Kunigas/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kunigas
Podtytuł Powieść z podań litewskich
Data wydania 1882
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
PANU

MICHAŁOWI JEZIERSKIEMU

w dowód szacunku i przyjaźni,



przesyła




AUTOR.


I.

W Krzyżackim Maryi-Grodzie dzwoniono na wieczorne pacierze. Głos niewielkiego dzwonka, cichy, smętny, leniwy jakiś, rozlegał się po zamkowych podwórzach, to podnosząc, to cichnąc, w miarę jak wiatr to go odpędzał gdzieś, to przybliżał.
Kapliczka, któréj drzwi stały otworem, była jeszcze prawie pusta i niemal ciemna.
Pora była późnéj jesieni; mrok dnia mglistego okrywał budowy zamkowe. W tém pół-świetle, pół-cieniu, przybierały one kształty fantastyczne; część ich nikła w ciemnościach i rozpływała się w mrokach; niektóre ściany występowały ostro, resztkami dnia oświetlone w połowie, lub pozapalanemi lampami i pochodniami, które otaczał krąg jasności jakby dymem osutéj.
Gdzieniegdzie wrota otwarte czarną zdawały się czeluścią; gdzieindziéj zakratowane okno, już ogniem wnętrza zarumienione, na którego tle ciemne przesuwały się postacie, gorzało niby pożarem cichym i tém straszniejszym.
Zamek cały ponury i posępny był jak więzienie. W milczeniu, smutnie, wolno, w podwórzach przesuwały się postacie rycerskie, czeladź w kuséj odzieży, pachołki z ostrzyżonemi głowami.
Ludzie ci, nawykli o jednéj porze spełniać obowiązkowe czynności, bez słowa, bez znaku życia szli, jak kółka jakiegoś misternego przyrządu, gdzie ich prowadził rozkaz niemy.
Ciszę tę straszną przerywało tylko kiedy niekiedy zawycie psa na uwięzi lub rżenie koni stajennych. Lecz i te stworzenia, jakby nawykłe do klasztornego milczenia, wprędce ucichały.
W téj ciszy majestatycznéj był jakiś uroczysty smutek, a siła, którą ma każdy czyn, spełniony bez odgłosu, w spokoju, gdy się nań cała potęga ludzkiego ducha zdobywa.
Wszelka wrzawa odejmuje dziełu człowieka to wrażenie mocy zwycięzkiéj, któréj oznaką jest niemota dobrowolna.
Tu, oprócz mdłego głosu dzwonka, który powoływał na pacierze braci, nic więcéj słychać nie było. Niekiedy wiatr jesienny przerzynał ciężkie powietrze, wilgocią przesiąkłe, i, cisnąc się między wąskie ścian przesmyki, urągał szyderskim głosem nakazanemu milczeniu.
W kaplicy, przed któréj ołtarzem paliła się ze stropu zwieszona lampa, słabo oświecająca ściany, okryte napisami i chorągwiami grobowemi, — niewielu pobożniejszych rycerzy zeszło się leniwo na wieczorną modlitwę.
Kapelan w kapie stał u stopni ołtarza i modlił się szybko, półgłosem, jakby z obowiązku, senny i roztargniony. Stojący w swych ławkach rzeźbionych starsi bracia, którzy więcéj się ściągnęli dla przykładu i z powinności niż przez nabożeństwo, w modlitwie nie okazywali wielkiéj gorliwości i zapału.
Niektórzy z nich, ponachylani ku sobie, szeptali; inni, ze złożonymi na piersiach rękoma, zdawali się z rezygnacyą znudzoną wyczekiwać końca. Jeden sparł się o stalle i, zadumany, z zamkniętymi powiekami, drzémał, czy usypiał.
W mroku kaplicznéj głębi trudno było rozpoznać tych, co się u drzwi zgromadzili, zwołani dzwonkiem, nie przywiązując wielkiego znaczenia do nabożeństwa.
Światło lampy drgało fantastycznie na bronzach i złoceniach obrazów, sprzętów i na fręzlach chorągwi. Płomyk jéj, poruszany falą powietrzną, skakał promykami jak żywa jakaś istota, sięgając daléj, rzucając się na boki, na przemiany odkrywając twarze i obrazy, lub topiąc je w mroku. On tu był jedyném czémś, życiem i wolą obdarzonym. Wszystko zresztą spało, nieme i zdrętwiałe.
W końcu ławy rzeźbionéj, wśród tego posępnego szeregu płaszczów białych i sukni czarnych, jedna tylko postać wybitniejsza zwracała na siebie oczy. Lampa właśnie rzuciła wiązkę światła na twarz jej, występującą wyraziście na tle mroków, które ją otaczały.
Było to męzkie oblicze człowieka, już życiem zahartowanego, z którego lata zrobiły bronzową maskę, napiętnowaną rysy mnogiemi, jakby hieroglifami, które przeszłość wypisała na niéj — nieczytelnemi i tajemniczemi.
Odkryte, wyniosłe czoło, fałdowały grube marszczki, ciemnymi pasy przerzynając je na kilka części.
Takież same fałdy głębokie zorały zejście się brwi czarnych, bujnych, rozrosłych, osłaniających parę oczu, ukrytych głęboko pod wystającą kością czołową, a świecących w oprawie kształtnéj, która niegdyś piękność ich podnosić musiała. Dziś i tu marszczki się zbiegały, a poniżéj nielitościwie krajały policzki i ust otoczenie. Wąsy i broda, ciemne jeszcze, już gdzieniegdzie srebrnemi włosy były posypane.
Blask lampy, silne rzucając cienie, uwydatniał rysy téj twarzy, jakby dłutem energiczném wykutéj.
Wyraz jéj był posępny, surowy, dumny a spokojny jakąś siłą wewnętrzną. Zwykły strój zakonników-rycerzy leżał na szerokich ramionach i piersiach, w wielkich fałdach jak od niechcenia rzucony. Nie widać było najmniejszéj tu staranności, a sukno nosiło na sobie ślady zużycia i zszarzania.
Usta głęboko wpadłe nie poruszały się modlitwą, a z posępnego czoła zgadnąć było trudno, czy się modliła dusza. Oko — to się zatrzymywało na przedmiotach obojętnych, bez myśli, to śledziło wszystkich w kaplicy zebranych, równie pobliższych współbraci, jak daléj skupionych u progu półbratów, czeladź służebną i knechtów.
Przed okiem tém nic ujść nie mogło; biegło ono w ciemności, pewnym będąc, że je przeszyje, a odgadnie, co się w nich skrywa.
Coś się kazało domyślać, iż ten świadek, lecz nie uczestnik modlitwy, wrażał wszystkim przytomnym pewną obawę i poszanowanie. Tak samo, jak wzrok jego po ludziach, wejrzenie ludzi ukradkiem biegło ku niemu. Czeladź się instynktowo uchylała, słoniła za przymurki, aby nie być wystawioną na wzrok ten, przeszywający i groźny.
Na zastygłych licach zakonnika nie było oznaki najmniejszego wrażenia. Obok dumy, która pięknéj téj twarzy rycerskiéj zdawała się dziedzictwem krwi narzuconą, była i pokora mnisza, przybrana z musu.
Nie widać było, aby szczególne jakieś dostojeństwo i władza związane były z tém rycerza znaczeniem, jakie mu nadawało oblicze. W ławie braci stał on na najniższém miejscu, ostatni z brzegu.
Patrzał ztąd, śledził...
Pacierze wieczorne zbliżały się do końca; mruczeniem głuchém odpowiadano ze stallów na głos kapelana. Przykląkł wreszcie, odwrócił się, i zwolna, ze zwieszoną głową, ku zakrystii zmierzał.
Naówczas poruszyli się wszyscy, zbudził się zakonnik drzemiący, czeladź od drzwi szybko się wysypała na podwórze.
Pozostał chwilę na swém miejscu rycerz ów nieruchomy, głowę tylko zwróciwszy ku ołtarzowi. Ci, co go pomijali, wysuwając się z kaplicy, nie pozdrawiali ani skinieniem głowy, przechodzili patrząc w inną stronę, jakby unikali jego wzroku z pewnym pośpiechem, niezręcznie ukrywanym. Żaden mu nie okazał uszanowania, choć widać było, że może wrażał obawę.
Kaplica już prawie była pusta, gdy i on ze swego miejsca poruszył się nareszcie i ciężkim krokiem iść począł ku drzwiom, u których jeszcze kupka czeladzi się zatrzymała.
Wśród niéj stał, pytając o coś, brat Szpitalnik, człowiek niemłody, siwy, ruchów żywych, mowy prędkiéj, gorącego temperamentu. Płaszcz, z ramion mu się osuwający nie po myśli, dokuczał niecierpliwemu, który go poprawiał i szarpał na sobie.
Wychodzący zakonnik zatrzymał się przy nim. Zobaczywszy go, knechty i służba natychmiast rozpierzchać się zaczęli.
Z szerokiéj piersi jego dobył się głos męzki, stłumiony, lecz silny, wychodzący jakby z głębiny, i tak właściwego sobie dźwięku, że-by go wśród tysiąca innych można było rozróżnić. Jak cała postać, nakazywał poszanowanie, nie dopuszczał przeciwieństwa.
Zwrócił się do Szpitalnika, który oczy w niego wlepił niespokojne i błyszczące.
— Co się z młodym Jerzym dzieje? — zapytał.
— Chory, chory; — odparł zapytany żywo, poruszając ramionami i nie bardzo rad tłómaczyć się szeroko.
Pytający badał go wzrokiem. Byli już sami, bo czeladź się rozpierzchła. Szpitalnik poruszył się, jakby chciał odchodzić; zobaczywszy, że zakonnik stał w miejscu, niechętnie zatrzymać się musiał.
Ten powtórzył zapytanie:
— Chory? zawsze chory?
Ruchem głowy potakującym odpowiedział tylko żywy Szpitalnik. Namyślił się nieco.
— Zawsze chory! tak! a ja nawet nie umiałbym powiedziéć, na co chory... Wiecie, bracie Bernardzie, dużo przeróżnych chorób widziałem w życiu, ale téj nie znam i na tę poradzić nic nie umiem.
Chciał odejść, Bernard go za rękę powstrzymał.
— Zaczekaj chwilkę; — rzekł, — wiem, że ci zawsze pilno; ale powiedzże, co mu jest?
— Co mu jest? — z pewną niecierpliwością i półuśmiechem począł spytany — ale właśnie w tém trudność, że nie wiemy, co mu jest. Opowiedziéć trudno. Skutki choroby widzimy jasno, ale jéj saméj zrozumiéć i pochwycić nie podobna. Chłopak wyniszczał nagle, wychudł, zżółkł, sposępniał, stracił ochotę do jadła... powiedziałbym, że i do życia. Godzinami siedzi, jak osłupiały, z oczyma wlepionymi w ścianę lub w okno, w podłogę lub suffit.
I dokończył nowém ramion poruszeniem.
— Młodość potrzebuje ruchu i powietrza; sądzę, że wziąć-by go może, na koń wsadziwszy, na jaką przyszłą wyprawę, na świeży świat, pomiędzy ludzi; zmienić życie, dać go gdzie na zamek do którego z Komturów, trochę swobody...
Szpitalnik, słuchając, głową potrząsał.
— Możecie, czego chcecie, próbować — rzekł — bo ja już z mojéj apteki, co tylko było do dania, wyczerpałem; nie sądzę, żeby się to na co przydało... Na koń siąść bodaj czy mu siły pozwolą. Dać go do jednego z tych gródków, w których dzień i noc czuwać potrzeba... to nie spoczynek... No, ja nie wiem — dokończył, zabierając się znowu odchodzić; ale Bernard jeszcze go raz za płaszcz przytrzymał.
— Jak sądzicie? grozi jego życiu niebezpieczeństwo? — zapytał.
— Gdyby starszym był, — odparł zżymając się nieco zakonnik, któremu było pilno — prędzéj-by się dało zawyrokować, czy wyzdrowieje, czy zamrze... Z młodością, która ma siły wielkie i dziwactwa niespodziane, nigdy człowiek nie wié, czy ona zwycięży, czy od lada podmuchu wiatru, jak mało rozpalony knot lampy, zagaśnie.
— A szkoda-by było — zamruczał Bernard. — Chowaliśmy go od dziecka... no, i rachowali nań.
Brat Szpitalnik, roztargniony, ledwie mógł ostatnie słowa dosłyszéć.
— Bracie Bernardzie! — odezwał się, wybuchając, jak zmuszony żywym temperamentem: — Wierzcie mi, stary jestem, widziałem wiele! Krwi nie przerobić w człowieku. Ma ona swe prawa. Hoduj, jak chcesz, ptaszę dzikie; ledwieś mu okna uchylił, a głosy swoich posłyszało — uleci.
— Na to się mu podcinają skrzydła! — cicho zamruczał Bernard, do ucha Szpitalnikowi dodając:
— Miałże-by kto wydać mu i zdradzić tajemnicę? To być nie może!
Ręce podniósł do góry z oburzeniem.
— Któż-by mógł? jakim sposobem? — przerwał Szpitalnik. — Oprócz nas kilku, przysięgą do milczenia związanych, żywa dusza o tém nie wié. Nikt! Domyślić się nawet nie podobna. Jerzy, jak wszyscy tu, wié, iż go małym chłopięciem z Niemiec przywieziono.
— Tak! — odparł Bernard — ale pamięć dziecka? Dzieją się rzeczy dziwne czasem. Nuż mu się tam, jakim cudem, lata chłopięce przypominają, jak sen jaki?
Szpitalnik głową potrząsał.
— To się zatarło! tyle czasu! — rzekł. — Żaden człowiek nie pamięta niemowlęctwa, a on się tu prawie w nasze ręce niemowlęciem dostał.
— Nie! nie! — zaprzeczył Bernard — Mówił już, i tę szatańską, dziką, barbarzyńską mowę, którą bełkotał, ledwie mu potém grozą i sztuką z głowy wybito.
— Bądźcież spokojni; nie zna jéj ani słowa! — rzekł Szpitalnik. — Nic podobnego mu do głowy przyjść nie mogło. Coś innego chorobę sprowadzić musiało. Co? Któż to zbada? Ciało gnębi duszę w człowieku, dusza czasem łamie ciało — oboje potém cierpią. Niewiadomo co leczyć? jedno czy drugie? tak są z sobą powiązane.
— Patrzéć potrzeba, co z dwojga mocniéj dotknięte.
— Tak! — uśmiechnął się Szpitalnik. — Gdyby to oko ludzkie do tych głębin zajrzéć mogło? Łaska chyba Boża oświecić o tém może.
To rzekłszy, ruszył się od progu kaplicy Szpitalnik potrząsając pękiem kluczy, który mu wisiał u pasa, a dając tém do zrozumienia, iż mu do jego obowiązków pilno było.
Brat Bernard, już go nie wstrzymując, szedł z nim razem. Szpitalnik obejrzał się na niego, zdziwiony trochę, że mu towarzyszył; co postrzegłszy, Bernard się ozwał:
— Chciałbym ja go sam zobaczyć. Nic nadzwyczajnego nie będzie, gdy razem z wami zajdę do infirmeryi.
Szpitalnik się uśmiechnął.
— Wam przecie — rzekł — przystęp nigdzie i nigdy wzbroniony nie jest. Róbcie, jak wam się zda lepiéj.
Z kaplicy do domu chorych potrzeba było na drugi, niższy dziedziniec przechodzić. Odległość była dosyć znaczna.
Ciemno się robiło wśród murów, lecz gdzieniegdzie z okien padające światło drogę wskazywało.
Bernard postępował milczący i zadumany. Nie przeszkadzało mu to, jakby z nałogu, po drodze tu i ówdzie rzucać oczyma, w każde drzwi napół otwarte, w każde okno oświetlone, zwracać się ku każdemu przechodzącemu, którego spotykali, i pilnie się weń wpatrywać. Zdało się to skutkiem dawnego nawyknienia bardziéj, niż woli, gdyż zakonnik szedł, cały w sobie pogrążony.
Szpitalnik, którego żywość pędziła, ciągle go wyprzedzał i musiał krok swój mierzyć, aby ciężéj i powolniéj kroczącego Bernarda zbyt nie wyprzedzać, bo mu miał służyć za przewodnika.
Weszli nareszcie do sieni, z któréj na prawo drzwi, nie do izb obszernych, gdzie największa liczba chorych i rannych się mieściła, ale do kilku pomniejszych, dla braci zakonnéj i starszyzny przeznaczonych, prowadziły.
Weszli. Pierwsza, ciemna, stała pustą; z drugiéj przez szczeliny u progu i góry słabe się światełko przeciskało. Ojciec Szpitalnik otworzył je zwolna i, sam nie wchodząc, chciał przodem wpuścić Bernarda, który nawzajem wskazał mu, ażeby go wyprzedził.
Stało się, jak rozkazał.
Żwawy mały człowieczek wszedł do izby szczupłéj, którą niewielka lampka oświetlała.
Oprócz łóżka i niewielkiego stolika, na którym talerz stał z jedzeniem nietkniętém i dzbanuszek, kubkiem nakryty, — ława tylko w oknie wgłębionym i parę półek były całym sprzętem małéj celi.
Łóżko zasłane było kołdrą wełnianą — twarde i wązkie. Na niém, z nogami spuszczonymi, z głową w ręce zanurzoną, siedział młody chłopak, lat około siedmnastu miéć mogący, na swój wiek wyrosły bujnie, ale wychudły.
Włos, krótko przystrzyżony, jasny, najeżony i bezładnie porozrzucany, okrywał dość piękną głowę jego, która podniesiona ku wchodzącym i zwrócona ku nim twarzą, wyrazem smutnym politowanie wzbudzała. Oczy miał wpadłe głęboko, policzki ściągnięte, usta zaklęsłe, czoło pomarszczone.
Piękne rysy młodzieńcze ból jakiś czynił sympatycznemi, ale groźnemi razem. Z pod powiek patrzała gorączkowa niecierpliwość, znękanie i wyraz walki wewnętrznéj, tłumionéj w sobie.
Skromny przyodziewek, na-pół mniszy — pół rycerski, suknie przylegające ciasno, dawały rozpoznać budowę ciała silną, kościstą, ale wychudzoną i zeschłą.

Na widok wchodzących, brwi mu się ściągnęły mimowolnie i natychmiast
Dzikie ptaszę w klatce wobec ptaszników.(Jerzy, brat Bernard i Szpitalnik.)
stanął na nogi, z poszanowaniem głową spuszczając; lecz zachwiał się i o stół oprzéć musiał.

Brat Bernard, którego oblicze zwykle było surowém, starał się, wysilając napróżno, złagodzić wyraz jego i z dobrocią zbliżył się ku chłopcowi.
— Cóż to? słyszę, żeście jeszcze dotąd chorzy! — rzekł głos miarkując. — To źle! Cóż wam jest? Ojciec Sylwester nic mi powiedziéć nie umié!
Młodzian, stojąc z oczyma w ziemię wlepionemi, milczał.
Szpitalnik tymczasem spojrzał na nietknięte jadło, na dzbanek nieporuszony, i ramionami zżymnął.
— Boli was co? — dodał pytający troskliwie.
— Nic — nic — odparł chłopiec krótko i zimno.
— A cóż wam jest?
Na to drugie pytanie odpowiedź przyszła nierychło.
— Sił nie mam; — jęknął nareszcie chory.
— Jakże do tego przyszło, żeście je postradali? — badał Bernard.
Tymczasem Sylwester, przy stole stojący, machinalnie z niecierpliwości przebierał po nim palcami i na strop patrzył, jakby w skutek tych rozpytywań nie wierzył i wagi do nich nie przywiązywał.
— Ja nie wiem! — mruknął chory cicho i westchnął.
Na tém zdawało się wszystko skończone, gdyż chłopak nie okazywał najmniejszéj chęci do szczerszéj spowiedzi, a Bernard podbudzić go do niéj nie umiał. Ojciec Szpitalnik ze swéj strony pomagać mu do tego nie okazywał ochoty.
Stali milczący. Bernard pomyślawszy nieco uznał za właściwe dokończyć nauką moralną:
— Potrzeba — odezwał się — dziecko moje, modlić się, Boga prosić i Najświętszéj Matki Jego, aby oni łaską swą Was dźwignęli. Trzeba samemu téż starać się tę bezsilność przemagać, ociężałość otrząsać, próbować, usiłować, nie poddawać się. Nieprzyjaciel rodu ludzkiego zastawia sidła na dusze i ciała. Modlitwa go odpędza.
W czasie téj nauki, chłopak stał nieporuszony, z oczyma ciągle spuszczonemi, nie dając znaku, by ona wrażenie na nim czyniła. Stał jak skamieniały; drganie tylko zdradzało wewnętrzny wysiłek.
Nie odpowiedział nic. Bernard patrzał nań długo, badał — ale milczący. Szpitalnik wtrącił:
— Masz może do czego smak? ochotę? mów. Do napoju jakie go? do jadła? Natura ludziom równie jak zwierzętom daje czasem zbawcze instynkta.
Czekali długo, nim chłopak się zebrał na odpowiedź:
— Oprócz czasem do wody — rzekł głosem słabym i przymuszonym — ja do niczego nie mam smaku.
Skończyło się tém rozpytywanie; brat Bernard zamruczał coś, lepsze czyniąc nadzieje, radząc spoczynek... leżenie, sen i wychodził już. Szpitalnik, za idącym ku drzwiom postępując zwolna, ukradkiem popatrzał na chłopca, wciąż stojącego przy łóżku, ruszył ramionami i wyszedł.
Chory, gdy się drzwi zamknęły, padł natychmiast na łoże i ręce na kolana oparłszy, oczy zakrywszy, zadumał się tak znowu, jak przed przyjściem tych, co go badali.
Lampka, pryskając, paliła się bladym płomykiem, który to się nieco do góry podnosił, to w glinianą miseczkę opadał, gdzie knot był zanurzony.
Kroki oddalających się niedługo słychać było; ucichło znowu wszystko w grobowém milczeniu. Zdala skrzypnięto drzwiami parę razy i infirmeria jakby spała już, czy wymarła — nic się nie poruszało.
Chory nie kładł się, choć godzina wyznaczona do spoczynku dawno już była przeszła. Niekiedy podnosił głowę, przysłuchiwał się, to twarz rękoma osłaniał i jak pół-senny, siedział w obojętném odrętwieniu.
Lampka coraz się głębiéj dopalała. Ledwie dosłyszane drzwi skrzypnięcie w pierwszéj izbie, która celę poprzedzała, rozbudziło osłupiałego. Ciche jakieś, ostrożne kroki zbliżały się ku progowi; drzwi się poruszyły powoli i, płaszczem otulona, postać jakaś wsunęła się do celi.
Jerzy czekać na nią musiał, bo z łóżka powstał, i twarz mu się ożywiła: trochę czucia, błysk radości ją oświecił.
Stojący w progu był chłopakiem tychże lat, albo mało co młodszym. Twarz pospolitą miał, niepiękną, ale łagodną, a w téj chwili wyrazem serdecznego współczucia uśmiechniętą. Krótko ostrzyżony włos, suknia z grubéj tkaniny, liche skórznie na nogach, same rysy i budowa krępa a niezgrabna, kazały się domyślać w nim prostego knechta.
W porównaniu z chorym, którego twarz miała w sobie coś pańskiego i odznaczała się prawie niewieścim wdziękiem, krwią jakąś wyszlachetnioną, wchodzący wyglądał gburowato, na pachołka. Dobroć tylko, na twarzy się malująca, czyniła tę brzydotę miłą, rysy grube i nieforemne oświetlała.
Chory, zobaczywszy go, uśmiechnął się. Gość zbliżał się z nieśmiałością, poszanowaniem i troskliwością wielką, na palcach, ostrożnie.
— A co! — zapytał po cichu — nie lepiéj wam?
Pytanie zadał w złéj niemieckiéj mowie, przeciągłym obcym akcentem.
Chory głową potrząsnął, usiadł na łóżku i przybyłemu wskazał ławę, bo innego siedzenia nie było. Ten umieścił się na różku jéj, a raczéj uczepił tylko.
— Mów-że ty mi — rzekł, marszcząc się, chory — mów mi o tém, o czém wczoraj rozpowiadałeś. Ja, sam zostawszy, gdy myślę a myślę, coraz więcéj przypominam sobie. Tak! ta mowa wasza, któréj ty mi kilka słów powiedziałeś, była mi znana w dzieciństwie. Jedno twoje słowo wydobyło ze mnie jakby utopionych i przysypanych dużo. Oni mi powiadają, że sierotą z Niemiec mnie przywieźli, ale kłamią. Dzieckiem słyszałem tę mowę, mówiłem nią; litewska to mowa, i ja Litwinem być muszę... tak, jak ty!
Teraz, gdy w te mroki lat dawnych się wpatruję, coraz mi więcéj rzeczy na pamięć przychodzi, które, jakby mgłą były okryte. Mgła się rozprasza...
Chłopak, siedzący na ławie, palec położył na ustach, obejrzał się trwożliwie ku drzwiom. Wzdychał i tarł czoło.
— A! to nieszczęśliwa godzina, — wyjąknął, — gdy się o tém zgadało! Co już pomoże myśléć o tém? co wam pomoże wiedziéć? Z ich rąk, co raz w nie wpadło, już się nie wydobędzie. Patrzajcie na mnie. Mnie téż pochwycili gdzieś z chaty chłopięciem, na powrozie przy koniu, jak bydlę przygnali, ochrzcili, ostrzygli, kazali służyć — i muszę. Idą oni na moich, każą za sobą nieść tarcze i miecze; idę za nimi i niosę. Patrzę, jak się moja krew leje, jak moi bracia giną... a! wszystko kipi we mnie, łzy do oczu się cisną; alem ja sam, i siły nie mam!
Jerzy podniósł się z łóżka trochę i, brwi ściągając, a ręce zacisnąwszy, szepnął:
— Zbiedz przecie można!
— Dokąd? jak? — przerwał zastraszony pachołek. — Na co-by się nam to dziś przydało? Tam-by już nikt nas nie poznał i nikt nie przyjął. Jeszcze-by nas pozabijali, jak krzyżackich knechtów, bo dla tych przebaczenia niéma. Służyć im trzeba, choć ich nienawidzimy. Taka dola, a swéj doli nikt nie jest panem.
Pomyślał trochę i ciągnął znowu:
— Jeżeli oni was kędyś z Litwy porwali, a chowali i pieścili, karmili jak paniątko i ubierali, czy oni dziś-by zbiedz pozwolili? Patrzą oni na was podwójnemi oczyma, a gdyby najmniejsza poszlaka... ho! ho!..
I ręką pociągnął sobie po szyi, jakby ścinał głowę.
Chory Jerzy dumał głęboko.
Przerwała się rozmowa, i zaczął pachołka siedzącego rozpytywać o litewskie nazwania rzeczy różnych: jak się matka, ojciec, brat, dom, ogień zowié? Słuchając, zadumywał się, za głowę chwytał, brwi ściągał, a oczy mu połyskiwały.
Pachołek dziwił się, ciekawił, wzdychał, ręce załamywał i coraz to przypominał, że cicho mówić było trzeba.
— Był tu stary Bernard? — spytał w końcu. — A co on tu robił u was! On darmo nigdy nie chodzi. Posyłają go wietrzyć, gdy innym nosa braknie. Chytry to a straszny człek, co jak spojrzy, na wylot przekole. Na zamku on niby niczém — taki brat jak drudzy; do starszyzny nie liczy się i z nią nie chodzi; stoi na boku. Urzędu nie ma; a boją go się najstarsi i może, co zechce. Wciska się wszędzie, nigdzie mu drzwi nie zamykają; podpatruje, słucha, odgaduje. Na kogo popatrzy, ciarki mu biegną po skórze. Jego tu nie darmo do was wysłali. — Czyście się przed nim z czém nie wydali?
Jerzy na to pytanie pogardliwie i dumnie ramionami poruszył.
— Oh! — rzekł — ani słowa nie dobył ze mnie!
— Szpitalnik — mówił pachołek — gbur, niecierpliwy, niby zły, gdérze, popycha; ale dobre ma serce. Łaje chorych, gdy mu wyzdrowiéć nie chcą, a dzień i noc koło nich chodzi jak matka; a ten!... Dość, by popatrzył... zdaje się, że zjé oczyma!
Chory Jerzy już dumał, i nagle, jak przebudzony, zawołał:
— Kunigas? Kunigas?
— Aha! tak u nas najstarszych panów zowią, — odparł chłopak.
— Ja dobrze pamiętam — rzekł Jerzy, bijąc się w czoło — że mnie dzieckiem na ręku piastująca kobieta tém imieniem uspokajała i wołała.
Słuchający parobczak obie ręce podniósł do góry i, jednę z nich prędko kładąc na ustach, nakazał milczenie mówiącemu. Wstał aż, przestraszony.
— Na Boga! na Boga! — szeptał — cicho! cicho! Po mnie już dreszcze przechodzą. Gdyby oni doszli, że wy się o tém przeze mnie dowiedzieliście, żyw-bym nie został, a i z wami co-by było... któż wié?! Cicho, panuniu! cicho!
Jerzy dumał, na ręku podparty. Ze zmarszczonego czoła wnosić było można, iż myśl w nim pracowała, aby z mroków przeszłości dobyć dawne wspomnienia. Pot kroplami okrywał mu skronie.
— Litwa! Litwa! — począł powtarzać. — Mów ty mi o niéj. Ty ją musisz lepiéj pamiętać... widziałeś ją, chodziłeś na nią z nimi. Mnie oni mało kiedy za wrota wypuszczali; a na dalsze wycieczki, chociaż się im prosiłem, nim się odkryło, kto ja jestem... brać mnie nie chcieli.
Mówili mi, żem za młody, i czekać kazali. Litwa! — powtórzył, wlepiając w pachołka oczy, który drgał słysząc ten wyraz i cała poczciwa twarz jego okryła się cieniem tęsknoty. — Litwa! mów o Litwie!
Parobczak się zadumał rzewnie, w obie ręce ujął głowę i kołysał nią długo, nim z jękiem wychodzącym z duszy mówić począł:
„Litwa! oj, Litwa! inny to kraj, obyczaj inny, świat i ludzie inni.”
„Mnie ona jeszcze w oczach stoi, w snach się roi! Tyle lat a jakby wczoraj, czuję postronek, na którym mnie przywlekli. Litwa, Kunigasie mój, gdzież taka jest? taka, kędy nie dosiągł miecz krzyżacki, jak ją przed wiekami nasi Bogowie stworzyli?”
„Tu, na zamkach, co zobaczysz, wszystko robota człowieka, który psuł dzieło Boże; a tam inaczéj. Bóg nie w kościele siedzi — wszędzie ich pełno... Pełno bogów, pełno boga. Rosną sobie nie trzebione lasy, puszcze ogromne, a po nich dziki źwierz buja razem z dzikim człowiekiem. Źwierz i ptak, człowiek i drzewo, wszystko bracia rodzeni. Niedźwiedź gada do ludzi, pies z ptakiem rozmawia, rozumieją się. Zabijają się, jak bracia, ale jak swoi z sobą gadają.”
„Łoś z myśliwcem się łaje, kukułka dziewczętom pieśni śpiewa, których one od niéj się uczą. Wiatr nawet i burza mowę dla nas mają zrozumiałą... Jak dąb Perkunów zaszumi, Wejdaloci słuchają i tłómaczą.”
„Wszystko tam takie, jak ten wielki Bóg, który małych ma pod sobą tysiące, stworzył, aby ziemia pustą nie była, kiedy jeszcze księżyc ze słońcem się żenił. W każdém drzewie i pniaku siedzi duch, co go strzeże; w każdym strumieniu mieszka bogini, co przez szklane wody patrzy, pilnując ludzi i stworzeń. Diwy rozkazują zwierzętom, one wprost umieją do serca mówić człowiekowi, tak że on nie wié, zkąd mu głos przychodzi, a czuje, że to Boży... We śnie, na jawie, z góry, z pod ziemi szepcą do niego, bo Bogów wszędzie pełno, nawet w ziarnach piasku”.
„O! panuniu mój! Jakie to tam życie, jakie życie! a swoboda po lasach i polach! Jakie tam pieśni płyną i srebrny śmiech się rozlega, gdzie Krzyżaków nie było! Bo gdzie oni przeszli, śmierć przeszła z nimi.”
„Prawda! niéma szat takich, ani sprzętu takiego, ani domówstw z kamieni, ani kościołów, w których Boga na klucz zamykają. Tam wszystko otworem, drzwi chat na oścież, ziemia — ludziom cała. Wszędy Bóg lata swobodny i mieszka, kędy chce, a człowiek téż. Ziemia wszystka, jak szeroka, nie krajana, lasy bezpańskie. Kunigas siedzi na gródku, na wysokim, ale po to tylko, aby z daleka patrzył, gdy wróg nadciąga, a panuje, aby bronił od niego. Za to mu osyp dają i daninę.”
Zadumał się parobczak i dodał jeszcze:
— „Na Litwie niéma, jak tu, ludzi, którym niewolno spojrzéć w oczy kobiecie i do dziewki się uśmiechnąć. Nasi Wejdaloci i dziewice Wejdalotki chodzą swobodnie; a choć im się żenić nie wolno, żyć i śmiać się, i śpiewać nie bronią. W wiankach chodzą boże sługi, wesoło uśmiechają się sobie i światu”.
„My tu, jak bydło w oborze, siedzimy zamknięci; na gród nawet staréj baby nie puszczą, żeby im dziewczyny nie przypominała. Oj! Litwa! — westchnął. — Kunigasie mój, świat inny a lepszy... tylko dla nas on zamknięty!”
Jerzy się zasępił i spytał:
— Ale oni przecież jedynego, prawdziwego Boga znają, ci Krzyżacy, a myśmy się go od nich znać i chwalić nauczyli.
Parobczak, głowę spuściwszy, wzrokiem wylękłym potoczył po celi.
— Straszny ten ich Bóg! — zamruczał, — wojuje i zabija! Prawda! i nasz piorunami ciska, ale tylko na winnych, a oni krew leją, nie pytając jaką. Widziałem niemowlęta, pomordowane po chatach, a czém one zawiniły? Ich Bóg nienasycony, bo mu całéj ziemi potrzeba, a nasze panowały u siebie w domu i cudzego nie pożądały.
Jerzy słuchał bacznie, brwi mu się ściągały i powieki opadały na oczy. Nic nie mówiąc, głową potrząsał.
Parobek odważył się dodać:
— Oni przecie sługami bożymi się mianują i powiadają, że pełnią wolę Jego. Naszym Wejdalotom miecza nie wolno tknąć, ani innéj krwi, nad bydlęcia ofiarnego, przelewać. Ich Bóg krwi pożąda.
Jerzy siedział milczący; wzdychali oba.
— Pamiętasz Litwę? — wtrącił chory.
— Ja? lepiéj od was; — prawił drugi — mnie już sporego porwali z lasu od trupa ojca i matki, kiedym już po ziemi chodził sam i na drzewa jak kot się wspinał. Byłbym zbiegł, ale gdy mi powrozu popuścili, za późno było. Knecht na pętlę wziął i ciągnął mnie za sobą, okrwawionego, zbitego, choć jak wilk wyłem z bólu i strachu. Zamknęli potém do szopy z innymi, a myśmy ją podpalili, aby uciec. Nie pomogło; pochwytali. Bili potém i męczyli, abyśmy zapomnieli mowy i pieśni, a uczyli się ich szwargotu. Alem ja pochował tak głęboko, com wyniósł z lasu, że mi ten skarb z życiem odbiorą. Nie oduczyli mnie kochać, co swoje, ale kłamać nauczyli.
Uśmiechnął się chytrze i dziko.
— Popytajcie ich teraz! Mówią, że lepszego pachołka niéma nade mnie ani posłuszniejszego. A co? kłaniam się im do ziemi, rąbek szaty całuję, sławię ich, dziękuję, śmieję się, żeby myśleli, żem taki szczęśliwy. A co u mnie w duszy — to moje!
I na pół nucąc, pół mrucząc, dodał:
— Któż to wié? kto wié! Są Kunigasy jeszcze, ludu siła. Przyjdzie może i na Litwę godzina i dzień na litewskie dzieci!
Jerzy nie odpowiadał. Kunigas! Kunigas! chodziło mu po głowie i szumiało.
W tém lampka przygasać zaczęła, sycząc; pachołek się porwał nagle, przestraszony, że się opóźnił. Zbliżył się do zamyślonego, pochylił się przed nim z pokorą i czułością.
— Kunigasie mój! — szepnął, usiłując za rękę go pochwycić — nie zabijajcie się wy tęsknotą. To nie męzka rzecz kwilić. Mężowi przystoi gniew, a niewieście smutek. Ona go wyśpiewa i wyleje z siebie, gdy jéj duszę naciśnie; my z nim, jak z trucizną chodzić musimy. Trzeba żyć. Któż wié? kto wié? — powtórzył — i na nas przyjdzie godzina i dzień na litewskie dzieci.
Jerzy spojrzał nań i z lekka go po ramieniu uderzył.
— Idź! — rzekł — tobie czas. Szpitalnik nigdy nie śpi, i po nocy nawet śledzi. Nuż-by cię tu zastał. Wracaj; a jutro, gdy się wymknąć potrafisz, przyjdź mi mówić o Litwie. Tyś mi pierwszy objawił krew moję — i coś się we mnie zbudziło. Czy to sen? czy spominki? czy pokusy szatańskie?
— Szatańskie? — rozśmiał się parobek z niedowierzaniem. — Na Litwie, u nas, szatanów niéma, tylko bogi, sługi wielkiego Boga, raz dobre, drugi raz złe, jak on im przykaże. To oni szatana sobie zmyślili. Nasz Perkunas-by go nie zniósł i wnet piorunem-by go wgniótł w ziemię, a nie dałby mu przeciw sobie gospodarować! Ho! ho!
— Cicho, nierozumny! — zawołał Jerzy. — Spraw bożych z ludzkiemi nie mieszaj; co ty wiész?
I bojaźliwie, ukradkiem, krzyż zakreślił na piersi. Ale ruchu tego nie dojrzał już Rymos, bo się co prędzéj przez drzwi napół otwarte, wymknął i jak mysz, cicho do izby chorych na swój barłóg pusty prześlizgnął.




II.



Zamek Marienburski (Malborski), w owym czasie, choć do niego jeszcze dobudowywano wiele, choć go kończono i powiększano, stał już tak wspaniale zarysowany, jakim późniéj widzieliśmy go w majestatycznych ruinach, nim niesmaczna restauracya z nich go do trupiego życia jakiegoś nie dźwignęła.
Na szczycie pagórka piętrzył się Wysoki Zamek, Hochburg, najstarszy z gmachów, zawierający kościół, groby i salę kapitulną; niżéj, oddzielone od niego głębokim przekopem, wznosiło się Średnie Zamczysko, w którém życie powszednie rycerzy krzyżowych się skupiało; niżéj jeszcze, ku łęgom i Nogatowi, Dolny Zamek zawierał gospodarskie budowle i mieszkania knechtów i czeladzi.
Mówiono naówczas, że te trzy obronne grody, które się stały stolicą Zakonu, co się już wyrzekł walki z niewiernymi na Wschodzie, połączone z sobą były, na wypadek niebezpieczeństwa, podziemnemi schody, kryptoportykami, o których wnijściu i tajemnicach wiedziała tylko starszyzna.
Na codzienne narady, w których uczestniczyli Wielki Mistrz, Wielki Komtur, Marszałek, Podskarbi, a czasem kilku starszych rycerzy, zbierało się zwykle na Średnim Zamku w sali, zwanéj rycerską, któréj sklepienie jeden granitowy słup podtrzymywał.
Tu téż nazajutrz, o schyłku dnia, znajdujemy starszyznę, na kamiennych ławach dokoła siedzącą, przy ogniu, na wielkim kominie rozpalonym.
Same płaszcze białe, same postacie rycerskie, ostre, ponurego wyrazu z brwiami najeżonemi, z pooranemi policzki, o szerokich ramionach, o piersiach rozrosłych, stworzone do noszenia zbroi i nawykłe do nich. Niemal braterskie rysów ich podobieństwo tłómaczyło się i jednością pochodzenia, — bo naówczas nikogo jeszcze, oprócz Niemców, nieprzyjmowano do Zakonu, — i szlachecką krwią, i rodzajem życia, który jednakowo piętnował wszystkich.
Każde jednak z tych męzkich oblicz, prawie książęcą jakąś dumą i wyrazem siły naznaczonych, miało odrębny charakter, gdy życie w nich zagrało.
Wielki Mistrz, najbliżéj stał komina. Był to mąż poważny, lecz nieprzyjemnego wyrazu twarzy. Oko jego biegało niespokojne, usta gryzł, czoło marszczył i choć był pomiędzy swoimi, między najzaufańszymi, zdawał się niedowierzająco na nich spoglądać.
Nieodstępny, od niedawnego czasu, od zabicia Mistrza v. Orselen przez mściwego Endorfa, Kompan, dodany Wielkiemu Mistrzowi, stał zdala u drzwi, z salki téj do mieszkania jego wiodących.
Był to najmłodszy ze zgromadzenia, z bystrém wejrzeniem, pięknéj rycerskiéj postaci chłopak, który trzymał się na uboczu, jak gdyby na starszyznę nie zwracając uwagi, bo do jéj narad nie miał prawa należéć. Postawiony na straży, nie mógł opuścić stanowiska. Zwano go hrabią v. Henneberg.
Mistrz Luder, oprócz niespokojnego oblicza i dumy, jaką mu książęce urodzenie dawało, nie odznaczał się niczém.
Twarze Wielkiego Komtura, Marszałka i Podskarbiego, dygnitarzy, składających radę tajemną, więcéj miały wyrazu i dozwalały się domyślać, że władza wprawdzie była w ręku Mistrza, ale siła kierownicza w głowach téj starszyzny, spokojnéj, pełnéj siły i wiary w siebie, przejętéj wielkiém posłannictwem, jakie spełniała.
Oprócz Wielkiego Komtura i wymienionych, rycerz Bernard, któregośmy już widzieli wczoraj, tak odziany, jak w kaplicy, tak niby mało znaczący i bez urzędowego stanowiska, jak wprzódy, w ciemnym kącie siedział na ławie niby świadek niemy i obojętny.
Na twarzy mistrza Ludera malowało się, oprócz niepokoju, znudzenie i znużenie, jakby go na tę naradę wyrwano, gdy potrzebował wytchnienia.
Rozmowa, cicho prowadzona, była niby przygotowaniem do ogólnéj.
Komtur parę razy, nim ją rozpoczął, spojrzał na Kompana Mistrza, Henneberga; a widząc, że skazówki, dawane mu oczyma, nie starczyły, zbliżył się doń, poszeptał, i — Kompan za próg się zwolna wysunął.
Mistrz Luder niecierpliwie nogą popchnął głownią, która się wytoczyła z komina, obejrzał się i zamruczał:
— Mówcie; poczynajcie; słucham!
— Najlepiéj pono będzie, gdy Wam tę sprawę tajemną, która dla Zakonu wielkiéj wagi być może, opowié i objaśni brat Bernard; — odezwał się Wielki Komtur, spoglądając ku niemu.
Mistrz, namarszczywszy się, oczyma groźnemi rzucił na siedzącego w kącie. Z wyrazu twarzy domyślać-by się było można, iż tego brata Bernarda nie lubił.
Powołany powstał zwolna, zdając się o to niewiele troszczyć, i krokiem mierzonym przybliżył się do zgromadzonych u komina.

