Kunigas/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kunigas
Podtytuł Powieść z podań litewskich
Data wydania 1882
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

W Krzyżackim Maryi-Grodzie dzwoniono na wieczorne pacierze. Głos niewielkiego dzwonka, cichy, smętny, leniwy jakiś, rozlegał się po zamkowych podwórzach, to podnosząc, to cichnąc, w miarę jak wiatr to go odpędzał gdzieś, to przybliżał.
Kapliczka, któréj drzwi stały otworem, była jeszcze prawie pusta i niemal ciemna.
Pora była późnéj jesieni; mrok dnia mglistego okrywał budowy zamkowe. W tém pół-świetle, pół-cieniu, przybierały one kształty fantastyczne; część ich nikła w ciemnościach i rozpływała się w mrokach; niektóre ściany występowały ostro, resztkami dnia oświetlone w połowie, lub pozapalanemi lampami i pochodniami, które otaczał krąg jasności jakby dymem osutéj.
Gdzieniegdzie wrota otwarte czarną zdawały się czeluścią; gdzieindziéj zakratowane okno, już ogniem wnętrza zarumienione, na którego tle ciemne przesuwały się postacie, gorzało niby pożarem cichym i tém straszniejszym.
Zamek cały ponury i posępny był jak więzienie. W milczeniu, smutnie, wolno, w podwórzach przesuwały się postacie rycerskie, czeladź w kuséj odzieży, pachołki z ostrzyżonemi głowami.
Ludzie ci, nawykli o jednéj porze spełniać obowiązkowe czynności, bez słowa, bez znaku życia szli, jak kółka jakiegoś misternego przyrządu, gdzie ich prowadził rozkaz niemy.
Ciszę tę straszną przerywało tylko kiedy niekiedy zawycie psa na uwięzi lub rżenie koni stajennych. Lecz i te stworzenia, jakby nawykłe do klasztornego milczenia, wprędce ucichały.
W téj ciszy majestatycznéj był jakiś uroczysty smutek, a siła, którą ma każdy czyn, spełniony bez odgłosu, w spokoju, gdy się nań cała potęga ludzkiego ducha zdobywa.
Wszelka wrzawa odejmuje dziełu człowieka to wrażenie mocy zwycięzkiéj, któréj oznaką jest niemota dobrowolna.
Tu, oprócz mdłego głosu dzwonka, który powoływał na pacierze braci, nic więcéj słychać nie było. Niekiedy wiatr jesienny przerzynał ciężkie powietrze, wilgocią przesiąkłe, i, cisnąc się między wąskie ścian przesmyki, urągał szyderskim głosem nakazanemu milczeniu.
W kaplicy, przed któréj ołtarzem paliła się ze stropu zwieszona lampa, słabo oświecająca ściany, okryte napisami i chorągwiami grobowemi, — niewielu pobożniejszych rycerzy zeszło się leniwo na wieczorną modlitwę.
Kapelan w kapie stał u stopni ołtarza i modlił się szybko, półgłosem, jakby z obowiązku, senny i roztargniony. Stojący w swych ławkach rzeźbionych starsi bracia, którzy więcéj się ściągnęli dla przykładu i z powinności niż przez nabożeństwo, w modlitwie nie okazywali wielkiéj gorliwości i zapału.
Niektórzy z nich, ponachylani ku sobie, szeptali; inni, ze złożonymi na piersiach rękoma, zdawali się z rezygnacyą znudzoną wyczekiwać końca. Jeden sparł się o stalle i, zadumany, z zamkniętymi powiekami, drzémał, czy usypiał.
W mroku kaplicznéj głębi trudno było rozpoznać tych, co się u drzwi zgromadzili, zwołani dzwonkiem, nie przywiązując wielkiego znaczenia do nabożeństwa.
Światło lampy drgało fantastycznie na bronzach i złoceniach obrazów, sprzętów i na fręzlach chorągwi. Płomyk jéj, poruszany falą powietrzną, skakał promykami jak żywa jakaś istota, sięgając daléj, rzucając się na boki, na przemiany odkrywając twarze i obrazy, lub topiąc je w mroku. On tu był jedyném czémś, życiem i wolą obdarzonym. Wszystko zresztą spało, nieme i zdrętwiałe.
W końcu ławy rzeźbionéj, wśród tego posępnego szeregu płaszczów białych i sukni czarnych, jedna tylko postać wybitniejsza zwracała na siebie oczy. Lampa właśnie rzuciła wiązkę światła na twarz jej, występującą wyraziście na tle mroków, które ją otaczały.
Było to męzkie oblicze człowieka, już życiem zahartowanego, z którego lata zrobiły bronzową maskę, napiętnowaną rysy mnogiemi, jakby hieroglifami, które przeszłość wypisała na niéj — nieczytelnemi i tajemniczemi.
Odkryte, wyniosłe czoło, fałdowały grube marszczki, ciemnymi pasy przerzynając je na kilka części.
