Lublin (Junosza, 1893)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Lublin
Podtytuł Wspomnienie
Pochodzenie „Kalendarz Lubelski Na Rok Zwyczajny 1893“
Wydawca Nakładem M. Kossakowskiej
Data wydania 1893
Druk M. Kossakowska
Miejsce wyd. Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


LUBLIN.
(WSPOMNIENIE.)





Na siedmiu pagórkach malowniczych rozrzucony wygląda nasz gród macierzysty niby Rzym, a dzieciaki twierdzą że ma nawet kapitol swój i skałę Tarpejską... pierwszy na balkonie Trynitarskiej wieży — druga niedaleko na górce za Dominikanami. Ileż razy staczaliśmy się z niej, zepchnięci rękami rozbawionych chłopców swawolników...
Jest to temu lat X... babciami już zostały piękne panny ówczesne.
Za bramą Grodzką było niegdyś Ghetto, jak w Rzymie — teraz jest ono niby City londyńskie, fijołki nie kwitną obok handlu — tem gorzej dla... fijołków. Za bramą Krakowską, przed dawnym trybunałem pełno ludzi odzianych w długie szaty, zadumanych, chwilami poważnych, chwilami gestykulujących z ożywieniem niezmiernem. To wędrująca akademia prawna i talmudyczna. Jak ongi w Pumpadycie, albo w Suraz, albo przed gmachem wielkiego Synhedryonu w Jerozolimie, odbywają się na świeżem powietrzu takie dyskusye poważne, taka gimnastyka umysłowa, że niczem w obec nich Sorbona...
Z drugiej strony bramy Krakowskiej w blizkości magistratu, po lewej stronie Krakowskiego przedmieścia jest Giełda... wędrująca również jak akademia prawnicza, ale giełda... nie taka wpływowa jak w Berlinie, nie taka śpiąca jak w Warszawie, ale na Lublin akurat. Tu na szalach rozwagi finansowej oceniany jest przemysłowiec, rolnik, rzemieślnik, a nawet i taki biedak co nie mając ani fabryki, ani roli, ani warsztatu, pragnie jednak żyć i prowadzić operacye finansowe w granicach tak szczupłych, jak jego skromne dochody. Ta giełda stoi na swojem stanowisku wytrwale, wydepcze ona dziury w asfalcie, w piaskowcu, w granicie — i gdyby nie naprawiano chodników co roku, zagłębiałoby się w ziemię coraz niżej, niżej... aż do antypodów.
Dalszy ciąg Krakowskiego­‑przedmieścia, aż do Ogrodu miejskiego, to coś w rodzaju bulwarów... paryzkich, trochę w gorszym gatunku... ale tak. Tam odbywa się nieustająca wystawa inteligencyi i piękności. Obok gentelmenów w żółtych butach i lśniących kapeluszach, przesuwają się piękne panie i panny w strojach pierwszej mody, z trenami długiemi jak nieszczęście, z parasolkami o rączkach długich niby pastorały, w kapeluszach z tiulu, słomy, kwiatów, wstążek i niesłychanej fantazyi.
Ogród miejski to... Olymp w którym stale zasiadają różne bóstwa... od rana on się zaludnia. Nie płynie tam ambrozya, ani nektar, bo i Olymp musi się stosować do ducha czasu — więc też urocze Venus piją „Szczawnicę,” Dyany „Ems,” Minerwy (i takich nie brak) maczają usta w „Salzbrunach.” Junony serwatką się wzmacniają... a wśród nich i wśród innych bożków i bohaterów uwija się jeden, drugi i dziesiąty współczesny Merkury. Ten jeszcze za olimpijskich czasów był delikatny, miewał felery w wątrobie, więc pije „Karslbad” na potęgę, żeby delikatne zdrowie odzyskać i lekkości potrzebnej do handlu nabrać.
