Listy O. Jana Beyzyma T. J./List VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Beyzym
Tytuł Listy O. Jana Beyzyma T. J. apostoła trędowatych na Madagaskarze
Data wydania 1927
Wydawnictwo Wydawnictwo Księży Jezuitów
Drukarz Drukarnia „Przeglądu Powszechnego”
Miejsce wyd. Kraków
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
LIST VI.

Tananariwa, 25 listopada 1899.


... W początkach listopada spadł grad bardzo obfity i wielki, jak mówiono mi w Tananariwie, że pojedyncze ziarnka były wielkości śliwki, leżał kilka godzin, a w dołach, gdzie słońce nie dochodzi, przeleżał parę dni. W mieście grad zrobił wiele szkody, a nas po stacjach misyjnych ominął, i dlatego tylko relata refero, bom sam tego nie widział.
Pisałem kiedyś Ojcu, jak się urządziłem w mojem mieszkaniu; teraz muszę nieco uzupełnić moje opowiadanie. Póki mieszkałem, nie oddalając się z domu, wszystko było w porządku; ale pewnego razu chwyciła mnie znowu tutejsza febra. Porządnie mnie chwyciła, a ja też porządnie zacząłem się bronić od pieszczot tej ciotuni. Całemi dniami tylko to robiłem, że nawijałem w opłatki chininę i połykałem. Najadłem się tych pirogów z łacińskiej kuchni co niemiara, a mimo to nie chce mnie febra opuścić, gorączka trwa i trwa. Wkładam więc brewiarz do torby, biorę kij w rękę i maszeruję na kurację do Tananariwy. Wykurują, to dobrze, a nie, to drugie dobrze; przynajmniej wyspowiadam się przed śmiercią. W Tananariwie na powitanie bura od X. Superiora, ministra i infirmarza, żem przyszedł piechotą taki kawał drogi (2 dobre godziny) mając gorączkę. Trudna rada: idzie się piechotą, jeśli niema czem jechać. Wysłuchałem z pokorą tych wszystkich wymówek i napomnień i zacząłem się kurować. Za łaską Bożą, po kilku dniach wylizałem się — czy na długo — to pytanie, ale odesłano mnie na stację burżanami (tragarzami).
Wchodzę do mego pokoju i zastaję tam wszystko białe, jakby śniegiem pokryte: wszystko zakwitło od wilgoci. Rad nie rad przeniosłem się na strych, i teraz mam w tym pokoju na piętrze wszystko co miałem przedtem na górze i na dole. Zaczęła się już pora deszczowa, więc o mieszkaniu na dole mowy niema. W sam dzień św. Stanisława Kostki 13/11, bardzo niewiele brakowało, a byłbym się tanim kosztem dostał na tamten świat. Od rana było bardzo gorąco, parno i pochmurno; około południa zaczął deszcz padać i pioruny sypały się jak z worka. Przypatrywałem się temu wszystkiemu i przysłuchiwałem jakiś czas, bo lubię patrzeć na burzę, potem zacząłem odmawiać brewjarz. O godzinie 2-giej po południu, tak silny uderzył piorun, że moja chata zatrzęsła się od huku. Zdawało mi się, że to coś trochę czy nie za blisko. Zeszedłem więc na dół, żeby zobaczyć, czy moi trędowaci nie mają jakiego kłopotu od tego pioruna. Wychodzę, i zastałem coś innego, niż myślałem. Piorun uderzył nie w baraki moich chorych, ale tuż obok mojej chaty, tak może na metr od ściany i całą obryzgał błotem, zabił ptaka wielkości naszej wrony, a jak się nazywa, nie wiem (Malgasze nazywają go kicikici), wyrwał kawał darniny i poleciał w ziemię. Tym razem szczęśliwie się zakończyło polowanie pioruna tylko na ptaku, ludziom, dzięki Bogu, nic się nie dostało. Ptaka oddałem chorym, którzy się zbiegli do mnie, żeby zobaczyć, czy się co złego mi nie stało i zarazem obejrzeć ślady pioruna.
Obecnie burze z piorunami są u nas na porządku dziennym; prawie dnia niema bez nich. Kilka dni temu zaczęły pioruny bić nienajgorzej, więc zeszliśmy z moim czarnym kuchmistrzem na dół, ażeby łatwiej dać drapaka w razie, gdyby dach chciał się walić. A niewiele na toby potrzeba, jak mi się wydaje, bo cały dom trząsł się tak, że pisząc, czułem drżenie stolika. Nie wiem, czy Ojcu o tem wspominałem, że na morzu pioruny daleko ładniej wydają się, niż na ziemi. Gdy byłem na okręcie, z prawdziwą przyjemnością przypatrywałem się, jak biły pioruny jeden po drugim, każdy z nich — na oko sądząc — miał może jaki kilometr długości, a jak trzasnął we wodę, to aż miło, znać, że nie żartuje, ale wali co może. Grzmoty niedobrze się słyszą na okręcie, bo huk wody i maszyny przeszkadza. Nie można na pioruny długo patrzyć jednym ciągiem, zwłaszcza w nocy, bo światło to zanadto razi oko.
Wie Ojciec, że ja »Misje« czytuję z wielkiem zajęciem, ale nieraz ze strachem. Ze wszystkich stron proszą o wsparcie, bo wszędzie bieda. Jest jeszcze co prawda dużo miłosiernych ludzi na świecie, którzy wspierają, gdzie prawdziwa nędza, ale potrzebujących tylu, że chociażby się nie wiem jak wielkie jałmużny rozdało, to przecież na każdego odrobina spadnie. A u mnie nędza coraz gorsza. Nieraz łamałem sobie głowę, co począć, żeby niejednego z moich chorych zabezpieczyć od głodowej śmierci. Swoją porcją dzieliłem się często jak mogłem, ale co to znaczy, to chyba tyle co psu mucha na śniadanie. Aż mi się niedobrze robi, gdy wspomnę, że tyle ludzi traci taką masę pieniędzy na zachcianki i przyjemności nieraz najniegodziwsze, a moi chorzy nie mogą mieć ani schroniska, ani utrzymania, i jeszcze nie dzień, ani dwa trzeba czekać na to, ale może jeszcze jakie parę lat przyjdzie klepać taką biedę.
Wszystkim Ojcom i Braciom życzę wesołych Świąt i jak najpomyślniejszego nowego roku i stulecia zarazem. Oczekując z niecierpliwością listu od Ojca, a polecając się Jego modlitwom, pozostaję sługą najniższym w Chrystusie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Beyzym.