Milczano, on się namyślał, ale bez troski, zimno; a przystąpienie do Wielkiego Mistrza, którego oblicze niechęć mu zwiastowało, nie zdało się go nic kosztować.
Narada starszyzny u W. Mistrza.
Dziwnie był pewny siebie.

— Mówcie, bracie Bernardzie! — potwierdził marszałek.
— Sprawa ważna — odezwał się Bernard — nikt lepiéj jéj nie zna ode mnie. Trzeba coś postanowić, czas jest wielki. Idzie o tego chłopaka, książątko litewskie, któreśmy lat temu dziesięć przeszło porwali z rąk matki i chowali nie bez celu. Jam ocalił go i, za moją radą, daliśmy mu tu urosnąć, aby z niego, swojego czasu, zrobić narzędzie dogodne, które nam krwi przelewu oszczędzi. Chłopak...
Wielki Mistrz przerwał opowiadającemu ruszeniem ramion i głowy. — Nie wielką macie zasługę, żeście to wilczę dzikie hodowali. Co nam po nim? Było mu łeb rozbić o sosnę.
Rozśmiał się pogardliwie brat Bernard, jakby nie poczuł szyderstwa.
— Przydać się może — rzekł obojętnie. — Matka, wdowa, włada kawałkiem kraju na granicy i ma twierdzę mocną, którą zdobyć nam trudno. Przywiązaną jest do dziecka. Któż wié?... Dziecko wychowało się w wierze chrześcijańskiéj i przywiązało się do nas; sprzymierzeńca gotowego mamy i lennika. Wszystko to jużci warte kawałka chleba, który kosztowało...
Mistrz powtórnie ramionami ruszył i rozśmiał się.
— Wolał-bym miéć kilkuset rycerzy i kilka tysięcy ludu na ten gródek niż takiego zakładnika. Matka miała czas odboléć i zapomniéć o nim; on — zawsze niepewny. Nuż się tam krew odezwie. Cała ta rachuba dziesięciu kopii nie warta.
Błysnął oczyma, Bernard stał nieporuszony. Wtém Marszałek przemówił, spoglądając naprzemian to na Mistrza, to na brata Bernarda. W starszyźnie widać było wielkie poszanowanie dla skromnego owego brata; tylko Mistrz lekceważąco nań spozierał.
— Owego czasu, gdy się nam to dziecię do rąk dostało, — rzekł — rada nasza cała była tego przekonania, że je należy chować i na rycerza sposobić. Rzecz zresztą dokonana; dziś to, co wzięliśmy w spadku, zużytkować należy.
— Nie zataję tego — przerwał spokojnie Bernard — że nowe są trudności. Gdzie idzie o sprawę Zakonu, tam i do błędu przyznać się nie wstyd, obowiązek. Chłopak się hodował szczęśliwie aż dotąd, a teraz właśnie spróbować trzeba, czy matka, jakby się go jéj zwróciło, nie okupiłaby dziecka ziemi kawałkiem. Pillenybyśmy może zań wzięli. Chłopiec téż chrześcijanin, pobożny, gdyby się do Litwy dostał, nam-by, nie jéj, służył.
Wniosek brata Bernarda widać starszyźnie całéj przypadł do smaku, bo spojrzeli po sobie, jakby mu potakiwali. Wielki Mistrz tylko stał u komina, pogardliwie zamyślony, nieprzekonany.
— Ja w takie roboty podziemne nie wierzę — zamruczał niechętnie — u mnie siła w mieczu, zdobycz w wojnie; z Polską, Litwą, z Pomorzem sporzyć, ucierać się na słowa, do Stolicy Apostolskiéj chodzić na skargi — to są marne zabiegi. Czas tracimy na to i pieniądze. Na co nam to? Jak długi świat i szeroki — na nasze zawołanie; do krzyżowéj wojny przeciw poganom biegną rycerze z całych Niemiec, Anglii, Francyi, ze wszech krajów chrześcijańskich. To nasza siła; innéj nam nie potrzeba. Dziećmi wojować — mizerna rzecz.
Nikt się nie sprzeciwił wygłoszonemu zdaniu; ale téż potępienia rzuconego na Bernarda nikt nie potwierdził. Milcząca stała starszyzna, a gdy Mistrz się ku niéj obrócił, łatwo mu było wyrozumiéć, że, choć nie miał jéj przeciw sobie, nie miał jéj za sobą.
— Wszystkie środki dobre, gdy do celu prowadzą; — po dłuższém milczeniu odezwał się Wielki Komtur. — Nie gardźmy i tém, co nam w ręce dała Opatrzność.
Mistrz ramionami poruszył.
— Kto począł, niech kończy; — dodał, spoglądając na Bernarda. — Co się stało, nie możemy odrobić.
— Jam w istocie to dziecko ocalił i na nie rachował; — przerwał Bernard.
— Czyńcież z niém, co chcecie! — nie dając mu dokończyć zamruczał Mistrz.
Zwrócił się do komina, jakby twarzy swéj nasępionéj ukazać nie chciał obojętnemu Bernardowi.
— Za poprzedników moich — począł — choć ja im zasług nie ujmuję, namnożyło się Endorfów. Każdy chciał być panem na swoją rękę, każdy chciał miéć zasługi własne, tu, gdzie ani sukni, ani konia, ani sławy i znaczenia rycerzowi miéć się nie godziło. Więc czynił każdy, co chciał; ale na przyszłość tak nie będzie.
Bernard odparł powoli:
— Jeżeli mi to zarzucacie, jako winę, na co cała kapituła nasza dała przyzwolenie; zwołajcie Radę, każcie mnie sądzić. Stanę — nie opieram się; naznaczycie karę, pójdę na chleb i wodę, choćby z Endorfem.
Mistrz się odwrócił z twarzą wykrzywioną.
— Dosyć! — rzekł; — gdybym chciał, nie potrzebował-bym zezwolenia waszego, aby was sądzić. Jakkolwiek wy tu, prosty rycerz, macie jakieś znaczenie nad stan i stopień, mieszacie się do wszystkiego, przewodzić chcecie wszystkim; ja — nie boję się was... nie boję!
Bernard skłonił się z pokorą razem i dumą jakąś:
— Nie przywłaszczam sobie tu nic nad to, do czego każdy z nas rycerzy ma prawo. Władzy waszéj zawsze byłem i jestem podległy.
To mówiąc, skłonił się brat Bernard naprzód Mistrzowi, potém przytomnym, i drzwiami, wiodącemi do wielkiéj, pustéj jeszcze jadalni, wyszedł. Na kamiennéj posadzce słychać było chód jego, którego starcie się z głową Zakonu nie przyśpieszyło.
Wielki Komtur, z Marszałkiem najwyższą po Mistrzu godność piastujący, z poszanowaniem, lecz bez obawy, zbliżył się do Ludera, który jeszcze patrzył za odchodzącym.
— Wasza Miłość, — rzekł łagodnie — macie jakieś uprzedzenie przeciw niemu. Obeszliście się z nim ostro. My przywykliśmy go szanować. Ma długoletnie i wielkie zasługi w Zakonie, i tę największą, że choć mu kapituła kilka razy dostojeństwa wyższe ofiarowała, odrzucał je zawsze.
— Tak! — odparł Mistrz — wolał, nie mając ani tytułu, ani obowiązku, do wszystkiego się mieszać, podglądać wszędzie i rządzić potajemnie. Ja nad sobą, ani obok siebie, takich skrytych pomocników nie zniosę.
Starszyzna spojrzała po sobie, a Wielki Komtur zapewne dalszy o to spór uznał niewłaściwym, bo zamilkł.
Obrót i koniec rozmowy zasępił czoło Luderowi. Czuł może, iż się niepotrzebnie zdradził. Ku Marszałkowi się obróciwszy, spytał o przygotowania do wycieczki na Litwę.
Zapewniono go, że wszystko było w gotowości, i że mrozów tylko czekać mieli, aby im błoto i trzęsawiska stężały.
Wielki Komtur oznajmił, iż o nadciągających ochotnikach z Niemiec przyszły wiadomości.
Wszystkie te uspokajające nowiny nie potrafiły jednak Mistrza rozweselić. Pozostał zamyślony, jakby gniewu przeciwko bratu Bernardowi nie pozbył się jeszcze.
Po chwili, przeszedłszy się po salce raz i drugi, na drzwi do swéj kapliczki i sypialni spojrzał, — ku temu pamiętnemu przejściu, w którém Osselena zamordowano, — i skłoniwszy głową przytomnym, oddalił się ku mieszkaniu swojemu. Oczekujący za progiem Kompan, Henneberg, drzwi mu otworzył.
Pozostali zabierali się także do wyjścia.
— Niesprawiedliwym jest jeszcze Mistrz względem brata Bernarda — po cichu począł Podskarbi — mało go zna chyba.
Wszyscy to zdanie potwierdzili głowami.
— Jest to istotnie mąż, poszanowania godny i najwyższéj dla Zakonu zasługi; — dodał Marszałek. — Drudzy o sobie zawsze pamiętają po trosze; — ludźmi jesteśmy; — ten nigdy o niczém nie marzył, prócz wielkości Zakonu, prócz jego dobra, i niemal człowiekiem być przestał, tak w tę suknię wrósł, którą nosi.
— I sławy, ani znaczenia dla siebie nie szuka, — rzekł Komtur. — Lecz Luder go późniéj nauczy się lepiéj cenić.
— A za Bernarda ręczyć można, — dorzucił, uśmiechając się, Marszałek — iż przez to na Endorfa nie wyrośnie i, zamiast myśléć o zabójstwie, sam-by się dał zabić dla Zakonu.
Ogień powoli przygasał na kominie, starszyzna rozchodzić się zaczęła.
Wielkiemu Komturowi na sercu leżało, iż Bernard odszedł pokrzywdzony i dotknięty niesprawiedliwemi wymówkami. Z sali rycerskiéj udał się wprost do jego mieszkania, — tu go nie było.
Izdebka, którą on od dawna miał przywiléj sam zajmować, choć wielu innych po dwu mieszkali, ogołoconą była ze wszystkiego, co-by ją wygodniejszą uczynić mogło. Prawdziwie zakonne ubóztwo w niéj się rozpościerało wśród nagich ścian, na twardéj ceglanéj podłodze, ledwie w części matą z sitowia pokrytéj. Łóżko było niemal barłogiem, rynsztunek na konia w kącie rzucony, wedle staréj reguły, żadną nie świecił błyskotką.
Gdy u innych rycerzy coś zdradzało jakieś ludzkie upodobanie, fantazję i nałogi; tu czuć było, iż mieszkał człowiek, dla którego obojętném było wszystko.
Najsurowsze oko nic-by przeciwko ostrym prawom pierwotnym, dziś wielce już zwolnionym, nie dostrzegło.
Z poszanowaniem téż na tę izdebkę anachorety wojaka popatrzywszy, Komtur miał się oddalić, gdy gospodarz jéj się przybliżył.
W twarzy jego nie widać było ani oburzenia, ani gniewu za wyrządzoną mu krzywdę. Wracał, zajęty widocznie czémś inném, i spostrzegłszy w progu Wielkiego Komtura, z poszanowaniem go pozdrowił. Razem weszli do zimnéj celi.
— Bracie Bernardzie! — odezwał się raźnie dygnitarz, ton mowie nadając wesoły, — przychodzę do was, abym pocieszył. Luder was nie zna, a władzy swéj jest zazdrosnym; wybaczyć mu trzeba.
— Z całego serca! — zawołał, uśmiechając się, Bernard. — Tu ani o mnie, ani o niego nawet nie chodzi. Myśmy słudzy wielkiéj sprawy, narzędzia, które bodaj się pokruszyły, byle ona zwyciężyła.
— Swięcie[1] mówicie — potwierdził Komtur — czyńcież wedle tego.
— Inaczéj nie myślę — odparł Bernard. — Dla mnie główna, że mi dozwolił w téj sprawie postąpić, jako zechcę. Doprowadzę więc ją do końca, a nie powiedzie się...
— Dlaczego ma się nie powieść? — spytał Komtur.
Bernard się namarszczył trochę.
— Dlatego, — rzekł, — że w ludzkich sprawach pewnego niéma nic i że najpotężniejszego siłacza głupie ziarno piasku obali, gdy, nie widząc go, poślizgnie się na niém. Tak i ja. Chłopaka-m chował, rósł mi na pociechę, a teraz...
— Chory? wyzdrowieje! — rzekł obojętnie Komtur.
— Szpitalnik nic nie obiecuje; chłopak schnie; — odparł Bernard. — Chodzę, śledzę, nic nie wiem, a czuję, że coś na tę duszę młodą padło; bo to nie choroba ciała. Zmienił mi się. Obawiam się...
Bernard nie dokończył.
Wielki Komtur, chcąc się oddalić, rękę położył mu na ramieniu i dodał wesoło:
— A ja o was nie lękam się bynajmniéj, ani o to, co wy przedsiębierzecie. Bądźcie zdrowi.
Wyszedł.
W izbie prawie zupełnie było już ciemno, lecz drzwi się zaraz po oddaleniu Komtura otwarły, i chłopak wniósł lampkę, otulając ją rękoma.
— Gdzie Szwentas? — spytał pocichu Bernard. — Wołałeś go?
Posługacz głową tylko skinął i oddalił się. Nie siadając na chwilę, wielkiemi krokami izbę mierzył rycerz, widocznie na kogoś oczekując.
Ilekroć kroki dawały się słyszéć w kurrytarzu, stawał i ucha nastawiał.
Wtém drzwi uchylono; mała, gruba, niezgrabna jakaś istota, która w mroku więcéj do niedźwiedzia, niż do człowieka, była podobna, wtoczyła się, sapiąc, do izdebki, zgięła na pół, stęknęła i czekała, jak wkuta w posadzkę.
Trochę żywiéj rozpalający się knot lampy dozwalał się przypatrzéć téj osobliwéj człowieczéj postaci.
Twarz okrągła, duża, wesoła, opalona, rzadkim włosem od dołu okryta, nie miała w sobie nic odznaczającego, oprócz wielkiéj a pospolitéj brzydoty. Nic na nią nie ściągało oczu; było to oblicze człowieka z gminu, zestarzałego w pracy ciężkiéj, zahartowanego, przygniecionego i do brzemienia nawykłego.
Szerokie ramiona, grube ręce, pierś wydatna, nogi krótkie, a jak pnie potężne, — całość jakaś przysadzista, niezgrabna, gdyby z jednéj ledwie wyciosana sztuki, — nie wiele po tém półzwierzęciu spodziewać się dawały. Na co takiego parobka, którego miejsce było przy koniach i stajni, mógł rozumny Bernard potrzebować?
Zbliżył się doń jednak żywo i spojrzał mu w oczy.
Szwentas nawzajem skierował nań wejrzenie, i dotąd niedostrzeżone źrenice jego zaświeciły, jeśli nie rozumem, to chytrością i przebiegłością, która się przed panem ukrywać nie potrzebowała.
W tym nieforemnym kadłubie mieszkało jednak coś skrytego, obrosłego mięsem, zatajonego pod grubą skórą.
Zdradziły oczy, które wnet spuścił.
Z uśmiechem dziwacznym, w którzym było i coś pochlebstwa, i coś radości, Szwentas pochylił się, ujął koniec białego płaszcza Bernarda i z pokorą go pocałował.
Czekał na rozkazy.
— No, w drogę! — odezwał się Bernard cicho i palec położył na ustach.
— Dobrze, ojczulku, w drogę to i w drogę! — z akcentem jakimś obcym, po niemiecku, łamaną mową, począł schrypły Szwentas, który śmiał się ciągle i długi rząd małych, ostrych zębów pokazywał. — W drogę, to w drogę! — powtórzył. — Albo to ja się kiedy chorobą składam, jak drudzy? — Ja gotów zawsze; kij w rękę i — ruszam... Hę? — a dokąd? — zapytał się, ciekawie zerkając oczyma.
Milczał Bernard.
— Gdyby na Litwę? — szepnął.
— O! o! albo to co? — rozśmiał się Szwentas; — jak trzeba, to i na Litwę. Czy-m to ja tam nie bywał?
— Pójść trzeba, no, i cało powrócić! — dodał rycerz — na tém sztuka. Pójść, rozumnie co trzeba dobyć ludziom z zanadrza, a mnie przynieść.
Szwentas się uderzył w piersi za odpowiedź całą.
— Ale patrz! patrz, — mówił Bernard, — ty bestyo litewska, aby ci, na wolność puszczonemu, nie zasmakowało dzikie życie i dawny sprosny obyczaj, abyś mnie nie zdradził i Zakonu! dobył-bym cię z pod ziemi i jak psa obwiesił.
Cały się poruszył i poskoczył niemal parobek, słysząc tę przemowę. Grube dwie pięści podniósł do góry.
— Nie znacież wy mnie! — zawołał niemal gniewnie. — Albom to ja dla was tam nie chodził, nie raz, nie dwa, a dziesięć razy, szpiegując, podpatrując i donosząc wiernie? Albo to mnie co ta dzicz, te pogany? albo wy mojego życia nie wiecie, serca nie znacie? Przecież-em się ja wam sam oddał w ręce, aby się mścić na moich do żywota, póki duch w ciele. A toż mnie, powieszonego przez swoich, matka odcięła. Zabrali mi moją dziewczynę, spalili chatę, wszystko niesprawiedliwie. Oni mi ani bracia, ani krew moja, ale wrogi. Poto-m szedł służyć wam.
W łkaniu jakiémś słów mu nie stało i, uspokoiwszy się dopiéro, dokończył:
— Dokąd iść, ojczulku? Byle ich krew potém popłynęła, pójdę, o! pójdę!
Bernard się nie namyślał. Nachylił się do parobka:
— Pilleny wiecie? — spytał.
Chłop głową dał znak i brwiami, że je znał.
— Siedzi tam...
— Stara Reda, Kunigasowa żona — przerwał Szwentas — ta, któréj syna małém chłopięciem porwano i zabito. Baba zajadła za trzech srogich mężczyzn stanie. Tam wléźć, to jak w osie gniazdo wpaść, lub w mrowisku spać się położyć.
Bernard spojrzał.
— Nie chce ci się? — odparł.
Szwentas się rozśmiał, ruszając barkami szerokiemi.
— Ja się ni os nie boję, ani mi mrówki straszne — rzekł, — a od czego rozum? a na co Bóg dał chytrość?
I rękoma znak jakiś zrobił przed sobą.
— Do Pillen ci trzeba nie tylko pójść, — mówił rycerz, — ale i posiedziéć może. Reda musi po synu płakać; ma go może, jak ty, za zabitego; a co-by było, gdyby żył?
Szwentas począł się śmiać.
— Za żywego! o! o! dobry-by okup wziąć można! — rzekł, wahając głową, i zniżył głos: — Żywy, czy nie, lada jakiego chłopca jéj dobrać do wieku i do włosa; po tylu leciech nie pozna.
— Ale go téż może i nie zabito naówczas, gdy porwano; — odezwał się głosem poważnym rycerz. — Zważaj, Szwentas, że ty... ty... zkąd się opowiesz?
— W Pillenach? — rzekł, dumając parobek — kto to wié, zkąd wypadnie?
— Opowiadaj się z nad granicy; a kim? — spytał Bernard.
— Kim? a no... żebrakiem, wróżbitą? włóczęgą? — zamruczał Szwentas.
— Powiesz, żeś po ludziach słyszał, iż wieści chodzą po krzyżackich zamkach, jakoby gdzieś porwane chłopię wyhodowali i żyje.
Szwentas w ręce klasnął.
— Ja im zełgę, jak należy! nie bójcie się! — dodał ze śmiechem.
Bernard zadumał się. Dalszy plan potrzebował namysłu. Nie chciał się zupełnie zwierzać swemu półdzikiemu posłowi, który tymczasem bystremi oczyma zdawał się mu myśli dobywać z duszy i uśmiechnął się chytrze.
Bernard przeszedł się po izbie.
— Dość na tém, — rzekł — idź, praw, co ci kazano, a bacz pilno, co powié! co się jéj wyrwie z serca? Matką jest.
— Babą jest! — dodał Szwentas — alem ja o niéj słyszał. Już ją zemsta dawno na męża przerobiła. Tylko nią dysze za to dziecko jedyne.
— Tém lepiéj — przerwał Bernard — a gdy się dowié, że żyje?
Szwentas sobie dłońmi usta zamknął i głową a sobą zaczął potrząsać i rzucać. Czy śmiał się, dziwował, czy niepokoił, — rozeznać było trudno. Śmiał się, chociaż teraz śmiech jego mniéj był wesoły i szczery.
Bernard zbliżył się doń i powtórnie wszystko to mu powiedział, czego po nim wymagał. Chłop głową potwierdzał każde słowo, a bystre oczu wejrzenie poświadczało, że pojmował dobrze powinność swoję.
Wreszcie znów koniec płaszcza pochwycił i pocałował.
Pochylił się potém do saméj ziemi, zawrócił i wytoczył z izby.
Bernard pozostał sam. Ani rozmowa z Wielkim Mistrzem, która innego-by zburzyła, ani rozkazy, dane w tak ważnéj sprawie Szwentasowi, nie odjęły mu tego spokoju, który lata wyrobiły, zahartowując go.
Chodził i myślał już może o innéj sprawie Zakonu, stawając niekiedy i skupiając się w sobie, a czoło pocierając.
Zastukano do drzwi. Bernard się zdziwił późnym odwiedzinom; ale poszedł sam otworzyć. Zwolna i ostrożnie wchodzący o kiju ukazał się człek bardzo stary i przygarbiony. Miał na sobie suknią zakonną bez płaszcza, bez krzyża, bez żadnéj oznaki; lecz z wejrzenia poznać było można męża, który się czuł dostojnym, jeśli dostojeństwa nie piastował.
Jak śnieg białe, włosy, wyglądały z pod czarnéj czapeczki, któréj, wchodząc, nie zdejmował; krótko podcięta broda i wąsy siwe okalały twarz piękną, ale kilku bliznami naznaczoną.
Jedna z nich krwawém znamieniem przecinała nos i policzki, druga głęboki dół wyryła w skroni. Starzec wlókł jednę nogę za sobą napół bezwładną, a kościstych rąk palce miał ponabrzmiewałe i pokrzywione.
Była to ruina, lecz piękna i obudzająca poszanowanie. Lica, zmarszczkami okryte, zachowały wyraz męzkiéj odwagi i dumy. Mieszała się do nich gorycz jakaś, która usta ściągała smutkiem i szyderstwem.
Był to stary, najstarszy z rycerzy krzyżackich, na téj ziemi wojujących, Kurt, hrabia Hochberg, którego można rodzina pochodziła z nad Renu. Lat temu kilkadziesiąt, w skutek familijnych rozterek, po życiu burzliwém, przybył on walczyć tu z pogany i pozostał. Złamany wojnami, w których wielekroć padał na pobojowiskach, szukając śmierci, zawsze cudem jakby uratowany, nie miał już do kogo powracać i przyrósł do swéj kamiennéj klatki. Bracia chcieli go nieraz obrać Komturem, Podskarbim, — byłby nawet mógł się o Mistrzowstwo ubiegać; ale, jak Bernard, brzemiona te odrzucał, i tak prawie, jak on, czuwał tylko z miłością wielką nad losami kolonii téj mieczowéj niemieckiéj, któréj sprawy obchodziły go najgoręcéj.
Bernard jednak był czynnym, Kurt już tylko narzekał i gdérał; a wszystko, co teraz nowego stanowiono, wyszydzał. Dawne zasługi zmuszały braci do znoszenia go, choć nieraz nazbyt gorzką karmił ich prawdą.
Stary hrabia rzadko ruszał się ze swéj izby, a w jesiennéj i zimowéj porze, gdy mu pogruchotane kości dolegały, siedział opakowany w futra u komina. Przybycie jego do Bernarda nie było bez znaczenia. Domyślił się on, że musiało być w związku z wymówkami, czynionemi mu przez Wielkiego Mistrza.
Kurt miał sobie za obowiązek, sądząc, że brat boleśnie to uczuł, przyjść mu oświadczyć współczucie swoje.
— A co! — począł od progu — a co! Mistrz Luder już zęby pokazuje! Nie znosi, aby tu kto śmiał co czynić, okrom niego! Już się do was uwiązał!
Bernard obojętnie podniósł ramiona.
— Żal mi was! — ciągnął niewyraźnym, bezzębnym głosem stary, — żal mi serdecznie! — ale to nie koniec na tém! Stary nasz Zakon, jego prawa i zwyczaje — wszystko młodzi będą przerabiali, aż ze świętéj reguły zrobią poczwarną.
Ręką począł drżącą wywijać w powietrzu. Bernard, widząc go z ciężkością stojącego na słabych nogach, jedyny stołek mu przysunął. Siadł nań, stękając, Kurt.
Gospodarz wiedział, co go czekało; musiał wysłuchać wszystkiego, co się długiém milczeniem nagromadziło w zbolałém sercu i głowie Krzyżaka.
— Ja — mówił, spluwając i nie dając się odezwać Bernardowi — pamiętam inne czasy, ludzi innych, Zakon pierwszy, taki, jaki on tu z Palestyny przywędrował... toć najlepiéj powiedziéć wam mogę... do zguby go wloką! Boga niéma już u nas; Zakonu mało; rycerstwo rozbójnicze; rozpusta! pycha! Im daléj, tém gorzéj.
— A ja tak źle nie wróżę jeszcze, — zaczął Bernard.
— Boś sam dobry — przerwał Kurt. — Ja źle wróżę! źle! Oczy moje tego już widziéć nie będą, ale padnie Zakon, jako muł obładowany złotem na puszczy, i krucy mu boki wyjedzą, wyszarpią wnętrzności.
Bernard chciał stawać w obronie Zakonu, starzec go do słowa nie dopuścił.
— Ty mało starych naszych czasów pamiętasz, — odezwał się. — Były to inne, lepsze czasy. Mieszkał w nas duch inny, byliśmy rycerzami Krzyża Chrystusowego i prawdziwymi zakonnikami; dziś z nas Raubrittery! Szło się na wyprawę, odpościwszy wigilią, z pieśnią o Bogarodzicy; nie potrzebowaliśmy ani łoża wygodnego, ani łańcuchów złotych na szyję, ani wina w drogę, ani kompanów i knechtów, by za nas nosili ciężary i zbroje. Wszyscy bracia byli równi... a dziś!...
— My i dziś czujemy się równymi — rzekł Bernard.
— A patrzaj-że! – wtrącił Kurt. – Zkąd wzięły się płaszcze szare! Kto się im ze czterech herbów nie wywiódł, szary nosić musi, choć szlachcic jest i tak dobry, jako i drudzy. Herb herbem; najmężniejszy, gdy nie bogaty jest i pleców nie ma, szaro go ustroją. A te szaraki lepiéj się odbiją od białych.
Patrzaj-że! — powtórzył, gdérząc stary. — Wielki Mistrz kompana ma; już ich biali wszyscy miéć muszą, a wkrótce jednego im będzie mało. Dawniéj pigmentu w wielkie święta kubek dawano dla pokrzepienia, teraz go flaszami po izbach roznoszą. Dawniéj nikt sukni nawet własnéj nie miał na grzbiecie; teraz bez łańcucha biały nie wynijdzie do gości, a u każdego szkatuła stoi dobrze nabita. Nie wolno było do niewiasty przemówić; hę! teraz starszyzna w mieście jawnie miłośnice chowa.
— Ojcze! — przerwał Bernard z wymówką.
— Bracie mój! nie kłamię i nie powtarzam; tak ci jest, Bóg mi świadek! I mówię, bo mi serce pęka, bo ja święty Zakon Krzyża Chrystusowego kochałem, a Zakonem Beliala brzydzę się.
Westchnął.
— Co za koniec! — zawołał po chwili zadumany, w podłogę oczy zgasłe wlepiając; — taki, jak Templaryuszów, nas czeka! gorszy może! Królowie na nasze skarby się złakomią, Papież się wyrodnych dzieci wyrzecze.
— Ależ my, dzięki Bogu, bałwochwalcami i apostatami, jak oni, nie jesteśmy jeszcze; — rzekł Bernard.
— Słowem — nie, czynem — już! — zawołał starzec; — kto nie po bożemu żyje, ten się Boga zapiera.
Zmęczony, odetchnął Kurt i rękę do piersi żywo się poruszających przyłożył.
— Dziękuję wam za współczucie — odezwał się, z przestanku korzystając Bernard, — ale ja tak bardzo do serca nie biorę Ludera. Niech sobie prawi i myśli, co chce; ja swoje robić daléj będę.
— A ja prawić swoje — rzeki stary. — I słowo śmiałe zda się na coś, gdy ręki podnieść siły nie dozwalają.
Westchnął i łagodniejszym się tonem zapytał:
— Cóż! gniew za owego chłopca, którego i po ludzku, i po chrześcijańsku wychowaliście, a uczyniliście rozumnie! Ten i tego zrozumiéć nie chce.
Rozśmiał się szydersko.
— Jeszcze na biédę mi się rozchorował! — rzekł Bernard.
— Wyzdrowieje! — odparł obojętnie stary. — W tym wieku choroba nie straszna. Dorastać musi właśnie. Krew zburzona; potrzeba go na koń wsadzić i dać mu się wyhasać.
— Mówi Ojciec Szpitalnik, że już na konia nie siędzie; — smutnie dodał Bernard.
— Dać go Komturowi któremu, aby trochę więcéj miał swobody; — zamruczał stary.
— O wszystkiém tém już myślałem; — dołożył Bernard — radziłem tak samo.
I nie dokończył. Stary nie przywiązywał wielkiéj wagi do choroby. Sam tyle przetrwawszy zwycięzko, a uchowawszy życie, nie mógł pojąć tego, by lada choroba groźną się stała.
Pilniéj mu było gdérać i żalić się na to, co go otaczało.
Bernard słuchał go więcéj przez poszanowanie, niż gorycz jego podzielając; dał mu się wynurzyć, dał odboléć; a gdy Kurt ruszył się wstać, bo mu tu zimno być poczynało, ujął go pod rękę i kurrytarzami do izby jego odprowadził.
Cicho już było w murach dokoła, godzina spoczynku nadchodziła, rycerze biali układali się do snu; czeladź tylko snuła się jeszcze. Bernard, zamiast powrócić do mieszkania, po krótkim namyśle, wyszedł z zamku w podwórze, i ku Dolnemu, w którym szpital się znajdował, podążył.
Tu było mieszkanie Wielkiego Szpitalnika i pomocników jego; a Bernard wiedział, że nietylko o téj godzinie, ale niemal przez noc całą, gorliwy a żwawy staruszek, Sylwester, nie kładł się na spoczynek.
Nie odgadł nikt nigdy chwili, w któréj on spał, lub się miał obudzić. Wedle staréj reguły Zakonu, kładł się odziany, często siadał tylko się zdrzémnąć, i, gdy służba sądziła, że zasypiał, zjawiał się z lampką w ręku przy łożu chorych, lub tam, gdzie stróże ich czuwać byli powinni.
Wybór Sylwestra na to jedyne w Zakonie dostojeństwo, które było powierzane ludziom, nie obowiązanym ani się ze swych czynności tłómaczyć, ani zdawać z grosza rachunku, był tak szczęśliwym, tak jednozgodnym, tak usprawiedliwionym; iż nawet ci, co mu zazdrościli wielkiéj swobody, jakiéj używał, szemrać przeciwko niemu nie śmieli.
Było to uosobione miłosierdzie chrześcijańskie. Widok cierpień ludzkich zmiękczał mu serce i czynił go nieograniczenie wyrozumiałym a łagodnym; a że człowiek, bolejąc, łacniéj się odkrywa, jakim jest, znał Sylwester ludzi lepiéj, niż kto inny. A znając ich, nie oburzał się na nich, ale litował się nad nimi.
Bernard, choć w wielu się rzeczach różnił ze Szpitalnikiem, szanował go, jak inni.
Cudem prawie zastał starego w izdebce, która woniała jakiemiś wschodniemi balsamami, a zarzucona była mnóztwem gratów, sukni, płócien, garnuszków i butelek.
Sylwester spoczywał; lecz cichutki chód Bernarda obudził go; — porwał się zaraz na nogi.
Nawykły do snu przerywanego, nie potrzebował odzyskiwać pamięci; potarł ręką po twarzy, i ślady spoczynku z niéj zniknęły.
— Naprzykrzam się wam? nie prawdaż? — rzekł, wchodząc, Bernard, — lecz przebaczcie! niepokój mnie nęka o to chłopię.
Szpitalnik ręce rozpostarł, dając do zrozumienia, iż nic pocieszającego powiedziéć mu nie może.
— Nie gorzéj mu? — zapytał Bernard.
— I nie lepiéj, — szepnął stary.
Przybyły badał zachmurzoną twarz gospodarza.
— Nie lepiéj! nie! — powtórzył Sylwester. — Wczoraj jeszcze nie byłem pewnym choroby: czy ze krwi przyszła, czy z ducha? bo są dwojakie. Dziś mi się zdaje, iż nie omylę się, mówiąc, że chorobą jakaś tęsknica...
— Za czém? — podchwycił ciekawie Bernard.
— Odgadnąć trudno; — rzekł Szpitalnik — młodość, wiecie, ma nieodgadnione tajemnice. Mówią we Francyi, że, gdy młode wina się burzą, stare w beczkach im wtórują; że gdy kwiat na wiciach się otwiera, sok wyciśnięty z jagód z tęsknicy wre w kadziach.
Urwał nagle.
— Mówcie! mówcie! — począł prosić Bernard, mocno zajęty niedokończoną tą mową.
— Wiecie, kto jest; — zaszeptał Sylwester. — Któż wié, czy litewska krew nie kipi w nim, gdy gniazdu przelew grozi?
— Ależ nie wié on o sobie! — zawołał Rycerz.
— Nuż, nie wiedząc, poczuwa się, kim jest?
— Jakże to być może?
— Któż z nas wié, co może być, a co nie może? — spokojnie odparł Sylwester, — Sunt arcana rerum! — rzekł pocichu, jak-by sam do siebie.
Bernard się zadumał.
— Dziś nie był tak spokojnym i milczącym, jak wczoraj, gdyśmy go widzieli wieczorem — mówił Szpitalnik. — Chodził po ciasnej izdebce, jakby się bił w klatce; na licu miał rumieniec, w oku gorączkę. Z dala mi się zdało, że nucił piosenkę; ale, gdym go o nią zapytał, nie przyznał mi się.
Bernardowi brwi się ściągnęły.
— Księdza mu potrzeba i modlitwy; — rzekł — dusza niespokojna. Antoniusza mu poślemy.
Szpitalnik się nie sprzeciwił.
Nie mówili już, bo każdy zdawał się miéć myśli inne, a Bernard do celi swéj powrócił, nie napierając się widziéć młodego wychowańca.







III.



U stóp wzgórza stary Niemen płynie cicho; wyżłobił sobie wiekami koryto spokojne, skrył się w niém, i choć wiosna wody mu doleje, choć deszcze strumienie za brzegi wyrzucą, on, ojciec, nie wyjdzie z łożyska, nie zagniewa się na łąki, nie wyskoczy na pola sąsiednie. Widać tylko na jego powierzchni pomarszczone fale, wirujące prądy, białą pianę, która, jak tanecznica, wkoło się obraca i o kamienie rozpryskuje; czasem się podniesie trochę woda, jakby groziła, i wnet, posłuszna, wraca, gościńcem swym ku morzu śpiesząc.
Młodsze rzeki dokazują, on nigdy, — miłosierny jest, jak ojciec.
Objął dokoła wydmę piaszczystą i pagórek, opasał, uścisnął, jakby go pokochał i chciał bronić. Bo téż na nim stary pograniczny litewski gródek stoi, mało nie tak dawny, jak ojciec Niemen, co go strzeże.
Teraz tylko, gdy się Niemcy wciskają w cudze obszary, z małego grodziska stała się warownia mocna.
Patrzyli Litwini, jak się Niemcy budowali i trochę nauczyli od nich. Niegdyś takich tu okopów i ścian nie było potrzeba, — starczyło wału i ostrokołu, — teraz przeciw żelaznym napastnikom mało kamiennych zbroi.
A z kamienia kto-by tam klecił i lepił, gdy Pan Bóg dał drzewa twarde i grube, jak skał obłamy?
Strach spojrzéć z dala na Pilleny. Olbrzymy tam chyba poznosiły te kłody ciężkie, w człowieka całego szerokie, powiązane z sobą, jakby się zrosły. Nikt jeszcze takiéj wyżyny ścian nie ważył się wznosić na Litwie. Dziesięciu ludzi, gdyby stanęło na ramionach jeden drugiemu, jeszcze-by ich wierzchu nie dościgli. I dokoła obchodząc zamek, gdybyś oczyma szukał bramy, nie znajdziesz, ani okna, ani szczeliny. Wszystko jak ulane z jednéj bryły.
Tylko ze środka tego olbrzymiego stosu rośnie w górę słup drewniany ogromny, z którego, gdy spojrzysz wkoło, na milę widać łąki, pola, lasy, i Niemen, jak się poważnie obraca, wygina, zakręca, aby, gdzie potrzeba, ziemię obronił, ludzi napoił, czółno przyniósł i kamień przytoczył.
Zamek stoi na wzgórzu, a wzgórze na wyspie, która tylko wązkim ziemi paseczkiem z lądem się wiąże; a i ten, gdy Niemen zechce, to go zakryje i dokoła swoje dziecko ramionami otoczy.
Pod osłoną zamkową, tuż, jak grzyby z ziemi, dobywają się numy, szałasy, chatyny, — obozowisko czasu pokoju, pustka czasu wojny, z któréj mieszkaniec do Pillen ucieka. Tu i ówdzie wyrosła wierzba stara, została po lesie sosna sierota. Po-nad wodami bujają łozy, jak zielone warkocze poplątane z sobą a z pośrodka nich, także wierzby stérczą, straż trzymając nad tą dziatwą swawolną.
Wierzba stara — to niby żołnierz, który straszne boje pamięta i znaki ich na sobie nosi. Pień, pogięty od wiatrów, gdy był młodym, potrzaskany od piorunów, popękany od suszy, dziurawy, wyjedzony, spróchniały, często na wylot wiatr przepuszcza. Korzenie, jak palce konwulsyjnie ściśnięte, ziemi się trzymają, a kora na nich, jakby żyłami nabrzmiała.
U góry głowy niéma, zerwała ją burza, gałązki tylko młode wyrosły, aby ranę zabliźnić i osłonić. Z jednéj strony gałąź sterczy obita, jak ręka wyciągnięta, o miłosierdzie prosząca, z drugiéj sęk, jak kość obnażona. Od pnia popuszczały wnuki. Gałęzie, susz, konary, kłoda pęknięta, razem wszystko poczwarnie wygląda; niby kona, a co rok się odmładza, wali się a stoi, schnie a żyje, i po nocy ludzi i źwierzęta straszy.
Cóż, gdy ich takich, jak w Pillenach od strony lądu, stanie na dolinie rząd cały, niby wojsko na straży? Z dala ci się wydaje, iż obry wyszły gródka obraniać... Którą wiater obalił a legła, choć już jéj wnętrzności żółte widać, przylgnęła do ziemi i puszcza wici nowe.
Był ranek, ni jesieni, ni zimy; niebo szare, wiatr ostry, dokoła jakby wszystko wymarło, cisza i ani żywéj duszy. Nawet w numach i kleciach życia widać nie było.
Jedna z wierzb u skraju, praprababka, z pniem na pół rozdartym, rozkraczona, z dala więcéj od innych poruszać się zdawała. U korzeni jéj, wystających, poplątanych, jakby płachta wiewała jakaś, jakby się źwierz mościł, czy człowiek przytulał.
Z ziemlanki na osadzie wyjrzawszy, niewiasta dojrzała tu coś u pnia się poruszającego, popatrzała, głową potrząsła i napowrót się skryła do domu.
Wyszedł wkrótce człek, kożuchem na wierzch włosami obróconym okryty, począł się przyglądać bacznie; potém pałkę, u drzwi stojącą, krzemieniem nabijaną, w rękę wziął i wolnym krokiem ku wierzbie zbliżał się ostrożny.