Takież same fałdy głębokie zorały zejście się brwi czarnych, bujnych, rozrosłych, osłaniających parę oczu, ukrytych głęboko pod wystającą kością czołową, a świecących w oprawie kształtnéj, która niegdyś piękność ich podnosić musiała. Dziś i tu marszczki się zbiegały, a poniżéj nielitościwie krajały policzki i ust otoczenie. Wąsy i broda, ciemne jeszcze, już gdzieniegdzie srebrnemi włosy były posypane.
Blask lampy, silne rzucając cienie, uwydatniał rysy téj twarzy, jakby dłutem energiczném wykutéj.
Wyraz jéj był posępny, surowy, dumny a spokojny jakąś siłą wewnętrzną. Zwykły strój zakonników-rycerzy leżał na szerokich ramionach i piersiach, w wielkich fałdach jak od niechcenia rzucony. Nie widać było najmniejszéj tu staranności, a sukno nosiło na sobie ślady zużycia i zszarzania.
Usta głęboko wpadłe nie poruszały się modlitwą, a z posępnego czoła zgadnąć było trudno, czy się modliła dusza. Oko — to się zatrzymywało na przedmiotach obojętnych, bez myśli, to śledziło wszystkich w kaplicy zebranych, równie pobliższych współbraci, jak daléj skupionych u progu półbratów, czeladź służebną i knechtów.
Przed okiem tém nic ujść nie mogło; biegło ono w ciemności, pewnym będąc, że je przeszyje, a odgadnie, co się w nich skrywa.
Coś się kazało domyślać, iż ten świadek, lecz nie uczestnik modlitwy, wrażał wszystkim przytomnym pewną obawę i poszanowanie. Tak samo, jak wzrok jego po ludziach, wejrzenie ludzi ukradkiem biegło ku niemu. Czeladź się instynktowo uchylała, słoniła za przymurki, aby nie być wystawioną na wzrok ten, przeszywający i groźny.
Na zastygłych licach zakonnika nie było oznaki najmniejszego wrażenia. Obok dumy, która pięknéj téj twarzy rycerskiéj zdawała się dziedzictwem krwi narzuconą, była i pokora mnisza, przybrana z musu.
Nie widać było, aby szczególne jakieś dostojeństwo i władza związane były z tém rycerza znaczeniem, jakie mu nadawało oblicze. W ławie braci stał on na najniższém miejscu, ostatni z brzegu.
Patrzał ztąd, śledził...
Pacierze wieczorne zbliżały się do końca; mruczeniem głuchém odpowiadano ze stallów na głos kapelana. Przykląkł wreszcie, odwrócił się, i zwolna, ze zwieszoną głową, ku zakrystii zmierzał.
Naówczas poruszyli się wszyscy, zbudził się zakonnik drzemiący, czeladź od drzwi szybko się wysypała na podwórze.
Pozostał chwilę na swém miejscu rycerz ów nieruchomy, głowę tylko zwróciwszy ku ołtarzowi. Ci, co go pomijali, wysuwając się z kaplicy, nie pozdrawiali ani skinieniem głowy, przechodzili patrząc w inną stronę, jakby unikali jego wzroku z pewnym pośpiechem, niezręcznie ukrywanym. Żaden mu nie okazał uszanowania, choć widać było, że może wrażał obawę.
Kaplica już prawie była pusta, gdy i on ze swego miejsca poruszył się nareszcie i ciężkim krokiem iść począł ku drzwiom, u których jeszcze kupka czeladzi się zatrzymała.
Wśród niéj stał, pytając o coś, brat Szpitalnik, człowiek niemłody, siwy, ruchów żywych, mowy prędkiéj, gorącego temperamentu. Płaszcz, z ramion mu się osuwający nie po myśli, dokuczał niecierpliwemu, który go poprawiał i szarpał na sobie.
Wychodzący zakonnik zatrzymał się przy nim. Zobaczywszy go, knechty i służba natychmiast rozpierzchać się zaczęli.
Z szerokiéj piersi jego dobył się głos męzki, stłumiony, lecz silny, wychodzący jakby z głębiny, i tak właściwego sobie dźwięku, że-by go wśród tysiąca innych można było rozróżnić. Jak cała postać, nakazywał poszanowanie, nie dopuszczał przeciwieństwa.
Zwrócił się do Szpitalnika, który oczy w niego wlepił niespokojne i błyszczące.
— Co się z młodym Jerzym dzieje? — zapytał.
— Chory, chory; — odparł zapytany żywo, poruszając ramionami i nie bardzo rad tłómaczyć się szeroko.
Pytający badał go wzrokiem. Byli już sami, bo czeladź się rozpierzchła. Szpitalnik poruszył się, jakby chciał odchodzić; zobaczywszy, że zakonnik stał w miejscu, niechętnie zatrzymać się musiał.
Ten powtórzył zapytanie:
— Chory? zawsze chory?
