwości w każdym »za« i »przeciw«, niesprawiedliwości nieodłącznej od życia, życie samo jako warunkowane przez perspektywiczność i swoją niesprawiedliwość. Przede wszystkim powinieneś był widzieć własnymi oczyma, gdzie jest największa niesprawiedliwość: tam mianowicie, gdzie życie jest rozwinięte na najmniejszą, najwęższą, najbardziej skąpą, najpierwotniejszą miarę, a mimo wszystko nie przestaje uważać siebie za cel i miarę rzeczy i dla swego zachowania – skrycie i w sposób małostkowy a nieustannie – wykruszać i podawać w wątpliwość tego, co wyższe, większe, bogatsze. Powinieneś był problem hierarchii ujrzeć własnymi oczyma, oraz i to, jak siła, prawo i szerokość perspektywy łącznie wzrastają. Powinieneś był" – dość, wolny duch wie odtąd, jakiego "powinieneś" słuchał, i wie także, co teraz może, do czego dopiero teraz – ma prawo...


7.

Tak oto wolny duch odpowiada sobie na zagadkę zerwania i kończy na tym, że uogólniając rzecz, tak swoją przygodę rozstrzyga. "Jak się mnie przydarzyło, powiada sobie, tak się musi przydarzyć każdemu, w kim zadanie chce stać się ciałem i »przyjść na świat«". Tajemna władza i konieczność tego zadania rządzić będzie we wszystkich jego losach na podobieństwo nieświadomej ciąży, na długo przed tym, nim sam to zadanie zmierzy okiem i pozna je z imienia. Nasze przeznaczenie rozporządza nami nawet wtedy, gdy go jeszcze nie znamy; to przyszłość nadaje prawo naszemu dzisiaj. Założywszy, że jest to problem hierarchii, o którym my, wolne duchy, mamy prawo powiedzieć, że jest naszym problemem; teraz w południu swego życia rozumiemy dopiero, jakich przygotowań, obejść, prób, usiłowań, przebrań potrzebował problem, zanim mógł stanąć przed nami; jak musieliśmy przedtem doznać na duszy i ciele najrozmaitszych i najsprzeczniejszych stanów nędzy i szczęścia: jako awanturnicy i żeglujący dokoła ziemi w tym świecie wewnętrznym, który nazywa się "człowiek"; jako wymierzający każde "wyżej" i "jedno nad drugim", co także nazywa się "człowiek" – wciskając się wszędzie, prawie bez trwogi, niczym nie pogardzając, niczego nie gubiąc, wszystkiego smakując, wszystko z przypadkowości oczyszczając i niejako przesiewając – aż w końcu mogliśmy powiedzieć, my, duchy wolne: "Tutaj – nowy problem! Tutaj wysoka drabina i stopnie, na których sami siedzieliśmy, na które sami wstąpiliśmy – którymi sami niegdyś byliśmy. Tutaj, wyżej, głębiej, pod nami, straszliwie długi szereg, hierarchia, którą widzimy: tutaj – nasz leży problem!".


8.

Żadnemu psychologowi, żadnemu wróżbicie ani przez chwilę nie będzie niewiadome, do którego etapu rozwoju zarysowanego powyżej należy niniejsza książka (lub w którym została umieszczona). Ale gdzie są teraz psychologowie? We Francji – zapewne; może w Rosji; z pewnością nie w Niemczech. Nie brak przyczyn, dla których dzisiejsi Niemcy mogliby to sobie nawet za honor poczytywać; tym gorzej dla tego, kto w tym względzie nie po niemiecku został stworzony i ukształtowany. Ta niemiecka książka, która umiała znaleźć czytelników w szerokim kręgu krajów i ludów – już prawie dziesięć lat, jak jest w drodze – i musi się znać na jakiejś muzyce i sztuce gry na flecie, które skusiły do słuchania nawet oporne uszy cudzoziemców – właśnie w Niemczech książka ta najbardziej niedbale była czytana, najgorzej słuchana. Skąd to pochodzi? – "Wymaga ona za wiele, odpowiedziano mi, zwraca się do ludzi nieznających przymusu twardych obowiązków, wymaga delikatnych i wybrednych zmysłów, potrzebuje nadmiaru, nadmiaru czasu, jasności nieba i serca, otium w najzuchwalszym znaczeniu: samych dobrych rzeczy, których my, Niemcy dzisiejsi, nie posiadamy, a więc też dać nie możemy". – Po tak grzecznej odpowiedzi radzi mi moja filozofia zamilknąć i o więcej nie pytać; zwłaszcza że w pewnych wypadkach, jak napomyka przysłowie, nie przestaje się być filozofem tylko dlatego, że się – milknie.

Nicea, na wiosnę 1886.