Coraz lepiéj rozeznać było można siedzącego w dziupli, małego, grubego człeka, okrytego prostą sukmaną, w czapce z uszami długiemi na głowie, z torbą na plecach i węzełkami u pasa. Z pod naciśniętéj na czoło kapuzy wyglądała twarz okrągła, opalona, stara i brzydka. Prawie po-nad nią sterczały ramiona przygarbione, a niżéj — grubą kłodą nieforemną, poplątaną, zwijały się ręce człowiecze, i nogi płachtami i skórą poobwiązywane.
Szwentas pod Pillenami.
U nóg leżał kij gruby, a przy nim worek szary.

Odpoczywający pod wierzbą, na wszystkie strony rzucając oczyma, zobaczył i niewiastę, co go pierwsza postrzegła, i człowieka, co się teraz zbliżał ku niemu. Nie nastraszyło go to wcale.
Kulił się i do wierzby przytulat[2], jak do matki. Zwinąwszy się w kłąb, palce w zanadrze pochował, głowę wsunął w ramiona, i patrzał na zbliżającego się obojętnie.
Za wychodzącym z numy gospodarzem wprędce na próg się i pies żółty z sierścią najeżoną wysunął. Stanął, pociągnął powietrza i szczeknął, zaburczał, zawahał się, aż począł za panem iść, coraz żywiéj, jakby mu pilno bronić go było.
Lecz im daléj, tém się na nim sierść bardziéj nastrzępiać zaczęła, oczy wystąpiły z czaszki, wargi obnażyły zęby.
Gospodarz na psa się obejrzał i pałkę ścisnął mocniéj w ręce, bo psy czują nieprzyjaciela.
Lecz miałże-by to być wróg? Na Litwina wyglądał, a choć mu się nieprzyjaźnie zdał stawić nadchodzący, nie myślał się zabezpieczać, nie okazał ochoty ani do zaczepki, ani do obrony.
O kilka kroków od wierzby pan i pies stanęli. Pan się podparł na pałce, pies siadł, podniósł łeb i zawył.
Zły to był znak.
Siedzący na ziemi poruszył się, ręce dobył z ukrycia, nogi wysunął i wstał. Człek był gruby, mały, stęporowaty, silny, ale nie straszny.
— Któż ty? co tu robisz? — zapytał Pilleńczyk.
Podróżny rozśmiał się naprzód dobrodusznie.
— Toć widzicie! trzebaż pytać? — odparł wesoło. — Swalgon jestem biedny; na to zeszło nam, że i takim, jak ja, gdyby żebrakom i nędzarzom, włóczyć się potrzeba...
Niemcy nam dużo ziemi i ludzi zabrali. Wurszajtom i Swalgonom, choć umierać z głodu, robić niéma co. Gdzie się święty dąb ostał, to tam koło niego naszych, jak mrowia, i z ofiar pożywienia nie starczy. Bodaj Perkunas wytłukł tych, co nas uciskają!
Pies, słysząc ten głos, wyć nie ustawał, aż wieśniak musiał, zwróciwszy się ku niemu, groźnym ruchem nakazać milczenie.
Sam on nie wiedział, co Swalgonowi odpowiedziéć.
Wprawdzie i dawniéj takich wróżbitów, guślarzy i kapłanów najemnych włóczyło się dosyć po świecie, od numy do numy, od osady do osady. Przyjmowano ich gościnnie, a zawsze coś się znalazło do pobłogosławienia, do oczyszczenia, odczynienia i porady. Teraz włóczęgów podobnych widywano częściéj, bo dużo dębów i świętych miejsc nie stało; rozproszeni byli, więc i nie tak im już po chatach byli radzi, gdy raz w raz zachodzili.
— A zkąd? — spytał chłop po namyśle.
— Pytajcie lepiéj, gdzie mnie nie było? — odparł Swalgon. — Najczęściéj po-nad Niemnem tu się włóczę, bo to moja rodzinna ziemia; i w Pillenach — ci bywałem, ale dawno już temu... Co się to małżeństw nabłogosławiło i wiele im naśpiewało!
— Hm! Swalgon! — zamruczał wieśniak; — jużci musi to być, kiedy mówicie, żeście nim, ale odzieży Swalgona nie widzę na was, ani pasa, ani...
— Co za dziw! — odparł żwawo, przybliżając się ostrożnie Swalgon. — Obdarli mnie Niemcy na granicy i byli-by powiesili, gdybym się im ochrzcić nie dał. Rzucili mnie do wody i takem ocalał.
— I uszedłeś rąk niemieckich! — zawołał Pilleńczyk. — To cud! Oni nie przepuszczają nikomu, ani starym, ani młodym, i wszystkich nas wybić myślą. A jeszcze poznawszy Swalgona...
Głową pokiwał niedowierzająco.
— Ja im życia nie winienem — począł podróżny — nie dali-by mi go, ale Perkunas mnie wszechwładny obronił. Gdy do wody rzucili, a jam na dno poszedł, wrzask posłyszeli z dala, ulękli się zasadzki i pierzchnęli, a jam do brzegu dopłynął.
Pies już tylko burczał.
Swalgon, pozbierawszy kij, torbę i węzełki, leżące na ziemi, zbliżył się do wieśniaka, zdając się pewnym gościny, o którą nawet nie prosił.
Zawrócili się obaj ku chacie.
— Siądę się ogrzać u was — rzekł Swalgon. — Gdyście nadeszli, zębami dzwoniłem. Zima coś wcześnie nadchodzi. Umiem, gdy potrzeba, jaką chcąc pieśń zaśpiewać, a i wróżyć potrafię, czy z piwa, czy z wody, czy z wosku, jak kto zażąda. Choroby odpędzam, bydłu pomogę.
Wieśniak nie odpowiadał nic, lecz stręczącego się nie odpędzał. Wlekli się powoli ku numom i lepiankom, z których gdzie niegdzie wychylały się głowy, wychodzili ludzie, wyskakiwały psy, a za niemi wybiegały bose i na pół nagie dzieci.
Pusta przed chwilą okolica ożywiła się. Obcego jakiegoś człowieka, choć swojaka, Litwina, wszyscy byli ciekawi.
Tuż stała granica, którą już Niemcy zajmowali, i od niéj grozili; każdy się rad był dowiedziéć, czy włóczęga nie przynosił wieści o jakim napadzie, zaborze, lub choćby poruszeniu nad rubieżą.
Tacy ludzie, co się snuli ciągle, wiedzieli wiele.
Ci, którzy spostrzegli, że podróżny ku lepiance Gajlisa zmierzał, poczęli téż iść do niéj gromadnie.
Nie te to już stare czasy szczęśliwe były na Litwie, co przed wieki!
Zawsze nieprzyjaciel jakiś napadał wprawdzie, ale w głębiny kraju nie sięgał i były błogosławione okolice za puszczami, za bagnami, kędy noga jego nie postała. Tu od niepamiętnych wieków siedzieli ludzie, jak w gnieździe, o reszcie świata nie wiedząc prawie; tu rosły i dęby Boże, i gaje święcone; tu płynęły wody żywiące i leczące; tu panował pokój i po-nad łąki a gaje rozlegały się Litwinek dajnos, i dzwonki ich dziewiczych fartuszków, które nigdy im utaić się nie dozwalały.
Teraz zmieniło się wiele, od czasu, jak Krzyżacy padli obozem żelaznym nad granicą i poczęli pobratymcze Prussy, niższą ziemię i wyższą, wojować, niszczyć, niepokoić.
W najgęstszéj puszczy nie można było miéć spokoju, najświętszych miejsc nie szanowano: paliły się Romnowe, wycinano Baublisy, lud mordowano i gnano. Potrzeba było stać nieustannie na straży z wytężoném uchem, a na pierwszy odgłos podejrzany uchodzić, albo się gromadzić ku obronie ognisk starych.
To téż nadgraniczne powiaty powoli się wyludniały, gromady się z nich wynosiły w puszcze i błota, a Kunigasy tylko po grodziskach siedzieli, zbrojni, czujni, do ostatka obraniając groby ojców, a ziemię dziadów.
Wszystko się zmieniało powoli pod naciskiem tego wroga, i stara swoboda leśna musiała paść ofiarą, bo wojna potrzebowała wodzów i posłuszeństwa. Smutnieli ludziska.
Ci, co dawniéj o obcych i sąsiadach nic nie wiedzieli i wiedziéć nie chcieli, teraz, na najmniejszy szmer od Zachodu, pilno nastawiali ucha.
Ukazanie się odartego Swalgona, nieznanego w osadzie, obudzało niezmierną ciekawość. Mógł i on coś przynieść z sobą.
Zaledwie z Gajlisem wszedł do ubogiéj jego numy, na pół w ziemi skrytéj, w któréj pośrodku palił się na kamieniach nigdy nie wygasający ogień domowy, a dokoła niego leżały różnéj wielkości polnych głazów bryły, służące za siedzenia; a przeze drzwi za nim cisnąć się zaczęli sąsiedzi.
Wnętrze téj numy tak było nędzne, jak jéj powierzchowność, do wielkiego kretowiska podobna. Dym, który się nie łatwo mógł otworem nad ogniskiem wydobyć na zewnątrz, snuł się pasmami sinoszaremi, pomiędzy dachem a ścianami.
Izbica była jedna dla ludzi i dla domowych stworzeń, które jakby do rodziny należały. W głębi stała krówka z cielakiem, wołów para chudych, dwa maleńkie grubo-płaskie koniki, które się już zimową sierścią najeżoną okryły. Na ziemi nieopodal leżały brunatne i czarne owieczki, i w zgodzie z niemi przechadzały się poufale kury i gęsi. Wszystko to było nawykłe do wspólnego żywota ludzie i źwierzęta; rozumiało się, ustępowało sobie, a często, gdy zima była sroga, tuliło się wzajem ogrzewając.
Bose i na pół nagie dzieci ssały czasem owieczki z jagniętami do spółki.
Głos gospodarza i gospodyni tak był zrozumiały wołom, jak dzieciom. Pies stróżował równo nad wszystkimi, broniąc niedorostków od źwierząt i źwierzęta od napaści chłopiąt zuchwałych.
Z jednéj strony na ścianach, mchem pootykanych szczelnie, wisiały wszelkie gospodarskie narzędzia i przybory, inne na policach stały, co kosztowniejsze — w kącie w nasypkach i baryłach były zamknięte.
U góry schły pozwieszane zioła różne, od chorób dla chudoby, od czarów i złych oczu. Stół niewielki i ławy, które zastępowały kamienie w większéj części, z gruba zaledwie wyciosane były. Za małemi, półotwartemi drzwiczkami, widać było niższą komorę, a w niéj radła, porozkładane wozy i koła a obody...
Swalgon siadł niedaleko od ognia na kamieniu, czapki końce związane pod brodą rozpiął i ręce zmarzłe, rozstawiwszy, ogrzéwał, wyciągając ku niewielkiemu ogniowi.
Zobaczywszy to, dzieweczka, co się ciekawie przyglądała przybyłemu, ze strony, od któréj siadł, podrzuciła trochę suchych gałęzi, ażeby ciepléj mu było.
Gajlis poszedł w głąb’ zaczerpnąć kubek ałusu z beczki i córeczce zagrzać go kazał.
Wszyscy milczeli, nie śmiąc zziębłego zaczepiać wędrowca, który wpatrzył się w ogień oczyma osłupiałemi i dumał, a dumał, jakby mu ciężko na duszy było.
Gdy ałus nieco się przygrzał, Gajlis, podając go podróżnemu, z cicha zarzucił pytanie:
— Nie słychać co od tych Niemców przeklętych?
— A kiedy-by nie było co od nich słychać! — zamruczał Swalgon. — Albo to oni spokojnie usiedzą choć dzień? Jak w ulu u nich ciągle się rusza i mruczy... Gadają ludzie wiele... Nadchodzi zima, błota pomarzną, tylko co ich nie widać...
Gajlis westchnął.
— O! gdyby nie zamek nasz, a pani nasza, co go bronić chce i musi, — rzekł, — a nas tu przy sobie trzyma, człowiek-by dawno poszedł w puszcze...
Swalgon nastawił ucha.
— Hę! — rzekł — to wy Kunigasa nie macie?
— Mamy i nie mamy, — mówił Gajlis; — stary ojciec Kunigasowéj leży już dawno i nie wstaje... Mąż jéj zmarł z ran, w bitwie odniesionych; młodego syna porwali i pono zamordowali Niemcy; ona jedna tu rządzi, ale stanie i za męża, i za wodza... Ktoby tu inny na granicy wytrwał? Ktoby tu potrafił taką twierdzę straszną pobudować, jak ona!
— Dziw kobieta! — zamruczał Swalgon.
— Nie była ona taką dawniéj, jako żywo, za mężowskiego żywota, — dodał drugi wieśniak. — Dopiéro, gdy jéj jedynaka dziecko, synka małego, Niemcy pochwycili, a męża zabili, zemsta ją uczyniła żołnierzem... Pamiętają ludzie, gdy jeno pieśni nuciła, strojno chodziła, a chłopiątko, w kwiatki ubierając, na ręku kołysała. Jak jéj pana a męża i dziecka nie stało... na raz niewiastą przestała być i stała się straszną, jakby bogini jaka, co z Dungusu zstąpiła...
— Dziw nad dziwy ! — odparł Swalgon. — Słyszałem ja ci o tém dawniéj, ale, choć dziecko Krzyżacy porwali, nie było mowy, aby je zabić mieli! Oni takich malców dużo, słyszę, po zamkach hodują, aby potém na własną krew ich zaprawić...
Gajlis głową pokręcał niedowierzająco.
— Gadki to są bałamutne — rzekł. — Czy to my ich nie widzieli na wojnach? Oni życia nie darowują nikomu... Młode dziewczęta potrzymają w obozie kilka dni i głowy im ścinają, i dzieciom czaszki o piece roztrzaskują, starców końmi na śmierć tratują... Chrztu nawet nie chcą i śmieją się z tych, co o życie proszą...
— Ze starszymi to prawda; ja sam wiem i patrzałem na to, — mówił Swalgon, — że nie inaczéj bywa; ale małe chłopięta biorą czasem i, choć w chlewach, a żywią...
— Kunigasowa nasza, Reda, — rzekł jeden ze stojących u drzwi, — wiedziała-by o tém, gdyby jéj syn żył... a ona się mści za śmierć jego...
Swalgon potrząsł głową.
— Matka-by powinna najlepiéj wiedziéć o dziecięciu, a choćby nie wiedziała, przeczuła-by; a ja taki swoje twierdzę, żem słyszał, i nie jeden raz, jako ludzie rozpowiadali, iż chłopca nie zadławiono... Jeden stary się nad nim ulitował, w opiekę wziął, i Niemca z niego uczynił...
Gajlis wstrząsł się i podniósł dłonie...
— Perkunie, możny Boże! — zawołał poruszony, — karz ich piorunem i ogniem!.. wszak gotowi syna rodzonego na matkę słać... a na matki miecz pierś dziecka wystawić!! Niech-by ich ziemia pożarła!!
Swalgon zadrgał cały... usta mu się ściągnęły... zamilkł...
U progu pomiędzy gawiedzią stał czasu téj rozmowy milczący człek, któremu inni trochę miejsca zrobili i okazywali pewne uszanowanie.
Suknia go niewiele różniła od innych: miał na sobie kożuszek krótki, pas skórzany, sukienne spodnie i skórznie z futrem na nogach, na głowie szłyczek śpiczasty, lisem bramowany, w ręku toporek żelazny... Niemłody, krągłéj twarzy, wystających policzków, bladych ale bystrych oczu, na wojaka jakoś wyglądał i na dworaka razem.
Słuchał on pilnie powieści Swalgona o synu wdowy, a gdy ten jéj dokończył i wszyscy zamilkli, od progu przyszedł się usadowić na kamieniu obok przybysza.
Popatrzyli sobie w oczy. Swalgon go pozdrowił... Potém w ogień niby wlepiać począł wzrok i zobojętniał, ale ukradkiem ciekawie niekiedy na sąsiada spozierał...
— Dawnoście to tę bajkę o naszém dziecku słyszeli? — odezwał się do niego sąsiad.
— O! nie od dziś, nie od wczoraj ja ją słyszę — rzekł obojętnie Swalgon. — A co dziw, że nie w jedném miejscu mi ją rozpowiadano, i przez tyle lat się ona wciąż powtarza...
— Dziw!! — zamruczał słuchający. Pomilczał nieco. — Hm! — dodał — co ja wam powiem? Nasza Reda i stary ojciec jéj, kaleka Walgutis, oboje lubią ludzi, co baśnie stare prawić i pieśni dawne śpiewać umieją... Na dwór-by wam do nas potrzeba... Jeść i pić lepiéj tam dadzą, niż tu ubodzy ludzie, i ugoszczą, i obdarują pewnie, bo Reda szczodrobliwa jest... Warto, byście jéj powtórzyli, co wiecie...
Gdy to mówił, z mimowolnego poruszenia starego Swalgona nieledwie-by wnieść było można, iż nim radość zatrzęsła... oczy mu się zaiskrzyły; — lecz wnet ułożył twarz pokorną i postawę biedną jakąś.
— A, ojcze mój! — odezwał się — gdzie tam mnie biedakowi, obszarpanemu, do Kunigasów iść, przed którymi na twarz padać potrzeba... ani ja, ni moja odzież po temu... Boję się.
Dworak go uderzył po kolanie silną ręką i zaśmiał się.
— Toć nie powieszą cię, ani zetną, Niemcem nie jesteś i nie śmierdzisz nim... Ba! gdyby w tobie Reda zdrajcę lub Niemowę zwietrzyła, nie radziłbym jéj się w ręce dostać!.. Z jéj-to rozkazu dwóch krzyżackich rycerzy w żelaznych zbrojach, jak stali, na stos rzucono i spalono żywcem; ale Swalgonowi, ubogiemu wróżbicie, nigdy tu włos nie spadł z głowy...
Pomimo tego zapewnienia, podróżny, słuchając, bladł i drżał, — może od zimna; a choć się śmiał niby, nie wesoło mu z oczu patrzało...
Trącił go łokciem zadumanego ten, co do zamku namawiał.
— No — rzekł — namyślcie się; pójdziecie ze mną; zaprowadzę was.
Wahał się jeszcze Swalgon... Po chwili jednak, gdy mu się na męztwo zebrało, wstał, stękając...
— To cóż! — rzekł — każecie, pójdę...
Wstał i ten, co go miał prowadzić.
— Cóż? do Redy? — zapytał Gajlis.
— Jużcić — rzekł dworak — na gródku niéma ich czém zabawić. Dziewczęta i baby, i co nas jest, jużeśmy wszystko wypowiedzieli, co umieli i po dziesięć razy.
Swalgon węzełki swe i torby troskliwie zbierał; rozstąpili się w progu stojący... Swalgon wychodził.
Ścieżynka wązka wiodła z téj strony od lądu, przez ów ciasny przesmyk ziemi, którym się pagórek zamkowy z nim łączył, ku grodkowi... Nie widać jednak było, dokąd zaprowadzić mogła. Z téj jednéj ścieżki po-za grobelką cała siatka wydeptanych w różne strony rozpościerała się wśród kamyków, mchów i spłowiałéj biednéj trawy...
Większéj drogi nigdzie widać nie było, ani wrót u góry, któremi-by się do zamku dostać można. Dworak szedł, nie patrząc ścieżek, naprost ku wałowi, który z dołu patrzącym część ogromnych ścian drewnianych zakrywał.
Swalgon śpieszył za nim, szedł z tyłu i nie postrzegany rozglądał się bacznie. Dostali się tak pod sam usyp z ziemi wysoki i stromy, wśród którego ogromne głazy dzikie sterczały gdzie niegdzie. Ziemię od osypywania się trzymały one i pale a deski, które się z pod piasku częściami dobywały. Teraz poczęli iść ścieżyną, na samém podwalu. — Dworak, który Swalgona wyprzedził, stanął, zaczekał nań, popchnął go, za barki ująwszy, przed się... i nim się tamten rozpatrzéć mógł i opamiętać, znalazł się w ciemnościach... Wał się jakimś cudem otworzył przed nimi; stali w wilgotnéj szyi; nie widać było nic... Przewodnik, ciągle na ramionach wróżbity ręce trzymając, na przód go popychał.
— Śmiało! — rzekł — rozstaw pięście, macaj ścian... nie padniesz...
Szyja ciemna skręciła się zaraz w lewo, potém w prawo; Swalgon czuł, że w dół zstępował, potém piąć się było trzeba do góry trochę. Mdła odrobina światełka widziéć się dała, jakby kilka jasnych nici wisiało na tle nocy... Były to szpary we drzwiach, nieszczególnie spojonych. Swalgonowi lżéj się zrobiło, gdy poczuł je pod rozpostartemi dłońmi. Otworzyć ich jednak nie umiał i towarzysz jego dopiéro wywiódł go na światło dzienne. Stali na wązkiéj drodze, po-za którą widać było tuż okop drugi i na nim ostrokoły gęste... Po nad niemi w górze wznosiły się ściany zamkowe... Szli więc drożyną tą znowu, aż do drugiéj furty, strasznemi głazami polnemi obwarowanéj. Nie widać jéj z za nich było; dopiéro gdy się za kamienny wał dostali, towarzysz Swalgona zapukał i drzwiczki się wązkie otwarły.
Pierwszy wszedł przewodnik, za rękę ująwszy wróżbitę, bo tu-by obcego straż nie dopuściła, a i gromada psów, poczuwszy nie swego, porwała się nań, ujadając. Ciemną szyją znowu w podwórzec weszli wewnętrzny.
Tu dopiéro z blizka mógł się Swalgon przypatrzéć temu gmachowi, jakby nieludzką ręką wzniesionemu. Piętrzyły się ściany, ani wierzchu było ich dojrzéć, gładkie, twarde, których zdało się, że żadna moc ludzka obalić nie zdoła. — Zdumiony Swalgon przyglądał się im ze strachem i poszanowaniem.
U góry w pewnych odstępach widać było czarne przekroje, jakby okna wązkie. Na wystających gdzie niegdzie belkach wisiały grube, jak ręka ludzka, sznury i wicie...
W prawo i lewo za tą twierdzą jak misa wklęsła, rozciągał się dziedziniec przestronny... Tu pełno było ludu, bo właśnie do pożywienia go zwołano, i roiło się około niecułek, drewnianego statku i ogromnych garnków glinianych, z których para buchała.
W tym milczącym gródku nikt-by się był nie mógł domyślać nawet takéj załogi mocnéj... A lud, jak Swalgon zaraz postrzegł, młody był, doborowy, silny i czerstwy...
Chodzili wpośród niego dziesiętnicy i ład trzymali, ale po ojcowsku, łagodnie, śmiejąc się i głaszcząc, podżartowując i podśpiewując.
Podróżny byłby się może zatrzymał dla lepszego obejrzenia po zamku, lecz dworak mu nie dał stać i za sobą pociągnął.
Budynek z bierwion sosnowych, długi, nizki, u wałów stał, zakryty niemi, a po-nad dachami jego z dymników i z pomiędzy dranic, któremi był kryty, dym się dobywał...
U rogu jego widać było kręcące się baby w białych zawiciach na głowach i dziewczęta z kosami na plecach... Na progu, w boki się ująwszy, stała otyła, czerwona, cała bursztynami obwieszona, kobieta już niemłoda.
Przypatrywała się Swalgonowi.
— Matuś, — odezwał się do niéj dworak — oto głodny wróżbita, któregom dla naszéj pani na gościńcu złapał. Dajcie-no mu jeść, dajcie pić, aby się gęba rozwiązała do pieśni i do bajek...
Gospodyni ustąpiła im wejścia i wskazała na prawo.
Tu izbica była ogromna, a w niéj, jak w każdéj, paliło się po środku ognisko. Kamienie dobrane, gładkie, jeden przy drugim, ławą je okalały. Swalgon się trochę w progu zawahał, rzuciwszy okiem wewnątrz.. Ludu siedziało dużo, a był lud osobliwszy... W głębi, pasem swym obrzędowym aż po pachy obwinięty, w sukni, która oszyta była kozią wełną dokoła, z długą brodą, odpoczywał stary Wajdelota... Obok niego siedział z pałkami za pasem, zbrojny, zarosły tak, że mu ledwie koniec nosa i oczy z pośrodka twarzy świeciły, Prusak jakiś barczysty, przygarbiony, skórą połataną z różnych źwierząt od stóp do głów obszyty...
Dwóch starców w kożuchach, z wiankami dębowemi na głowie, coś mieli kapłańskiego w sobie. Ci w ogień patrzyli, nie poruszając się, nie słuchając nic, nie widząc.
Odosobniony, ze związanemi w tył rękoma i kłodą na nogach, leżał przy kamieniach człowiek, o którym powiedziéć nie było można od razu, czy jeńcem, czy winowajcą był... Twarz z kośćmi sterczącemi, skórą żółtą powleczona niemal trupią pośród żywych się zdawała...
Oprócz tych kręciło się kilku chłopców, przesuwało dziewcząt kilka, przynosząc i odnosząc miski i kubki, a nad niemi otyła kobieta, ciągle we drzwiach się ukazując, nadzór trzymała.
Gwar był wielki, dym, zaducha, czuć było jadła różne i wonie dziwne, jałowiec, zioła jakieś, tłuszcz przyskwarzony. Z kątów ciemnych wyrywała się im ptaszkiem piosenka kiedy niekiedy, i, jak przestraszone ptaszę, zapadała nazad do kąta.
Wnijście nieznajomego człowieka zaraz oczy wszystkie zwróciło na niego. Niektórzy się ruszyli bliżéj go oglądać, drudzy wołali na dworaka prowadzącego, zkąd go wziął?...
Swalgon przysiadł, trochę pomieszany, na pierwszym kamieniu niezajętym; a że mu zaraz dziewczyna miskę podała, na towarzysza zdawszy odpowiedzi sam chciwie jeść zaczął.
Może mu nie tyle o nasycenie głodu chodziło, co o namysł lepszy, jak sobie tu miał poczynać...
Swalgonem się nazwawszy, musiał nim być, a tu Wajdelota nań patrzał, gotów wróżbitę wziąć na spytki. Boć do jednéj gromadki należeli oba...
Zarzucono go pytaniami ze wszech stron. Jedząc, trudno było odpowiadać długo, więc się półsłowy opędzał...
A nie szło mu jakoś.. Rzekł, że tam i owdzie był, to i owo widział; zaprzeczali mu inni, którzy téż bywali w miejscach wskazanych... Pot mu występował na czoło; obraniać się i wyłgiwać musiał.
Nie było mu raźno; — przecież chwycił się w porę dobrego sposobu. Z tych, co mu zaprzeczali, drwić zaczął; ten i ów rad się uśmiechnął; a że przed chwilą niewesoło tu było, wdzięczni byli wszyscy, iż z sobą przyniósł śmiechu trochę.
— Co za dziwy! — rzekł do przeczących — wy tam byli, a co innegoście widzieli, niż ja? Ile ludzi, tyle oczu... Trafiło mi się, żem ja wilka zobaczył! a mój brat baranem go zwał. — To mówiąc, otarł usta, odstawując misę, i zakończył litewskiém przysłowiem: — Umarł niedźwiedź, schowajcie trąby.
Ktoś zagadnął znowu; ruszył ramionami i cisnął mu drugie przysłowie za odpowiedź całą:
— Na co plewę bić, kiedy z niéj nawet pyłu wybić nie można!
Obroniwszy się tak napastnikom, Swalgon wziął się do kubka; już go nie zaczepiano...
Niektórzy wynosić się zaczęli w podwórza, inni posiadali i pokładli się około ognia spoczywać. Wróżbita siedział, jakby mu się spać chciało i drzemką od rozmowy się bronił.
Przeszła tak dnia część znaczna, i miał czas dobrze wytchnąć podróżny. Dworak, co go tu przyprowadził, uszedł, a nie ukazał się aż wieczorem.
— Teraz czas, — szepnął, przybliżając się do niego. — Reda już wié, że przyprowadziłem jéj takiego, co pieśni umié i gadki stare... Chodźcież za mną...
Swalgon, cokolwiek odzież na sobie ociągnąwszy, torby zapchnąwszy do kąta, w milczeniu za przewodnikiem podążył.
W drugim końcu budynku, na kamienném podmurowaniu, stały izby kunigasowe, tyle tylko, że z miąższych bierwion w zrąb czysto zbite, mchem lepiéj otkane, i pułapem od chłodu zawarte i słoty.
Gdy weszli na próg, już się tu wieczornica zwykła była rozpoczęła. Jasno, smolném zażywiane łuczywem, płonęło wpośrodku ognisko. Dokoła biało ubrane dziewczęta przędły i śpiewały.
W głębi widać było stojącą kobiétę, z obliczem surowém i jak noc smutném, nie zbyt wyniosłego wzrostu, ale silną i kształtną... Choć strój miała w części niewieści i żałobną wdowią zawitkę, na bujne włosy narzuconą, postawa jéj, wyraz twarzy, ruchy ją do mężczyzny podobniejszą czyniły.
I pas męzki, jakby do uwieszenia miecza przeznaczony, biodra jéj przepasywał.
Stała, wpatrzona w ogień, wsłuchana w pieśni... jak posąg jakiś skamieniała... Ludzie, co byli w izbie i z dala się trzymali, nie śmieli na nią spozierać... Zerknął który, to wnet ze strachem spuszczał oczy.
Dalej, po-za nią, gdzie słabiéj dochodził blask od ogniska, na wysłaném wysoko skórami łożu — coś się poruszało. Niekiedy z czarnych włosów posłania wychylała się blada twarz długa, w któréj czarna plama szeroka otwartémi zdawała się ustami... Jak widmo podnosiła się i znikała...
Był to zgrzybiały Walgutis, ojciec Redy, który niekiedy jeszcze, mówiono, rozbudzał się do życia, śpiewał, wieszczył, poruszał, zdawał się na jakąś godzinę odzyskiwać siły, i znowu potém w senność i milczenie zapadał na miesiące całe.
Dziewczęta nuciły pieśń starą.
— „Poszedł, poszedł ojciec  na podwórko kraśne, złote klucze dzwonią, rano synów budzi...
„Wstawajcie mi, dzieci! na nogi synowie! hej, podwórko nasze, wrogi otoczyły... Siostry wasze obcy już uprowadzili...
„Późno w pogoń pójdziem, dognamy ich rano, wojsko rozproszymy, siostry odbijemy, w obozie znajdziemy.
„Poznamy je łatwo... złote włosy mają i na włosach złotych przepaski zielone, na przepaskach z ruty wianeczki splecione. Na wianuszkach ciemnych kwiatki są złocone.
„Siostrzyce kochane, miłe dziewki moje! zkądżeście dostały tych kwiateczków złotych?
„Na wojnie, na wielkiéj, pomiędzy wojskami, tameśmy dostały kwiatki nasze złote...“
Pieśń się skończyła; Kunigasowa, ciągle jeszcze nieporuszona, słuchać się zdawała. Był to dla dziewcząt znak, że daléj śpiewać miały. Popatrzyły na swą panią bojaźliwie, poszeptały coś z sobą, od ucha do ucha pobiegło hasło, i starsza, przodownica, po chwili zawiodła piosenkę nową:
— „Siostrzyczko kochana! czegoś się na rączce oparła tak smutna, i nie nucisz pieśni? — Jak mi  piosnki śpiewać? jak mi być wesołą? Ogródek zniszczony, mam w ogródku szkodę. Rutę mi zdeptano, pozrywano róże, lilje połamano, rosę otrzęsiono...
— „Czy wiatr dął z północy? Czy rzeka wylała? Czy Perkun zahuczał? Błyskawicą rzucał?...
— „Wiatr nie dął z północy, nie wylała rzeka, i Perkun nie huczał, pioruny nie biły.
„Brodaci to ludzie od morza przybyli, wysiedli na brzegi, ogródek zniszczyli. Rutę podeptali, róże pozrywali, lilje połamali, i otrzęśli rosę. A ja — sama, sama, ledwiem się ukryła, pod ruty gałązką, pod wianuszkiem ciemnym...“
Skończyła się pieśń znowu. Reda stała i słuchała. Swalgon spoglądał na nią i widział, gdy o brodatych mężach nucono, jak się jéj brwi ściągnęły i wargi zadrżały.
Dziewczęta postrzegły téż może, iż śpiew niemile odbił się w duszy pani, — bo zaledwie smutną Dajnos skończyły, starsza zaśpiewała inną, ale weselszym tonem, żywszą, nie płaczliwą nutą:
— „Miłe słoneczko, bozka córeczko! Gdzież się tak długo błąkało? Czemu-ś ty nas porzuciło? Kto cię zatrzymał w gościnie?
— „Za morzami, za górami, zmarzłych grzało-m pastuszków, — stało-m ja tam na straży, przy sierotkach, przy biednych.
— „Miłe słoneczko, bozka córeczko!... któż ci z rana ognisko rozkłada? kto wieczorem tobie łóżeczko pościeła?
— „Dwie mam służki wierne: jutrzenkę i gwiazdkę wieczorną, siostrzyce... Jutrzenka mi ogień o świcie rozpala, wieczorna mi gwiazdka na noc łóżko ściele... a dzieci mam dużo, rozsianych po niebie, a bogactw mam wiele, co się złotem świecą“...
Kunigasowa Reda stała, słuchała nienasycona, dziewczęta śpiewały pieśni coraz nowe. Kiedy-niekiedy z pościeli podnosiło się blade oblicze starego Walgutisa, z czaszką wypełzłą, z usty czarnemi, otwartemi szeroko — i opadało, a nikło...
Swalgon patrzał — słuchał... i dziwy się z nim działy. Wszedł do izby z trwogą, chytrością i lisiém maleńkich oczu wejrzeniem. Można go było posądzić, że mu to wszystko, co widział i słyszał, złość jakąś robiło, że niepoczciwe uczucie niósł w zanadrzu ukryte...
Z takiém, a nie inném mógł się tu wkraść Szwentas ów, którego Krzyżacy wysłali szpiegiem na podsłuchy; Szwentas, który, jak opowiadał, żył długie lata pragnieniem zemsty za odebrane sobie szczęście, za śmierć, od któréj z rąk swéj braci ledwie ocalał... dla tego służył od lat wielu najokrutniejszemu Litwy wrogowi, Krzyżakom, chodził dla nich za szpiega, wypatrywał, donosił i w znane miejsca zaprowadzał, ciesząc się krwią, którą przelewali.
Lecz przez te lata długie, Szwentas się ani razu nie ważył do numów, do chat, w pośród rodzin, które-by mu jego własną przypominały, i od lat wielu nie słyszał nigdy pieśni litewskiéj.
Teraz zabrzmiała mu w uchu i w sercu się odbiła. Zeschłe to serce, dzikiéj pragnące zemsty, zamknięte, oszalałe, — zadrgało mu w piersi, aż się za nią pochwycił i uląkł sam siebie. Inny człowiek w nim się obudził, którego on już nie znał...
Pieśń nagle przypomniała mu lata dziecinne, młodość, matkę, siostry i tę narzeczoną, którą mu wydarto, — ale nie do zemsty go nowéj ciągnęła — łzy mu się z powiek polały.
Niewysłowiona tęsknica za Litwą objęła go — oślepiła... Znienawidzony świat własny stanął mu przed oczyma, wołając: — Nie jest-żeś ty mojém dziecięciem? Czyjaż krew w twych żyłach płynie? Co winni ci bracia twoi, którzy ci nic nie uczynili! a tamci, co ci złem duszę zakrwawili, nie żyją! I prowadzisz wrogów na rodzinę swą i służysz tym, co twoich pożérają, a pasiesz się krwią własną?
Swalgon płakał...
Czy słyszał słowa pieśni? czy je rozumiał? sam nie wiedział; śpiew go sam oczarował, bo to był ten, który on słyszał dawniéj, tam u studni, w polu i w lesie, gdy dziewczęta z grzybów wracały. Przed oczyma jego, pieśnią z grobu wywołana, stała matka rodzona i słyszał, jak mówiła mu: — Tyżeś to, któregom ja piersią moją karmiła! Com ja tobie zawiniła?
Szwentas otrząsał się i oczy ocierał; było mu tak, jakby obcy człowiek jakiś wszedł w niego i rządził się a rozkazywał. Chciał mu się oprzéć; on dusił mu pierś, mózg obrzemieniał, dech zabijał, wołając: — Jam tu pan! poddaj się. — Swalgon wstał i poruszył się, bo mu było, jakby go zmora nocna gniotła. Jasne i czarne płatki latały przed oczyma... w izbie stawało się duszno... Pieśń na chwilę milkła, nie było jéj słychać, a wciąż ona w uszach i w sercu mu grała.
Dziwo! Za temi pieśniami, które nucono, wyciągnięte z głębin, zapomniane, dobywały się inne śpiewy, niesłyszane od dzieciństwa, od kolebki zabyte... Pasmem jedném, szeregiem nieskończonym szły, wstając z tego grobu zapomnienia i drgały mu głosami matki, sióstr... narzeczonéj.
Stary, zdziczały człek przeląkł się tego, co w sobie nosił...
Łzy oschły na powiekach, radby był uciec ztąd, tych zawodzeń nie słuchać, powrócić na zamek niemiecki — a tu go coś przykuwało, nogi wrastały w tę ziemię...
Dworak, który go przyprowadził, i drudzy ludzie spoglądali nań z podziwem, bo się wił, jakby chorobą jaką rażony... A wszystko to — jedna pieśni potęga sprawiła.
W końcu Szwentas przestał już walczyć z tą przemocą, musiał się jéj poddać; oparł się o ścianę, oczy zmrużył — i widział nie to, co miał przed sobą, ale umarły świat, który pieśń czarodziejska, jak nić ze złotego kłębka wysnuwała... Nie wiedział już, kędy się znajdował... Przed nim stała numa w lesie, koło niéj głaz wielki, na którym czasem siadał ojciec, niekiedy siostry płachty suszyły, a on z kamuszków małych stawiał kopce. Tuż płynęła rzeka i ponad nią ze zwieszonemi głowy żółte kwitły kosaćce, białe jakieś drżące grona... Pamiętał, gdzie stawiano więcierze... kędy kąpać się chodził... I wiśniowy ogródek przy numie, i podwórko, i studnią, i od niéj wiodącą w górę ścieżynę żółtą...
Żaden z tych, co mu winni byli, nie wyszedł z pomroki stanąć przed nim... sczeźli kędyś marnie i nie śmieli mu się ukazać... Przychodzili ci, których kochał... bledzi, z mogił wydobyci, ręce ku niemu wyciągając a błagając: — Wrogiem nie bądź!
I tak się Swalgon w tych marzeniach zatopił, iż, gdy ostatnia pieśń przebrzmiała, a jemu w uszach stare nieboszczki nucić i kwilić zaczęły, — dworak go musiał w bok trącić, bo sądził, że usnął znużony.
Oczy otworzywszy, Swalgon ujrzał przed sobą nieopodal stojącą Redę, która w niego ciekawy wzrok wlepiła...
Na widok jéj, zemstę w sobie zapragnął znów rozbudzić Szwentas; poszedł po nią myślą do serca — ale tam już jéj nie było.