Ruchem głowy potakującym odpowiedział tylko żywy Szpitalnik. Namyślił się nieco.
— Zawsze chory! tak! a ja nawet nie umiałbym powiedziéć, na co chory... Wiecie, bracie Bernardzie, dużo przeróżnych chorób widziałem w życiu, ale téj nie znam i na tę poradzić nic nie umiem.
Chciał odejść, Bernard go za rękę powstrzymał.
— Zaczekaj chwilkę; — rzekł, — wiem, że ci zawsze pilno; ale powiedzże, co mu jest?
— Co mu jest? — z pewną niecierpliwością i półuśmiechem począł spytany — ale właśnie w tém trudność, że nie wiemy, co mu jest. Opowiedziéć trudno. Skutki choroby widzimy jasno, ale jéj saméj zrozumiéć i pochwycić nie podobna. Chłopak wyniszczał nagle, wychudł, zżółkł, sposępniał, stracił ochotę do jadła... powiedziałbym, że i do życia. Godzinami siedzi, jak osłupiały, z oczyma wlepionymi w ścianę lub w okno, w podłogę lub suffit.
I dokończył nowém ramion poruszeniem.
— Młodość potrzebuje ruchu i powietrza; sądzę, że wziąć-by go może, na koń wsadziwszy, na jaką przyszłą wyprawę, na świeży świat, pomiędzy ludzi; zmienić życie, dać go gdzie na zamek do którego z Komturów, trochę swobody...
Szpitalnik, słuchając, głową potrząsał.
— Możecie, czego chcecie, próbować — rzekł — bo ja już z mojéj apteki, co tylko było do dania, wyczerpałem; nie sądzę, żeby się to na co przydało... Na koń siąść bodaj czy mu siły pozwolą. Dać go do jednego z tych gródków, w których dzień i noc czuwać potrzeba... to nie spoczynek... No, ja nie wiem — dokończył, zabierając się znowu odchodzić; ale Bernard jeszcze go raz za płaszcz przytrzymał.
— Jak sądzicie? grozi jego życiu niebezpieczeństwo? — zapytał.
— Gdyby starszym był, — odparł zżymając się nieco zakonnik, któremu było pilno — prędzéj-by się dało zawyrokować, czy wyzdrowieje, czy zamrze... Z młodością, która ma siły wielkie i dziwactwa niespodziane, nigdy człowiek nie wié, czy ona zwycięży, czy od lada podmuchu wiatru, jak mało rozpalony knot lampy, zagaśnie.
— A szkoda-by było — zamruczał Bernard. — Chowaliśmy go od dziecka... no, i rachowali nań.
Brat Szpitalnik, roztargniony, ledwie mógł ostatnie słowa dosłyszéć.
— Bracie Bernardzie! — odezwał się, wybuchając, jak zmuszony żywym temperamentem: — Wierzcie mi, stary jestem, widziałem wiele! Krwi nie przerobić w człowieku. Ma ona swe prawa. Hoduj, jak chcesz, ptaszę dzikie; ledwieś mu okna uchylił, a głosy swoich posłyszało — uleci.
— Na to się mu podcinają skrzydła! — cicho zamruczał Bernard, do ucha Szpitalnikowi dodając:
— Miałże-by kto wydać mu i zdradzić tajemnicę? To być nie może!
Ręce podniósł do góry z oburzeniem.
— Któż-by mógł? jakim sposobem? — przerwał Szpitalnik. — Oprócz nas kilku, przysięgą do milczenia związanych, żywa dusza o tém nie wié. Nikt! Domyślić się nawet nie podobna. Jerzy, jak wszyscy tu, wié, iż go małym chłopięciem z Niemiec przywieziono.
— Tak! — odparł Bernard — ale pamięć dziecka? Dzieją się rzeczy dziwne czasem. Nuż mu się tam, jakim cudem, lata chłopięce przypominają, jak sen jaki?
Szpitalnik głową potrząsał.
— To się zatarło! tyle czasu! — rzekł. — Żaden człowiek nie pamięta niemowlęctwa, a on się tu prawie w nasze ręce niemowlęciem dostał.
— Nie! nie! — zaprzeczył Bernard — Mówił już, i tę szatańską, dziką, barbarzyńską mowę, którą bełkotał, ledwie mu potém grozą i sztuką z głowy wybito.
— Bądźcież spokojni; nie zna jéj ani słowa! — rzekł Szpitalnik. — Nic podobnego mu do głowy przyjść nie mogło. Coś innego chorobę sprowadzić musiało. Co? Któż to zbada? Ciało gnębi duszę w człowieku, dusza czasem łamie ciało — oboje potém cierpią. Niewiadomo co leczyć? jedno czy drugie? tak są z sobą powiązane.
— Patrzéć potrzeba, co z dwojga mocniéj dotknięte.
— Tak! — uśmiechnął się Szpitalnik. — Gdyby to oko ludzkie do tych głębin zajrzéć mogło? Łaska chyba Boża oświecić o tém może.