Lublin oddawna słynie z pięknych panien, a ma ich tyle że i na eksport wystarcza. Częstokroć też urocze Sabinki lubelskie bywają porywane i wywożone daleko. Podobno dla ułatwienia tych porwań, odbywanych zresztą najlegalniej, według prawa cywilnego i kanonicznego, założony został... Nałęczów. Leczą tam podobno na nerwy i inne niedomagania ludzkie, ale to tylko dodatkowo — głównie i najskuteczniej kurują w tym zakładzie kawalerstwo. Przyjechałeś cierpiący, stęskniony, spragniony roskoszy własnego domowego ogniska, wziąłeś kilkanaście kąpieli, odbyłeś pięć wycieczek i aniś się spostrzegł że już masz na palcu zaręczynowy pierścionek...
Suggestya... parowa suggestya, jak twierdzi pewna dama, która w Nałęczowie zgubiła newralgię, Pelagię i Idalię, a zyskała dwóch zięciów.
Czy Nałęczów miałby taką sławę i takie własności, gdyby nie Lublin? Nigdy?
Lublin od strony Katedry w dół ku rzece i ku kolei, jest pełen poetycznego wdzięku... Rzuciwszy okiem na lewo z chodnika, koło zabudowań Towarzystwa Dobroczynności, widzimy prześliczną dolinę, malownicze wioski, fabryki, łąki, srebrną wstęgę Bystrzycy, Lago Magiore, to jest nie Lago Magiore, ale coś w tym rodzaju, sadzawkę pana Wędrowskiego — a jeżeli puścimy się dalej przez Ponte dei Sospiri (dzierżawca rogatkowego przy nim wzdycha) jeżeli spojrzymy na tak zwane Piaski i dodajmy, jeżeli to jest wiosna i Bystrzyca szeroko wylała, to może nam się zdawać że jesteśmy na lagunach w Wenecyi... Domy i woda, woda i domy... Na upartego można znaleść i plac S-go Marka (targ się na nim odbywa) i pałac Dożów... Nie zaręczyłbym że który obywatel tej dzielnicy nie nazywa się Jankiel Doża. Dalej, dalej, drogą pomiędzy składami, fabrykami, kamienicami zwróconemi do drogi frontem, bokiem, tyłem, — przyjeżdżamy na dworzec centralny — drogi nadwiślańskiej... Naturalnie że centralny, bo jedyny. — Z tego punktu za pomocą dwóch potężnych nici żelaznych, Lublin łączy się z Europą, z całym światem... Tą drogą sprowadza sobie żółte buty, modne kapelusze, węgle kamienne i książki — tą drogą wywozi piękne panny z miasta, zboże z okolicy, piwo i mąkę i izraelitów za geszeftami.
Równo ze słońcem budzi się to ładne miasteczko, dzwoni zegar na Krakowskiej bramie, dzwonią dzwony kilkunastu świątyń, świszczą lokomotywy pociągów, turkoczą wozy chłopskie przez wszystkie rogatki na targ śpieszące, ruszają się dorożki na mieście; inteligencya małoletnia śpieszy do szkół, pełnoletnia do biur, kantorów, sklepów, w ogóle do obowiązkowych swych zatrudnień, wędrująca akademia pod trybunał, czarna giełda na Krakowskie; zaczyna się ruch, wrzawa, szwargot.
Ku wieczorowi wszystko się ucisza, chłopi wracają do domów, giełda znika za bramą Grodzką; zaczyna się chwila spaceru, wypoczynku; nieustająca wystawa w całej pełni, nieustające... bilardy w ruchu.
Z uderzeniem godziny dziesiątej, jedenastej, chrapliwy odgłos trąby wzywa do spoczynku... Posłuszny wezwaniu temu Lublin spać się kładzie, a po nad strzelające w niebo wieżyce wypływa księżyc i we wszystkie okna i okienka, w salony i w poddasza wlewa bladawe światło i obdarza niem wszystkich bez różnicy: złych, dobrych, bogatych, ubogich, posessyonatów i stróżów.
Lublin zasypia — i piękny w blaskach słonecznych, przy księżycowem świetle jeszcze się piękniejszym wydaje.

Klemens Junosza.
Klemens Junosza - Lublin ornament 004.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.