IV.



Wzrok tych oczu niewieścich był straszny. Spotkawszy się z nim, Szwentas zadrżał... a nuż mu ona miała wszystkich z duszy dobyć tajemnic?
Reda, milcząc, od stóp do głów go rozpatrywała, jakby nie łatwo jéj było tego Swalgona, wróżbitę, w tym człowieku niepozornym, odrażającym, wynaléźć.
— Zkąd wy? jakeście się tu dostali? — zapytała Kunigasowa.
Swalgon trochę męztwa odzyskał. Przypomniał sobie, że zawsze najłatwiéj mu było żartem i śmiechem ludziom się obronić i ich otumanić.
Zmusił się do wesołéj twarzy i wykrzywił. Zgiął się, nizko kłaniając...
— Matko a pani! — rzekł — Jam to z tych biednych ludzi, których dewy od kolebki w świat pognali, aby nigdy nie mieli spoczynku. A na drogę mi dał Pramżu pieśń do torby i wróżbiarstwo, i bajkę, która jest od prawdy lepszą... Włóczę się tak po świecie... kąta nie mam... gdzie przysiądę, tam mi dom, a jutro trzeba o nim zapomniéć, nowego szukając.
Księżna patrzała i słuchała... Schrypły głos nie dobrze jéj grał w sercu — i posępne robiło się lice. Coś w nim się odzywało fałszywego.
— Po świecie toście pewnie dużo nazbierali do téj torby waszéj. Nie jednę tam Sekime macie... Napij się z kubka... i praw, co umiesz.
— E! matko a pani — odparł, kłaniając się, Szwentas — gdziebym ja bogatszy miał być od waszego dworu! Wszystkie baśni tu wyśpiewano i wygadano... ja-bym się wstydził z mojemi.
— A wróżyć umiész? — zapytała Reda.
Swalgon drgnął i zadumał się. Zdawał się, zatopiony w sobie, coś przypominać.

— Wróżyć? pani a matko! Wróżyć? — rzekł cicho i z obawą jakąś — albo to człek wróży kiedy? Ani Pultony , ani Wejony, ani Kannu Raugisy nie wróżą, ino Bogi przez nich. Tak i róg nie zagra, dopóki w niego nie zadmie
Swalgon wróży Redzie.
człowiek. Czasem wstępuje Bóg i w mizernego żebraka, a mówi ustami jego; ale zawołać go kto potrafi?

— Powinniście umiéć prosić, — rzekła Reda — to wasze rzemiosło... a z czego wróżycie?
— Matko a pani! — rzekł nieśmiało Swalgon — i z wiatru, i z wody, i z piwa wróżą różni. Jam Burtinikas prosty, w wiedrze wody czasem co widzę.
Kunigasowa skinęła; dziewcząt dwie, które się z dala przysłuchywały rozmowie, wstało i pobiegło do studni. Zadzwoniły u fartuszków ich poczepiane dzwonki, zbudził się stary Walgutis, głowa blada dobyła się z pościeli i gardłowe jakieś sapanie słyszéć się dało.
Reda obróciła się do ojca, podeszła do pościeli, i starego, otuliwszy, położyła jak dziecię... spać mu każąc.
Tym czasem dziewczęta już niosły świeżéj wody wiadro i ustawiały je przed Swalgonem. On drżał i niespokojny to na wodę, to dokoła się oglądał.
Kunigasowa przybliżyła się.
Szwentas milczał długo...
— Pani a matko... co wiedziéć chcecie? — zapytał słabym głosem.
Reda zamyśliła się posępnie.
— Jeżeli ducha wywołać umiecie — rzekła cicho — pozwijcie z Anafielas dziecię moje... Zamordowali je Niemcy... poszło do ojców bez pogrzebu, bez stosu, bez pieśni, bez sukni i broni! Jak się tam ono złym duchom ognało? Czy się do dziadów dostało? czy błądzi po szklannéj górze, nie mając czém wdrapać się na nią?
Swalgon spuścił głowę.
Stało mu się znowu coś, czego on sam nie rozumiał. Czuł, jak w niego wstąpiło coś i mówić zaczęło. On sam nie wiedział już, co prawi.
Pragnął usta zacisnąć, język okiełznać — nie mógł.
W wiedrze wody — o dziwo!... ukazała mu się twarz młoda jakaś... którą gdzieś widywał niedawno... blada, smutna.
Oczy jéj przez szklaną powierzchnią tak były w niego wlepione, iż wzroku ich znieść nie mógł.
Reda czekała — dwie łzy po jéj licu płynęły.
— Pani a matko! — odezwał się Swalgon mimo swéj woli. — Na górze, na szklannéj, niéma twego dziecięcia, ani u stóp jéj, tam gdzie nieszczęśliwe błądzą duchy. Syn twój żyw i po świecie chodzi...
Krzyk wyrwał się z piersi matki, a z po-za niéj drugi mu zawtórował od łoża, gdzie spoczywał Walgutis, którego twarz podniosła się — i znikła.
— Człecze! nie łudź mnie! jam go opłakała! — zawołała Reda...
— Żyje, — mówił Swalgon powoli — żyje... Widzę go...
— Gdzież jest?
— W ręku tych, co go porwali.
Reda krzyknęła z oburzeniem.
— I wykarmili go! i zaprawili na swoich!... i swoję krew w jego żyły przeleli! Wróg! wróg! Margier mój... syn mój... Zabili go! — zakrzyknęła, rzucając głową — zabili!
— Nie; żyw jest! żyw! — powtórzył Swalgon.
To mówiąc oczy sobie zasłonił, trząść się zaczął i na ziemię padł, wskazując, aby wiadro z przed niego wzięto.
Na znak pani przybiegły dziewczęta, chwyciły wiadro, a że wody wróżącéj już do niczego użyć nie wolno było, poszły ją wylać zaraz do świętego strumienia.
Po krótkim spoczynku, Swalgon się podniósł z ziemi; lżéj mu było, gdy już wody nie miał przed sobą, ale Reda stała, czekając na coś, mierząc go oczyma.
— Matko a pani! — począł jakimś chcącym przebłagać głosem. — Com widział w wodzie, tom i od ludzi słyszał po świecie... że syn wasz żyje... Nad granicą wieść ta chodzi dawno... i wierzy wielu, że żyw jest...
— Nacóż-by go niepoczciwi żywili? — odezwała się Reda.
Szwentas, który zwolna przychodził do siebie i ostygał, bełkotać począł:
— Ludzie źli są a mądrzy, Niemcowie ci, a Boga mają potężnego, który wielkiéj przestrzeni świata panuje... Ziemi są chciwi, panowania łakomi... Czemuż-by nie mieli rozumiéć tego, że za syna Kunigasowego okup wielki wziąć mogą?
— Zażądali-by go dawno, nie hodując dziecięcia — odparła Reda. — Nie!! Złość chyba swą nasycić chcą, dziecko żywiąc, by matkę pokąsało...
Swalgon zamilkł i zamyślił się. Reda popatrzała nań długo i chciała odejść, lecz w twarzy wróżbity wyczytała coś, co ją wstrzymało. Na obliczu bezmówném i zastygłém grało coś, jak walka duszna, która się przez usta zdradzić nie śmiała.
— Pani a matko! — odezwał się pokornie — posyłaliście wy do jamy wilczéj patrzéć i słuchać, czy w niéj junosza twój nie siedzi?
— Com posyłać miała? — odparła Reda smętnie — nie wierzyłam, by żył, nie wierzę; a choćby żywy był, co po nim? Młode wilczę, ze psy chowane, szczekać się nauczyło...
Swalgon coś zamruczał...
— Pani a matko! — rzekł — wiedziéć-by choć trzeba, czego się spodziewać, po czém płakać? Jam włóczęga... Nie raz, ni dwa przekradałem się do zawojowanego kraju, bo tam jeszcze naszych, choć w łykach, dużo... i po ich zamkach w niewoli... Im tam Swalgon droższy, niż złoto, bo na podeszwach błoto litewskie przynosi. Pójdę, gdy każecie, szukać dziecka waszego.
Wzrokiem jakimś dumnym i ździwionym przeszyła go Reda
— Wy?
— Pójdę — powtórzył Szwentas. — Po czém go poznam??
Matce się łzy zakręciły w oczach, i ręce poczęła łamać rozpaczliwie.
— Po czém go poznasz? Jego?... był piękny, jak słońce! Włos miał złoty... Skazy na nim nie było. Tylko Dewa w kolebce na znak mu dała... po stronie serca, u ucha, ziarno grochu czarnego (żirnie) — a wróżki mówiły, że to szczęście znaczyło, a los powiedział, że na śmierć go tak napiętnowano!...
I oczy sobie zakryła rozpłakana, a dłużéj już nie chcąc mówić ze Swalgonem, cofnęła się ku łożu ojcowskiemu.
Wtém dziewczęta, jakby rozumiejąc jéj ból i tęsknicę, choć im nic nie nakazano, spojrzały po sobie i zgodnemi głosy pieśń zanuciły...
— „Wieczorem wczora, z wieczora, owieczka mi przepadła. A! któż mi szukać pomoże owieczki mojéj jedynéj?
„Chodziłam prosić jutrzenki. — Nie mam czasu! — powiedziała, — muszę słońcu na zaraniu ogień zagasły rozniecić! — Chodziłam do wieczornicy... — Nie mam czasu, — powiedziała, — bo muszę słońcu wieczorem nocne jego usłać łoże. — Poszłam potém do księżyca, księżyc mnie z niczém odprawił. — Mieczem wpół jestem przecięty, i smutna jest moja dusza. — Zabiegłam aż do słoneczka, a ono mi powiedziało: Dziewięć dni szukać go będę, a nie znajdę dziesiątego...“
W ognisku łuczywa przygasały, ostatnia pieśń, coraz ciszéj nucona, umarła ledwie dosłyszanym dźwiękiem.
Dworak dał znak zapatrzonemu jeszcze Swalgonowi, że czas było wychodzić. Kunigasowa Reda przypadła u łoża ojcowskiego, w rękach twarz utuliwszy, zapłakana, czy zadumana.
Dziewczęta powstawały cicho, unosząc z sobą kądziołki, przytrzymując fartuszki, aby nie podzwaniały.
Szwentas z przewodnikiem swym wyszedł na podwórze. Cicho tu było teraz i gród się jeszcze dziwaczniejszym wydawał, na pół-rozjaśnioném księżycem i gwiazdami niebie, jak czarna góra jakaś stroma, jak wielka skała, któréj gdzie niegdzie bok jaki i rąbek światło Menesowe srebrnym paskiem dziergało... Ludzie już spali po szopach, na podwórcach chodziły tylko straże z oszczepami, przesuwając się, jak nieme cienie umarłych na mogiłkach.
Swalgon wychodził z téj izby, nasłuchawszy się śpiewów, pijany, poruszony, drżący...
Gdy spojrzał teraz na boży świat, wszystko mu się inaczéj wydawało; gdy przypomniał, że musi powrócić Niemcom służyć a swoich zdradzać — dreszcze przechodziły po nim.
Zemsta, z którą chodził tak długo, zgasła i spopielała, a w uszach śpiewały ciągle pieśni macierzy, sióstr i młodości... Te lata, które przeżył w zapomnieniu o swoich, zdały mu się teraz jakby snem.
Za co mścić się miał? Porwano mu dziewczynę, ale czyją to było winą? jéj czy napastników? on teraz nie był pewnym. Chciał ją pomścić i broniono mu się, i ścigano go... Nie z nim-że jednym tak się działo... Narzeczona, ci ludzie, wszystko to leżało w grobach... umarłe było, lub tak, jak strupieszałe dla niego; a Litwa — matka, nieśmiertelna, żyła. Widział tu młode jéj oblicze, słyszał śpiew jéj dziewiczy... miał-że on katom pomagać, aby ją zadławili?!
Tak myślał Swalgon, powracając do szopy, w któréj mu na noc miejsce wskazano, i bił się z sobą, dopóki nie usnął, a marzył, gdy mu się powieki skleiły... Wreszcie sny powlokły się ciemnością nieprzebitą; a gdy Szwentas zbudził się, bo drudzy śpiący z nim wstawać zaczęli... już dniało i na gródku niewiasty i czeladź poruszały się około rannego gospodarstwa.
Na spopielałych ogniskach dorzucone łuczywa na nowo nieciły płomień?[3] przystawiano garnki; kobiety nuciły, chodząc; kury śpiewem witały jutrzenkę, która jak dyament na niebie świeciła, sama jedna, bo wszystkie siostry jéj, pobladłe ze znużenia, gdzieś w głąb’ nieba się poukrywały.
Zbudziwszy się, Szwentas leżał długo, znalazłszy w sobie i starego człowieka — zdrajcę, i nowe Litwy dziecię. Zdało mu się, że w jego piersi wstali przeciwko sobie i chcieli walkę rozpocząć, ale stary... uląkł się i zapadł gdzieś...
Co miał czynić teraz? Przyszedł Redę szpiegować, a musiał jéj służyć? Nie chciał się przyznać do winy, a trwać w niéj nie mógł. Zwlókł się ze słomy i poszedł do gospody, w któréj wczoraj był z innymi. Tu już mleko i piwo dawano przybylcom, a gwar i śmiech się rozlegał.
Swalgon zajął miejsce na uboczu, czekając na dworaka, który go tu przyprowadził. Ten nadszedł nie rychło.
— Dobrze mi tu u was na gościnnym chlebie — odezwał się do niego Szwentas — alem ja się tu mało zdał na co komu. Nawykłem się włóczyć; zamkniętemu mi żyć duszno. Puśćcie już mnie; ale nim pójdę, chcę Redzie za chléb podziękować... i jeszcze jéj co rzec.
Dworak nie sprzeciwiał się. Kunigasowa Reda właśnie była w podwórcu, i z dala postrzegł zdziwiony Swalgon, że ludzi swych, co na zamku dla obrony stali, sama opatrywała.
Na głowie miała na zawitkę włożony szłyk, a u pasa wiszący miecz... i tak się poruszała, jak wojak, gotowy na koń i na bój... Chodziła od gromady do gromady, ludzi badała, gromiła jednych, drugim rozkazy dawała...
Po dniu widziana twarz jéj inaczéj się wydała Swalgonowi: była jeszcze piękną prawie, choć wiek jéj lice surowém uczynił i posępném.
Szwentas stał z głową odkrytą, czekając, aż dopóki ze swymi ludźmi nie skończy; patrzył i dziwił się, a gdy groziła i napominała, robiło mu się straszno. Nie jeden raz doznał on od Krzyżaków okrucieństwa i srogości, którym poddawać się musiał, w duszy ich przeklinając; głos Redy tak mu brzmiał swojsko, macierzyńsko, iż, gdyby nim nakazała mu iść a powiesić się na gałęzi, byłby pobiegł i pętlę sobie zarzucił, nie śmiąc pomyśléć, iż niesprawiedliwą była.
Zniósł-by od niéj — śmierć nawet...
Reda postąpiła ku Swalgonowi, a on nizko się pochylił przed nią.
— Matko a pani! — rzekł, — pójdę już; jam ptak wędrowny... siedziéć nie umiem. Pójdę po-nad granicą, nad Niemnową, a potém... sam nie wiem. Będę rozpytywał o dziecko wasze...
Redzie oczy zaświeciły.
— Mnie się aż do niemieckich gródków nieraz wedrzéć udało — ciągnął daléj. — Któż wié... może jaki Bóg mnie poprowadzi, a podszepnie? nuż na ślad jego trafię...
Kunigasowa brwi ściągnęła, patrzała, długo mówić nie mogąc...
— Niech cię Algis dobry prowadzi! — rzekła słabym głosem. — Idź! szukaj; choć ja w życie mojego dziecka nie wierzę. A znajdziesz go przechrzczonego na Niemca i wroga; choćbyś grochowy znak poznał na nim i krew naszę, nie mów mi o nim, ani jemu o mnie... Nie chcę takiego syna!
Ze spuszczonemi oczyma w ziemię postała trochę, i zląkłszy się, aby jéj Swalgon z tą odpowiedzią nie uszedł, dodała nagle:
— Nie! nie!... Choćby go przerobili... choćby on mnie nie zrozumiał... a ja... nie!... niech ja go choć zobaczę!
Swalgon milczał.
— Ale po latach tylu... nie! — zaczęła mruczéć — nie wrócą mi bogowie dziecka!... Idź, dobry człecze.
— Wszyscy mówią, że żyje... i ja widziałem go wczoraj w wodzie, a duchy w niéj ukazują się inaczéj — bez oczu... ten patrzał na mnie. Znajdziemy go... pani a matko!
Pokłonił się jéj do stóp; nie powiedziała mu już nic — odeszła. Dworak go pociągnął do izby, i sakwy mu napełnić kazał. Potém, inną już drogą, wywiódł między wały, i w ciemny loch zaprowadziwszy z sobą, milcząc szedł z nim bez światła, omackiem, tak długo, iż Swalgon znużony spoczywać musiał, opierając się o wilgotne ściany podziemia.
Tu było duszno jakoś i powietrza piersiom brakło. Nie rychło zaczęło się ono oziębiać... szary mrok się ukazał... przewodnik stanął. O ściankę sparta była drabinka, którą z podziemia Swalgon dobywać się musiał. Po-nad otworem, którym wylazł, zbite z desek ciężkie drzwi podźwignąwszy, leżał stos ogromnych suchych gałęzi, które rozgarnąwszy z ciężkością, gdy Szwentas stanął na zamarzłéj ziemi i rozpatrywać się począł, kędy był — okazało się, iż na kraju lasu, od gródka dobrze oddalonego, się znajdował.
Pilleny widać ztąd było, ale już tylko górę i ściany, a ludzi koło nich oko dojrzéć nie mogło.
Znużony padł wydychać podziemną swą podróż Swalgon, a namyślać się, co miał począć. Z torby dobył jadła, pokrzepił się, rozdumał i wstawszy pokierował się ku granicznemu Niemnowi.
Już tygodni kilka upłynęło od wyjścia jego z Malborga, a Bernard ani się téż z tak rychłym powrotem mógł go spodziewać, gdy jednego ranka, wedle obyczaju swego obchodząc wszystkie kąty, ujrzał Szwentasa, siedzącego na kamieniu pod stajniami.
Wiedząc, iż zaraz po powrocie powinien się był stawić do niego, Bernard stanął, na-pół zdumiony, pół gniewny.
Parobek nie okazywał pośpiechu żadnego w powitaniu i zdaniu sprawy; twarz miał jakąś ostygłą, nie dobrze wróżącą o tém, co przynosił.
Zamiast strofować go i pytać, Bernard stanął naprzeciw niego i oczy wlepił, jak dwa noże...
— Tylko-m co powrócił — zamruczał smutnie Szwentas.
Bernard znak mu dał, aby poszedł za nim. Do rozmowy w podwórcu miejsca nie było. Parobek szedł, lecz opieszale i powoli.
Gdy się drzwi celi zamknęły za nimi, odwrócił się Krzyżak szparko ku niemu.
— Coś zrobił?
— Nic — rzekł krótko Szwentas.
Wzgardliwe zapłaciło mu wejrzenie. Bernard, który swojego sługę znał z dawna, do mowy jego i twarzy był nawykły, znalazł w nim zmianę niewytłómaczoną; jak błyskawica przebiegła mu przez mózg myśl:
— Po tylu latach mógłże-by zdradzić??
— Mów! — zawołał.
Zwykle gadatliwy, Szwentas głowę tarł rękoma i zbierał się na odpowiedź długo.
— Byłem w Pillenach — rzekł. — Cóż? matka w życie syna nie wierzy! Zapomnieli!... nie wiem. Mówiłem, że on nie zabity może, że wieści chodzą.. śmieli się ze mnie.
— Byłeś w Pillenach? wpuścili cię do środka? — zawołał z ciekawością Krzyżak. — Gadaj, co wiész o tym stosie drzewa. Nasi tam na statkach podjeżdżali przypatrywać mu się od Niemna... bierwiona, słyszę, sosnowe, na kupę nawalone; byle ognia podłożyć, źwierza z nich wykurzymy.
Swalgon głową potrząsł.
— Żelazny chyba człek pod ten stos się podkradnie, — rzekł — bo nie łatwo doń dostąpić... a lada ogień tych ścian nie weźmie.
— Któż dowodzi na zamku? — przerwał Krzyżak.
Swalgon głowę zwiesił.
— Jest stary Walgutis — zamruczał — no, i Kunigasowa Reda.
— Tak, wdowa; ale co po niéj tam? — wtrącił Bernard.
— Co po niéj! — uśmiechnął się Swalgon. — Ona tam wodzem i wszystkiém...
Krzyżak śmiał się.
— Tyś zgłupiał — rzekł.
Szwentas zamilkł. Oba jakiś czas spoglądali ku sobie, nie odzywając się.
— Mów — począł Bernard — mów, co widziałeś?
Parobek, jakby zniecierpliwiony, odezwał się nagle z pośpiechem, zbywając od razu wszystkiego:
— Com widział? no! ściany grube, wały, ostrokoły, ludzi dość, siłę wielką. Niewiasta chodzi przy mieczu... a ma odwagę męzką. Dobrze, żem żywot ztamtąd wyniósł cały.
— I uląkłszy się, mówić i patrzéć nie śmiałeś — odezwał się Krzyżak. — Zestarzałeś na bydlę głupie, nic już z ciebie. Konie czyścić i gnój podmiatać.
Tyłem się do niego odwrócił.
Dobrze, że nie widział uśmiechu, który twarz parobka skrzywił. Szwentas nie odpowiedział nic.
Bernard napróżno jeszcze chciał coś dobyć z niego. Szwentas ponuro milczał, odpowiadając półsłowami. Jawną rzeczą było, że wyprawa mu się nie powiodła; a choć nie zdradził, bo powrócił — ten, dawniéj tak chytry i przebiegły szpieg, teraz z niczém przyszedł nazad.
Nie chciał go jednak Bernard zrażać łajaniem, dobyć tylko pragnął więcéj wieści o téj niebezpiecznéj podróży.
— Gdyś rozpowiadał, że dziecko jéj żyć może, — spytał — patrzałeś ty w twarz? mieniła się? zadrżała? poruszyła się?
— Nie wierzy! — odparł Szwentas.
Bernard się zadumał.
— Hm — rzekł — dowód-by się znalazł, ale tyś już do niczego.
Nie przeczył parobek; postał na progu i w końcu odprawiony mruczeniem gniewném, precz poszedł.
Wlokącego się ku stajniom, przygarbionego, znękanego Szwentasa, na drodze spotkał Sylwester Szpitalnik. Dla niego dość było najnędzniejszego z pachołków widziéć cierpiącym, aby go nie pominąć. Szwentas go nie postrzegł nawet, gdy uczuł uderzenie po plecach.
— Co ty się tak wleczesz, jakbyś dwie miary zboża dźwigał na barkach? — zawołał.
— Zmęczony jestem — zamruczał parobek — zmarzły... niezdrów.
— Od czego?
— Posyłali mnie — rzekł niechętnie Szwentas — zima naszła... nogi pobrzękły...
Poskrobał się w głowę.
Szpitalnik pilno mu się przypatrywał.
— No, to idź na jakie dwa dni do chorych; wydychasz drogę.
Szwentas rad był, ale bał się, co powie Bernard?
— Nie śmiem — mruknął.
— Ja każę! — zawołał żwawy staruszek. — Na dół idź, gdzie knechty... będziesz miał siłę posłużyć, to się tam zdasz i razem grzeszne ciało pokrzepisz.
I ręką mu wskazał na Niższy Zamek. Parobek się skłonił i powlókł. Spoczynek w cieple, przy lepszéj strawie, którą dawano wszystkim w szpitalu, bardzo mu się uśmiechał; — a Bernard? choćby się i pogniewał, teraz mu o niego nie szło tak wielce.
Dostać się do szpitala, choć za rozkazem brata Sylwestra, łatwo nie było. Wprawdzie on tu rozkazywał, ale znano jego miłosierdzie nieograniczone i dobroć zbytnią; podwładnych mu więc dawano, którzy za niego surowszymi być musieli.
Izby w szpitalu, właśnie z początkiem zimy, zapchane były, a ta, którą dla knechtów i gawiedzi wyznaczono, tak przepełniona, iż już kąta w niéj znaleźć trudno było.
Gdy się zjawił Szwentas, którego Niemcy nie lubili, niedźwiedziem i bestyą przezywając, starszy nad izbą, zobaczywszy go, ani chciał słuchać o przyjęciu. Napróżno się składał rozkazem brata Sylwestra...
— Połóż się w końskim gnoju... i wyśpij! — wołał nadzorca — tu dla ciebie miejsca niéma.
Szwentas właśnie teraz na przekorę, gdy mu pomieszczenia odmawiano, postanowił zostać. Nie odpowiedział nic, do ściany się przyparł i nie ruszył z miejsca.
Nudziło to nadzorcę. Połajał go, nie pomogło; i po godzinie upornego stania, sam ze złością do izby go wepchnął.
— Idź! leniwcze, bydlę nieczyste, litewskie ty padło! — zakrzyczał — idź! grzéj się i nażryj... ale ja ci tu darmo nie dam wczasu używać. Służyć musisz!
Szwentasowi posługa szpitalna nie była straszną; nie rzekł nic.
Wnet kazano mu misy nosić, wodę rozdawać, na straży stać, drwa narzucać na ognisko.
Ale przy tém strawa się okroiła, i nagrzać się było można.
Sylwester nie nadszedł prędko... poskarżyć się nie było można, a i nie miał za co...
Wieczorne jadło już Szwentas rozdawał, jakby nigdy nic innego nie robił. Na noc położył się przy kuchni i spał do świtu. Nazajutrz nie myślano go wyganiać. Szpitalnik nadszedł przy pierwszéj strawie, zobaczył go posługującego, uśmiechnął się doń, nie miał nic przeciw temu.
A że mu się ta służba przy knechtach wydała zbyteczną, wziął go z sobą na górę, dla pomocy przy rycerskim i cudzoziemców stole...
Tu mu lepiéj było jeszcze... nie tak go popychano i wyśmiewano.
Wieczorem, sam Sylwester dał mu dzbanuszek mały, miskę pokrytą, wskazał drzwi, powiedział, że do drugiéj izby ma je zanieść i wyprawił.
Szedł Szwentas, rozpatrując się tu, kędy nigdy jeszcze nie bywał.
Drugiéj izby przestąpiwszy próg, miał właśnie miskę na stoliku przed chorym postawić, gdy oczy podniósłszy na niego, zadrgał cały, dzbanek mu o mało z ręki się nie wyślizgnął, i jak skamieniały stanął.
Przed nim siedział młodzian, z tąż samą twarzą, z temi oczyma tęsknemi, jakiego na zamku w Pillenach widział w wiedrze wody.
Szwentas stał, patrzał, i ze strachu niemal gotów być uciekać.
— Co tobie? — ozwał się chory, odwracając twarz. I w téj chwili na obnażonej szyi jego postrzegł Szwentas, z lewéj strony, pod uchem, znak ziarna grochu, o którym mówiła Reda.
Stłumiony krzyk wyrwał mu się z piersi.
Jerzy patrzał na tego nieznanego sługę z podziwieniem coraz rosnącém.
— Co ci jest? — pytał.
Szwentas, ledwie miał siłę postawić miskę i dzbanuszek na stoliku, padł na kolana i począł zwieszone nogi młodzieńca całować, ale przemówić nic nie mógł.
Jerzy cofał się od niego, posądzając, że był obłąkanym. Tymczasem parobek oprzytomniał, powstał, śmiały mu się usta, nie spuszczał z oczu znamienia na szyi chłopca. Dla Jerzego wszystko to było niezrozumiałém jeszcze, gdy Szwentas, za rękę go pochwyciwszy, grube swe usta do niéj przycisnął i wyjąknął:
— Kunigas!!
Na lice chłopca wystąpił rumieniec, — porwał się na nogi, położył palec na ustach...
— Zkąd wiész? — szepnął.
Szwentas ręką zatulił sobie gębę, ale z oczu nie spuszczał chłopaka. Przypomniało mu się, że powinien był do służby powracać; rękę białą Jerzego poniósł do ust raz jeszcze, rozśmiał się i uciekł, jak szalony.
Chory pozostał sam, nie mogąc jeszcze pojąć téj przygody.
Zkąd człowiek ten mógł wiedziéć, iż był książęcém dziecięciem? Był-li i on Litwinem? Czy go kto zdradził?
Podejrzenie padało na chłopaka, który doń wieczorami przychodził. Czekał téż nań niecierpliwie Jerzy i, mało co napiwszy się ze dzbanuszka, wyglądał tylko, rychło-li wszystko uśnie, a Rymos nadejdzie.
Dłużéj niż zwykle czekać musiał na niego, ale wreszcie skradanie się ciche dało się słyszéć, — wierny Rymos stał w progu. Jerzy podbiegł ku niemu z żywością wielką, opowiadając, co go spotkało, i łając za niebezpieczne paplanie.
— Ja?? niech mnie Perkun ubije, — zawołał Rymos — jeślim usta otworzył!... Jabym zdradzić was miał!
Chory opisał mu tego parobka, który jedzenie przynosił; a chłopak, znający tu wszystkich, domyślił się w nim Szwentasa.
— Nie kto inny, jak ten łotr Szwentas! — zawołał — wierny Niemców służka, co tyle krwi naszéj natoczył, że-by go w niéj utopić można! To pies jest! a jeżeli z jego ust wyrwało się, to próbą było i — groźbą jest. Chcą, może domyślając się czego, sidła na was zastawić, i to bydlę ślą, aby mową naszą kusiło was. Nie zdradzajcie się.
— Nie może to być! — oparł się Jerzy — ten człek łzy miał w oczach.
— To podła żmija, która i płakać za kawał mięsa i kubek piwa potrafi! — ofuknął Rymos. — Niczemu nie wierzcie. Dawno on im już służy; posyłają go na szpiegi; prowadzi ich, gdy potrzeba.
Zamyślił się Jerzy smutnie, a Rymos się uląkł i drżał.
— Tajemnica wydać się musiała! — szeptał. — Kto wié? podsłuchiwali nas może... Obu nam grozi kara okrutna! Widzieliście te czarne podziemia, co się pod wszystkiemi zamkami, jak drugi gród piekielny, rozciągają? Nie śpichrze to, ani składy, ani skarbce... ale studnie, w których ludzie bez światła i powietrza konają. Nocami, gdy w podwórcach cisza, z pod ziemi dochodzą jęki, słychać brzęk kajdan żelaznych. Z rycerzy, gdy który zawini, a osądzi go starszyzna nocą; nazajutrz, choć wrota były zamknięte... niknie winowajca i już go nie ujrzéć na bożym świecie.
Rymos mówiąc to, oglądał się z przerażeniem.
— O! — dodał — i inne mam poszlaki, że tam w tych lochach, od których klucze zawsze u Mistrza leżą, ludzie żyć muszą. Na kuchniach gotują strawę nędzną, która potém niknie, choć nikt jéj nie spożywa. Gdzieś w sali jakiéjś otwiera się kamień w podłodze, i koszem do lochów chléb, wodę i jadło spuszczają. Tak pocichu opowiadają sobie ci, co to widzieli.
Jerzy słuchał namarszczony.
Rymos widocznie ze strachu tracił przytomność; chwytał się za głowę, jęczał, oglądał trwożliwie i przysłuchiwał.
— Jeżeli nas kto wydał, biada nam! — dodał — biada nam!! Szwentasa pewnie posłali, aby słowo jakie wyciągnął... zginiemy!...
I porwał się z siedzenia nagle.
— Ja tu nie będę czekał, aż mnie pochwycą — zawołał. — Spróbuję ucieczki; tak czy owak ginąć, lepiéj choć się pokusić o wyzwolenie.
Spojrzał na Jerzego, który zamyślony stał ciągle.
— Niéma jeszcze nic — szepnął on, podumawszy. — Ten Szwentas, choć zły człek, wydał mi się szczerym. Nie może być, żeby nas podsłuchali. Czekać trzeba.
Rymos chciwie słuchał.
Wtém ciężkie, choć ostrożne stąpanie słyszéć się dało w pierwszéj izbie; parobczak przestraszony ledwie miał czas skoczyć i ukryć się pod łóżko Jerzego, gdy pocichu, z uśmiechniętemi usty, wsunął się Szwentas.
W progu już złożył ręce i stanął, z przejęciem się i uwielbieniem patrząc na Jerzego. Szeptał ciągle:
— Kunigas...
Zbliżył się potém z poszanowaniem i szybko począł doń coś mówić po litewsku. Chłopak ciekawie, z upragnieniem przysłuchiwał się dźwiękom téj mowy, lecz w końcu głową potrząsnął i odparł mu po niemiecku:
— Ja téj mowy nie rozumiem.
Szwentas chwilę stał zdumiony, podumał i począł łamaną swą niemczyzną:
— Ty nie wiész? Jesteś Kunigas litewski, z nad Niemna! Ciebie oni dzieckiem pochwycili z rąk matki.
— Zkąd-że ty możesz wiedziéć o tém? — odparł Jerzy.
— Ja! Ja téż od niedawna wiem o tém — westchnął stary.
Jęk przerwał mu mowę; podparł głowę na ręku i potrząsał nią milczący.
— Czém ja był! Co się ze mną działo! — począł mruczéć, jakby sam do siebie. — I mnie na wojnie porwali oni, ale ja sam się im oddałem, bo mnie swoi powiesić chcieli, a jam się na nich mścić zapragnął. Ile lat! ile lat ja im niepoczciwie służył! i myślałem, że tak marnie szczeznę na ich barłogu... Co się to ze mną stało! A! książątko ty moje! gołąbku ty mój! czy ty uwierzysz, co ja ci powiem, kiedy ja sam sobie jeszcze nie wierzę. Co się stało? Tyle lat ja w sobie tę krew litewską dławił... próżno! Ot, niedawno... posłali mnie znowu na szpiegi, na Litwę... Poszedłem. A cóż? toż to było moje rzemiosło. Z pod koni gnój podmiatać i na rzeź im swoich oddawać... a co się ze mną stało?
Szedłem, na Litwę i dostałem się na zamek, na wielki... zawiedli mnie do Kunigasowéj na Pilleny.
Stałem, wypatrując po staremu, złoty mój chłopcze panie! Jak zaczęli śpiewać czarowne litewskie dajnos, jak zaczęli zawodzić... puściły mi się z oczu łzy, serce twarde zmiękło, z krzyżackiego sługi zrobił się znowu ten, co był za młodu. Posłali mnie dla siebie, a jam powrócił dla — swoich. Jedna pieśń czarowna to zrobiła. Sokole złoty mój, gdzie tam pieśń! to była woda odżywiająca, a jam się w niéj z brudu obmył... to była woda święta!
Mówił to, płacząc i jęcząc, z wyrazem takim, że Rymos, który się go obawiał i nie wierzył mu, uczuł się poruszonym mimowiedzy i z pod łóżka ciekawą wystawił głowę.
Szwentas go zobaczył i przestraszył się; lecz dość było kilku słów, wyrzeczonych po litewsku, aby parobek stary śmiać się począł. Mowa ta teraz na zmiękłe serce skutkowała cudownie. Wyciągnął ręce do chłopaka, zapomniawszy o Jerzym, i prędko, chciwie, po litewsku z nim mówić poczęli. Szwentas ściskał go i całował.
Jerzy, który był języka zapomniał i ledwie wyrazy niektóre przypomniał sobie, stał, spoglądając to na jednego, to na drugiego.
— To jest Kunigas! — mówił Szwentas — poznałem go po znamieniu ziarna grochu pod uchem lewém, na szyi.
Rymos, wylazłszy z pod łoża, podszedł także spojrzéć na znamię i ręce załamał. Jerzemu łzy się w oczach kręciły.
— Mówcie tak, abym ja was rozumiał — rzekł błagająco. — Rymos wié, żem ja mowy téj musiał zapomniéć, bo mi ją umyślnie wybili z serca, a wstawili natomiast swoję. Mówcie, abym rozumiał... litujcie się nade mną!
Szwentas pocałował go w rękę...
— Cicho! cicho! — rzekł — jest nas tu już trzech... Eh! będziemy się trzymali i radzili sobie.
Głową pokręcił chytrze.
— Kto wié, co zrobimy? mnie się widzi... musimy swojego Kunigasa oddać naszym... a i nam tu nie będzie co gościć potém. Po rozum do głowy!
Jerzemu oczy się paliły; uderzył po ramieniu Szwentasa.
— Kto ci mówił o tém znamieniu? Zkąd wiész, żem Kunigas? Znasz moich? gdzie oni są?
— O! o! długo-by to rozpowiadać, — mruknął stary parobek — a teraz wam to do niczego. Poczekajcie mało. Trzeba myśléć, jak się ztąd wydobyć... To pilniejsza!!
Z zamku na wolność wyjść nie łatwo, a w polu się ukryć i dostać do swoich... tam nad Niemnem... chyba jak wąż prześlizgiwać się na brzuchu!!
Rymos, nawykły obawiać się Krzyżaków, przed których drżał potęgą, zawołał:
— Gdyby złapali nas! kości-by tylko na polu bielały. A gdzież ich niéma? ich straży? ich szpiegów, półbraci, półsióstr i tych włóczęgów niemieckich, co się tu z całego świata po łup zbierają!
Szwentas po dawnemu się chytrze uśmiechał.
— Potężni oni, i jak mrowia ich jest, — rzekł — ale i na nich, i na liczbę tę sposoby są chytre. Jeden człowiek za stu starczy i stu oszuka, gdy mu się serce zagrzeje! Oni często tak ufni w swą siłę, że patrzą a nie widzą. Jam im nie darmo służył tak długo; znam ja ich wszystkie chody.
Gdy mówił, z dala w podwórcach szelest się jakiś dał słyszéć, — wszyscy potruchleli... pierwszy Szwentas wysunął się cicho, tak, że znikł z oczu, jakby poszedł w głąb’ ziemi; Rymos natychmiast pierzchnął za nim, a Jerzy, zdmuchnąwszy prędko lampę, padł na łóżko i udał śpiącego.





V.