To rzekłszy, ruszył się od progu kaplicy Szpitalnik potrząsając pękiem kluczy, który mu wisiał u pasa, a dając tém do zrozumienia, iż mu do jego obowiązków pilno było.
Brat Bernard, już go nie wstrzymując, szedł z nim razem. Szpitalnik obejrzał się na niego, zdziwiony trochę, że mu towarzyszył; co postrzegłszy, Bernard się ozwał:
— Chciałbym ja go sam zobaczyć. Nic nadzwyczajnego nie będzie, gdy razem z wami zajdę do infirmeryi.
Szpitalnik się uśmiechnął.
— Wam przecie — rzekł — przystęp nigdzie i nigdy wzbroniony nie jest. Róbcie, jak wam się zda lepiéj.
Z kaplicy do domu chorych potrzeba było na drugi, niższy dziedziniec przechodzić. Odległość była dosyć znaczna.
Ciemno się robiło wśród murów, lecz gdzieniegdzie z okien padające światło drogę wskazywało.
Bernard postępował milczący i zadumany. Nie przeszkadzało mu to, jakby z nałogu, po drodze tu i ówdzie rzucać oczyma, w każde drzwi napół otwarte, w każde okno oświetlone, zwracać się ku każdemu przechodzącemu, którego spotykali, i pilnie się weń wpatrywać. Zdało się to skutkiem dawnego nawyknienia bardziéj, niż woli, gdyż zakonnik szedł, cały w sobie pogrążony.
Szpitalnik, którego żywość pędziła, ciągle go wyprzedzał i musiał krok swój mierzyć, aby ciężéj i powolniéj kroczącego Bernarda zbyt nie wyprzedzać, bo mu miał służyć za przewodnika.
Weszli nareszcie do sieni, z któréj na prawo drzwi, nie do izb obszernych, gdzie największa liczba chorych i rannych się mieściła, ale do kilku pomniejszych, dla braci zakonnéj i starszyzny przeznaczonych, prowadziły.
Weszli. Pierwsza, ciemna, stała pustą; z drugiéj przez szczeliny u progu i góry słabe się światełko przeciskało. Ojciec Szpitalnik otworzył je zwolna i, sam nie wchodząc, chciał przodem wpuścić Bernarda, który nawzajem wskazał mu, ażeby go wyprzedził.
Stało się, jak rozkazał.
Żwawy mały człowieczek wszedł do izby szczupłéj, którą niewielka lampka oświetlała.
Oprócz łóżka i niewielkiego stolika, na którym talerz stał z jedzeniem nietkniętém i dzbanuszek, kubkiem nakryty, — ława tylko w oknie wgłębionym i parę półek były całym sprzętem małéj celi.
Łóżko zasłane było kołdrą wełnianą — twarde i wązkie. Na niém, z nogami spuszczonymi, z głową w ręce zanurzoną, siedział młody chłopak, lat około siedmnastu miéć mogący, na swój wiek wyrosły bujnie, ale wychudły.
Włos, krótko przystrzyżony, jasny, najeżony i bezładnie porozrzucany, okrywał dość piękną głowę jego, która podniesiona ku wchodzącym i zwrócona ku nim twarzą, wyrazem smutnym politowanie wzbudzała. Oczy miał wpadłe głęboko, policzki ściągnięte, usta zaklęsłe, czoło pomarszczone.
Piękne rysy młodzieńcze ból jakiś czynił sympatycznemi, ale groźnemi razem. Z pod powiek patrzała gorączkowa niecierpliwość, znękanie i wyraz walki wewnętrznéj, tłumionéj w sobie.
Skromny przyodziewek, na-pół mniszy — pół rycerski, suknie przylegające ciasno, dawały rozpoznać budowę ciała silną, kościstą, ale wychudzoną i zeschłą.

Na widok wchodzących, brwi mu się ściągnęły mimowolnie i natychmiast
Dzikie ptaszę w klatce wobec ptaszników.(Jerzy, brat Bernard i Szpitalnik.)

stanął na nogi, z poszanowaniem głową spuszczając; lecz zachwiał się i o stół oprzéć musiał.
Brat Bernard, którego oblicze zwykle było surowém, starał się, wysilając napróżno, złagodzić wyraz jego i z dobrocią zbliżył się ku chłopcowi.
— Cóż to? słyszę, żeście jeszcze dotąd chorzy! — rzekł głos miarkując. — To źle! Cóż wam jest? Ojciec Sylwester nic mi powiedziéć nie umié!
Młodzian, stojąc z oczyma w ziemię wlepionemi, milczał.
Szpitalnik tymczasem spojrzał na nietknięte jadło, na dzbanek nieporuszony, i ramionami zżymnął.
— Boli was co? — dodał pytający troskliwie.
— Nic — nic — odparł chłopiec krótko i zimno.
— A cóż wam jest?
Na to drugie pytanie odpowiedź przyszła nierychło.
— Sił nie mam; — jęknął nareszcie chory.
— Jakże do tego przyszło, żeście je postradali? — badał Bernard.
Tymczasem Sylwester, przy stole stojący, machinalnie z niecierpliwości przebierał po nim palcami i na strop patrzył, jakby w skutek tych rozpytywań nie wierzył i wagi do nich nie przywiązywał.
— Ja nie wiem! — mruknął chory cicho i westchnął.
Na tém zdawało się wszystko skończone, gdyż chłopak nie okazywał najmniejszéj chęci do szczerszéj spowiedzi, a Bernard podbudzić go do niéj nie umiał. Ojciec Szpitalnik ze swéj strony pomagać mu do tego nie okazywał ochoty.
Stali milczący. Bernard pomyślawszy nieco uznał za właściwe dokończyć nauką moralną:
— Potrzeba — odezwał się — dziecko moje, modlić się, Boga prosić i Najświętszéj Matki Jego, aby oni łaską swą Was dźwignęli. Trzeba samemu téż starać się tę bezsilność przemagać, ociężałość otrząsać, próbować, usiłować, nie poddawać się. Nieprzyjaciel rodu ludzkiego zastawia sidła na dusze i ciała. Modlitwa go odpędza.
W czasie téj nauki, chłopak stał nieporuszony, z oczyma ciągle spuszczonemi, nie dając znaku, by ona wrażenie na nim czyniła. Stał jak skamieniały; drganie tylko zdradzało wewnętrzny wysiłek.
Nie odpowiedział nic. Bernard patrzał nań długo, badał — ale milczący. Szpitalnik wtrącił:
— Masz może do czego smak? ochotę? mów. Do napoju jakie go? do jadła? Natura ludziom równie jak zwierzętom daje czasem zbawcze instynkta.
Czekali długo, nim chłopak się zebrał na odpowiedź:
— Oprócz czasem do wody — rzekł głosem słabym i przymuszonym — ja do niczego nie mam smaku.
Skończyło się tém rozpytywanie; brat Bernard zamruczał coś, lepsze czyniąc nadzieje, radząc spoczynek... leżenie, sen i wychodził już. Szpitalnik, za idącym ku drzwiom postępując zwolna, ukradkiem popatrzał na chłopca, wciąż stojącego przy łóżku, ruszył ramionami i wyszedł.
Chory, gdy się drzwi zamknęły, padł natychmiast na łoże i ręce na kolana oparłszy, oczy zakrywszy, zadumał się tak znowu, jak przed przyjściem tych, co go badali.
Lampka, pryskając, paliła się bladym płomykiem, który to się nieco do góry podnosił, to w glinianą miseczkę opadał, gdzie knot był zanurzony.
Kroki oddalających się niedługo słychać było; ucichło znowu wszystko w grobowém milczeniu. Zdala skrzypnięto drzwiami parę razy i infirmeria jakby spała już, czy wymarła — nic się nie poruszało.
Chory nie kładł się, choć godzina wyznaczona do spoczynku dawno już była przeszła. Niekiedy podnosił głowę, przysłuchiwał się, to twarz rękoma osłaniał i jak pół-senny, siedział w obojętném odrętwieniu.
Lampka coraz się głębiéj dopalała. Ledwie dosłyszane drzwi skrzypnięcie w pierwszéj izbie, która celę poprzedzała, rozbudziło osłupiałego. Ciche jakieś, ostrożne kroki zbliżały się ku progowi; drzwi się poruszyły powoli i, płaszczem otulona, postać jakaś wsunęła się do celi.
Jerzy czekać na nią musiał, bo z łóżka powstał, i twarz mu się ożywiła: trochę czucia, błysk radości ją oświecił.
Stojący w progu był chłopakiem tychże lat, albo mało co młodszym. Twarz pospolitą miał, niepiękną, ale łagodną, a w téj chwili wyrazem serdecznego współczucia uśmiechniętą. Krótko ostrzyżony włos, suknia z grubéj tkaniny, liche skórznie na nogach, same rysy i budowa krępa a niezgrabna, kazały się domyślać w nim prostego knechta.
W porównaniu z chorym, którego twarz miała w sobie coś pańskiego i odznaczała się prawie niewieścim wdziękiem, krwią jakąś wyszlachetnioną, wchodzący wyglądał gburowato, na pachołka. Dobroć tylko, na twarzy się malująca, czyniła tę brzydotę miłą, rysy grube i nieforemne oświetlała.
Chory, zobaczywszy go, uśmiechnął się. Gość zbliżał się z nieśmiałością, poszanowaniem i troskliwością wielką, na palcach, ostrożnie.
— A co! — zapytał po cichu — nie lepiéj wam?
Pytanie zadał w złéj niemieckiéj mowie, przeciągłym obcym akcentem.
Chory głową potrząsnął, usiadł na łóżku i przybyłemu wskazał ławę, bo innego siedzenia nie było. Ten umieścił się na różku jéj, a raczéj uczepił tylko.