Razem z grodem Maryi rosło i miasteczko, które pod jego opieką i  murami powstało. Jak inne na nowozdobytéj ziemi, całe ono się składało z przybyszów różnych krajów niemieckich: z nad Renu, z Turyngii, z Sasów, Frankonów, Bawarów i t. p.
Wiadomo, że Zakon sam, który w początku przyjmował tylko Niemców i szlachtę z najmożniejszych rodzin, w większéj części był zbiorowiskiem ludzi, co albo u siebie w domu nic do stracenia nie mieli, lub ducha w sobie żywili, który ich gnał na przygody i zdobycze. Tak samo i miejska kolonia z różnych się składała ludzi, gorącego a awanturniczego ducha, idących zbogacać się i urastać na pogańskie kresy.
Wielu z książąt, jako teraźniejszy Mistrz Wielki, Luder, gdy do Zakonu wstępowali, służbę swą, dwory, rzemieślników, z kraju swego ciągnęli za sobą. Tu im darmo dawano ziemię, Zakon pomagał do budowania się, obdarzano ich przywilejami i pewnym samorządem.
Rycerstwo niemieckie dostojniejszych rodzin, Krzyżacy i goście ich, raz wraz potrzebowali zręcznego rzemieślnika, płatnerzy, zbrojowników, złotników, rękodzieł mnogich, których w dzikim kraju znaléźć nie mogli.
Zasiedlało się więc miasto, najprzód Niemcami pracowitymi, ale za nimi szli i próżniacy, którzy z innych wymagań, do jakich jawnie się Zakon nie przyznawał, żyć sobie obiecywali.
Znaleźli się tam i śpiewacy, i błaznowie, i usłużna gawiedź wszelkiego rodzaju, na co z zamku przez szpary patrzano. Potworzyły się wesołe gospody, niby dla czeladzi i knechtów... niby dla kupców i podróżnych; a co się tam w nich po kątach działo, miejski Sołtys nie bardzo w to wchodził.
Nie zdradzał jeden drugiego, bo sam się lękał być wydanym; na wzajemném pobłażaniu stało to życie.
W zamku surowa reguła, choć się często zwalniała, zawsze niby panowała pozornie; po-za nim Krzyżacy swobodniéj sobie poczynali. Gdy w murach nigdy się żadnéj, nawet w wieku podeszłym, niewieście, pokazywać nie było wolno; w mieście, pod rozmaitemi nazwiskami i pozory, zamieszkiwała ich liczba wielka.
Rycerstwo, gdy spoczywało na zamku, puszczało się na łowy różne nad Nogatem, ujeżdżało konie, zabawiało się wycieczkami; a powracając, nie rzadko zatrzymywało się w mieście, o czém choć kto wiedział, białych płaszczów zdradzić-by się nie ważył.
Drobniejsza szlachta, która się już naówczas odróżniała płaszczami szaremi, choć w Zakonie równą się uważała ze starszyzną, nie mogła sobie tyle pozwalać. Trzymano ją surowiéj.
Do zwolnienia reguły dla dostojniejszych przyczyniały się, parę razy w rok przybywające, całe zastępy gości krzyżowych z Anglii, Francyi, z Niemiec i innych krajów. Dla tych przybyszów drogocennych, bo z nimi wiele zasobów otrzymywał Zakon, zastawiano stoły, wyprawiano uczty i zabawy, turnieje i łowy. A że oni do reguł zakonnych nie byli obowiązani się zastosowywać, reguła do ich wymagań się nakłaniała. Starszyzna była od niéj wolną na czas pobytu gości, a po ich odjeździe, obyczaj, raz wzięty, trwał daléj.
Świeccy ludzie przynosili z sobą swawolne rozmowy; nie jeden z dworem na krucyatę ciągnął sługi różne, które w mieście się zostawały i niekiedy tu zamieszkiwały...
Ludność więc była tu wcale inna, niż po miastach, które urosły w warunkach odmiennych. Czoło jéj stanowili kunsztmistrze, rzemieślnicy, rękodzielnicy różni, a po za nimi ci, co na ludzkich słabościach, jak plugawe pasożyty, się gnieżdżą.
Gospód wszelkiego znaczenia co nie miara było, począwszy od tych, w których się knechty piwem upijały, aż do tych, co białym płaszczom dostarczały doskonałych pigmentów, to jest mocnych win, osłodzonych i korzeniami przyprawnych.
Na stole krzyżackim powszedniego czasu, jeśli się taki pigment ukazał, to w małém kółku i pod wymiarem, jaki reguła wskazywała; po gospodach dawano go, ile kto zapłacił.
Na ostatek byli w mieście i tacy mieszczanie, o których powołaniu i zajęciach nikt dobrze nie wiedział. Zwali się albo pokrewnymi jednych, lub protegowanymi drugich i rodziną.
Do tych zagadkowych onego czasu istot, w Malborgu już oddawna osiedlonych, należała i Gmunda Lewen, niemłoda już niewiasta, pokrewną się zowiąca jednego z płaszczów białych, Siegfrieda von Ortlopp.
Siegfried ów, z nad Renu tu przybyły, mąż już zestarzały teraz, milczący, z siły starganemi, dla dawnych jakichś zasług swoich w Zakonie był wielce poważany. Jego powaga osłaniała dom pani Gmundy, który wśród miasta, jak wyspa stał odosobniony, bo do niego ani Sołtys, ani miejscowa władza ni zaglądać, ni od niego nic żądać, ani się mieszać do spraw jego nie śmiała.
Nie tylko Siegfried stary tam uczęszczał; przychodzili i inni Krzyżacy i zabawiano się tam wesoło nieraz do późna. Gdy na Zamku rzucanie kości i gra inna, oprócz warcab a szachów, zakazaną była; wiedzieli wszyscy, iż u Gmundy kubki stały jawnie na stolikach i grywano tu zapamiętale. Nie godziło się téż Krzyżakom w towarzystwie niewiast znajdować, a tu ich zawsze było pełno.
Gmunda Lewen miała po dwie i trzy siostrzenice, sprowadzane z Niemiec, które się ukazywały tu i znikały, czeladź kobiecą liczną. A nikt jéj chowania ich nie wzbraniał.
Stara gospodyni nader wyglądała poważnie: twarz miała surową, namarszczoną, usta usznurowane, i uchodziła za bardzo srogo dozierającą dworu swojego. Gdy się czasem w białych krochmalnych czepcach, szeroko rozpiętych nad głową i spadających aż na ramiona, ukazała w progu swojego domu, w sukni czarnéj, bramowanéj galonami, z torebką i kluczami u pasa, mieszczanie przechodzący kłaniali się jéj do ziemi, a mieszczanki przyglądały się strojom ciekawie, rade naśladować, co jéj z Niemiec przysyłano.
W kościele, do którego Gmunda uczęszczała nader gorliwie, miała swój klęcznik obity aksamitem, najbliżéj ku ołtarzowi posunięty, — i gdy do niego szła, wszyscy przed nią ustępowali. A idąc, szeleściała sukniami, dźwięczała łańcuchami i manelami, których zawsze było na niéj pełno.
Wiedzieli mieszczanie, iż przez nią i Siegfrieda na zamku u Mistrza wszystko, co chciała, wyrobić mogli. Potęga jéj już tak była ustaloną, że choć surowsi, jak Bernard, znać jéj nie chcieli i czasem się odzywali o niéj z przekąsem, nic jéj dotąd już za trzeciego Mistrza nadwerężyć nie mogło.
Dwór Gmundy stał w mieście samém, niedaleko nowego kościoła, jednakże tak odosobniony i odparkaniony, a drzewami osłonięty, iż nie łatwo było zbadać, co się w nim działo. Głównemi jego wrotami od ulicy bardzo rzadko kto wchodził, lecz miał dwie furty mniéj widoczne po bokach, które nie próżnowały. Wieczorami, często po obwołaniu gaszenia ognia, u Gmundy świeciło, lecz nikt-by był nie śmiał o to jéj upominać.
Słowem, było to gniazdo uprzywilejowane.
Lat już upłynęło pięć pono od czasu, gdy z wyprawy na Litwę zwycięzkiéj, w któréj, oprócz rzezi straszliwéj, mnóztwo jeńców młodego wieku zabrano, przypędzono do Malborga kilkadziesiąt sierot, przeznaczonych na życie i niewolę.
Byli to, jak mówiono, chłopcy sami i przypisywano to trafowi, że między niemi znalazło się dziesięcioletnie dziewczę — Baniuta, na którém resztki oszarpanego ubrania, delikatna płeć, wstążka złocista we włosy wpleciona, domyślać się kazały dziecka możniejszego rodu.
W początkach, gdy Baniutę odkryto, surowsi starzy Krzyżacy krzyczeli, domagając się, aby to plugawstwo wprost, ochrzciwszy, zabić i nie żywić. Stary Siegfried ulitował się dziecku płaczącemu i strwożonemu, i, niewiedziéć jakim sposobem wyrwawszy je z rąk oprawcom, wymógł, że mu pozwolono oddać je na wychowanie Gmundzie, która — acz niechętnie, zgodziła się je, jak psa, żywić przy kuchni.
Najpierwéj więc ochrzczono ją na gwałt, dając jéj imię Patronki, czczonej w zakonie, dla znajdujących się tu relikwii jéj, Barbary. Gmunda ze wstrętem podjęła się hodować to stworzenie, które za dziką istotę, nigdy się nie mającą dać przyswoić, uważała.
W istocie, obyczaj miała Baniuta zupełnie inny, niż mieszczańskie dzieci. Na pozór od rówieśnic swoich nieskończenie była przebieglejszą, śmielszą, dojrzalszą i nieunoszoną; odznaczała się dumą i uporem. Biciem i karaniem nic na niéj wymódz nie było podobna. Mdlała z bólu, gdy ją sieczono, ale zacinała usta i nie wydała jęku.
Nie ucząc się, umiała jakoś, czy téż instynkt jéj poddawał, wiele rzeczy, którym się dziwowano.
Niezmiernie zręczna i silna, mogła się jak kot wdrapać na najwyższe drzewo, przeléźć przez płot, wygrzebać w ziemi jamę i w niéj, liśćmi się okrywszy, zakopać, aby jéj nie znaleziono... Ze źwierzętami najdzikszemi znała się, jak swoja, — nie przestraszało jéj żadne. Późniéj, gdy się nieco z nowym bytem oswoiła, wodziła krzyżackie konie najswawolniejsze, lepiéj im dając rady od knechtów.
Gdy ją różnych niewieścich robót uczyć zaczęto, mniéj od innych potrzebowała czasu, aby je sobie przyswoić i nadzwyczajną objawiała zręczność, ale ochoty do nich nie miała. W izbie zamkniętéj dla niéj siedziéć było męczarnią; gdy tylko mogła, wyrywała się na podwórze, a często, gdy znikła, znajdowano ją na drzewach między gałęźmi, lub tak okrytą jemiołą, że jéj dojrzéć było trudno.
Musiano się z nią oswoić, nie mogąc natury jéj przerobić; a że niezmiernie była pracowitą i pożyteczną w domu, i, podrastając, stawała się coraz piękniejszą, Gmunda powoli przywiązała się nawet do niéj.
Mężczyźni, co ją czasem w podwórku widywali, unosili się nad nadzwyczajną jéj pięknością, chociaż wcale się nie przystrajała, i odziać ją wedle niemieckiego obyczaju było niezmiernie trudno.
Na bose nogi długo, zimą i latem, nic wdziać nie chciała. O sukni mowy nie było téż; chodziła w koszuli, w kożuszku, z włosami we dwie długie kosy zaplecionemi, i lubiła tylko bursztyny i korale, może dla tego, że jéj dawny strój dziecinny przypominały. A że o takie paciorki było jéj tu trudno, często z głogu, z jagód, z kwiatków sobie nizała naszyjniki jednodzienne. Tak samo z ladajakich liści, byle zielonych, robiła sobie wieńce na główkę. Dziwnym sposobem, gdy ją zabierając odzierano, nie spostrzegł ten, co z niéj paciorki oberwał, że dziecko miało mosiężny pierścień na rączce. Nie odebrano go późniéj Baniucie, a że ręka teraz zgrubiała i ciasny był na nią, wieszała go na sznurku i, ukrywając pod koszuliną, na szyi nosiła.
Niemieckie dziewczęta śmiały się z niéj, przedrwiwały, przezywały ją kotką dziką, ale zazdrościły jéj wielce piękności, przebiegłości i siły. Maleńka, gibka, zwinna, słabiutka na pozór, Baniuta dźwigała ciężary ogromne, a uderzenie małéj jéj rączki starczyło za ciśnienie kamieniem.
Nauczyć się musiała téj mowy, którą koło niéj szwargotano, ale napróżno usiłowano oduczyć ją litewskiéj. Siadała po kątach, kryła się i śpiewała pieśni, mówiła sama do siebie tylko tym językiem, jakiego ją matka uczyła.
Chodziła do kościoła i musiała się modlić, lecz wszyscy poznawali po niéj, że swoich się bogów nie wyrzekła. Stała strwożona w kościele, a wymykała się z niego, jak tylko mogła. Słowem, było to stworzenie nieuchodzone, ugłaskane tylko pozornie, i jakby wypatrujące chwili, aby pierzchnąć do lasu. Pięć lat upływało, jak ją tu przyprowadzono; z dziecka wyrosła na śliczne dziewczę, z ogromnemi, niebieskiemi oczyma; przyswoiła sobie, co tylko mogła od Niemek; lecz tego, co przyniosła z sobą, ani zapomniała, ani się wyrzekła.
Rozumem i bystrością daleko przechodziła wszystkie rówieśnice swoje.
W pierwszych latach Gmunda i jéj siostrzenice usiłowały się dopytać od niéj coś z przeszłości... ale dziewczę potrząsało główką i mówiło, że nie pamiętało nic, oprócz tego, że ją, porwawszy, odarto i zbito.
Z tych czasów pozostała jéj na prawéj ręce blizna od rany, na którą patrzała co dzień i zdała się ją pielęgnować, jak drogą jakąś pamiątkę.
Posłuszna, pojętna, czasem obojętnie łagodna, gdy się znużyła, — Baniuta sercem się tu nie przywiązała do nikogo... nie zwierzyła nigdy, nie poskarżyła nawet. Wejrzenie jéj na tych, co ją otaczali, pokryjome, pełne było nienawiści i wstrętu.
Pomimo téj dzikości dziewczęcia i pozoru dziwnego, tak pięknością i wdziękiem czarowała wszystkich, że mężczyźni nie mogli się jéj napatrzéć i Gmunda aż się gniewała już na to oblężenie. Baniuta wcale się nie nastręczała, rada chowała po kątach... ale, jako sługa, często téż i wybiedz była powinna, choć nie chciała.
Co się miało stać z tą Litwinką, która na Niemkę przerobić się nie dała, nikt przewidziéć nie umiał. Tymczasem ludzie na niéj oczy paśli, a nawet stary Siegfried, na wszystko zobojętniały, gdy mu posługiwała, wzroku od niéj oderwać nie mógł.
Jakim sposobem Rymos, który przy jednym z białych płaszczów czasem pachołka zastępował, poznał się z Baniutą — odgadnąć łatwo. Trzymał on konie długo pod parkanem dworu pani Gmundy, a traf chciał, że z drugiéj strony w krzakach ukryte dziewczę, korzystając z chwili, gdy we dworze o niém zapomniano, właśnie sobie półgłosem piosnki litewskie zawodziło.
Rymos, jak go tylko nuta doszła, z bijącém sercem przytulił się do parkanu i, korzystając z chwili milczenia, znajoméj sobie dajnos półgłosem strofkę zaśpiewał.
Baniuta krzyknęła, w jednéj chwili już była na wierzchu parkanu i patrzała w dół, drżąca... Zaczęła się rozmowa. Rymos, jak szalony, oczy w nią wlepiwszy, z radości mało nie zapomniał o koniach. W krótkich słowach powiedzieli sobie wszystko, co pamiętali... Baniuta, gdy posłyszała, że jéj wołają, ześlizgnęła się z płotu i znikła... Odtąd Rymos w najchytrzejszy sposób wyrywał się na służbę przy koniach do dworku... i w parkanie znalazł się łopianami zakryty otwór, przez który wygodnie z sobą mogli rozmawiać, jeśli się dziewczynie wyrwać udało.
Obojgu miło było tym dźwiękiem mowy zakazanéj się napawać, która dla nich najdroższą była. Rymos rozmiłowywał się w dziewczynie, ona śmiała się z niego. Była nadto dumną, nadto piękną, nadto młodą, aby biedny, obrukany, znędzniały chłopek coś więcéj w niéj obudził, oprócz politowania. Ale z sobą mówili — o Litwie; Baniuta daleko lepiéj ją pamiętała, uczyła go, czego zapomniał, i o bogach, o obrządkach, o źródłach świętych, o obyczajach domowych, tak mu prawiła, jak stara, przykazując, żeby się nie ważył ani ich wyrzekać, ni zabywać...
Rymos byłby się w niéj rozmiłował okrutnie i już mu się na to zbierało; ale na pierwsze słowo dwuznaczne namarszczyło się dziewczę i słuchać go nie chciało.
— W niewoli niéma kochania! — rzekło — serce zamknięte.
— To cię Niemiec jaki weźmie, bo na ciebie dobrze ostrzą zęby.
— Niech ostrzą, ale mnie z nich nie ukąsi żaden. Powrócę ja do swoich, powrócę... a tam ojciec albo matka narzeczonego mi dadzą takiego, jaki mi należy, co będzie siedział na wysokim grodzie i panował nad wielkim krajem.
Tak dziewczę marzyło.
Rymos był dla niéj sługą, niewolnikiem. Lubiła go, bo z nim jednym mogła się rozmówić tylko — zakazaném słowem.
A gdy po cichu nucili pieśni razem — płakali oboje...
We dworze Gmundy — Baniucie coraz niewygodniéj być zaczynało. Dawniéj miała więcéj swobody, choć pracę cięższą; dorastającéj — ujęto wprawdzie roboty, ale ciągnięto ją do posług w izbach, zmuszano się przystrajać, i Niemcy, zbierający się na pigment i kości, coraz słodszemi na nią rzucali oczyma.
Między panią a sługą, która odzieży wykwintnéj wkładać nie chciała, a wyręczała się innemi, gdy podczas odwiedzin do izb służyć iść kazano, przychodziło do sporów. Baniuta milcząco się opierała; stara jejmość policzkowała ją i łajała.

Uporu sługi niepodobna było przełamać. Wieczorami, gdy gwarno się robiło w izbach, a umyślnie wyprawiano Baniutę do któréj z komnat, gdzie się domyślała Niemców, czyhających na nią, żadna siła jéj tam napędzić nie mogła.
Rymos i Baniuta.
Inne Niemki, może rade temu, przecież się z niéj wyśmiewały, — ona milczała.

O wszystkiém tém, co się tu działo, Rymos wiedział od niéj, a gdy mu opowiadała, zębami zgrzytał, jak źwierz dziki.
— Tam, na ich zamku, żeby fartuch leżący zobaczyli na kamieniu, uciekają, żegnając się jak od złego ducha, — mówił ze złością  — a tu... wolno im wszystko... a na wojnie jak bydlęta dokazują...
Jednego wieczora, gdy wedle zwyczaju podkradł się parobczak do swojego Kunigasa, a nie miał już co rozpowiadać, począł o Baniucie.
Tak samo wprzódy jeszcze o Kunigasie swym mówił dziewczynie, która z niezmierną ciekawością ciągle go potém dopytywała o niego.
Jerzy, od dzieciństwa chowany w surowéj regule zakonnéj, o kobietach mało co słyszał, a mniéj ich widywał jeszcze. Wygnana z murów klasztornych niewiasta była wszakże jednym z najulubieńszych przedmiotów dla kaznodziejów, którzy piorunowali przeciw niéj, aby ustrzedz od sideł i zrazić od wszelkiego z nią stosunku.
Mnisi Krzyżaccy mówili o niéj często, gdyż rycerze w swych wyprawach na wszelkie pokusy narażeni bywali, należało więc ich przeciw nim uzbroić. W kościele nasłuchał się najwięcéj Jerzy o kobietach, i to, co o nich wiedział, najwięcéj z tego źródła płynęło.
Niewiastę więc wyobrażał sobie, jako istotę chytrą, przewrotną, wspólniczkę i pomocnicę szatana, czyhającą na człowieka i zbawienie jego, uposażoną czarownemi dary, mającą siłę demoniczną, i wdzięk węża usypiającego wejrzeniem ofiarę. Żywych niewiast widział mało, bo go trzymano od dzieciństwa wśród tych murów, do których przystęp im był wzbroniony. Na obrazach w kościele święte i męczennice, naówczas najwięcéj czczone: Barbara, Katarzyna, pokrewna mistrza Ludera Święta Elżbieta, były dosyć wdzięczne, choć je ręka niewprawnych mistrzów kreśliła. Bogarodzica występowała surowa i smutna. Z tych wszystkich pobieżnych wrażeń i wskazówek wyobraźnia młodego chłopca stworzyła sobie coś dziwnego, dzieląc całą płeć niewieścią na dwa zastępy: bohaterek świętych i — pomocnic szatana. Jerzy się niewiast obawiał i był zarazem ciekawym.
W opowiadaniach Rymosa, które późniéj przyszły, kobieta ze wspomnień poganina wcale inaczéj się  przedstawiała. Była to wierna towarzyszka mężczyzny, jego pomocnica, na któréj ramionach i ręku cały ciężar domowy spoczywał; wesołe dziewczę za młodu, u źródła, z pieśnią na ustach, potém niestrudzona gospodyni i macierz, gdy raz nad nią pieśń weselną odśpiewano.
Urok jakiś miały dlań te litewskie niewiasty Rymosa, daleko większy, niż niedostępne święte obrazów kościelnych i straszliwe Dalile i Jezabele kaznodziejów.
Nietylko co do pojęcia tego rozmowy z Rymosem zachwiały Jerzym, lecz w ogóle zamąciły w nim dawniéj jasne religijne wyobrażenia i przyjęte prawdy chrześcijańskie.
Tak samo, jak kobieta litewska, tak i świat religijny Litwy walczył w nim z tym, który widział z grodu krzyżackiego. Ku poganom ciągnęła go krew i przytępione wspomnienia młodości; lecz i wielkie, a jasne nauki ewangeliczne, do których się przywiązał, nie zdawały mu się mniéj ponętnemi.
Oba światy, jakkolwiek bojujące i sprzeczne, chciały się przejednać i pogodzić.
Bogowie Litwy, mieszkający wszędzie, spoufaleni z człowiekiem, w tysiącu ukazujący mu się postaciach, zachwycali go; ale i ów Bóg jedyny, który za świat cierpiał, krew przelał i kazał przebaczać wszystkim, a nieprzyjaciół kochać, jak braci, był jeszcze jego Bogiem.
Ani się wyrzec tamtych nie chciał, ni tego, który przecież zwyciężał i panowanie swe nad całym rozciągał światem.
Wątpliwości tylko rodziły się w umyśle Jerzego, gdy naukę ewangelii, tak dobitną, a wykrętnych tłómaczeń niedopuszczającą, porównywał z czynnościami sług Boga ukrzyżowanego, co na piersi znak Jego nosili. Komuż kiedy przebaczyli Krzyżacy? kogóż oni, jak braci, kochali??
Ta dzikość sług niepojętą była dla Jerzego, gdy myślał o Panu ich. Przychodził do dziwnych przypuszczeń i tłómaczeń.
Inne więc było prawo, a życie inne?
Z tych dum dziecinnych w końcu powstało zwątpienie i obojętność; nie chciał myśléć o tém, czego zrozumiéć nie mógł.
Dawniéj gorliwy do modlitwy, Jerzy, począł ją zaniedbywać. Z nauką języka, pieśni, z opowiadaniami o obyczajach, które dziwnym sposobem zdawały się mu jakby przypomnieniami rzeczy dawniéj znanych i wiadomych — przyszła coraz gorętsza miłość Litwy, ciekawość jéj, żądza powrócenia do swoich.
Lecz zdawało się to zupełném niepodobieństwem.
Ani Rymos, ani Jerzy nie znali zupełnie kraju, dróg, sposobów, jakiemi-by się wykraść ztąd można. Przychodzący teraz do nich Szwentas, który się rozmiłował w Kunigasie i pragnął mu dopomódz, choćby największą ze swéj strony ofiarą, wzdychał, ciągle powtarzając, że niéma możności wyrwania się z rąk Krzyżackich.
Robiono najzuchwalsze, najdziwaczniejsze plany; wymyślano niedorzeczne, jakby z bajek zapożyczone sposoby ucieczki; ale Szwentas na wszystkie trząsł głową i pogardliwie spluwał.
Rymos, gdy sami byli, zabawiał Jerzego i uczył go tego, co mu Baniuta, daleko więcéj umiejąca i pamiętająca, powiadała.
Ciągle rozpowiadając i malując tę Baniutę, chłopak w końcu do najwyższego stopnia rozbudził ciekawość młodego Kunigasa. Zaspokoić jéj nie było podobna.
Szpitalnik, który baczném okiem śledził symptomata choroby młodzieńca, dostrzegł w nim łatwo pewnéj zmiany na lepsze. Jerzy był wprawdzie niespokojny, rozgorączkowany, nie swój; lecz siły wracały, życia w nim było trochę, chociaż chorobliwego.
Sylwester wolał to, niż apatyą długą, któréj się nadewszystko obawiał. Za pierwszą razą, gdy Bernard go spytał o stan Jerzego, powiedział mu stanowczo:
— Choroba przesilać się zdaje, jest w niéj zmiana, a to już wiele. Trzeba teraz myśléć, jak zapobiedz, aby licho nie powróciło. Przeszłe życie, zbyt surowe dla tak młodego wieku, było przyczyną choroby, to nie ulega wątpliwości; radźcie nad tém, co z nim zrobić. Starym na grodzie spoczywać w tych murach — dobrze, młodemu w nich rosnąć — ciasno.
Nic nie odpowiedział Bernard, bo bez rozmysłu nic nie poczynał; lecz widać było, że rady nie lekceważył.
Władzy miał dosyć, aby rozporządzać Jerzym. Wystąpienie W. Mistrza Ludera i publicznie dana nagana Bernardowi okazały się zaraz nazajutrz tylko politycznym obrotem nowego naczelnika Zakonu.
Rano posłał Luder kompana swojego po Bernarda. Posłuszny, poszedł on natychmiast, karność zakonną wysoko szacując i z niéj się nie chcąc wyłamywać.
Spodziewał się może od Mistrza, we cztery oczy, nowego, a surowszego napomnienia; znalazł go łagodnie usposobionym.
Ten, wczoraj tak nieubłagany, Luder, pozdrowił go uprzejmie i drzwi swéj celi zamknął, aby ich nie słuchano.
— Bracie Bernardzie — rzekł — jesteście filarem Zakonu, znacie potrzeby jego i najlepiéj wiecie, jak się u nas wszystko rozprzęga. Padliście wy ofiarą za innych, acz niewinną. Musiałem was, co macie zasługi i powagę, strofować i karcić za pozorną samowolę, abym innych władzę moją szanować nauczył. Tłómaczę się wam, bo nie chcę, abyście mnie mieli za człowieka niesprawiedliwego.
Zrozumiecie, com uczynił i dla czego. Ja na was pokładam nadzieję, że tak, jak za poprzedników moich, służyć sprawie Zakonu będziecie przy mnie.
Wiele zwolnionéj reguły potrzeba w ścisłe wziąć karby. Nie lękam się ja losu Orselena, ani noża mordercy; życie moje w ręku Boga; a gdyby była potrzebna krew, dla czegóż-bym jéj przelać nie miał? Lękam się czego innego: krnąbrności i lekceważenia téj samej starszyzny, która mnie wybrała, nie dla moich zasług, ale dla imienia... a ufa dziś, że się wywdzięczę bezkarnością...
Wy, skromny pracowniku, — dodał wyciągając rękę do Bernarda, — pomagajcie mi, ale nie okazujcie, iż jesteśmy z sobą zgodni i w zmowie.
Gdy tak mówił Mistrz Luder, rysy jego twarzy, wczoraj tak nic nie znaczące i pospolite, rozjaśniły się rozumem i zapałem, z któremi ukrywać się zdawał dla ogółu.
— Bardzo wiele do czynienia mamy, bracie Bernardzie — dodał wzdychając — bo jak u Templaryuszów, których doścignął palec Boży, i u nas reguła się wypaczyła, połamała i przekroczyły ją zwyczaje swawolne.
Najprzód, pobożności u nas niéma, Boga nie widzimy przed sobą, i ztąd płynie zło wszystko. Rycerstwem jesteśmy do zbytku, Zakonnikami za mało. To, co się zbawieniem zdawało dla nas: napływ obcych, miłość całego świata, z jaką się do nas garnął i garnie, powoli nas gubi. Na dziesięciu mężnych i pobożnych rycerzy, przybywa do nas stu rozpustnych zbójców, którym smakuje wojna z pogany, bo w niéj wszystko im wolno. Musimy ich jeszcze ze czcią przyjmować, gościć, poić, a oni nam zarazę przynoszą.
Po staremu więc, bracie Bernardzie, pracujcie, patrzcie, słuchajcie, czyńcie co potrzeba, aby Zakon nie upadł; a w czém ode mnie poparcia zechcecie, z tém przyjdźcie potajemnie do mnie.
Bernard uradowany podziękował za zaufanie i za wyjaśnienie Luderowi, który, w téj chwili posłyszawszy nadchodzącego kompana, zaraz zmienił ton i odprawił go mruczeniem groźném.
Znowu więc Bernard, pokrzepiony, rozpoczął swą niewidzialną pracę.
Lecz tak jego, jak Mistrza, zabiegi dla pohamowania rozprzężenia były prawie bezskutecznemi; kilku ich było dobréj wiary i woli przeciwko zastępowi całemu Krzyżaków, których życie, samo wojenne rzemiosło, nieustanna potrzeba zawojowywania i przywłaszczania sobie coraz więcéj krajów, aby zyskać trwałe granice i bezpieczeństwo, nauczyły przewrotności, fałszu, okrucieństwa w polityce; a polityka, jak zawsze, odbiła się potém w obyczajach. Zgwałcenie prawa moralnego w jednéj sferze sprowadza lekceważenie jego w innych. Zdradzano umowy, łamano traktaty, szydzono ze słów i obietnic danych Polsce, Litwie, Pomorskim panom; miano-ż potém szanować regułę Zakonną i prawa mniejszego znaczenia?
Zakon, szpitalnym uczyniony, to jest miłosiernym, mógł się utrzymać; stawszy się zaborczym w imię Chrystusa, kłam zadawał nauce tego, którego wyznawał.
Zaród więc rozprzężenia tkwił już w saméj naturze jego potwornéj.
Brat Bernard, po sprawozdaniu niedorzeczném Szwentasa, parę razy jeszcze coś z niego dobyć próbował, wreszcie, uznawszy go głupim i niezdolnym — nie myślał już o nim.
Jerzy zawsze wydawał mu się narzędziem, które na korzyść Zakonu dawało się wyzyskać. Jak? tego sam jeszcze jasno nie wiedział.
Chrześcijanin, wychowany w wierze, w któréj się gorliwym być zdawał, mógł, nawet na swobodę puszczony, zanieść jako apostoł, chrześcijaństwo na Litwę. Zamiast krwawego podboju, z jego pomocą Zakon mógł sobie pozyskać zwolenników i sprzymierzeńców. To apostołowanie wydawało się Bernardowi najzdrowszą i najlepszą polityką, chociaż ona wcale ogólnym pojęciom Krzyżaków i ich obyczajom nie odpowiadała.
Lecz cóż ważył na téj próbie? Bernard, rozmyślając, w końcu sam jednak miał wątpliwość: czy Jerzy, wypuszczony na swobodę, nie uległ-by wpływowi rodzinnego otoczenia i czy-by Zakonu nie zdradził?? Wychowany tu, w wiele spraw samém patrzeniem na nie wtajemniczony, mógł być niebezpiecznym i szkodliwym...
Wahał się więc Krzyżak i po rozwadze postanowił dłużéj jeszcze Jerzego przygotowywać, a nadewszystko, właściwém postępowaniem wpoić mu miłość Zakonu.
Wszystko to za późném już było. Dowiedziawszy się od Sylwestra Szpitalnika, iż chłopak zdrowszym się wydawał, tegoż dnia poszedł do niego Bernard.
W istocie znalazł w nim zmianę. Twarz krasił choć słaby rumieniec; Jerzy był więcéj ożywiony, mniéj uparcie milczący.
Zwykle do zbytku surowy, Bernard, dla swojego pełnego nadziei wychowańca przybrał twarz, jak mógł, najłagodniejszą, oblicze słodyczy pełne... Zasiadł poufale na téj ławie, w oknie, naprzeciw niego, na któréj wieczorami Rymos się zwykł był mieścić, i zawiązał z nim rozmowę, ojcowskim tonem, z dobrocią i wyrozumiałością wielką.
— Widzę, że w istocie lepiéj wam jest — rzekł — i Bogu za to niech będą dzięki. Wierzcie mi, że ja wam dobrze życzę, a że się po was wiele spodziewam dla Zakonu, radbym wypielęgnować na silną jego podporę.
Ci, co ze świata przychodzą do nas, zawsze coś z niego tu przynoszą, z czego się im otrzepać i obmyć trudno; wam Pan Bóg dał się tu od dzieciństwa wychować, osłonionemu od zgubnych wpływów. —
Jerzy słuchał z oczyma spuszczonemi; sam Bernard zmiarkował, iż nadto górnym tonem do wyrostka mówić rozpoczął, i zmienił przedmiot natychmiast.
— Może wam w tych murach, do których my starzy nawykliśmy, — rzekł — smutno i duszno? mówcie. Chorym się wiele dozwala!
Jerzy podniósł oczy, uśmiechnęła mu się nadzieja trochę większéj swobody; chociaż jeszcze odpowiedziéć nie śmiał, Bernard mógł się dorozumiéć, iż tknął strunę, która zadrgała.
Naówczas już, oprócz samych Zakonników, prócz niemieckiego mieszczaństwa i kolonistów włościan, ściągniętych dla zaludnienia podbitéj ziemi, któréj mieszkańcy albo padli wojny ofiarą, lub się rozpierzchnęli, — wiele uboższéj szlachty z różnych krajów niemieckich przybywało, otrzymując tu nadania lenne od Zakonu. Już w tych latach kilkadziesiąt rodzin w ten sposób około Malborga, Królewca i po powiatach się osiedliło. Pierwsi ci przybysze: Pynau, Mul, Stubechy, Brandisy, Muckenbergi, Ewerowie i t. p. mieścili się w pobliżu grodów, które ich zabezpieczały od napaści.
Pomiędzy Malborgiem i Żuławami, w niewielkiém od miasta oddaleniu, siedział na folwarku swym, Pynaufeldem zwanym, jeden z najpierwszych kolonistów — Ditrich von Pynau, który na myśl przyszedł Bernardowi. Zdało mu się, że tak blizko i pod okiem mając Jerzego, a dając go Pynauom, aby u nich trochę odetchnął swobodniéj, zarazem chłopca uzdrowi i na żadne nie narazi niebezpieczeństwo.
Ditrich von Pynau, z żoną niemłodą, z dwoma synami, którzy mu do nowego gospodarstwa pomagali, mieszkał o godzinę niespełna pieszéj drogi od grodu.
Wszystko będąc winien Zakonowi, bo ubogim tu przybył z jednym wozem i kilku wierzchowcami tylko, a dziś już miał zasobne gospodarstwo; stary Ditrich gotów był do wszelkich posług. Jerzy mógł tam u niego odżyć, pokrzepić się, a nic mu nie groziło.
Pynauowie nie troszczyli się o nic więcéj, jak tylko o zdobycie mienia, pracowici byli, skąpi, życie wiedli twarde i surowe, popsuć więc chłopca nie mogli.
— Wiesz co? — odezwał się wreszcie Bernard. — Mnie-by się zdało, że trochę cię puścić na wiejskie powietrze nie zawadzi. Chcesz-li, pomówię z Pynauem, który pod miastem ma nadaną ziemię, aby was wziął na czas jakiś. Młodzi lubią łowy, możecie i zapolować z nimi: stary, choć czytać i pisać nie umié, wiele świata widział.
To mówiąc, patrzał Krzyżak w oczy Jerzemu, i pochwyciwszy nieśmiałe, ale wdzięczne wejrzenie jego, dodał śpiesznie:
— Zgoda? poproszę Mistrza o pozwolenie, a staremu Ditrichowi gdy powiem, będzie was jak własne hodował dziecię.
Jerzy zarumieniony wstał i podziękował tylko. Bernard uradowany wyszedł natychmiast.
W istocie, ta trocha swobody w pierwszéj chwili poruszyła wielce chłopaka. Zdawało mu się, że ją zużytkować potrafi; jak?... nie był pewien jeszcze. Może do ucieczki, o któréj śnili i radzili.
Dopiéro po rozmyśle Jerzy rozrachował, iż rozstać się będzie musiał z Rymosem i Szwentasem, że znowu się znajdzie wśród Niemców samych, których co dnia więcéj nienawidził.
Ale już słowa cofnąć było niepodobna.
Reszta dnia upłynęła na ciężkich rozmyślaniach i walce z samym sobą, aż do wieczornego przybycia Rymosa. Stary parobek dnia tego jakoś przywlec się nie mógł do swego Kunigasa, choć ten tu do rady potrzebniejszym był od chłopca.
Na pierwsze słowo, którém Jerzy zapowiedział prawdopodobny swój odjazd do Pynaufeldu, Rymos rozpaczliwie zakrzyknął i ręce począł łamać. Dopiéro ochłonąwszy, dojrzał on i Jerzemu ukazał, że to zesłanie na wieś, tak od Malborga blizką, mogło miéć swe korzyści.

— Kunigasie mój! — rzekł. — Nie już was Pynauy te w niewoli będą
Brat Bernard odprowadza Jerzego do Pynaufeldu.
trzymać zamkniętego? Po to was tam ślą, abyście odetchnęli. Oni około roli dużo mają do roboty i dzień a noc gospodarstwa pilnują. Będziecie i wy mogli jeździć i chodzić, gdzie zechcecie. A któż wam zabroni do miasta? do Malborga?

Jerzy miał myśl inną: chciał uprosić dla siebie pacholę do posługi i wybrać Rymosa. Oba jednak pomiarkowali, że prośba o niego mogłaby zdradzić ich stosunki i tajemnicę. Rymos się zląkł, Jerzy zawahał.
Młodemu z grodu się wyrwać do Pynaufeldu potajemnie było trudno; Szwentas, daleko doświadczeńszy i przebieglejszy, miał na to sposoby. Mógł więc Jerzy jego się spodziewać przynajmniéj. A szło mu o zachowanie tych dwu sług swoich, z którymi go jakby jedna krew i jedna miłość łączyła. Pokładał nadzieję na nich, czuł się nie tak odosobnionym, mając ich przy sobie. Rymos na Perkuna i wszystkich bogów, jakich znał, zaklinał mu się, iż wiernym pozostanie; a gdyby potrzebował usługi, gotów dla niego na wszystko.
Nazajutrz o wyjeździe do Pynaufeldu mowy nie było jeszcze. Jerzy wstał ze swego łóżeczka i przechadzał się; Sylwester przyszedł doń uśmiechnięty i taką w nim znalazł zmianę szczęśliwą, iż myśl Bernarda, o któréj wiedział, zabierał się jak najgoręcéj popierać.
Bernard krzątał się już około wyprawy.
Szło mu o to, aby sobie, a przez to Zakonowi, serce Jerzego pozyskać; nie wiedział wcale, co się w niém teraz gnieździło. Chciał więc na tę małą, pierwszą wyprawę, Jerzego wyposażyć wygodnie i tak, by miłość własna jego nie cierpiała na tém. Tegoż dnia ze składów Trapiera, to jest Szatnego Zakonu, wybrał suknie, przybór do konia, płaszcz, lekkie uzbrojenie i sam poszedł konia w stajni napatrzyć, na którym-by Jerzego mógł wyprawić. Pomyślał i o pachołku dla niego; bo na folwarku rąk musiało być mało, a o usługę trudno, i żeńskiéj się obawiał Krzyżak. Zdało mu się, że Szwentas, do czego innego mniéj zdatny, a wierny dotąd sługa i donosiciel, najstosowniejszym będzie towarzyszem.
Wcale się w nim litewskiego nie obawiał pochodzenia, gdyż od wielu lat miał dowody nienawiści, jaką on dla swoich pałał.
Stało się więc, czego nikt nie przewidział, a czego Jerzy mógł sobie życzyć najgoręcéj: dodano mu niezgrabnego Szwentasa za stróża i towarzysza.
I we trzy dni potém, Jerzy w towarzystwie Bernarda, za sobą mając na grubéj, ciężkiéj szkapie uśmiechającego się parobka, w szarym płaszczu z półkrzyżem czarnym, jechał pięknego dnia zimowego do Pynaufeldu, gdzie miał kilka miesięcy pozostać.
Twarz wprawdzie miał jeszcze smutną i bladą, ale w oczach błyskało coś, jakby lepszéj przyszłości przeczucie.




VI.