— Mów-że ty mi — rzekł, marszcząc się, chory — mów mi o tém, o czém wczoraj rozpowiadałeś. Ja, sam zostawszy, gdy myślę a myślę, coraz więcéj przypominam sobie. Tak! ta mowa wasza, któréj ty mi kilka słów powiedziałeś, była mi znana w dzieciństwie. Jedno twoje słowo wydobyło ze mnie jakby utopionych i przysypanych dużo. Oni mi powiadają, że sierotą z Niemiec mnie przywieźli, ale kłamią. Dzieckiem słyszałem tę mowę, mówiłem nią; litewska to mowa, i ja Litwinem być muszę... tak, jak ty!
Teraz, gdy w te mroki lat dawnych się wpatruję, coraz mi więcéj rzeczy na pamięć przychodzi, które, jakby mgłą były okryte. Mgła się rozprasza...
Chłopak, siedzący na ławie, palec położył na ustach, obejrzał się trwożliwie ku drzwiom. Wzdychał i tarł czoło.
— A! to nieszczęśliwa godzina, — wyjąknął, — gdy się o tém zgadało! Co już pomoże myśléć o tém? co wam pomoże wiedziéć? Z ich rąk, co raz w nie wpadło, już się nie wydobędzie. Patrzajcie na mnie. Mnie téż pochwycili gdzieś z chaty chłopięciem, na powrozie przy koniu, jak bydlę przygnali, ochrzcili, ostrzygli, kazali służyć — i muszę. Idą oni na moich, każą za sobą nieść tarcze i miecze; idę za nimi i niosę. Patrzę, jak się moja krew leje, jak moi bracia giną... a! wszystko kipi we mnie, łzy do oczu się cisną; alem ja sam, i siły nie mam!
Jerzy podniósł się z łóżka trochę i, brwi ściągając, a ręce zacisnąwszy, szepnął:
— Zbiedz przecie można!
— Dokąd? jak? — przerwał zastraszony pachołek. — Na co-by się nam to dziś przydało? Tam-by już nikt nas nie poznał i nikt nie przyjął. Jeszcze-by nas pozabijali, jak krzyżackich knechtów, bo dla tych przebaczenia niéma. Służyć im trzeba, choć ich nienawidzimy. Taka dola, a swéj doli nikt nie jest panem.
Pomyślał trochę i ciągnął znowu:
— Jeżeli oni was kędyś z Litwy porwali, a chowali i pieścili, karmili jak paniątko i ubierali, czy oni dziś-by zbiedz pozwolili? Patrzą oni na was podwójnemi oczyma, a gdyby najmniejsza poszlaka... ho! ho!..
I ręką pociągnął sobie po szyi, jakby ścinał głowę.
Chory Jerzy dumał głęboko.
Przerwała się rozmowa, i zaczął pachołka siedzącego rozpytywać o litewskie nazwania rzeczy różnych: jak się matka, ojciec, brat, dom, ogień zowié? Słuchając, zadumywał się, za głowę chwytał, brwi ściągał, a oczy mu połyskiwały.
Pachołek dziwił się, ciekawił, wzdychał, ręce załamywał i coraz to przypominał, że cicho mówić było trzeba.
— Był tu stary Bernard? — spytał w końcu. — A co on tu robił u was! On darmo nigdy nie chodzi. Posyłają go wietrzyć, gdy innym nosa braknie. Chytry to a straszny człek, co jak spojrzy, na wylot przekole. Na zamku on niby niczém — taki brat jak drudzy; do starszyzny nie liczy się i z nią nie chodzi; stoi na boku. Urzędu nie ma; a boją go się najstarsi i może, co zechce. Wciska się wszędzie, nigdzie mu drzwi nie zamykają; podpatruje, słucha, odgaduje. Na kogo popatrzy, ciarki mu biegną po skórze. Jego tu nie darmo do was wysłali. — Czyście się przed nim z czém nie wydali?
Jerzy na to pytanie pogardliwie i dumnie ramionami poruszył.
— Oh! — rzekł — ani słowa nie dobył ze mnie!
— Szpitalnik — mówił pachołek — gbur, niecierpliwy, niby zły, gdérze, popycha; ale dobre ma serce. Łaje chorych, gdy mu wyzdrowiéć nie chcą, a dzień i noc koło nich chodzi jak matka; a ten!... Dość, by popatrzył... zdaje się, że zjé oczyma!
Chory Jerzy już dumał, i nagle, jak przebudzony, zawołał:
— Kunigas? Kunigas?
— Aha! tak u nas najstarszych panów zowią, — odparł chłopak.
— Ja dobrze pamiętam — rzekł Jerzy, bijąc się w czoło — że mnie dzieckiem na ręku piastująca kobieta tém imieniem uspokajała i wołała.
Słuchający parobczak obie ręce podniósł do góry i, jednę z nich prędko kładąc na ustach, nakazał milczenie mówiącemu. Wstał aż, przestraszony.
— Na Boga! na Boga! — szeptał — cicho! cicho! Po mnie już dreszcze przechodzą. Gdyby oni doszli, że wy się o tém przeze mnie dowiedzieliście, żyw-bym nie został, a i z wami co-by było... któż wié?! Cicho, panuniu! cicho!
Jerzy dumał, na ręku podparty. Ze zmarszczonego czoła wnosić było można, iż myśl w nim pracowała, aby z mroków przeszłości dobyć dawne wspomnienia. Pot kroplami okrywał mu skronie.
— Litwa! Litwa! — począł powtarzać. — Mów ty mi o niéj. Ty ją musisz lepiéj pamiętać... widziałeś ją, chodziłeś na nią z nimi. Mnie oni mało kiedy za wrota wypuszczali; a na dalsze wycieczki, chociaż się im prosiłem, nim się odkryło, kto ja jestem... brać mnie nie chcieli.
Mówili mi, żem za młody, i czekać kazali. Litwa! — powtórzył, wlepiając w pachołka oczy, który drgał słysząc ten wyraz i cała poczciwa twarz jego okryła się cieniem tęsknoty. — Litwa! mów o Litwie!
Parobczak się zadumał rzewnie, w obie ręce ujął głowę i kołysał nią długo, nim z jękiem wychodzącym z duszy mówić począł:
„Litwa! oj, Litwa! inny to kraj, obyczaj inny, świat i ludzie inni.”
„Mnie ona jeszcze w oczach stoi, w snach się roi! Tyle lat a jakby wczoraj, czuję postronek, na którym mnie przywlekli. Litwa, Kunigasie mój, gdzież taka jest? taka, kędy nie dosiągł miecz krzyżacki, jak ją przed wiekami nasi Bogowie stworzyli?”
„Tu, na zamkach, co zobaczysz, wszystko robota człowieka, który psuł dzieło Boże; a tam inaczéj. Bóg nie w kościele siedzi — wszędzie ich pełno... Pełno bogów, pełno boga. Rosną sobie nie trzebione lasy, puszcze ogromne, a po nich dziki źwierz buja razem z dzikim człowiekiem. Źwierz i ptak, człowiek i drzewo, wszystko bracia rodzeni. Niedźwiedź gada do ludzi, pies z ptakiem rozmawia, rozumieją się. Zabijają się, jak bracia, ale jak swoi z sobą gadają.”
„Łoś z myśliwcem się łaje, kukułka dziewczętom pieśni śpiewa, których one od niéj się uczą. Wiatr nawet i burza mowę dla nas mają zrozumiałą... Jak dąb Perkunów zaszumi, Wejdaloci słuchają i tłómaczą.”
„Wszystko tam takie, jak ten wielki Bóg, który małych ma pod sobą tysiące, stworzył, aby ziemia pustą nie była, kiedy jeszcze księżyc ze słońcem się żenił. W każdém drzewie i pniaku siedzi duch, co go strzeże; w każdym strumieniu mieszka bogini, co przez szklane wody patrzy, pilnując ludzi i stworzeń. Diwy rozkazują zwierzętom, one wprost umieją do serca mówić człowiekowi, tak że on nie wié, zkąd mu głos przychodzi, a czuje, że to Boży... We śnie, na jawie, z góry, z pod ziemi szepcą do niego, bo Bogów wszędzie pełno, nawet w ziarnach piasku”.
„O! panuniu mój! Jakie to tam życie, jakie życie! a swoboda po lasach i polach! Jakie tam pieśni płyną i srebrny śmiech się rozlega, gdzie Krzyżaków nie było! Bo gdzie oni przeszli, śmierć przeszła z nimi.”
„Prawda! niéma szat takich, ani sprzętu takiego, ani domówstw z kamieni, ani kościołów, w których Boga na klucz zamykają. Tam wszystko otworem, drzwi chat na oścież, ziemia — ludziom cała. Wszędy Bóg lata swobodny i mieszka, kędy chce, a człowiek téż. Ziemia wszystka, jak szeroka, nie krajana, lasy bezpańskie. Kunigas siedzi na gródku, na wysokim, ale po to tylko, aby z daleka patrzył, gdy wróg nadciąga, a panuje, aby bronił od niego. Za to mu osyp dają i daninę.”
Zadumał się parobczak i dodał jeszcze:
— „Na Litwie niéma, jak tu, ludzi, którym niewolno spojrzéć w oczy kobiecie i do dziewki się uśmiechnąć. Nasi Wejdaloci i dziewice Wejdalotki chodzą swobodnie; a choć im się żenić nie wolno, żyć i śmiać się, i śpiewać nie bronią. W wiankach chodzą boże sługi, wesoło uśmiechają się sobie i światu”.
„My tu, jak bydło w oborze, siedzimy zamknięci; na gród nawet staréj baby nie puszczą, żeby im dziewczyny nie przypominała. Oj! Litwa! — westchnął. — Kunigasie mój, świat inny a lepszy... tylko dla nas on zamknięty!”