Poczynała się wiosna, słońce dobrze przygrzewało. Na folwarku w Pynaufeldzie, po spoczynku zimowym, panował ruch i czynność nadzwyczajna. Stary Dietrich, który do pracowitego chłopa był podobniejszy, niż do rycerskich przodków, którymi się chlubił, w kożuszku krótkim, w butach po kolana, w czapce futrzanéj dla łyséj głowy, z przekleństwem w bezzębnych ustach, zwijał się z żywością nad wiek jego rozgorączkowaną, naganiając nie tylko parobków, ale i dwu synów, drabów dorosłych, silnych i nie mniéj od ojca zajadłych do gospodarstwa.
Wiosna postępowała nader szybko, nie można się było jéj dać wyprzedzić. Potrzeba było na gwałt siać, rolę poruszać, łąki opatrywać, szkody przez wody Nogatu poczynione naprawić, ogrodzenia zniszczone na nowo podnosić i wzmacniać.
Człek to był osobliwy, ten stary Dietrich von Pynau, który się tu ważył kędyś z nad Renu... straciwszy wprzódy ojcowiznę i nie mogąc już dla waśni a nieprzyjaciół na swych śmieciach wysiedzieć.
Naturę miał ognistą, niepomiarkowaną, zawsze zbytkującą we wszystkiém. Młodość spędził nader burzliwie: napadał po gościńcach, więził kupców, tłukł się ze wszystkimi sąsiadami, żonę wziął, z mieczem w ręku się o nią dobijając i z woza ją na gościńcu porwawszy. Dokazywał tak, że w końcu wszyscy się nań naposiedli; burg jego trzymano, jak w oblężeniu; wyskakiwał z niego, siekąc i łupiąc sąsiadów...
W końcu i jemu już samemu uprzykrzyło się to nędzne życie. Zubożał, postarzał; gdyby nie żona i synowie, najprędzéj-by był gdzie mnichem został. Gdy już nie wiedział co poczynać z sobą, zasłyszał o Zakonie, o podbitych ziemiach, które lennem dawano za małą opłatą i służbą; rozgorzała mu zawsze szalona pałka, zbył się za bezcen pozostałości i pociągnął do Prus.
Miał za sobą listy tych, co się warchoła z domu pozbyć chcieli. Przybysz z Niemiec Krzyżakom był pożądany: on jeden z pierwszych się zgłaszał, postawa za nim świadczyła, że się nie lękał niczego, a na wszystko był gotów; wydzielono mu znaczny kawał ziemi pod Malborgiem.
Dietrich, jak był szalonym niegdyś zbójem-rycerzem, tak równie namiętnie rzucił się do gospodarstwa. Zakon dostarczał, czego na początek brakło. On i synowie z kilku pościąganymi szwabami błędnymi, wzięli się do zakładania nowego Pynau. Ziemia okazała się dziewiczą, żyzną, wdzięczną; w pierwszych latach płody dała cudowne, o sprzedanie ich nie było trudno. Dostatek niespodziany wzmógł przedsiębiorczego ducha. Dwaj synowie starego Dietricha, prawdziwa krew jego, pomagali mu dzielnie.
Lecz téż w Pynaufeldzie, oprócz tego, co grosz jaki dawało, o niczém słyszéć nie było można.
Stara matka ze starą sługą składały całą żeńską ludność domu. Te téż miały wiele do czynienia, i o rycerskich obyczajach zapomniéć musiały.
Wieczorem, gdy do wielkiego stołu zasiedli mieszkańcy Pynau, a z nimi milczący i blady Jerzy, o niczém nie mówiono, tylko o polach, nowinach, zbożu, sianie, bydle, a rzadko nawet o łowach.
Piotr i Paweł, synowie starego, do niego podobni, czasem się pokusili ze psy — ale chyba, gdy już nic innego do roboty i dozorowania nie było.
Pracowici Pynauowie jedli i pili téż, jak parobcy.
Gruby obyczaj w domu panował, a przekleństw i łajania można się było do syta nasłuchać.
Stary, gdy z pola przyniósł gniew, nie wahał się go, oprócz sług, i na żonę wywierać. Ta mu nie skąpiła odpowiedzi. Synom, choć dorosłym, kijem się czasem dostawało. Spokoju w domu prawie nigdy nie było; a gdy we święta musiano spoczywać, zabawa niekiedy gorszą bywała od najcięższéj pracy i kończyła się upojeniem i guzami.
Pynau, winien będąc ten nowy byt swój Zakonowi, szanował go, jak Pana, którego był lennikiem. Gdy mu Bernard oznajmił, że chorego młodzieńca, wychowańca Zakonu, oddają mu dla pokrzepienia; Dietrich zaklął się, iż nad nim czuwać będzie, jak nad własném dzieckiem, — co nie wiele obiecywało — a oprócz tego poprzysiągł, że stara musi go karmić najlepszemi kąskami, że mu tu na niczém nie zbraknie. Piotr i Paweł podejmowali się go zabawiać. Wyznaczono mu izbę jasną, dano łóżko wygodne... słowem, miało mu tu być, jak w raju.
Szwentas zostawał dla dozoru.
W pierwszych zaraz dniach Pynauowie spostrzegli, że nieśmiały, milczący chłopak w ich życiu nie smakował, a im natarczywiéj mu się starali przysługiwać, tém jakoś stawał się płochliwszym i chmurniejszym.
Po cichym żywocie klasztornym, to piekło w istocie było dla Jerzego nieznośne; a jeśli co mogło w nim nienawiść do Niemców rozbudzić, to widok tego domu, w którym złe i dobre wrzało ciągle, jak w garnku.
Napróżno usiłowawszy przez czas jakiś zjednać sobie Jerzego i skłonić go do przejęcia swego obyczaju, w końcu dzikość złożyli na chorobę i dali mu pokój. Zostawiono mu swobodę niemal zupełną, a tego tylko było mu potrzeba.
Wchodził, wychodził, wyjeżdżał ze Szwentasem, kiedy i jak mu się podobało. Patrzano nań z ciekawością i podziwieniem, ale zaczepiano już ostrożniéj, aby mu się nie naprzykrzać.
W niedzielę i święta, szaraczkowe płaszcze z Malborga wykradały się czasem na pijatykę i kości do Pynauów; zapraszano na te gody Jerzego, ale niechętnie przychodził.
Szwentas u niego po całych dniach, opatrzywszy konie, siadywał u progu na ziemi i uczył go po cichu litewskiéj mowy.
Szeptali, naradzając się, coby tu począć, aby się wyrwać z niewoli.
Tymczasem zima przechodziła i wiosna się oznajmowała. Była w początkach niestałą, zaglądała i odchodziła... Korzystał z każdego jaśniejszego dnia Jerzy do przejażdżek. Szwentas czasem jechał za nim, niekiedy puszczał samego.
Chłopak z kolei kierował się w różne strony jakby dla poznania okolicy, i ośmieliwszy się, odjeżdżał dosyć daleko. Najdłużéj odwagi mu brakło zbliżyć się do Malborga, na który codzień patrzał i tu mu się najłatwiéj dostać było, ale strach go jakiś ogarniał. Bał się, aby go kto nie zobaczył, nie doniósł, i aby go znowu nie zabrano na Zamek.
W ciągu zimy, Bernard, dla przekonania się, jak tam jego wychowańcowi się działo, zaglądał kilka razy do Pynaufeldu... Widział Jerzego zdrowszym, ale równie, jak był, smutnym i milczącym; pozwalał mu więc zwolna się tu pokrzepiać wiejskiém powietrzem.
Zimową porą wszyscy trzéj Pynauowie mieli go więcéj na oku; z wiosną we dworze mało kto zostawał. Jerzy był zupełnie swobodny ze Szwentasem i mogli zajmować się, czém chcieli.
To jednak, czego obaj pragnęli najmocniéj — wyrwanie się z rąk Krzyżaków, pomimo wielkiéj świadomości kraju Szwentasa, było tak trudném, iż dotąd ani pomyśléć nie mogli, jakby to uskutecznić. Parobek ważył-by się sam na to, bo mu z jego powierzchownością łatwo było przebranemu się przesunąć, a złapanemu wyślizgnąć, lub wytłómaczyć. Jerzego młodość, postawa, niedoświadczenie, żywość — oczy nań zwracały i podejrzenia.
Samotność ze Szwentasem na folwarku Pynaufeldzkim podziałała na młodego chłopaka tak, że coraz ciekawszym był i niecierpliwszym oglądania Litwy, a nienawiść ku Niemcom opowiadaniami towarzysza wzrosła i rozgorzała.
Naglił na niego o wyzwolenie, które tamten w różny sposób przeciągał i odkładał.
Stan zawojowanych posiadłości Pruskich czynił przebycie ich dla podróżnych niezmiernie trudném. Ucieczka Jerzego natychmiast-by musiała być postrzeżoną, hasło do poszukiwania dane wszystkim Komturom. Mieszkańców dawnych, Prusaków, było mało; po drogach i miastach a gródkach koloniści niemieccy. Czuwanie nad włóczęgami i przechodniami, z powodu wciskających się szpiegów z Polski, będącéj w wojnie z Zakonem, Litwy, która pory do napaści upatrywała, troskliwe było i wielkie.
Gródki Krzyżackie stały na wszystkich drogach, a lasami bezdrożnemi przerzynać się nie było bezpiecznie, dla rozbójników pogan, których niedobitki się w nich tułały.
Szwentas, choć nie rozpaczał, że się może uda chwilę upatrzyć dogodną, zwłóczył i wymawiał się.
Jerzy tęsknił, sam dobrze nie wiedząc za czém; Litwę miał w sercu i na oczach ciągle, młodość go pędziła do czynu, życie bez celu męczyło go.
Jednego wieczoru, będąc w tém usposobieniu gorączkowém, sam jeden konno wybrał się na przejażdżkę. Szwentas stał w bramie; zapytał go, dokąd jechać myśli? Jerzy popatrzał wkoło, nie wiedząc, co odpowiedziéć. W oddaleniu wieże zamku Malborskiego widać było. Ściągnął konia, podumał chwilkę, potém skoczył z niego i oddał cugle Szwentasowi.
— Pójdę pieszo — rzekł kapryśnie — będę swobodniejszy.
Nic nie mówiąc, parobek odebrał konia. Jerzy puścił się ku miastu. Znał on je trochę dawniéj, bo i z Wysokiego Zamku przypatrywał mu się, i dawniéj nieraz się tam z kim wymykać pozwalano. Dla czego właśnie dnia tego przyszła mu fantazya zajść do miasta, sam on nie wiedział. Drożyna dosyć błotnista, ponad którą rosły karłowate wierzby, krzaki, prowadziła na przedmieście. Była ona teraz pustą i Jerzy, prędko idąc, ani się opatrzył, jak stanął u pierwszych domóstw drewnianych, otoczonych ogrodami. Ulic tu jeszcze nie było wytkniętych porządnie, każdy się jak chciał budował i rozkładał. Za domostwami kolonistów rolników, powoli zaczęły się ukazywać kuźnie, mieszkania rękodzielników, warsztaty, domy ze sklepikami, których okiennice za stoły do sprzedaży służyły. Ubiór Jerzego, który prostą czarną miał suknią na sobie bez żadnéj oznaki, jakich się tu codzień mnóztwo przewijało, oczu na niego nie zwracał. Mógł więc swobodnie puścić się w głąb’ miasta, ku targowicy i kościołowi.
Co go tam wiodło, sam się może nie przyznawał przed sobą. Opowiadania Rymosa o domu pani Gmundy i o pięknéj Baniucie, któréj był oddawna ciekawym, prowadziły go w stronę, w któréj stał dworek jéj. Miał jakąś nadzieję, że może litewskie dziewczę zobaczy.
Znał położenie domu, a Rymos mówił mu o furcie, przy któréj stawał. Z dala kołując, Jerzy powoli zbliżył się ku ogrodzeniu, a zobaczywszy konie i pachołków przy nich, począł upatrywać Rymosa. Był prawie pewien, że musi go tu znaléźć. Młodość ma czasem takie jasnowidzenia niechybne.
W istocie Rymos leżał pod parkanem, pochylony ku niemu, ale Jerzego nie widział, ani nawet poznał i domyślił się, gdy się przybliżył. Zadrgało serce nadchodzącemu, gdy posłyszał cicho nuconą pieśń litewską.
Leżący na ziemi chłopak oczom swym wierzyć nie chciał, gdy, uderzywszy go w plecy, Jerzy po imieniu zawołał nań.
Schwycił się na nogi, lecz, zobaczywszy Kunigasa przed sobą, naprzód przez otwór w parkanie zawołał do Baniuty:
— Kunigas!
Za płotem zaszeleściało żywo i w téj-że chwili dziewczę, już się na parkan wdrapawszy, ciekawemi oczyma szukało zapowiedzianego, o którym słyszało tyle.
Instynktem Jerzy podniósł głowę i w chwili, gdy Baniuta w całym blasku swéj dziewiczéj piękności, z wiankiem na skroni, z rumieńcem na licach, ukazała się w górze, oczy Kunigasa już jéj szukały.
Oboje, zobaczywszy się, trwali długo zaniemieli, podziwiając się wzajemnie. Ani Baniuta nie spuściła wzroku, ni Jerzy nie zadrżał przed jéj oczyma. Chciwie poili się tak sobą... a Rymos, który z dołu im się przyglądał, także stał osłupiały, trochę wylękły, a może zazdrosny.
Na Jerzym ta istota żywa, jakiéj nigdy jeszcze nie spotkał, ani oglądał z tak blizka, ta siostra po krwi, tak cudnie piękna, uczyniła wrażenie niewysłowione. — Zdawało mu się, że gdzieś ją widział już, że była dla niego przeznaczoną — coś niezwyciężonego ciągnęło go ku niéj.
Baniuta równie była nim zachwycona; radość malowała się w jéj oczach i uśmiechu. Jak dziecię, co kłamać nie umié, ani myśli, wyciągnęła rączki ku niemu... pochyliła się i, choć nie mówiła nic, cała jéj postać powiedziała: Weź mnie! chodźmy!
W Jerzym zachwyt mieszał się ze strachem, dreszcze przechodziły po nim, oglądał się dokoła. Wszystkie zwodnych cór szatana obrazy przychodziły mu na pamięć... ale to była Litwinka, pół-dziecię, sierota, wygnanka.
Rymos, przedłużoném milczeniem obojga przelękły, targnął Kunigasa za suknią. Baniucie pokazał parkan i miejsce, które niedawno zajmował. Tu otwór sobie do rozmowy i śpiewu zrobili. Jerzy mógł zobaczyć ją zblizka... Pierwsza dziewczyna zrozumiała to i ze zwinnością jaszczurki zsunęła się na dół. Jerzy już na nią czekał. Rymos z pokorą, konie swe ująwszy, ustąpił na kilka kroków z niemi.
Dzięki Szwentasowi, Jerzy się mógł rozmówić po litewsku. Zapomniany język, jak zagrzebane ziarno, dobył się z głębin jakichś, w których spoczywał.
Któż tę rozmowę, podobną do gruchania młodych gołębi, powtórzy? I byłaż to rozmowa? Nie wiem. Składały się na nią śmiechy, półwyrazy, dźwięki niby ptasie, nucenia ledwie ludzkie, wejrzenia, które zastępowały téj muzyki słowa.
Coś dzikiego było, źwierzęcego może, w téj wymianie wrażeń pół-zmysłowych, pół-dusznych, nieokiełznanych niczém, oprócz wstydliwości dziewiczéj i nieśmiałości niedoświadczonego chłopięcia. Dziewczę prostowało się, chciało być piękném, podrzucało główkę, wyginało się, jak ptaszę siedzące na gałązce... białe ząbki, niebieskie oczki i te ruchy wdzięczne, a dla Jerzego nowe, czarujące, w początku zastępowały słowa...
— Kunigas! — powtarzała Baniuta.
Jerzy głową potwierdzał. Imię jéj wiedział i szeptał je z cicha... Śmiała się imieniowi swojemu w jego ustach. Rumieniła się, nie wiedziała co począć... przyszła jéj myśl jakaś i nagle półgłosem nucić zaczęła piosnkę litewską.
Chłopak słuchał zachwycony.
— „Tam w ogródku kwitnie macierzanka, tam w ogródku tymianek zakwita; a gdzie się nasza siostra obróciła, tam najśliczniejsze wyrastały kwiatki“.
„Zieloną łąką przechodzi dziewczyna, dziewiczy wianek w białych rączkach trzyma. Wianku mój ciemny, wianeczku ruciany, daleko ze mną pójdziesz ztąd, daleko!“
„Bądź-że mi, matko moja, bądź mi zdrowa! Ojcze mój drogi, bądź mi ojcze zdrowy! zdrowi bywajcie, mili bracia  moi! siostry kochane bywajcie mi zdrowe!...“
Tęskną tę piosnkę nucąc dziewczę zaszlochało. Jerzemu ogień uderzył do głowy...
— Nie żegnajcie! — przerwał — wrócimy do nich!
Spojrzała nań.
— Nie! nam tu ginąć w ich szponach! — westchnęła.
— Ja was wybawię od nich! — przerwał Jerzy z dumą młodzieńczą, sam nie wiedząc, co mu dawało tę pewność ocalenia.
Baniuta przysunęła się ku otworowi w parkanie.
— Jak? — spytała.
Lecz Jerzy wśród natłoku myśli na odpowiedź zebrać się nie mógł. Pochylił się ku niéj.
— Uciekniemy — rzekł — ja was ztąd zabiorę...
Wyrzekł to z taką pewnością, iż uśmiech i promień szczęścia na twarz dzieweczki wywołał.
Podniosła ręce z wyrazem wdzięczności.
Rozmowa byłaby teraz szła może żywiéj, gdyby Rymos nie syknął i nie dał znaku. Jerzy zerwał się z ziemi i, zobaczywszy nadchodzącego Siegfrieda z dwoma rozweselonymi towarzyszami, co prędzéj zbiedz musiał za załom ogrodzenia.
Baniuta znikła; Krzyżacy podśpiewując, siadali na konie, Rymos im podawał strzemiona. Nadchodził wieczór, gwiazdy zaczynały pokazywać się na niebiosach. Jerzy, już nie śmiejąc powracać do parkanu, musiał co prędzéj puścić się z powrotem do Pynaufeldu.
Szedł, jak nigdy czując się silnym, pełnym życia i jakichś niewysłowionych, błogich nadziei. Jak ten, co się wpatrzył w blask długo, oślepiony jest i niesie w oczach pochłonięte jego promienie, tak on ciągle miał przed sobą obraz pięknéj Baniuty.
Nowe życie wstąpiło w niego... Wczoraj marzył o ucieczce dla siebie tylko, teraz musiał myśléć o zabraniu tego skarbu z sobą. Bez niéj, cóżby mu było po swobodzie?
Prawie sam nie wiedząc jak, wpadł znowu przez przedmieścia na drożynę i śpiesznym krokiem pobiegł do folwarku. Jakkolwiek podwajał kroku, już noc prawie była, gdy nareszcie znalazł się w Pynau, gdzie Szwentas niespokojny czekał na niego we wrotach, a w izbie siadano do wieczerzy, krzykliwie, jak zwykle, czyniąc przypuszczenia, gdzie się mógł chłopak obłąkać, który pieszo się puścił, a tak do późna nie wracał? Obawiano się jakiego przypadku.
Zjawienie się w progu Jerzego młodzi Pynauowie powitali wesołym śmiechem, a stary gdéraniem i pytaniami, co się mu stało, iż na czas nie wrócił.
Chłopak musiał kłamać dosyć niezręcznie. Nie myślał się przyznawać wcale do wycieczki ku miastu; skłamał więc, że po-nad błotami w zaroślach obłąkawszy się, drogi nazad nie mógł łatwo wyszukać.
Być może, iż mu nie spełna uwierzono, lecz Dietrich nie chciał naciskać, młodzi się uśmiechali szydersko i Jerzy siadł z nimi do wieczerzy.
Rozmowa wkrótce zwróciła się do spraw gospodarskich, wołów i koni, a gość mógł się niepostrzeżony wymknąć do swéj izby, gdzie nań Szwentas oczekiwał.
Przed nim także Jerzy się nie myślał przyznawać do tego, co widział i jakie na nim wrażenie robiło dziewczę; wspomniał tylko, że za miastem Rymosa spotkał.
— Słuchaj, Szwentas! — rzekł — jeżeli to prawda, co mi powiadasz codzień, że tęsknisz do swoich, a mnie do nich chcesz dopomódz, nie zwódź-że; myśl o tém, poczynaj, bo ja szaleństwo jakie zrobię i głową gotów-em nałożyć.
Szwentas westchnął ciężko.
— Dopóki ja tu na folwarku jestem — dodał — ujść mi łatwiéj. Gdyby mnie, jak dziś, którego wieczora nie stało, długo czekać będą, potém poślą szukać, czy mnie źwierz dziki nie zadrapał. Ucieczka im do głowy nie przyjdzie prędko, a my będziemy mieli czas... ubiedz kawał drogi.
Późniéj, gdy mnie i ciebie na Zamek wsadzą — ztamtąd, gdyby się i udało, wnet wrzawa powstanie i pogoń wyprawią.
Szwentas potakiwał, ale ręce łamał.
Miał on od dawna myśl, którą w sobie żywił, nie śmiejąc jéj wypowiedziéć jeszcze. Chciał wprzódy przygotować się i rozpatrzéć, czy-by się wykonać nie dała. Ucieczka lądem była prawie niemożliwą; Szwentas myślał o dużéj łodzi, którą-by nocą Nogatem puścić się można i, dostawszy do morza, u brzegów jego żeglując, przybić do Litewskiéj ziemi.
Lecz on sam z łodzią i wiosłami od dawna nie miał do czynienia, wód i ich ujść zaledwie słabo z opowiadań cudzych tworzył sobie pojęcie...
A jednak to mu się zdawało, przy pomocy losu, w który wierzył, najzbawienniejszém i jedyném. Pływał jak ryba, i jak każdy półdziki człowiek, który się uczyć tego nie potrzebuje; zdało mu się naturalném, że i Jerzy umiéć to musiał... Ratować się więc mogli zawsze, a ucieczka wodą nie łatwą była do wyśledzenia...
Chodził z tém Szwentas nad Nogat, upatrując zawczasu, gdzieby dobrą łódź mógł sobie przywłaszczyć, bo o nabyciu jéj innym sposobem nie mogło być mowy.
Dopóki jednak nie czuł się pewnym swego, Jerzemu nie wspomniał o tém wcale. I tym razem wstrzymał się od wyznania.
— Rymosa téż musimy z sobą zabrać — dodał Jerzy, przynaglając — myśl i o nim.
— Kto wié — szepnął — może nam jeszcze kogo trzeba będzie ztąd uprowadzić.
Parobek się obruszył.
— Jednemu ciężko, Kunigasiku, — rzekł, — dwóm gorzéj, trzem — to już prawie nie podobna, a czterech ja nie poprowadzę!!
I śmiać się zaczął smutnie.
— O, młodo a pstro! — (juniste, pankiste) — mruczał. — Nie dość wam, że swoję głowę wyniesiecie; Kunigasikowi chce się orszaku zaraz, aby prędzéj wytropili i wszyscy razem zginęli!!
— Jużci we trzech, czy tam wielu — odparł Jerzy — łatwiéj się obronimy.
— Gdy bronić się przyjdzie, — rzekł Szwentas szydersko — lepiéj sobie postronki na szyję pozakładać i samym się powiesić. Zachciało się wam wojować!
Jerzy zmilczał.
— No, Rymos — odezwał się parobek — a czwarty kto?
Jerzy milczał zarumieniony.
Przebiegły stary w tym rumieńcu wszystko, co mu było potrzeba, wyczytał; domyślił się, jakby widział, o kogo chodziło.
— Nie chcecie, to i nie mówcie — począł — bez tego ja wiem. Rymos wam tą dziewką Gmundowéj nabił głowę, alboście ją gdzieś i najrzeli. Młodemu fartuszek na myśli, a u mnie kobieta pustego orzecha nie warta i ja dla żadnéj guza sobie nabić nie dam, ani wam się pozwolę nastawiać.
Spojrzeli sobie w oczy; Szwentas pewnym był, że odgadł.
— Pięknych dziewcząt setkami na Litwie! — dodał.
Nie myślał się ani mu przyznać, ni w rozprawę z nim wdawać Jerzy; nie odrzekł nic na to.
— Jak chcesz, i w jaki-kolwiek bądź sposób — rzekł, odwracając się, — myśl o ucieczce. Nie zechcesz ty, ja sam się rzucę na oślep...
— Szkoda was, bo zginiecie; — spokojnie odezwał się Szwentas. — Trochę cierpliwości, a stary coś wyduma...
— Jutro — dorzucił — ja na Zamek idę.
Nie tłómaczył się; co go tam prowadziło. Szło mu o to w istocie, by się rozpytał, kiedy, dawno zapowiadana potajemnie, wielka wyprawa pójść miała na Litwę. Chciał naprzód o niéj uwiadomić swoich, bo teraz tak zapalczywie Krzyżaków zdradzał, jak dawniéj im służył; potém zdało mu się, że w zamęcie tym, jaki zawsze towarzyszył nagłemu wyciąganiu w pole, łatwiéj im było wymknąć się niepostrzeżonym.
Na wyprawę tę oczekiwano obiecanych z Niemiec i Anglii gości rycerzy. Potajemnie czyniono już przygotowania na ich przyjęcie, a rycerstwo Krzyżackie cieszyło się, bo przybycie obcych było zawsze hasłem nowéj swobody i zupełnego zwolnienia reguły zakonnéj.
Wprawdzie teraźniejszy Mistrz, Luder, zapowiadał ostrzejsze jéj zachowywanie; lecz żadna władza nie mogła w tych chwilach ogólnego zapału pilnować ściśle form, do których goście wcale się nie zastosowywali.
Szwentas wiedział z doświadczenia, co się to dziewało na Zamku w przededniu wielkich wypraw, gdy stoły obsiedli cudzoziemcy i podbudzeni do przyszłéj walki, upojeni podwójnie, jak pszczoły z ula potém puszczali się, pomieszani z rycerstwem zakonném, na rzezie, jak na biesiadę.
Mnogość pachołków i czeladzi różno-języcznéj, zaprzątnienie przyborami do wojny, czyniły wszelką karność niemożliwą, i Zamek nie rychło do ładu jakiegoś powracał.
Z takich dni łatwo było korzystać i wymknąć się z razu niepostrzeżonym, tak, by myślano, iż ci, co znikli, razem poszli z tymi, co się na wojnę wybrali.
Szwentas rachował na to. Niepokoiło go tylko to, że raz był podsłuchał Sylwestra doradzającego Bernardowi, aby chłopca wziął z sobą na przyszłą wycieczkę.
Na Zamku było jeszcze tajemnicą pozorną, kiedy mają goście przybywać i wyprawa być postanowioną; lecz starsi z pewnych oznak wnioskowali, iż to rychło nastąpić było powinno.
Rozkazano owsy do worów zsypane miéć w pogotowiu, solone mięsiwo stało w beczkach odliczone, miód i wino podczaszowie już utoczyli w baryłki podróżne. Izby gościnne myto i oporządzano w Średnim Zamku. W. Mistrz codzień prawie otrzymywał poselstwa jakieś; ludzie obcy przybywali z pismami i znakami.
Ruch, w ogóle większy, niż w téj porze zwykł bywać, postrzegł Szwentas.
Pozorem do dostania się na Zamek był jakiś przybór na konia, który dla Jerzego wydał pomocnik Trapiera. Schwyciwszy tu, co mu widziéć było potrzeba, Szwentas zabierał się do powrotu, gdy na drodze, nieustannie się po Zamku i po wszystkich jego kątach uwijającego, spotkał — Bernarda.
Ten zdziwił się wielce powrotowi parobka i zatrzymał go.
— Jak śmiałeś pana swego opuścić? — zapytał.
— Sam mnie posłał — odpowiedział parobek spokojnie, pokazując wędzidło nowe...
Bernard popatrzył i zachmurzył się.
— Mogliście do czasu i starego zażywać — rzekł — bo rychło was na Zamek sprowadzę. Jerzy zdrowszy jest i silniejszy?
— Albo ja wiem? — począł parobek. — Codzień na niego patrząc, nie widzę zmiany. Stary Dietrich skarży się, że na nim nie widać polepszenia. Mruk, milczący, smutny... jak był, tak i jest do dziś dnia. Z niego nie będzie pociechy.
Pogardliwie słuchał tego Bernard.
— Widać, że i tobie w Pynau zasmakowało — rzekł szydersko.
— Jakby to mnie — odparł parobek — gdzie lepiéj, albo gorzéj być mogło?
Ruszył ramionami. — Chyba ta różnica, że inna ręka w kark tłucze...
Krzyżak odszedł był parę kroków.
— Powiedz panu swojemu, — dodał — żeby się rychło do powrotu sposobił: dosyć już miał swobody; a u Pynauów nic się dobrego nie nauczy.
Szwentas uśmiechnął się.
Ze złą nowiną pośpieszył z powrotem na folwark, ale tu Jerzego nie zastał. Częściéj teraz, niż dawniéj, szczególniéj wieczorami, wymykał się on i pieszo... Miał go w podejrzeniu parobek, lecz milczał.
Dnia tego powrócił Jerzy o zmierzchu, zmęczony i zdyszany, poruszony więcéj niż kiedy. Szwentas leżał u progu, czekając na niego; podniósł się, zobaczywszy go, ze zwykłym sobie uśmieszkiem szyderskim.
— Pozdrowienie wam przyniosłem od Bernarda, — rzekł — bo gdy kogo człowiek nie rad spotkać, pewnie się natknie na niego. Tak i ja. Pytał o wasze zdrowie; powiedziałem, żeście chorzy, ale to pono nie pomoże i na Zamek wkrótce potrzeba będzie powracać.
Jerzemu oczy się zaświeciły.
— Szwentas! — zawołał — nim ta chwila nadejdzie, rób co chcesz, ja ujść muszę.
Nic nie mówiąc, zrezygnowany parobek się na ziemi położył, skurczył, ręce pod głowę zacisnął i westchnął głęboko.
— Słyszałeś? — powtórzył chłopak.
— Kunigasiku! — zamruczał Szwentas — ja to nawet słyszę, czego wy nie mówicie, a chcecie, bym puścił mimo to, co niepotrzebnie tak głośno wykrzykujecie? Szwentas stary zrobi, co może, a wy idźcie spać.
Nazajutrz do dnia parobka we dworze nie było, nie powrócił do obiadu, nie pokazał się do wieczora. Jerzy, jak tylko począć miało zmierzchać, puścił się ku miastu. Wymykał się on tam teraz niemal codziennie, tak, aby u parkanu stanąć o zmroku. Baniuta prawie zawsze nań oczekiwała, czasem się zjawiał Rymos, a wówczas bezpieczniejsi się czuli, bo on straż sprawiał około furty...
W cichych rozmowach z dziewczyną, Jerzy wszystko jéj już wyspowiadał, co wiedział i myślał. Oboje z dziecinną zarozumiałością postanowili uciekać, a było im tém pilniéj, że Baniuta ze łzami w oczach się uskarżała na zuchwałe obchodzenie się z sobą gości, od których Gmunda wcale jéj bronić nie myślała, żalącą się łajała i groziła jéj chłostą.
Jerzemu myśli najzuchwalsze przychodziły do głowy, jakby dziewczę ocalić? Własna ucieczka już nie obchodziła go tyle, co los niebieskookiéj, złotowłoséj Baniuty. Była to pierwsza w życiu jego namiętność, gwałtowna, nie licząca się z niczém. Samo przypuszczenie, iż mu ktoś mógł pochwycić ten skarb, do wściekłości go i szału pobudzało...
Szwentas się ociągał; gotów był go porzucić i sam z nią i Rymosem zbiedz w lasy... a potém?? Sam on nie wiedział, co się stać mogło.
I tego wieczoru, powróciwszy, Jerzy postanowił przynaglić Szwentasa, aby, bądź co bądź, dzień ucieczki naznaczył. Ale parobek wrócił znużony późno bardzo, i na pierwsze słowo Kunigasa, położywszy palec na ustach, szepnął:
— Niezadługo...
Więcéj powiedziéć nie chciał.
Parę dni znowu upłynęło. Jednego popołudnia, gdy we dworze oprócz staréj Dietrichowéj i sługi nikogo nie było, w dziedzińcu konno zjawił się Bernard, który, że pachołka z sobą nie miał, a ludzie wszyscy w polu na robocie byli, dowołać się nie mógł nawet, by mu kto konia potrzymał.
Stara Dietrichowa wyszła z lamentem i pokłonem, tłómacząc się, że w polu było co żyło, a młody Krzyżak i jego pachołek także gdzieś powędrowali.
Zmarszczył się Bernard.
Nie chciał już zsiadać nawet, znalazłszy baby same, i z konia wydał staruszce rozkaz, aby Jerzemu nazajutrz na Zamek wracać poleciła.
Zawrócił się i pojechał.
Jerzy, który właśnie drogą od miasta skradał się na folwark, poznawszy z dala Bernarda, musiał się w łozinach ukryć, aby uniknąć spotkania. Serce mu biło przeczuciem jakiemś złowrogiém. Pośpieszył co prędzéj na folwark. Tu Dietrichowa, ledwie go ujrzawszy, wołać poczęła, aby się zbyć danego jéj polecenia...
— Paniczyku — rzekła — przybył tu po was brat Bernard; jutro was na Zamek wołają.
Jutro! tak, jutro! niech mi tak Bóg i święta patronka Barbara pomogą. Tak mówił, słyszałam wyraźnie; nakazał, byście mu się jutro stawili...
Jerzy stał, jak przybity; gniew mu sercem poruszał; to nastawanie staruszki drażniło go; odezwał się pół szydersko:
— Jutro? hę? a nie oznaczył-że pory?
— Nie, ale wyraźnie mówił, jutro, a twarz miał namarszczoną i posępną. Jutro więc, co prędzéj, to lepiéj...
— Zbyć-byście nas chcieli! — dodał Jerzy.
Stara poruszyła ramionami.
— E! — rzekła — nie zaciężyliście nam bardzo. Co tam! Mało was temi czasy koło domu widać było. Co za dziw? Długo takiéj nie zażyjecie swobody, bo na Zamku więzienie...
— A! tak — zamruczał Jerzy.
Więc jutro — rzekł w duchu, wchodząc do swéj izdebki... Rozpaczliwie załamał ręce... Szwentasa nie było jeszcze, przywlókł się późno. Temu już w dziedzińcu parobcy oznajmili, śmiejąc się, że się z nim jutro żegnać będą. Wieść rozeszła się była po folwarku, i stary Litwin wiedział ze szczegółami o przybyciu i rozkazie Bernarda, gdy do izby Kunigasa wszedł smutny...
Nim on się odezwał, Szwentas ręką dał znać, iż nie potrzebuje być zawiadomionym.
Jerzy przypadł doń z rozpaczą. Parobek stał zasępiony, lecz ostygły.
— Mów! — wołał — co poczniemy?
W Litwinie odezwała się przekora, na widok téj natarczywości. Milczał umyślnie, trąc głowę i uszy...
— No, pojedziemy na Zamek! — zamruczał Szwentas.
Jerzy odskoczył, namiętnie zaciskając pięści.
— Zdrajca jesteś!
Litwin zmilczał.
— Mow-że!
— Kunigasiku, gdy wpadniecie w taki książęcy gniew, czyż wy posłyszycie, choćbym co rozumnego powiedział? Uspokójcie się wprzódy.
Zawstydzony chłopak starał się przybrać postać spokojną.
— No tak, Kunigasiku mój! — począł Szwentas — pojedziemy na Zamek posłusznie... bo jutro uciekać, znaczyło-by głowy na pieniek położyć... Ale nie bójcie się, ujdziemy i ujdziemy bezpiecznie... gdy Szwentas mrugnie i powie: Teraz pora...
Jerzemu z folwarku powracać na Zamek nie chciało się tak, że, do rozpaczy prawie przywiedziony, Szwentas, dawał mu się wyzłościć, mrucząc sobie, że o dziewczynę pewnie chodzić musiało. Za całą pociechę niekiedy mu podszeptywał:
— Kunigasiku, z Zamku drapniemy, gdy wszystko będzie gotowe, choćby we trzech, a choćby i we czworo...
Mówiąc to „czworo“, spoglądał nań chytrze i uśmiechał się.
Nie wtajemniczony, domyślał się już na pewno, że Jerzy ze swobody dla poznania dziewczęcia u Gmundy korzystał.
Drugiego dnia z rana, Szwentas posłuszny wybierał się już, konie siodłał, sakwy napełniał i żegnał się ze służbą i parobkami, gdy spostrzegł, że Jerzego na folwarku nie było. Zbiegł on w dzień biały, nie gdzieindziéj, jak do miasteczka.
Przez całą noc przemyślał nad tém, jakby się raz jeszcze z Baniutą zobaczyć, pożegnać ją i oznajmić, że, bądź co bądź, zabrać ją z sobą musi, gdy pora przyjdzie do ucieczki.
Wahał się aż prawie do białego dnia z wymknięciem się do Malborga; szarzało zaledwie, gdy, opończę prostą schwyciwszy, nie mogąc się wstrzymać już, za wrota wyskoczył. W mieście ruch się zaledwie poczynał, a w kuźniach i warsztatach a sklepikach ledwie się okiennice odmykały, gdy dobiegł do pierwszych domostw. Przesunąć się niepostrzeżonemu przez ulice i rynek, którym właśnie pobożni do kościoła na poranną mszę przechodzili, łatwiéj było, niż Baniutę w téj porze ze dworu na rozmowę wywołać.
Płaszcz, krojem i barwą okazujący, że do Zakonu należał, nieco mu przystęp ułatwiał; ale godzina była zbyt wczesna i wrota domu stały zaparte.
Szczęściem pobożna Gmunda otwarła je sama, wychodząc do kościoła, a Jerzy wcisnął się niepostrzeżony w dziedziniec. Tu wprawdzie u studni dziewcząt było kilka, które wodę czerpały i chusty przepierały, ale Baniuty nie znalazł. Ukryty za krzakiem bzu, czekał zniecierpliwiony długo, nim i ona ze dzbanem w ręku przybyła do studni.
Inne dziewczęta właśnie powróciły do dworu i Jerzy znak jéj dał, aby się zbliżyła na rozmowę. Baniuta, w téj porze niezwykłéj zobaczywszy go, przelękła pobiegła ku niemu.
Twarz biednego Kunigasa zdradzała niepokój i trwogę.
— Baniu! — zawołał — ja muszę na Zamek... dziś, zaraz! Nie mogę tam wrócić, nie zobaczywszy ciebie.
Trzymał ją, pochwyciwszy za rękę.
— Zamkną cię? — zapytała.
— Ale wyrwę się im i uciekać muszę. Bądź gotową! nie pójdę bez ciebie, nie porzucę cię w ich szponach.
Baniucie się oczki zaśmiały.
— Pamiętaj, Kunigasie! — rzekła cicho — a śpiesz się! Inaczéj przyjdziesz za późno i tylko trupa mojego znajdziesz gdzieś pod płotem. Oni mnie zgubić chcą; codzień muszę się obraniać siłą i chytrością, a w końcu obojga nie stanie. Gdy zabraknie ich... mam trut-ziele, abym wstydu nie przeżyła.
Słuchając, Jerzy dyszał gniewem okrutnym i ręce jego, zapomniawszy się, dłoń dziewczęcia tak ściskały, jakby ją chciały zgnieść na miazgę. Baniuta z bólu pobladła...

Kunigas postrzegł teraz dopiero, że ukochaną męczył, choć usteczka jéj jeszcze mu się uśmiechały. Puścił zbolałą rękę jéj i, przyskoczywszy do milczącéj dziewczyny, objął ją za szyję. Obie jéj ręce zawisły na jego ramionach i gorące oddechy zlały się w pierwszym pocałunku...
Baniuta i Jerzy.
— Pamiętaj! — szeptało dziewczę.

— Pamiętaj! — mówił rozpłomieniony Kunigas...
Zapomnieli się w tym uścisku, gdy tuż z po-za nich, głos syczący, opryskliwy, gniewny, odezwał się, jak piorun spadając na nich...
— Do mnie! do mnie! łapać!... Knechta sobie sprowadziła wstydliwa dzieweczka, co się tak boi we dworze rycerstwu posługiwać!... Chwytać go i na Zamek!...
Baniuta odepchnęła Kunigasa i pierzchnęła w ogród; Jerzy, czując już, że go za płaszcz chwytano, z całéj siły wyrwał się napadającym sługom, otrząsł od nich i, twarz osłaniając, popędził ku wrotom, u których furta szczęściem stała otworem. Za sobą słyszał ścigających, kobiety krzyczące w niebogłosy i pachołków; co raz to koniec poły ktoś chwytał... ale Jerzy silny był i zręczny... W ulicy zwrócił się nagle i, nim goniący mieli czas rozpędzeni zmienić kierunek pogoni, uszedł w stronę przeciwną, chroniąc się za załom ogrodzenia... Trzy uliczki wązkie rozchodziły się do zabudowań przedmiejskich, po-nad któremi świeżemi liśćmi okryte zwieszały się gałęzie czeremchy, dzikiego bzu, wiśni i brzóz. W pierwszą z nich puścił się Jerzy, rachując na to, że zniknie z oczu, nim się opatrzą, w którą uliczkę się puścił.
Pogoń czeladzi pani Gmundy nie ustawała, ale już Kunigas, płot przelazłszy, schronił się do ogrodu, przypadł i usłyszał, jak go pominęli ludzie, ze śmiechem i odgróżkami ścigający, jak złodzieja...
Dopiéro gdy ucichły krzyki, chłopak podniósł się z ziemi, obejrzał się bacznie, odartego płaszcza poprawił i, okrążając przedmieścia, po za niemi do Pynaufeldu pośpieszył.
Szedł, jak pół żywy z boleści i troski nad Baniutą i nad sobą. Co ją tam od pani Gmundy, co jego na Zamku spotkać miało, jeżeli kto poznał i wydał, jako zuchwałego napastnika?







VII.