Jerzy się zasępił i spytał:
— Ale oni przecież jedynego, prawdziwego Boga znają, ci Krzyżacy, a myśmy się go od nich znać i chwalić nauczyli.
Parobczak, głowę spuściwszy, wzrokiem wylękłym potoczył po celi.
— Straszny ten ich Bóg! — zamruczał, — wojuje i zabija! Prawda! i nasz piorunami ciska, ale tylko na winnych, a oni krew leją, nie pytając jaką. Widziałem niemowlęta, pomordowane po chatach, a czém one zawiniły? Ich Bóg nienasycony, bo mu całéj ziemi potrzeba, a nasze panowały u siebie w domu i cudzego nie pożądały.
Jerzy słuchał bacznie, brwi mu się ściągały i powieki opadały na oczy. Nic nie mówiąc, głową potrząsał.
Parobek odważył się dodać:
— Oni przecie sługami bożymi się mianują i powiadają, że pełnią wolę Jego. Naszym Wejdalotom miecza nie wolno tknąć, ani innéj krwi, nad bydlęcia ofiarnego, przelewać. Ich Bóg krwi pożąda.
Jerzy siedział milczący; wzdychali oba.
— Pamiętasz Litwę? — wtrącił chory.
— Ja? lepiéj od was; — prawił drugi — mnie już sporego porwali z lasu od trupa ojca i matki, kiedym już po ziemi chodził sam i na drzewa jak kot się wspinał. Byłbym zbiegł, ale gdy mi powrozu popuścili, za późno było. Knecht na pętlę wziął i ciągnął mnie za sobą, okrwawionego, zbitego, choć jak wilk wyłem z bólu i strachu. Zamknęli potém do szopy z innymi, a myśmy ją podpalili, aby uciec. Nie pomogło; pochwytali. Bili potém i męczyli, abyśmy zapomnieli mowy i pieśni, a uczyli się ich szwargotu. Alem ja pochował tak głęboko, com wyniósł z lasu, że mi ten skarb z życiem odbiorą. Nie oduczyli mnie kochać, co swoje, ale kłamać nauczyli.
Uśmiechnął się chytrze i dziko.
— Popytajcie ich teraz! Mówią, że lepszego pachołka niéma nade mnie ani posłuszniejszego. A co? kłaniam się im do ziemi, rąbek szaty całuję, sławię ich, dziękuję, śmieję się, żeby myśleli, żem taki szczęśliwy. A co u mnie w duszy — to moje!
I na pół nucąc, pół mrucząc, dodał:
— Któż to wié? kto wié! Są Kunigasy jeszcze, ludu siła. Przyjdzie może i na Litwę godzina i dzień na litewskie dzieci!
Jerzy nie odpowiadał. Kunigas! Kunigas! chodziło mu po głowie i szumiało.
W tém lampka przygasać zaczęła, sycząc; pachołek się porwał nagle, przestraszony, że się opóźnił. Zbliżył się do zamyślonego, pochylił się przed nim z pokorą i czułością.
— Kunigasie mój! — szepnął, usiłując za rękę go pochwycić — nie zabijajcie się wy tęsknotą. To nie męzka rzecz kwilić. Mężowi przystoi gniew, a niewieście smutek. Ona go wyśpiewa i wyleje z siebie, gdy jéj duszę naciśnie; my z nim, jak z trucizną chodzić musimy. Trzeba żyć. Któż wié? kto wié? — powtórzył — i na nas przyjdzie godzina i dzień na litewskie dzieci.
Jerzy spojrzał nań i z lekka go po ramieniu uderzył.
— Idź! — rzekł — tobie czas. Szpitalnik nigdy nie śpi, i po nocy nawet śledzi. Nuż-by cię tu zastał. Wracaj; a jutro, gdy się wymknąć potrafisz, przyjdź mi mówić o Litwie. Tyś mi pierwszy objawił krew moję — i coś się we mnie zbudziło. Czy to sen? czy spominki? czy pokusy szatańskie?
— Szatańskie? — rozśmiał się parobek z niedowierzaniem. — Na Litwie, u nas, szatanów niéma, tylko bogi, sługi wielkiego Boga, raz dobre, drugi raz złe, jak on im przykaże. To oni szatana sobie zmyślili. Nasz Perkunas-by go nie zniósł i wnet piorunem-by go wgniótł w ziemię, a nie dałby mu przeciw sobie gospodarować! Ho! ho!
— Cicho, nierozumny! — zawołał Jerzy. — Spraw bożych z ludzkiemi nie mieszaj; co ty wiész?
I bojaźliwie, ukradkiem, krzyż zakreślił na piersi. Ale ruchu tego nie dojrzał już Rymos, bo się co prędzéj przez drzwi napół otwarte, wymknął i jak mysz, cicho do izby chorych na swój barłóg pusty prześlizgnął.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.