Malborski Zamek wcale teraz inaczéj się przedstawiał przybywającym doń codziennie zbrojnym Krzyżowcom, niż przed kilku tygodniami. Spokojne, smutne a posępne mury przybrały jakąś szatę świąteczną.
Starano się je dla cudzoziemców uczynić piękniejszemi, niż powszednich dni były. Murarze dali im świeżą powłokę, bramy świeciły wypolerowanemi gwoźdźmi i okuciem, gorsze i rozmiękłe ścieżki a drożyny pozarzucano kamieniami, wały, zmyte deszczem i powyrywane, pozasypywano i ubito. Na wieżycach, na Babiéj i na Czarnéj, powiewały chorągwie Wielkiego Mistrza i Zakonu.
Straże w bramach poprzywdziewały uzbrojenia jasne, suknie nowe. W dziedzińcach wszędzie czysto było i umieciono, jak w izbie, a ludzie, co się pokazywali tu, wszyscy byli jakby na wielkie święto poubierani.
I nie tylko służba, ale i cała starszyzna, którą tu i ówdzie widać było ukazującą się w oknach i na krużgankach, miała szaty odświętne, nowe, oblicza jakieś uroczyste, rozpromienione, wesołe...
Na Średnim Zamku, gdzie była wielka sala biesiadna, w któréj zwykle mistrz gości przyjmował, i gdzie się w doroczne obchody, czasu kapituł i narad, gromadzili Komturowie, Starszyzna, zasłużeni rycerze, przysposabiano wszystko do wielkiego stołu... nie zakonnym obyczajem.
Wedle starego prawa, pierwsi owi rycerze Szpitalni Jerozolimskiego Domu jadali tylko trzy razy w tygodniu mięsne potrawy, przez trzy dni nabiał i jaja dozwolone były, w piątek suszyli o chlebie i wodzie...
Do stołu siadali rycerze dawni, podzieleni parami, słuchając czytania Żywotów Świętych, a okruchy z ich zastawy szły dla ubogich, razem z dziesięciną tego, co się tu gotowało i piekło... Dawniéj wymierzano i piwo, i wino... w milczeniu i krótko spożywali jadło proste... teraz!..
Teraz z całego świata szły skupywane na stół ich korzenne przyprawy najdroższe, które się tylko na książęcych ukazywały kuchniach; okseftami dostarczano im win najwytworniejszych, prosty sprzęt klasztorny zastępowały misy srebrne i pozłociste, glinę — kosztowne szkło weneckie; białe rąbki wzorzysto szyte musiały stoły okrywać...
Wszystko to działo się pod pozorem, by Zakon dostojnym gościom, którzy mu w pomoc przybywali co rok, okazał, jak możnym był i zamożnym. Osobliwie od czasu, gdy Wielki Mistrz przeniósł tu swą stolicę, okazałość stała się konieczną. Naczelnik Zakonu chciał na równi stać niemal z panującymi. Surowa reguła pozostała dla pół braci, dla płaszczów szarych, dla służby i gawiedzi; na Wysokim Zamku książęco żyło się i ugaszczało. Do tego życia starszyzna przywykała, stało się ono potrzebą i, tłómacząc je, mówiono, że Zakon niemiecki musiał świat swą potęgą olśniewać, inaczéj nie pociągał-by ku sobie i nie zjednał znaczenia, jakie miéć był powinien.
Mnożyły się zdobycze oręża i frymarku, rozszerzały granice posiadłości zawojowanych i wydartych, skarb się łupami napełniał; Zakon w istocie stawał się potęgą, a był przedstawicielem niemieckiéj chciwości ziemi; mniszy habit coraz spadał z ramion jego, odsłaniając żelazne pancerze i skrwawione dłonie.
Stróże Szpitalni rośli na wojsko rozbójniczo chrześcijańskie, mianując się czcicielami Maryi, sługami Chrystusa, poddanymi Apostolskiéj Stolicy, gdy w istocie germańską ideę zaboru mieli w sercu i myśli.
Na przemiany kłaniając się to Cesarzowi, to Papieżom, pierwszym oddawali hołd, gdy drudzy karcić ich chcieli, — do tych uciekali się, gdy Cesarz spory ich rozsądzał nie po myśli...
Jawném już było ze składu Zakonu, czyją popierał sprawę w imię wiary i nawrócenia pogan.
Sala biesiadna, w któréj od rana krzątała się czeladź liczna, tak była przystrojoną, jak Zamek cały... Brakło tylko niewiast, aby za królewską ją wziąć było można. Siedzenia do koła stołu na ławach z poręczami — okrywały poduszki miękkie, posadzkę wschodnie kobierce, stół bielizna bramowana szyciem... U ściany na dębowych policach rzeźbionych lśniły ogromne dzbany, misy misternie kute, kubki, którym złotnicy nadali kształty źwierząt fantastycznych... Od stropu do dołu cała część ściany zakrytą była niemi, zastawiona tak gęsto, że oko polic rozeznać nie mogło...
Na osobnym stole przygotowane miednice i nalewki bronzowe, ręczniki szyte, czekały na ręce, którym przed ucztą służyć miały do ablucyi.
Stolnik, podczaszowie, służba, obchodzili dokoła zastawione stoły rozpatrując, gdzie czego brakło, co przystawić należało, czém przyozdobić jeszcze i zbogacić książęcy występ Zakonu.
Spodziewano się gości; niektórzy z nich już byli i po komnatach spoczywali, inni co chwila przybyć mieli, bo się już posłami zawczasu oznajmili.
Kilkodniowa uczta poprzedzić miała, wedle zwyczaju, wyprawę na pogan, rodzaj łowów wesołych, w których źwierzem był Prusak lub Litwin, czasem nawet ochrzczeni i dawno nawróceni Polacy. Nie bronił chrzest od krzyżackiego miecza, tylko słowo niemieckie i krew germańska.
Tym razem gośćmi Zakonu byli: Ludwik Margrabia Brandenburski, Filip Hrabia z Namur, Hrabia Henneberg, kilku Francuzów chciwych rycerskich zapasów, kilku Austryaków i jeden możny pan Angielski. Zastęp ten, który już liczył dwieście najpiękniejszych hełmów, powiększał się jeszcze co dzień.
Każdy z tych dostojnych przybyszów prowadził z sobą garstkę szlachty, równie jak sam uzbrojonéj i mężnéj... Przeciwko poganom napół nagim, zaledwie w jakiś oręż opatrzonym, żelazny rycerz z Zachodu stał za dziesięciu, był machiną i jakby ruchomą twierdzą, rozbijającą tłumy. Nie brały go strzały, o mur stalowy na jego piersi rozbijały się twarde pałki. Wyprawa była zabawką, klęska rzadką, a nieszczęśliwi mogli się pomścić zadawanych sobie, tylko skupiając się w tłumy ogromne, i mrowiem zasypując przeciwnika...
Dnia tego, część już gości zgromadzoną była w salce o granitowym słupie, dokoła Mistrza Wielkiego. Gwar słychać było wesoły... Języki mieszały się tu różne, jak u wieży Babel... Część mówiła po niemiecku rozmaitymi dyalektami ziem, z których pochodziła, niezawsze się dobrze rozumiejąc między sobą; Francuzi z niektórymi porozumiewali się po łacinie, między sobą językiem południowéj i północnéj Francyi, obu krewnemi sobie a odmiennemi jednakże... Anglik łamał się z niemczyzną powinowatą; kilku rycerzy polyglottów chodziło od jednych do drugich, posługując jako tłómacze...
Wszyscy dostojnicy zgromadzeni już byli i oczekiwano tylko na hrabiego z Namur, który po wczorajszéj, długo przeciągniętéj, uczcie, spoczywał; gdy skromnie i po cichu wsunął się Bernard i stanął na uboczu. Nikt na niego nie zwrócił uwagi, chociaż piękna ta postać dziś tak odbijała od innych wyrazem posępnym, smutkiem i bolem prawie, a tak wśród ogólnego wesela i ożywienia zdała się tu obcą i rażącą, iż pierwsze na nią wejrzenie powinno było wywołać pytanie: co ten człowiek przynosił z sobą? jaką klęskę, jaką wieść złą, jaką groźbę?
Większa część Krzyżaków nawykłą tak była widziéć brata Bernarda surowym, ścisłym zachowawcą reguły i stróżem jéj nad innymi, iż jéj może posępne to oblicze nie zdziwiło wcale. Zbywano je wejrzeniem przelotném, ukłonem nieznacznym, i nikt nie śpieszył do rozmowy i towarzystwa z tym, który tu, dziś zwłaszcza, wśród tych saturnalii, był jakby dysharmonijną nutą...
Ten i ów rzucił nań okiem i uchylił się prędko.
Goście przysłuchiwali się z upodobaniem powieściom Krzyżaków z czasów pierwszego ich osiedlenia się i pierwszych walk z niewiernymi. Czasy to już były niemal w bajeczne obleczone legendy, postrojone poetycznemi wymysły. Chlubiono się tymi przodkami, których pierwszym zamkiem obronnym był stary dąb rozłożysty, obwiedziony parkanem, opasany rowem, na gałęziach swych dający schronienie przyszłym zdobywcom...
W opowiadaniach rycerzy malował się ów lud litewski, bohatersko broniący swéj ziemi, bogów, obyczaju, świętości wiekami ubłogosławionych, jako dzicz na-pół zwierzęca.
Stary Siegfried, z twarzą rozpromienioną młodszych lat wspomnieniami, właśnie popierał przekonanie to, które większość braci dzieliła, iż zdradnéj dziczy téj wcale oszczędzać nie było potrzeba...
— Chrzcić ich? — wołał — ale co im chrzest pomoże? Tak samo-by grzechem było: święconą wodą oblać nierozumne źwierzę! Pogańska ślepota odwieczna nie dopuści im nigdy ujrzéć światła... Nawet w kolebce wzięte dzieci, gdy dorosną, krew w nich gra i jak wilczęta zbiegają do lasu. Jedyny środek, — wytępiać to plemię... Ja — mówił — nigdym żadnemu, co się mi pod włócznią lub miecz nawinął, nie przebaczył; chrzczę ich mieczem i krwią... Ego te baptiso in gladio!
Śmiał się stary, mówiąc to.
— Ziemia opustoszeje, powiadają; — dodał poważniéj — znajdziemy u siebie kim ją zaludnić... Rodzi się u nas dosyć dzieci, dość mamy ludzi bezziemnych. Gdzie siądzie nasz przybysz, chorągiew z sobą niesie Cesarstwa i zajmuje ziemię tę dla Apostolskiéj Stolicy i dla państwa rzymskiego. Ziemię tę darowizną otrzymaliśmy od Papieżów, Królów, Cezarów, do których z prawa cała kula ziemska należy; własnością jest naszą... więc tych przywłaszczycieli w pień...
— Probowali — przerwał Lampert z Mülbergu — chrzcić się pozornie, aby nas z niczém odprawić. Słali wprost do Rzymu poddając się... ale się to im nie powiodło... Za późno było... ziemia to nasza...
— Gorzéj jeszcze — mówił Hans Wirnburg — zaczęli stawiać kościoły i sprowadzać sobie mnichów, aby się nimi od nas zasłonić... aleśmy im i tym klechom odebrali ochotę oszukiwania nas... Cha! cha! Kazałem wieszać księży i kościoły popalić...
Cicho się zrobiło. Siegfried dodał:
— Jacy to tam przez pogan żywieni księża być mogli, i jakie te ich kościoły... Bożnice Baala...
— Tępić, bić, palić — tabula rasa zrobić, to sposób jedyny — dodał. — Gdy się ziarno ma siać, trzeba ziemię rozdzierać bez litości, dopiéro ono na niéj wzejdzie, krew użyźni...
Bernard przysłuchiwał się z daleka; na twarzy jego nie widać było ani oznaki przyzwolenia, ani oburzenia i oporu; mowy podobne nie po raz pierwszy obijały się o uszy jego.
— Dziś — odezwał się Wielki Mistrz Luder — dzięki Bogu i opiece patronki naszéj Maryi, świętym orędownikom Zakonu, możemy już spokojném okiem w przyszłość spoglądać. Ziemi zagarnęliśmy wiele, dosięgamy brzegów morza; a choć z Polakami potrwa jeszcze walka i spór długo, choć Litwa się z nimi sprzęgać zaczyna, stoimy już tak, że się i im obojgu oprzemy, i ziemie, dla Stolicy Apostolskiéj a cesarstwa zdobyte, dla nich utrzymamy...
Zwrócił się ku gościom.
— Z waszą łaskawą pomocą — dodał, spoglądając na Ludwika Brandeburga. — Wszystkie kraje chrześcijańskie czują, że nam posiłkować powinny, tak, jak niegdyś szły na krucyaty do Ziemi Świętéj. I tu sprawa Krzyża naszą sprawą.
— Każdy miecz i włócznia, która nam w pomoc przybywa — rzekł Siegfried — znaczy tyle, co darowizna Kościołowi milowéj kraju przestrzeni.
— A kraj to — mówił Hans z Wirnburga — wcale nie do pogardzenia i nie tak niewdzięczny, jak się na pozór wydaje... Ziemia w większéj części żyzna, gdy ją niemiecka socha poruszy... miodu i wosku dostatek, lasy źwierza pełne, rzeki w ryby obfitujące... Zima bywa srogą, to prawda, ale gdzie od wiatrów osłonięta, tam nawet na stokach wino rodzi...
— Hę? — rozśmiał się jeden z Francuzów — w wino wasze nie wierzę wiele, ale ryby i źwierzynę szanuję.
— A jabym wam rad — przerwał Siegfried — dać u obiadu kubek starego miodu, z którym się żaden pigment nie może ważyć..
— Piłem go i bardzo mi smakował — odparł Francuz — ale dla głowy ciężki jest.
— Bo my téż nie lekkie głowy mamy — odezwał się, śmiejąc, stary Siegfried.
Bernard, ciągle stojący na uboczu, niby słuchał, a zdawał się nie słyszéć... Wzrok jego błądził po ścianach.
Coś z jego twarzy poznawszy, Marszałek przysunął się do zadumanego i spytał go:
— Wyście tu jedni czegoś chmurni... żal mi was. Cóż za nowy ciężar wspólny spadł na was jednego? podzielcie go ze mną; krzywda się wam zawsze dzieje, bo nadto ramion nastawiacie.
Bernard brwi coraz bardziéj marszczył.
— Tym razem — odezwał się enigmatycznie — ja nie za nasz Zakon, co by mi pociechą było, pokutuję, ale za grzech własny.
— Grzech? — rozśmiał się Marszałek, niedowierzająco patrząc nań. — Posłuszni jesteście radzie świętéj: poniżacie siebie, abyście byli podwyższeni; ja w grzech, przez was popełniony, nie wierzę.
— Przecież, peccavi! — krótko odrzekł Bernard i zamilkł.
— Obudziliście ciekawość moję — odezwał się, wpatrując weń, Altenburg.
— Ale nie tu miejsce, by ją zaspokoić — rzekł Bernard. — Nie chcę wam wesołéj zatruwać chwili.
Uderzony tonem, jakim wyrazy te wyrzeczone były, Marszałek za rękę pochwycił Bernarda.
— Krótkiém słowem powiedzcie mi, co dla mnie tajemnicą na żaden sposób być nie powinno. Sprawa ważną jest...
— Dla mnie i sumienia mojego — odezwał się Bernard — dla Zakonu wagi mniejszéj.
To rzekłszy, jakby chciał uniknąć dalszego tłómaczenia, Bernard parę kroków w tył odstąpił.
Marszałek, nie nalegając już, powiódł za nim oczyma...
— Dziwny człowiek z tego Bernarda — szepnął do zbliżającego się Hansa z Wirnburga. — Zatruwa sobie życie, troski wszystkich biorąc na własny rachunek... Co mu dziś jest?
Hans pochylił się do ucha Marszałkowi:
— Musi się czuć winnym — rzekł śmiejąc się — że dobrym zasadom naszego Siegfrieda o wybijaniu pogan nie hołdował... Ma za swoje...
Wtem Wielki Mistrz przerwał, do Altenburskiego się zwracając z mową, a tuż i dzwonek oznajmił, że w sali uczta stała gotową. Czeladź otwarła drzwi i Mistrz Margrafa Brandeburskiego z przybyłym Hrabią z Namur wiódł przodem do jadalni.
Świetnie wyglądało to towarzystwo rycerskie, które na ten dzień zbroje poskładało i przywdziało najkosztowniejsze swe szaty, najpiękniejsze szkarłatne odzieże, aksamity, wschodnie jedwabne tkaniny i złotem przerabiane lamy.
Wpośród tego różnobarwnego tłumu, białe płaszcze Krzyżaków, które starszyzna poprzywdziewała na ten dzień, ciężkie łańcuchy złote, odbijały powagą swą i prostotą. Hrabia Namur odznaczał się szczególniéj wytwornością sukni, któréj krój kunsztowny, szycia, obrąbki, godła kolorami jakby pomalowane, czyniły go przedmiotem ciekawości, a może zazdrości wielu. Bliżsi przypatrywali się tym jedwabnym obrazkom na jego piersiach i rękawach, którym towarzyszyły napisy dowcipne...
Brandeburski pan, bogato odziany, z pewnym rodzajem pogardy szyderskiéj przyglądał się strojowi sąsiada, więcéj uderzającemu, acz zanadto niewieściemu.
Śmiano-by się może z Francuza otwarciéj, gdyby ten na pozór delikatny, biały człowieczek, nie był zarazem jednym z najmężniejszych rycerzy, i nie dał już dowodów, że z olbrzymami ciężkimi, co go otaczali, walczyć potrafi zwycięzko...
W ostatnim turnieju, który na podwórcu Średniego Zamku niespodzianie zaimprowizowano, Hrabia wszystkich przeciwników nadzwyczajną pokonał zręcznością.
U stołu był to najweselszy biesiadnik, a dobra myśl i swoboda, z jaką się odzywał, nigdy mu nie dawała zapomniéć o powadze, nie ścierała z niego pewnéj dumy i nakazywała poszanowanie...
Patrzano nań, jako na wyjątkową istotę, osobliwą i niezrozumiałą; on téż na swych towarzyszy spoglądał z łagodném szyderstwem. Oni tu przedstawiali siłę źwierzęcą, on dowcip i całą zręczność człowieka, który je wziął w spadku po pokoleniach wielu.
Rozmowa, nie zmieniając przedmiotu, znowu była o wojnie z pogany, z tą różnicą, że starsi, którzy zasłyszeli o walkach z Saracenami, porównywając tamtych do tutejszych niewiernych, niemal ich pół-źwierzętami obwoływali i tym samém usprawiedliwiali okrucieństwo, z jakiém ich tępili.
Jeden z braci dowodził, że, nawet w kolebce wzięte, stworzenie takie dzikie nic się nauczyć, nigdy do człowieka podobném się stać nie może.
Zasiadano do stołu w ten sposób, by około każdego z dostojniejszych gości rycerz téż, dla zabawiania go, przyjmowania i pojenia, był umieszczony; stary Siegfried miał zająć miejsce przy hrabi niemieckim, gdy pacholę śpiesznie nadchodzące znak mu dało...
W téj chwili odwołanie było czémś tak niezwykłém, iż Krzyżak mu się chciał oprzéć; lecz posłyszawszy, co mu szepnięto do ucha, pomieszany nieco, pośpieszył innego na swém miejscu posadzić, a sam niepostrzeżenie wymknął się z sali.
Nie tylko, że ją opuścił, lecz natychmiast z gmachu wyszedłszy w dziedziniec, śpiesznym krokiem zdążył do wrót; pominął straże i, po-za mury się dostawszy, począł niespokojnie oglądać. W twarzy jego widać było zdziwienie, gniew, oburzenie, rozdrażnienie.
— Na Boga! — mruczał — niesłychana rzecz! dziwne zuchwalstwo! żeby mi w takiéj godzinie spokoju nie dać... Nieznośna baba!.. Dostanie za swoje...
W tém, gdy się tak rzucał, dostrzegł z za węgła muru wybiegającą w płaszczu zakonnic — półsióstr Krzyżackich, starą Gmundę, która, ujrzawszy go, zdyszana śpieszyła, ręce załamując.
Nim Siegfried czas miał rozpocząć wymówki, żwawsza od niego niewiasta już wołała mu do ucha:
— Dziewczynę litewską wykradziono mi!.. uciekła!.. Tak... ja nie mam kogo słać w pogoń. To sprawa knechtów waszych. Niegodziwa swawolnica, jeśli się jéj da zbiedz, będzie rozpowiadała po świecie, co się u mnie dzieje... będzie czernić i pleść rzeczy niestworzone.
Pogoń trzeba słać! ludzi dawajcie!
Mówiła zdyszana, a Siegfried słuchał namarszczony.
— Tak-eście jéj pilnowali! — zakrzyknął. — Miała więc czas i miejsce z knechtami się znajomić i zmawiać, gdy dla naszych braci często kubka wina przynieść nie chciała! Dobrzeście ją wychowali!..
Słać pogoń? — dodał — tak! ale dokąd? jak?.. Są jakie poszlaki? wiecie, który i czyj knecht? A! to skaranie Boże!
— Któż się tego mógł spodziewać? kto przewidziéć? — wołała Gmunda. — A com ja winna? kto się od waszéj czeladzi uchowa cały!
— Kiedyż się to stało? — pytał Siegfried.

— Kiedy! kiedy! — powtórzyła stara jejmość, trzęsąca się z gniewu i niecierpliwości. — Cały to spisek być musiał. Kilka dni temu schwytali ją
Gmunda skarży się Siegfriedowi na ucieczkę Baniuty.
rano w ogródku, gdy się z jakimś knechtem ściskała... Goniono go, łapano... uszedł. Kazałam siec, aby się dowiedziéć o nim; nie wydała nazwiska... Posadziłam na pokutę, na chleb i wodę. Żółknąć poczęła i chudnąć, aż mi się nie jéj, ale piękności żal zrobiło. Kazałam puścić i pilnować. Dziś rano... powiadali, że chora na strych leżéć poszła... Dopiéro około południa dziewczęta się dowiedziały do niéj, ale już nie było i śladu...

— A zkąd-że pewność, że z knechtem ciekła? — ofuknął Siegfried.
— Kiedy ją z nim schwytano...
— Żadnéj poszlaki? Widział kto? — począł Krzyżak.
Gmunda płakać zaczęła; mówiła coś niewyraźnie, rzucała się, narzekała na swą dolę. Siegfried, któremu do swoich pilno powracać było, niecierpliwił się także i burczał:
— Posyłać za nią? gdzie? kogo?.. albo to knechty nasze na to są, aby na zbiegłe dziewczęta polowały?
Tak mówił Krzyżak, a jednak widać było, że rad był w czémś pomódz Gmundzie. Groźba jéj, że dziewczę może po świecie roznosić, co się w domu jéj działo, nie była i jemu obojętną.
Tuż we wrotach stał starszy Bramny sługa, człek stary i otyły, ciekawie się przypatrując, a może i przysłuchując rozprawie Siegfrieda z Gmundą. Zwrócił się ku niemu Krzyżak, jak do zaufanego, z użaleniem, iż knechty broili, że sługa pani Gmundzie zginęła.
Bramny, doświadczony i od lat wielu będący przy Zamku, głową potrząsał.
— Coś to się składa dziwnie, — zamruczał. — Waszéj siostrze dziewka przepadła, a nam téj nocy chłopak, co go brat Bernard chował, sierota... no i ten niecnota parobek, psubrat Litwin, którego-bym ja dawno był powiesić kazał, a Bernard go trzymał, karmił i nim się posługiwał...
Siegfried się rzucił.
— Pewno to? — zawołał.
— Alboż-bym śmiał mówić, gdyby już całego Zamku Górnego i Dolnego, i wszystkich kątów, szukając ich nie strzęśli. Wszak i mnie brał Bernard na spytki, a warczał, a rzucał się, żem ja ich przez wrota wypuścił. Ja! u mnie się kot nie wydostanie bez pozwolenia... A z Dolnego Zamku, gdzie się około szpitala i stajen tyle ludzi szasta, wchodzi i wychodzi, można-by stu ludzi wyprowadzić i nikt-by nie wiedział o tém.
Czyżby głupi byli iść tu, gdzie ja-bym im w oczy zajrzał, a nie tam, gdzie wrota otworem...
Siegfried zadumał się, nie chcąc przed Bramnym powiedziéć, co myślał. Zwrócił się do Gmundy lamentującéj po cichu...
— Idź do domu, idź! co się zrobić da, to się uczyni... Dwóch ich ztąd pono téj nocy drapnęło. Jest więc ślad; musieli razem ujść i razem ich téż złapią, bo Bernard  nie zaśpi pewnie...
To mówiąc, Siegfried pożegnał siostrę i przyśpieszonym krokiem zwrócił się do sali biesiadnéj nazad.
Tu już pierwsze kubki na czcze żołądki i głowy podziałały tak zwycięzko, iż wrzawa i szum nie dawały słowa usłyszéć. Brząkano w puhary, śmiechy tubalne się rozlegały; woń silnych zapraw korzennych napełniała salę. Służba zdejmowała już pierwsze opróżnione misy i śpieszyła je drugiém daniem zastąpić. Ogromne ćwierci dziczyzny, stosy pieczonego, gotowanego i smażonego ptactwa, pływające w zawiesistych sosach, każdy rękoma i nożami rozrywał, a myśliwskie psy po-pod stołami gryzły się o rzucane kości.
Siegfried, szukając dla siebie próżnego miejsca, nie znalazł innego nad jedno w końcu stołu, gdzie się, zawsze skromny i unikający być na oku, brat Bernard usadowił.
Tego mu właśnie potrzeba było... Bernard, na łokciu sparty, nie brał się do jedzenia, noża nawet nie odpasał — siedział pogrążony w myślach jakichś.
Wszystko dokoła się śmiało, on marszczył się i krzywił.
Siegfried pochylił mu się do ucha.
— Słyszeliście? wiecie? — zapytał. — Waszego wychowanka, słyszę, nie stało... Z parobkiem jakimś ujść miał... A oto Gmunda na mnie napadła, że jéj knechty naszę dziewkę porwały. Nie inni, tylko ci.
Bernard się rzucił ku niemu.
— Miała Litwinkę na wychowaniu? — zapytał żywo.
— Tak, jak wy... — ale spojrzenie nie dało mu dokończyć; Bernard znakiem, w czas uczynionym, przypomniał mu, że pochodzenie chłopca było tajemnicą.
— Zbiegł więc wasz zakładnik? — spytał Siegfried.
— Znikł... nie wiem — zamruczał ostrożny Bernard. — Szpitalnik mi doradził dać go na folwark, do Pynauów, dla wyzdrowienia... tam musiał on dać się zbałamucić komu. Parobek... litewski źwierz — dorzucił — pół-dzika bestia... ale zdrajcą nie był i lat u mnie służył wiele. Niepojęta rzecz...
— Posłaliście za nimi? — zamruczał Siegfried.
— Pogonie poszły ciche — rzekł Bernard — ale rozgłaszać o tém nie trzeba. Wszystko się jeszcze na głupim wybryku dla dziewczyny skończyć może. Mnie ta ucieczka dziewki od Gmundy trochę pocieszyła. Chłopiec młody, krew gorąca... gdzieś, chwyciwszy ją, skryć się musiał w pobliżu Pynau. Przetrząsą krzaki, to go znajdą.
A parobek... pewnie ucieczki się wcześnie dopatrzywszy, nie zbiegł, ale szukać chłopca musi...
Siegfried słuchał, ostygłszy nieco.
— Tak sądzicie? — zapytał.
— Sądzę, że inaczéj być nie może, bo uciec... dokąd? jak? byłoby niepodobieństwem! — rzekł Bernard. — Chłopca się wsadzi do kaźni, na chleb i wodę, Gmunda dziewczynę ukarze...
— Więc cicho — dokończył Siegfried, siadając i biorąc się do jedzenia.
Bernard, mimo że się sam uspakajać starał, pozostał zadumanym i posępnym. Ponieważ rozesłał na wsze strony pogonie i szpiegi na zwiady, spodziewał się lada chwila jakiejś wiadomości i każde pacholę wchodzące oczyma przenikliwie mierzył.
Nikt jednak w ciągu uczty nie zbliżył się do niego; wiadomość nie przyszła żadna. Już słodkie dania na stole się zjawiły, gdy Tomchen, pacholę Bernarda, nadbiegł wreszcie do niego. Lecz z oczu mu nie było widać, by z czém dobrém przychodził.
Pochylił się panu do uszu.
— Mówią, że i tego Litwiaka nie stało, co go Romkiem zwali, a drudzy Rymosem...
Drgnął Bernard.
Zaczynało mu być jaśniejszém coraz, iż wszyscy ci zbiegli, jednéj krwi będąc, musieli się zawczasu porozumiéć z sobą i razem umówioną przedsięwziąć ucieczkę.
Nie tyle mu żal może było tych rachub chybionych, którymi się łudził, wychowując Jerzego, co samego chłopaka, do którego się był, sam o tém nie wiedząc, przywiązał. Szło mu i o to, co dla Zakonu przez niego chciał uczynić; lecz teraz, gdy jawném było, że, mimo wszelkich starań, poczuwał się Litwinem, i że zbiegł pewna nie gdzieindziéj, jak do swoich, teraz niechybna zguba wychowańca trapiła go.
Nie powątpiewał na chwilę, że zginąć musi.
Jakim-że sposobem wyrwać się mógł z rąk, prześlizgnąć bezkarnie przez posiadłości Krzyżackie?
Stał mu przed oczyma piękny ów chłopak, po którym się spodziewał tyle... z rozbitą czaszką, z piersią zakrwawioną.
On sam nie miał-by już nad nim litości. Jak skoro odstępcą był... śmierć ponieść musiał. Przed ucztą głoszone, owe niektóréj braci twierdzenia, że Litwę tępić i wybijać należało, teraz mu się niemal słusznemi wydawały.
— Zawsze w nich krew ta i duch pogański się odzywa! — mówił do siebie. — Dzieckiem go wzięto, języka oduczono, słowem Bożém karmiono, pochodzenia własnego nie wiedział, Niemcem się sądził... a przecież szatan zdążył po swą ofiarę i zabrał ją, choć dla Pana wyrwałem mu ją z paszczęki...
Gdy tu, w końcu stołu, dumał tak smutnie Bernard, a Siegfried, już troski zapomniawszy, jadł, aby opuszczone dania sobie nagrodzić, — w drugim, u góry, zwolna się śpiewy słyszéć dawały...
Śpiewy, nie pobożne, jakby u Zakonników przystało, ale świeckie, miłosne, żartobliwe, wesołe... Poczynali je obcy, a wtórowali im, wzdychając, ci, co ich dawno nie słyszeli i głodni byli.
Wielki Mistrz musiał udawać, że ich nie słyszy, nie rozumié...
Z jednéj strony brzmiało pół-głosem:

Es ritt ein Fürst in frembde Land —
Zu einer schönen Jungfrauen...


Z drugiéj, jak na przekorę, nucił inny:

Es flog ein klein Waldvögelein...
Der lieben für’s Fensterlein,
Es klopfet also leise
Mit seinem Goldschnäbelein:
Stand auf, Herzlieb...


Jakby na złość Wielkiemu Mistrzowi i z ukosa spoglądając nań, trzeci zaintonował:

Zu Braunschweig stehet ein Castell...


Jeden, ze strony widząc, że już bez pieśni się chyba nie obejdzie, a śpiewy miłosne rozigrać się nadto mogą, wniósł starą ową, a wszystkim znaną pieśń Hildebrandową:

 

Ich will zu Land ausreiten... [4]


która rycerstwu lepiéj przystała.
Zagłuszyła ona inne i śmiało się podniosła pod sali sklepienia... Nikt się jéj wstydzić nie potrzebował, a prastare dzieje opowiadając, sercami kołysała...
Hrabia Namur, który do innych a słodszych pieśni był nawykły, przysłuchiwał się ciekawie razem i szydersko... Anglicy usiłowali coś zrozumiéć...
Uczta była skończoną; Wielki Mistrz wstał pierwszy i poważniejsi za nim do izb jego się wynieśli, chociaż znaczniejsza część biesiadników, pigmentu sobie dolewając i pieśń po pieśni wznawiając, na ławach pozostała. Dzień uroczysty nie dozwalał pilnować ściśléj, ani godzin, ani praw stołowych... gościnność nie dopuszczała odmawiać napoju...
Przez otwarte okna zawiewało wonne powietrze Majowe... Rycerstwo nastrajało się do przyszłych bojów, a kto by był młodszych podsłuchał, jakie sobie obiecywali zdobycze, wzdrygnąć-by się musiał.
Upojeni rozpowiadali sobie okrucieństwa rozpustne, które tylko rozbestwienie ludzi, od świata i rodzin oderwanych, samotnością roznamiętnionych, mogło prawdopodobnemi uczynić...
Smieli się z tych szałów między sobą, jedni drugim je wyrzucając i szukając z nich sławy...
Tym czasem Bernard stał u okna, spoglądając w podwórce... zdając się namyślać, jakie miał przedsiębrać kroki przeciw zbiegom. Tomchen jego poszedł był po knechtów, co razem ze Szwentasem stajen strzegli, i miał ich przyprowadzić do przesłuchania.
Jak tylko kupkę ich dostrzegł w podwórcu Bernard, natychmiast do nich pośpieszył.
O zniknięciu Jerzego, Szwentasa, Rymosa i dziewczyny, dopiéro się przed samą i w czasie uczty dowiedział, szczegółów nie miał żadnych, potrzeba było je pościągać.
Przestraszona czeladź stała, oczekując na jednego z tych, których się na Zamku najbardziéj obawiano. Zbliżył się, jak sędzia surowy, Krzyżak, i kazał mówić im, co wiedzieli o Szwentasie, o Rymosie.
Z początku nikt nic wiedziéć, nikt się niczego domyślać nawet nie chciał... Wszyscy utrzymywali, że parobka zbiegłego nie widzieli od dawna...
Okazywało się jednak z półsłówek, że Szwentas już od dni kilku niby słabował, od roboty się uwalniał, po kątach błąkał. Widziano go dwa razy z Jerzym na rozmowie, w ciemnéj sieni... Rymosa ktoś widział nocą jeszcze...
Kunigas już, po powrocie z Pynau, nie mieszkał w szpitalu, — celę miał na kurrytarzu, niedalekim od Bernarda... Znaleziono w niéj znaczniejszą część odzieży i oręża, które Zakon wydawał braci do użytku, bo własności nikt nie miał wedle prawa, i suknie nawet, jakie nosił, każdéj chwili mu odebrać i zamienić starszy miał władzę. Wprawdzie spełniało się to tylko względem uboższych a mniejszych, bo biała arystokracya znacznemi własnemi rozporządzała summami, — tolerowano to, patrząc przez szpary.
W Jerzego celi zostało tyle sukni, jakby w lekkim tylko przyodziewku się wymknął i bez ciężkiéj zbroi. Ani on, ani jego towarzysze nie zabrali koni...
U żadnych wrót stróże bramni wychodzących ich nie widzieli; tylko Szwentas, którego nie pilnowano, poprzedzającego dnia z odkrytą głową, ze dzbankiem w ręku, przez wrota około szpitala jawnie sobie wyszedł i więcéj nie powrócił.
Bernard sam, pomimo późnéj godziny, udał się jeszcze na miasto, aby tam starać się dopytać, czy którego ze zbiegów nie widziano... Z obawy pociągnięcia do badań, lub w istocie nie wiedząc nic, mieszczanie odpowiadali, że nie uważali nikogo.
Tomchen musiał dosiąść konia i tegoż wieczora dojechać do Pynauów, dostać języka, czy się tam który nie przemykał...
Dietrich stary i synowie jego przysięgali, że na oczy ich od wyjazdu nie widzieli...
U pani Gmundy z równą surowością badano sługi i czeladź, chociaż nikogo tu posądzić nie było można o bliższe stosunki i sprzyjanie litewskiéj dziewczynie. Niecierpiano tam dumnéj i nieugiętéj Baniuty, któréj żadne katowanie, groźby, głód, złamać i do posłuszeństwa nakłonić nie mogły.
Dziewczęta, jéj towarzyszki, znęcały się nad nią... męzka służba prześladowała... wspólników tu poszukiwać było trudno...
O któréj porze i jak się Baniuta wydobyła z za parkanów i wrót pozamykanych? nie umiano odgadnąć. Była jeszcze z wieczora; w nocy żadne drzwi nie skrzypnęły; a gdy późno w dzień poszły jéj szukać dziewczęta, nie znalazły... Wprawdzie nie było jéj trudném bodaj z poddasza się spuścić, parkan przeleźć, na drzewo się wdrapać i z niego znijść... Dziewczę lepszych sukni, któremi je do gości przystrajać chciano, nie tknęło. Pozostały nienaruszone na strychu. Wdziało nędzną sukmankę i przyodziewek najlichszy...
Nadchodząca noc nie dozwoliła dnia tego nic się dowiedziéć, wpaść na trop żaden. Powysyłani ludzie, którzy okolicę trząść i przejeżdżać mieli, zaczęli powracać aż nazajutrz... Nigdzie zbiegów żadnych, ani na gościńcach, ani po folwarkach, nie znaleziono śladu... Pytania i plądrowanie było próżne...
Nazajutrz stróż nocny miejski, który nade dniem ku rynkowi powracał, rozpowiadać zaczął, że na drodze do Pynaufeldu nocą przemknęły mu się, jakby cienie, jakieś cztery ludzkie postacie... jeden idący przodem człek, para potém i na końcu jakby pacholę.
Mogli to być oni, lecz powtórne trzęsienie zarośli i okolic folwarku było próżne. Skarżył się tylko rybak, który miał duże czółno na Nogacie u brzegu, że mu je właśnie nocy poprzedzającéj skradziono...
Brat Bernard zaraz po biesiadzie, gdy Wielki Mistrz z Kompanem swym odszedł był do kaplicy i sypialni, zgłosił się do niego o posłuchanie.
Przychodził ze smutném wyznaniem winy swéj, ucieczki Jerzego i niepojętego spisku jeńców litewskich, którzy w zmowie z sobą uszli.
Luder przyjął tę wiadomość obojętnie dosyć, starając się nawet strapionego Bernarda pocieszyć tém, że szaleńcy ci gdzieś głodem zamrzéć muszą, a gdyby się cudem jakim do swoich dostać mieli; Zakonowi żadnéj szkody wyrządzić nie potrafią.
— Bracie Bernardzie — rzekł — nie trapcie się tém, ani zrażajcie, ale pilnie odtąd przestrzegajcie tego, aby żaden obcy żywioł się do naszego Niemieckiego Zakonu nie wmieszał. Ani sług, ani czeladzi, ani knechta nie godzi się nam miéć, który-by nie był czystéj krwi niemieckiéj...
Jest nas, dzięki Panu, dosyć i nie potrzebujemy obcych pomocy...
Wielki Mistrz na tém skończył, i mając już uklęknąć do wieczornéj modlitwy, zwrócił się jeszcze do Bernarda, cicho szepcząc:
— Jeżeli-by ich ujęto... szkoda żywić...
Dał znak, ręką po szyi powiódłszy, który Bernard zrozumiał dobrze... pokłonił się nizko i, gdy Luder do klęcznika się zbliżał, wyszedł po cichu.




VIII.



Dolinę w pośród gęstéj puszczy zieloną, któréj środkiem mały strumień przebiegał, otaczały dęby i lipy, graby i leszczyna... Jak wygnanki osamotnione, uwięzione, ściśnięte, dwie czy trzy olbrzymie sosny, świerków para, ciemniejszymi gałęźmi po nad wiosenną zieleń liściastych braci dobywało się do góry... Nagie ich pnie strzelały ku niebiosom, bo żaden konarów, w téj gęstwinie zgłuszonych, nie mógł puścić... Stały świerki i sosny te, jak niewolnice... i tyle miały powietrza i słońca, co nad sobą...
Za to się dobrze działo zwyciężcom, rozrastającym się bujnie; a nigdzie ślad ludzkiéj ręki nie nadwerężył tych panów puszczy, których i burza szanować musiała, bo wkraść się tu nie mogła...
Padało słońce w dolinę, ale do głębin leśnych, gdy się liśćmi okryły, nie zajrzał promień żaden i tajemnic ich nie odsłonił... Jak sklepienia zielone, splątane z sobą i pokrzyżowane, rozpościerały się gałęzie, pod sobą cienie kryjąc i chłody...
U skraju lasu, na małym pagórku, który strumień podmywał i na wiosnę jeden bok odarł z murawy, żółty piasek obnażywszy i glinę, siedział dąb odwieczny, król lasu, ojciec może téj gęstwiny. Wierzchołek jego występował po-nad najwyższe drzewa, a stopy rozpostarte, porozłupywane, grube jak drzewa, wielką przestrzeń zalegały...
Dąb to był jeden, czy trzy z sobą tak zrosłe, że się w jednę olbrzymią zlały bryłę? teraz już rozpoznać nie było podobna... Grubą korę, czy pioruny poryły głęboko, czy wieki tak ulepiły — nikt nie umiał odgadnąć. Rozdoły poobrastały mchy, gdzie niegdzie trawy i kwiecie nawet... Pasożyty te, przyczepione do szczelin, zwieszały się łodygi i liście ku dołowi, jakby prosiły się na ziemię...
Pod dębem nic nie rosło, oprócz trochy mchu i chudej trawki pożółkłéj...
Na grubych dębu gałęziach z trzech stron pozawieszane były bryty całe sukna szkarłatnego, opadające aż na ziemię. Jedna tylko połać od słońca odkrytą była... Na pomniejszych żywych i suchych gałązkach niezliczona moc ręczników szytych, fartuchów, płacht, zawitek, najdziwaczniéj się strzępiła...
Niektóre z nich były białe jeszcze i jasne, inne pożółkłe, sczerniałe, pobrukane, podarte w strzępki, rozgniłe na nici... Gdzie niegdzie pas czerwony, wstęga jakaś — kraśniały wśród tych łachmanów i bielizny...
Zdala po-za dębem-królem, wielkiém kołem biegł płot wysoki, szczelny, który schodził aż do strumienia i przeskoczywszy go, część łąki zamykał... Z tyłu od lasu stały w téj zagrodzie wrota wysokie, mocne, dachem pokryte, a po obu ich bokach — dwie furty ze wschodkami.
Tam, gdzie stary pień dębu patrzał na świat i słońce a rozpadł się jakby we dwie połowy, w głębokiéj dziupli widać było kloc nieforemny...
Pień to był innego drzewa, dobyty z ziemi, który naroście, korzenie, garby i szpary urobiły tak dziwnie, jakby nad nim ręce ludzkie pracowały. A nie tknęły go nigdy kamień ni żelazo. Bawiła się siła jakaś nieznana, gdy rósł w ziemi ten potwór, by mu kształty nadała niby ludzkie, niby źwierzęce, istoty niebywałéj a strasznéj... Pień ten miał głowę olbrzymią i w niéj doły, jak oczy, i rozwartą paszczękę, a pod nią nastrzępioną brodę... a po nad czołem występującém, jak dach, strzechę kudłatą...
Głowa siedziała wbita w ramiona szerokie bez szyi, z piersią wypukłą i nabrzmiałą; niby rąk dwoje chudych przyczepionych było do boków; niby grube dwie skręcone nożyska, zwijały się dwa sploty korzeni u spodu...
Potwór to był niekształtny, a choć myśl żadna w nim nie postała i przypadek jakiś wyrzeźbił mu twarz straszną, — oblicze to mówiło, bałwan był jakby snem jakiéjś istoty, która na progu życia w kloc stężała...
Gdy się człowiek wpatrywał w to bóztwo dobyte z ziemi, zwolna przejmowała go trwoga, przechodziły dreszcze, zdawało się, że te dwie jamy czarne wzrok miały i rozdarta gęba przemówić mogła, a ręce piorunem cisnąć...
Po czole mchy i resztki kory złupanéj rysowały marszczki groźne, na policzkach snuły się jakby zastygłe uśmiechy szyderstwa...
Pień ten gadał do ludzi... choć milczał.

Gdy promienie słońca i cienie liści ruchome nań padały, zdawało się poruszać oblicze, mienić i stawać na przemiany to groźném a okrutném, to szyderskiém a bezlitosném, to spokojném i uśpioném. Bałwan budził się, żył, zabarwiał, blednął, a przy ogniach nocnych się poruszał...
Dąb święty w Romowe.
Stał przeciw słońcu, urągając mu się i wyzywając...

Dąb był świątynią Perkunasa, kloc — cudownym wizerunkiem jego... A dokoła rozciągało się święte Romowe nowe, wyroczni miejsce i dziwów. I strumień, co obmywał podnóże, był święty, i ziele, co na niéj rosło, cudowném było... i powietrze, nasycone wonią liści, dawało życie.
Przed dębem, nad strumieniem ułożony był z ociosanych misternie kłód jakby stos wielki i wysoki, który się zwężał u góry i obwiedziony był balasami. Na nich zwieszało się sukno szkarłatne, które wiatr miejscami pościągał i poobrywał. Z tyłu wiodły na stos wschody, bo tu Krewe Krewejto — Ewarto-Krewe, kapłan najwyższy, czasem wstępując, ukazywał się ludowi i przemawiał, zagrzewając do czci bogów swych, a odpychania obcéj wiary...
Były to dnie uroczyste, rzadkie, na których oznajmienie mnogie zbiegały się tłumy.
Lecz i w dnie zwykłe nigdy tu pusto nie było. I teraz roiła się ludem dolina, widać było w lesie porozkładane ogniska, powiązane konie, snujących się ludzi w bieli.
Z za dębu podnosił się zwolna ku górze siną wstęgą dym od kamiennego ołtarza... Tu było ognisko nieustające, święty płomień, co nigdy nie gasnął, podsycany smolném drzewem, żywicą i ofiarami pobożnych...
Pomimo nagromadzonych tu tłumów dokoła, cisza jakaś uroczysta panowała nad doliną. Szmery tylko ludzi, około świętego ognia się przechadzających, rżenie koni, szum lasu, przerywały milczenie. Pobożni mówili głosy zniżonemi, chodzili nie czyniąc wrzawy, z poszanowaniem dla miejsca świętego. Ptactwu tylko i strumieniowi wolno było swobodnie głosić cześć litewskiego boga... A że po mnogich przybyszach w dolinie zawsze pełno było okruchów jadła, gromadami krążyli nad nią leśni mieszkańcy, najrozmaitszemi odzywając się głosami.
Widok doliny był wielkim, pełnym rozmaitości obrazem...
Z jednéj strony gromadą siedzieli siwobrodzi starcy nad wygasłém ogniskiem, gwarząc między sobą po cichu. Daléj w głębi widać było odosobnione niewiasty i dziewczęta, które jedzenie dla pielgrzymów przygotowywały, krzątając się około kamieni, wśród których ognie rozpalono.
Kupkami stali mężczyźni, z różnych stron, z różnych powiatów, mieniając się z sobą przyniesionemi wieściami. Młodzież u skraju lasu, żwawiéj rozmawiając, śmiejąc się po cichu, niekiedy wyzywała się na rękę, porywała jakby do zapasów, i wprędce, przypomniawszy gdzie była, uspokajała się, zalecając sobie milczenie.
Bliżéj stosu, dębu i ognia snuli się kapłani różnego stopnia, miejscowi i przybyli... Krewowie mniejsi, w białych szatach i pasach, z laskami białemi w rękach; Wejdaloci w sukmanach oszytych taśmami białemi i strzępkami, niektóry w wieńcach na głowie, inni niosąc je w ręku, niektórzy z obnażonemi skroniami, w zapylonéj podróżą odzieży.
Mniéj pokaźnie, ubogo poodziewani wiejscy Wurszajtosi po-za starszyzną trzymali się na uboczu z poszanowaniem, a przy nich Siggonoci, ofiarnicy, mężowie silni i surowego wejrzenia.
Tym nieraz nietylko kozła i owcę przychodziło zabijać u ołtarza, ale i porwanego na wojnie niewolnika na stos, związanego, prowadzić i dobijać, gdy się męczył...
Całym zastępem po-za parkanami dębu świętego leżeli obozem wróżbici, guślarze, wędrowni śpiewacy, Burtynikasy, Swalgonowie, pogrzebowi słudzy Lingussony...
Po odzieży ich, zwyczajnéj, nie różniącéj się od sukman, jakie lud w różnych nosił stronach, poznać było można, iż przychodzili tu z wyższéj i niższéj ziemi, od granic języka, od rubieży Krywiczan, z głębin lasów, błot i puszcz dzikich... Wszyscy oni choć raz w rok musieli się u świętego źródła i dębu pokrzepić, oświadomić i nabrać wody dla chorych, popiołu z ogniska, liści z drzewa...
Każdy z nich przynosił Krewie lub Wejdalotom, wieść o tém, co się działo po innych miejscach świętych, a ztąd brał rozkazy i upomnienia...
Słuchano Kunigasów, mających żelazne miecze w ręku, ale biała laska Krewy, gdy nią skinął, nie postrachem, lecz jakąś siłą niepojętą, poruszała tłumy. Najwyższy kapłan, jeszcze z prastarych czasów, miał większą moc, niż żelazo książęce...
Bliżéj ognia świętego, oddzielone od innych, w osobnéj zagrodzie, mieściły się stróżki Wejdalotki, dziewczęta, wybierane z najpiękniejszych, najdorodniejszych, najsilniejszych... wszystkie jednako odziane w bieli i zieleni, milczące, poważne, do których mężczyznom zbliżać się nie było wolno. Z kolei po trzy wychodziły, niosąc drzewo i żywicę... przystępowały do ogniska, podsycały je, i stojąc, czekały, zapatrzone w płomień, dopóki inne nie przyszły ich, wymienić z kolei. Czasami cichy śpiew nuciły, który brzmiał tęskno, powolnie, jak skarga ludu do bogów...
Wejdaldci, służący u dębu Perkunasowego, prawie nieustannie byli zajęci. Przychodzili do nich wędrowni wróżbici po radę, chorzy po lekarstwa... Matki przynosiły dzieci, biedni znosili ofiary...
Krewule, staruszek z brodą szarą, mały, otyły dosyć, zmęczony, na ustroniu siedząc, pod daszkiem u parkanu, oparty oń, drzémał, oczekując, aż który z Wejdalotów przyjdzie go o co zapytać. On tu wątpliwości i spory rozstrzygał...
Obok niego przez drzwi pół-otwarte w szopce, dachem dranicowym pokrytéj, dostrzedz było można poskładanych ofiar różnych, poprzynoszonych Perkunasowi.
Na policach stały garnki z miodem, kręgi wosku, warkocze lnu, sztuczki płótna, pasy i zapaski, nawet sznury bursztynu i szkieł świecących... W bodniach zsypywano ziarno, na kołach wisiały pozabijane źwierzęta... Skarbiec to razem był i śpiżarnia...
Kiedy-niekiedy z Wejdalotów który to przynosił tu nową dań i składał, to zabierał, co na pożywienie było potrzeba...
Wśród tego ruchu u dębu milczenie zachowywane czyniło widowisko to dziwném, jakby, nie żywi ludzie, ale duchy i cienie się nieme około służby boga krzątały... Białe suknie Wejdalotów i kapłanek czyniły je w istocie do jakichś widm podobnemi...
W obozie, gdy nawet dziecię zakwiliło, matki zatulały mu usta, aby świętego milczenia nie przerywało.
Raz w dzień, o wschodzie słońca, gdy pierwszy promień jego na dolinę zaglądał, na nowiu Menesa i na pełni... odzywały się śpiewy Wejdalotów. Reszta ofiar w ciszy się odbywała...
Taki był obyczaj dawny i potrzeba dni teraźniejszych, bo Romowe i świętości musiano przed Krzyżakami ukrywać, a śpiewy zdradzić mogły...
Trzykrotnym łańcuchem opasane było uroczysko dokoła... Zbrojna straż koczowała przy dolinie, a wszyscy téż kapłani mieli oręż i gotowi byli stanąć w obronie swych świętości. O stajań kilka drugi szereg opasywał kręgiem Romowe... Na skrajach puszczy stali trzeci wartownicy czujni, którzy o niebezpieczeństwie hukaniem i naśladowanemi różnych ptaków głosami oznajmowali. Nie jeden już naówczas dąb święty padł pod siekierami niemieckiemi, nie jedno Romowe zniszczono, wielu Wejdalotów wyrzezano; ostatnie przytułki świętości starych musiały być pilnie strzeżone.
Skarbce téż kosztowniejsze, złoto, srebro i miedź, chowano w podziemiach w lesie utajonych, o których tylko najwyżsi wiedzieli kapłani.
Dzień wiosenny miał się ku schyłkowi i ukośne słońca zapadającego promienie wpadały tu, ozłacając świeżą zielonością okryte drzewa; wędrowcy jedni się zabierali do drogi, drudzy gotowali do spoczynku, inni dopiéro do obozowiska zdążali, gdy lekki szmer jakiś dał się słyszéć w dali i od ogniska zaczęli wstawać ludzie, a kupić się w miejsce jedno.
Starszy Wejdalota, Nergenno, który pilne na wszystko miał oko, najrzał z dala ten ruch, przyłożył rękę do czoła, popatrzał długo i młodego chłopaka posłał w to miejsce, gdzie się kupili ludzie, aby mu przyniósł wieść, co ich tam gromadziło.
Żwawy Merunas przesunął się pomiędzy ogniskami i gromadkami siedzącémi u nich, a że miał białą przepaskę, ręcznik oznajmujący, iż do służby Perkunasa należał, ustępowali mu wszyscy z drogi.
Na skraju lasu postrzegł w pośrodku ciekawéj gromady stojących ludzi troje, i białą zasłoną od stóp do głów obwiniętą niewiastę, któréj część twarzy zaledwie widać było.
W chwili, gdy się ku nim zbliżać miała — kobieta w bieli, jakby ze znużenia wielkiego, schyliła się, padła i położyła na ziemi. Ktoś z gromady niósł jéj kubek świętéj wody dla orzeźwienia.
Z trzech towarzyszących jéj mężczyzn, jeden młody, piękny, postawy rycerskiéj, śmiałego wejrzenia, na jakiegoś-by wodza wyglądał, gdyby nie lata zaledwie chłopięce i twarz jeszcze ledwie puszkiem okryta.
Po-za nim, małego wzrostu, gruby, z głową dużą, silny, barczysty, stał parobek z pałką na ramieniu, z sakwami na plecach. Daléj jeszcze smukły, chudy chłopak, w tych latach, gdy człowiek z dziecięcia wychodzi, a męża nie dorósł, trzymał się na uboczu, oparty na kiju podróżnym.
Z odzieży tych wędrowców, z ich twarzy, z postawy znużonéj, widać było, że przybywali z daleka, że drogę mieli za sobą ciężką i długą. Kurzawa i błoto osiadły na ich nogach, gałęźmi poszarpane mieli suknie, zmiętą i zszarzaną odzież, oblicza schudzone.
Leżące na ziemi dziewczę niekiedy ciekawie podnosiło głowę, rzucało oczyma niebieskiemi po dolinie ku dębowi, uśmieszek przebiegał po jéj ustach; lecz wnet zmęczenie zmuszało ją ledz na trawie, i choć dokoła stali, szemrząc, ludzie, przypatrujący się natrętnie, — biedne stworzenie zamykało powieki i sen na nich ołowiany osiadał. Merunas, który tu wielu już i różnych widywał przybyszów, tych z żadnéj oznaki wyraźniejszéj odgadnąć nie umiał, kto-by byli. Ubiór ich jakiś, ni obcy, ni swojski, nie miał cechy ziemi, z któréj przychodzili. Sama twarz i postawa młodego chłopaka, który przodował innym, miała w sobie coś niezwyczajnego — ruchy zdradzały nawyknienia jakieś nie litewskie.
Wędrowcy ci byli to: Jerzy Kunigas, Szwentas, Rymos i Baniuta.
Jakim sposobem przez kraje zajęte krzyżackiemi strażami dostali się tu na bezpieczne, w lasach ukryte, Romowe? Pytali ich wszyscy, nikt nie rozumiał, a odpowiedziom wielu nie wierzyło.
Kunigas obudzał nawet nieufność wielu; szeptano, niedowierzająco spoglądając na niego, bo mówił litewskim językiem, jakby się go wczoraj nauczył, i słowa przychodziły mu ciężko, a gdy ich brakło, marszczył się niecierpliwy i gniewny.
Podróżni nie umieli rozpowiedziéć o swéj drodze. Szwentas tylko słowy urywanemi cieszył się, że się ciężka wędrówka skończyła.
Gdy się Merunas zbliżył i zapytał, — poszepnął mu jeden z ciekawych, że zbiegi przybyły z niewoli krzyżackiéj, a jeden z nich się Kunigasem mianował.
Gdy się to działo, a Baniuta, pomimo ludzi, co się w nią wpatrywali, zarzuciwszy zasłonę na głowę, usypiać miała na gołéj ziemi; niektórzy ze starszych szemrać zaczęli, iż należało-by ją któréj z niewiast powierzyć, aby o niéj miała staranie.
Wyszedł jeden z koła i podstąpił tam, gdzie starsze kobiety siedziały u ognia, gotując wieczerzę... Wstały z nich dwie zaraz i żywo pośpieszyły ku leżącéj dziewczynie. Stanęły nad nią zadumane, przypatrując się z obawą i podziwieniem... Baniuta spała. Jedna z nich poklękła przy niéj, ostrożnie podniosła z lica zasłonę i poczęła wpatrywać się w twarzyczkę, którą sen już ujął, jakby śmiertelny... Szeptano nad nią, — nie słyszała nic, dotykano — nie czuła; oddech był wolny... rumieniec gorączkowy na policzkach, a pół-otwarte usta czerpały z powietrza życie, którego piersi brakło...
Ulitowawszy się jéj, dwie niewiasty, z lekka wzięły Baniutę, podniosły z ziemi i, ostrożnie krocząc z ciężarem tym, poszły ku swojemu ognisku. Raz tylko otworzyła oczy, westchnęła, uśmiechnęła się im... powieki zapadły znowu i tak uśpioną... półżywą, złożyły jak dziecko na prędko przysposobioném posłaniu.
Rymos, tak prawie znużony jak ona, siadł na trawie, podparł się rękoma — drzémał. Szwentas najlepiéj przebył te trudy i trzymał się na nogach, śmiejąc się a rozglądając.
Kunigas téż nie poddawał się znużeniu, choć ono na twarzy jego było widoczne. Patrzał i oczyma pożerał, co widział...
Wszystko to było dlań nowém, dziwném, jakby ze snów jakichś dziecinnych wskrzeszoném, a tak niezmiernie różném od tego, w czém się wychował i dorósł.
Krzyżackie pacholę, do ich obyczaju wdrożone, walczyło z sobą, by się do nowych nałamać... Zdala widoczny dąb, stos, płonący ogień, w białych szatach snujący się Wejdaloci, ta świątynia pod gołém niebem, ten bóg, którego czczono trwożliwém milczeniem: przejmowały go postrachem i niepokojem...
Nawykł był wierzyć w innego Boga, kłaniać się innym kapłanom... w duszy odzywały mu się poważne pieśni kościelne i słowa modlitw, które szły do serca... Nie wiedział sam jeszcze, czy się miał wyrzec tamtego Boga dla tego, czy obu w sobie zjednoczyć.
Merunas, dostawszy języka, zawrócił się ku dębowi, a wieść o zbiegach, z ust do ust podawana, napełniła w chwili dolinę. Do uśpionéj Baniuty zbiegły się wszystkie kobiety; około Kunigasa ścisnęli się mężczyźni; napastowano pytaniami starego Szwentasa.
— Co wy mnie się pytacie, jak-em ja się tu dostał? — mówił parobek, któremu ktoś dla orzeźwienia podał brzozowego soku. — Albo ja sam wiem, jak-em ja ich tu cało potrafił przyprowadzić? Czy nas bóg jaki wiódł, czy duchy... a to pewna, że nie mój rozum, ani ich mądrość — dodał wskazując na Rymosa i Kunigasa. — Płynęliśmy wodą, szliśmy lądem, marli głodem, spali we dnie, chodzili nocą. Wilki nam oczyma w ciemnościach przyświecały... Jajami ptasiemi z gniazd i surowemi grzybami karmiliśmy się czasem.
Pomijali nas Krzyżacy, nie widząc, jakbyśmy płaszcz mieli niewidankę... niedźwiedzie torowały nam drogę.
Oh! oh! któż to opowié? kto to zrozumié?
Tchnął Szwentas, otarł czoło i zaśmiał się.
— Cud się stał... a teraz dajcie biedę wydychać, bo ani dzień, ani dwa, ani dziesięć wlekliśmy się... a no i liczbę-śmy stracili. Menes był na pół przecięty, gdyśmy z Malborga się wykradli, a oto znowu miecz słoneczny go rozpłatał... i my dopiérośmy tu stanęli...
I Szwentas téż, za przykładem Rymosa, obejrzał się tylko, nogi podgiął i na ziemi siadł. Kunigas tylko nie myślał o spoczynku.
Stał milczący, gdy Merunas powrócił, za rękaw go ujął i wskazał ku dębowi, że tam go wzywano.
Jerzy już poczynał iść, gdy stary jego towarzysz, ujrzawszy ruch ten, wstał, mrucząc, i zabrał się z nim razem.
— Beze mnie wy tam, Kunigasiku, — rzekł — chyba się nie rozmówicie ze świętymi ludźmi... bo oni was, a wy ich nie zrozumiecie. Powlokę się za wami.
Jerzy szedł śmiało, nic nie odpowiadając.
Kilku Wejdalotów na nich u parkanów czekało... Szwentas, potarłszy czoło, wyprzedził swego Kunigasa.
— Coście za jedni? — zapytał starszy z Wejdalotów.
— Z Krzyżackiéj niewoli — odparł Szwentas. Wskazał na Jerzego. — Wiecie kto jest?.. to dzieckiem zabrany Redzie z Pillen chłopak, którego Krzyżacy Niemcem już byli zrobili... Odezwała się krew... ma znamię, grochu ziarno, na szyi... on jest!
Wejdalota ręce podniósł...
— Od dziecka u nich był? — zawołał, marszcząc się — a cóż nam dziś z niego...
Jerzy, dosłyszawszy to, podniósł głowę.
— Zdam się — rzekł krótko a dumnie.
Wejdaloci spojrzeli nań, — postawa potwierdzała słowa; głowami poruszyli, na siebie spojrzeli. Szwentas tymczasem rozpowiadał bez ładu o podróży, przerywając powieść swą śmiechem i przekleństwy. To, co mówił, tak było do baśni podobném, iż słuchający ramionami ruszali... Mówiono im téż o Baniucie... a Szwentas się przyznał, że długo służył Niemcom, dopóki mu się, jak powiadał, serce w piersi nie odwróciło...
Nie wiedząc, co począć z tym przybyszem, milczącym a dumnym i wyglądającym im obco, Wejdaloci poprowadzili go do Krewuli.
A Baniuta? Baniuta spała... Sen to był, jakby dziecięcia w kolebce, które czuje, że ktoś nad niém czuwać musi. Jedna po drugiéj przychodziły baby i dziewczęta licu się jéj przypatrywać, potrząsały głowami i szeptały...
Baniuta spała... Czasem się westchnienie wyrwało z piersi, i zdało się, jakby już obudzić się miała, lecz sen powracał znowu i noc się roztoczyła dokoła, a dziewczę jak spało, tak spało.
Już wszystkie niewiasty, jedna po drugiéj, po raz i po dwa przychodziły się wpatrywać w uśpioną; a jedna tylko stara Jargała, siedząca u ognia niedaleko, choć ją ciągnięto i namawiano, nie chciała się ruszyć i zobaczyć dziewczęcia.
— Nie chcę widziéć — mówiła — po co? A to mi się rozedrze serce... Miałam w tych latach córkę, co mi zginęła... Czy źwierz ją zadrapał, czy Niemcy zabili, żaden wróżbita nie wié... a przepadła, jak kamień w wodę.
I nie poszła stara Jargała, tylko przypomniawszy swoję, zapłakała, podparła się na ręku i zaśpiewała piosnkę, którą, dziewczę z wiankiem do mogiły prowadząc, śpiewano...
Dały jéj pokój inne...
Siedziała długo; nagle, jakby jéj coś do serca zapukało, ruszyła się z ziemi, chciała powstać i usiadła.
— Pójdę? nie? — mówiła w sobie. — Po co? Rozedrze się serce!
Siedziała znowu i ruszyła się jeszcze... Coś ją gnało i coś wstrzymywało...
Rzuciła się, wstała na nogi, lecz zbrakło jéj odwagi. Wtém zdala z téj ciszy doszło ją westchnienie lekkie... To Baniuta przez sen tak oddychała.
Ogień przygasły rozdmuchuł wiaterek i blask padł na uśpioną. Jargała szła ku niéj powoli z razu, potém żywiéj coraz; obejrzała się, jakby wstydziła; przybliżyła się; nachyliła; uklękła — siadła.
Oczy staréj, jakby z powiek wyskoczyć chciały; ręce bezwiednie wyciągnęła, otwarła usta... patrzała... napatrzéć się nie mogła. Oddech żywszy coraz poruszał jéj piersi, łzy z oczu płynąć zaczynały.
— A! taką, taką rybką złotą była-by moja, gdyby żyła! — poczęła jęczéć po cichu — takie miała kosy bursztynowe, takie ustka malinowe... takie czoło śnieżne... Dziecko moje! dziecko moje! — Mówiła z płaczem, tak cicho tak oddech wstrzymując, że ledwie sama siebie słyszała...
Wtem śpiąca drgnęła; otworzyły się powieki szeroko; ukazała oczy jasne, niebieskie; wlepiła je w staruszkę, patrzała i po ustach biegł uśmiech... Oko w oko tak spoglądały na siebie, chwilę czy godzinę... po staréj mrowie przechodziło... Baniuta powiek zamknąć nie mogła...
Na piersiach dziewczęcia oddech koszulę poruszył i odsłonił na sznurku kolce, które nosiła ukryte.
Nagle dwa krzyki słyszeć się dały... dziewczę wyciągnęło ręce, stara chwyciła ją w objęcia.
— Baniuta!
I matka padła zemdlona.
Niewiasty, zdala siedzące, zbiegły się przestraszone cucić starą, dziewczę jéj wyrwać z rąk zastygłych, — ale się trzymały tak, jakby się zrosły...
Baniuta matkę znalazła.
Na wieść tę ruszyło się, co żyło; pobudzono uśpionych.. dziewczęta się zbiegały; przychodzili dowiadywać się mężczyźni...
— Jargała córkę poznała!!
Nie wierzyli niektórzy, ale Baniuta już poczęła opowiadać, co pamiętała z dzieciństwa... a za każdym jéj wyrazem, stara, w ręce plaszcząc, wykrzykiwała:
— Gołąb’ mój! dziecko moje!
I kolce świadczyło o niém.
Krewe, siedząc pod daszkiem, słuchał opowiadania Szwentasa. Kazał sobie Kunigasowi pokazać znamię grochu na szyi; głową trząsł... nie wierzył.
Jerzy mu na Krzyżackiego szpiega patrzał, a Szwentas na oszukanego głupca.
Po naradzie stary kazał po cichu wszystkich przybyłych umieścić w szopie, koło dębu, dać im jeść i straż postawić. Ściągnięto i rozespanego Rymosa, który, ledwie się tu dowlókłszy, padł i zaczął drzemać znowu.
Jerzy, który mało mówić umiał, nie czuł się tu swobodnym; dziwił się sam, że ta Litwa, do któréj tęsknił, inaczéj mu teraz z blizka się wydawała, niż ją marzył z dala, gdy Rymos o niéj opowiadał.
Machinalnie kilka razy się chciał przeżegnać i — strzymał... Trwoga jakaś i smutek ogarniały duszę.
Ludzie, których widział, mieli dlań coś dzikiego w sobie...
Zapadła noc. W dolinie ognie pogasły, na ołtarzu tylko pod dębem płonęło święte ognisko i trzy białe dziewice stały przy niém, podsycając je, na straży, jak trzy posągi milczenia...
W zaroślach chór słowików nucił pieśń wiosenną głosów tysiącem...
Jerzy to usypiał na swém posłaniu, to się podnosił i przysłuchiwał. Pieśni tych leśnych nigdy dotąd w życiu nie słyszał jeszcze; mówiły one doń językiem, którego nie rozumiał, a duszę jego poruszały...
Miał rozpocząć życie nowe... musiał wszystko stare przekląć i zapomniéć.. Jakiś żal niewytłómaczony budził się po nieznośnéj, znienawidzonéj przeszłości...
Były w niéj na czarnym tle całunów, jakby złote gwiazdy, jasne słowa życia... i miłości... był urok jakiś w tych postaciach mnichów, których widywał, miłosiernych czasem, pokornych... Uśmiech Szpitalnika Sylwestra nad łożem chorych, jak aureola opromieniał starca.
Tu wszystkie lica były groźne i posępne.
Sen zbiegł mu z powiek; podniósł się; ciążyła głowa, w piersiach było duszno.
Miał odzyskać matkę... Napróżno obrazu jéj szukał w pamięci, — nie znalazł go... zatarło się wszystko...
Szwentas spał w nogach jego, jak źwierz najedzony i napity; Rymos leżał trupem prawie... Wstał Jerzy... przez szpary w ścianach spostrzegł chodzącą straż. Daléj w mrokach nocy czerwony dym i żółte światło ognia rysowały konary dębu, pień jego, opony szkarłatne, ołtarz i trzy nieruchome Wejdalotki.
Z kolei jedna, to druga, jak przez sen, ruchem nauczonym, wyciągała rękę ku ognisku, rzucała mu pastwę; płomień wybuchał jaśniejszy, dym dobywał się gęstszy, iskry podnosiły się, wirując w powietrzu i gasnąc, lub rozpryskując się. Jerzego ogarniała trwoga.
W szopie mu robiło się duszno; majowego poranka pierwsze brzaski srebrzyły niebo, — uchylił wrót nieco i wyszedł powoli...
Na ziemi spali ludzie pokotem; stróże popatrzyli na wychodzącego, i nie rzekli mu nic. Wysunął się z szopy, począł błądzić po zagrodzie... Bramy stały zawarte, ujść nie mógł; dozwalano mu krążyć, z dala spozierając na niego... Ciekawość jakaś wiodła go dokoła. Drożyną pomiędzy drzewem i stosem Krywejty szedł daléj, gdy z ciemności bałwan Perkunasa spojrzał na niego.
Brzask dnia oświecał z lekka bezkształtną potworę. Spróchniała miejscami, w półmroku, jakby własną jakąś światłością gorzała.
Kunigas spojrzał i oczu nie mógł oderwać. Poczwarne, nieludzkie oblicze, przybierało w oczach jego wyrazy dziwne, wszystkie groźne, krwi-chciwe, okrutne.
W tych wizerunkach zbolałego Boga, które widywał po kościołach, mimo cierpienia była miłość, łaskawość, dobroć jakaś. Był to Bóg, winy przebaczający, zamęczony przez ludzi, krwią oblany własną.
Ten, który z pod pnia nań spoglądał, zdawał się cudzéj, nienasycony, pożądać... nie znał miłosierdzia... Był to bóg ognia, zniszczenia, piorunów...
Kunigas, nie umiejąc wypowiedziéć, czego doznawał na widok Perkunasa, czuł tę różnicę sercem, które się ściskało...
Tam z kazalnic przynajmniéj płynęło słowo przebaczenia, łaski, miłości; tu... panowała zemsta. Tam kapłani niekiedy mówili, że wszyscy ludzie są, lub powinni być braćmi; tu oni byli wszyscy sobie wrogami.
Połyskująca blado we mroku głowa Perkunasa, z szeroko rozdartą paszczęką otwartą łaknęła ofiar... zdawała się je miażdżyć w swych szczękach i z rozkoszą karmić się niemi.
Kunigas stał, z trwogą wpatrzony w kloc ten straszny, po którym światełka próchna biegały, tworząc poruszenia na obliczu potwory, — gdy jeden z czuwających Wejdalotów przybliżył się ku niemu.
Był to młody, urodziwy Konis, znacznego rodu dziecię, któremu wróżono wprędce laskę Krewuli, a może i stolicę Krewego... W oczach jego, rozumnych a ognistych, błyskało życie, podbudzone religijnym zapałem... Wiedział on już o Jerzym i jego losach, a pragnął się od niego samego dowiedziéć czegoś jeszcze. Jak wszystkich napastowanych Litwy obrońców, i jego obchodziły wielce tajemnice tych ludzi zbrojnych, co z zachodu z nową wiarą i orężem szli na kraj jego, zdobywać i wywracać. Jerzy chciał go zbyć ukłonem i milczeniem, oddalając się; lecz Konis go zatrzymał łagodnie.
— Żyliście pono u Niemców, z Niemcami i w ich wierze przez czas długi — rzekł do niego. — Mieliście sposobność im się przypatrzéć. Prawdaż to? silniejsi są od nas ci najeźdźcy?
Kunigas namyślał się chwilę.
— Tak, niestety, — rzekł — silni są żelazem, orężem, zbroją, bogactwem, a może i tém, że oni ani żon, ani dzieci, ani rodzin nie mają. Są to kapłani tamtego ich Boga, ale zbrojni i dla podbicia mu wszystkich ziem walczący...
Konis brwi marszczył.
— Cóż to za Bóg ten ich? — zapytał. — Mocny on jest?
Jerzy zadumał się, oczy spuścił. W sercu mu pozostało coś z nauk kapłanów... nie chciał odpowiedziéć jasno, bo trwoga jakaś zabraniała mu bluźnić przeciwko Temu, którego niedawno był wyznawcą.
— Ja nie wiele wiem o nim — rzekł. Jest to rzeczą kapłanów znać Go lepiéj. Widać, że siłę ma, kiedy ją im daje. Tyle Mu już krajów zawojowali.
— Ciska i on pioruny? — pytał Konis.
— Nie — odparł Jerzy — mówią o nim ciągle, jako o Bogu łaskawości i przebaczenia.
— A nikomu przecież nie przebaczają? — odezwał się Konis, ruszając ramionami. — Musi tam w istocie być tajemnica jakaś, o któréj nie wiecie.
Tu wskazał na dąb i Perkunasa...
— U nas... niéma ani miłosierdzia, ani przebaczenia, — począł z coraz zwiększającym się zapałem. — Nasz bóg mściwy jest, mścić się i zabijać każe... bo silny. Téj ziemi, któréj on i my panami, bronić będziemy z jego pomocą, do kropli krwi ostatniéj, z okrucieństwem bez litości. Siedzieliśmy tu lat tysiące, naszą była... groby dziadów i ojców po niéj rozsiane. Bogowie nam ją dali; kto prawo ma z gniazd nas wypłaszać?...
Śmierć wrogom!! — Podniósł rękę do góry...
Kunigas patrzał i nie odpowiadał. Zaczynało się rozwidniać, a w dalekim obozie poruszać powoli...
Konis, ochłonąwszy trochę, zbliżył się, przypatrując Jerzemu, i badał daléj:
— Powiedz mi, kto ich nauczył kowania żelaza i tych wszystkich sztuk przeklętych, któremi oni nas zwyciężają? Budują, słyszę, grody z kamienia i umieją głazy zmusić, aby się zrastały z sobą? Zkąd mają bogactwa?
— Patrzałem na to, co mają i co umieją — rzekł Jerzy — ale jak do tego doszli? ja nie wiem... Jest ich narodów niezliczonych mnóztwo, wszystkie należą do jednego Boga... to ich silnymi uczyniło...
— Tak — odparł Konis zamyślony — tak, był u nas czas, że jeden Krewe nad całym krajem Letuwy panował; potém rozmnożyli się Krewule i Kunigasowie powstali, i ziemie się porozpadały w szmaty... ale teraźniejszy Wielki Kunigas, Gedymin, znowu weźmie wszystko w dłoń jednę.
Tu czoło mu się zachmurzyło, spojrzał na Jerzego.
— Potwarz na niego rzucają — dodał — że z postrachu tamtemu Bogu niemieckiemu i jego najwyższemu Krewie chce się poddać.. Mówią, że słał posły... że w zakład dał córkę Polakom... Córkę? może... ale on się bogów litewskich nie wyrzecze, bo Litwa jego-by się wyrzekła... Nie! nie! Lis to jest chytry... chce zyskać czas, aby się potężniéj uzbroił.
Kunigas słuchał, nie rozumiejąc. Konis, rozgrzany, mówił coraz żywiéj, nie zważając, czy go słuchający pojmie...
— Prawda! ta obca wiara ciśnie się do nas zewsząd... od Krywiczan, od Russów... Budują sobie świątyńki, przywlekają się ich kapłani... lecz kryć się muszą, bo śmierć-by ich spotkała... Obcym bogom my się tu osiedlić nie damy...
Zamilkł i zwrócił się znowu do Jerzego.
— Mówią, że wy jesteście synem Redy? — odezwał się... Wrócicie do Pillen, na granicę, do waszéj ojcowizny? Pamiętajcież bronić jéj dzielnie, a nie dać w ręce Niemców.
Spojrzał badająco...
— Na waszém miejscu — dodał — wolał-bym innym powierzyć obronę grodu... Nadto długo żyliście z Krzyżakami... nie będziecie mieli takiéj, jak my, siły do walczenia z nimi...
— Dla czego? — odparł Jerzy, który się poczuł znowu Litwinem. — Albo to, długo w więzach siedząc, do kata, co je włożył, nazwyczaić się można?! Nauczyłem się ich nienawidziéć.
Konisowi oczy się zaśmiały.
Głos, jakim w końcu przemówił Jerzy, odezwał się w jego sercu... zaczynał miéć wiarę w przybysza.
— I nauczyć się byliście powinni tych sztuk, które oni umieją. Wiecie, zkąd oni oręż biorą? jak go używają? Tém być możecie nam pomocnym.
Około dębu zaczynało się coraz bardziéj ożywiać.
Od strony wschodu rumieniło się niebo... słońce za chwilę ukazać się miało. Cały chór Wejdalotów, Burtyników, Wurszajtów, dziewcząt od ognia, ustawiał się koło ołtarza i dębu, aby za chwilę zaśpiewać pieśń poranną, witającą słońce...
Na ołtarzu nanowo podsycony ogień wysoko piął się jasnym płomieniem i słupem dymu... Kunigas przypomniał sobie teraz Baniutę; obejrzał się tęsknie dokoła i, nie wiedząc, co się z nią stało, postanowił natychmiast jéj szukać.
Uważał ją za swą narzeczoną; kochał, jak siostrę... drżał, myśląc, czy po téj podróży strasznéj nie padła, znękana chorobą.
Zobaczywszy niedaleko stojącego Rymosa, pośpieszył pytać o nią; ale młody parobczak wiedział tylko, że ją wczoraj wieczorem na rękach poniosły na spoczynek niewiasty.
Chciał już iść, gdy wśród téj ciszy uroczystéj, któréj od wczoraj nic nie przerwało... nagle zanucili kapłani pieśń na cześć Saułe-Lajmy i Saułe-Perkunasa...
Pierwszy to raz, po hymnach kościelnych Malborskich, po psalmach pokutnych, usłyszał Jerzy pieśń religijną pogan...
Nie śmieli jéj śpiewać pełnémi głosy i piersią całą, bo las-by był zatrząsł się i odbiły echa dalekie... popłynęła jak strumień cichy i spokojny a smutny... Jerzy jéj nie rozumiał, ale mu brzmiała czémś tajemniczém, wielkiém, dobytém z prochu wieków...
Hymny i psalmy, które on słyszał po kościołach, były dziełami natchnionych ludzi, wieszczów świętych, a ta pieśń nie miała ojca, ani matki. Ojcem jéj był lud cały, matką jéj były wieki. Rosła, po słowie, po wierszu, przybierając od każdego pokolenia, aby przyszłym być po praojcach i prawiekach spuścizną.
Kunigas nie wiedział o tém, ale coś w duszy mówiło mu, że śpiewu tego nie stworzył człowiek, tylko... lud. W piersi jego poruszał śpiące wspomnienia krwi staréj o pradziadach, od których wypłynęła.
Jerzy słów nie chwytał, a śpiew ten do słońca, zdawało mu się, że rozumiał...
Z za czarnego muru lasów, z za wałów chmur sinych, w téj chwili właśnie dobyło się Lajma-Saułe i dąb święty stanął cały w złotych promieniach.







IX.



Pieśnią poranną rozlegała się dolina jeszcze, gdy na skraju jéj, pod lasem, gromada niewiast ciekawych nieustannie się zwiększała około namiotu Jargały, matki Baniuty.
Wszystkie matki chciały widziéć ten cud, dziewczę wyrwane z rąk niemieckich... ocalone! wczoraj sierotę, dziś jedynaczkę bajorasowéj, która ją już opłakała od lat wielu...
Opowiadano sobie teraz po cichu, jak Jargała usypiała nic o dziecięciu nie wiedząc, i jak we śnie przyszła do niéj Lajma-Pani, z obliczém słoneczném i szepnęła do ucha: — Wstań a idź, skończyły się łzy twoje, szczęście twe się poczyna — oto tam, na ziemi nagiéj, śpi dziecko twoje, Baniuta!
I poszła stara matka, i znalazła ptaszynę swoję.
Zdało się Jargale, że tak maleńką z rąk porwali, iż jéj dokołysać nie mogła: więc téjże nocy wzięła dorosłą na kolana i objąwszy, nucąc pieśń kolebki, kołysała ją i usypiała przez noc całą...
A teraz?...
Teraz jéj ludziom pokazać nie chciała i nie mogła, zbiedzonéj, obszarpanéj, drogą zmęczonéj. Zaprowadziła ją do namiotu, zasłoniła od oczu, i chciała przystroić, nim-by na świat wyszła.
Położyła główkę jéj na swych kolanach, rozplotła złote warkocze i, śpiewając cicho, czesać je zaczęła... a całowała i czoło, i kosy... i łzy padały ze starych oczu na młodą, uśmiechniętą twarzyczkę dziecięcia.
Dokoła namiotu cisnęły się niewiasty natarczywie.
Potrzeba jéj było wszystkiego; i szytéj koszulki, i fartuszka bramowanego z dzwoneczkami, i paska czerwonego, i bursztynów na szyję, i zapięcia do gzła, i wstążek do włosów, i wianuszka na czoło...
Boć ciemnego, rucianego wianka nie zgubiło dziewczę po drodze, tylko przywiądł, gdy na ziemi spała.
Więc niewiasty z sercami matek biegły, niosąc co która miała, cisnąc się z podarkami, wołając przez namiot do Jargały:
— Na-ści spódniczkę dla dziecka! na-ści sznurek na szyję... a oto koszulka, jak śnieg biała i pasek, jak krew czerwony...
I rzucały podarki przez otwory namiotu.
Każda coś dać chciała, a wszystkie zobaczyć dziewczynę.
Rówieśnice gotowały się ją wziąć zaraz i prowadzić do ognia, do Wejdalotek, aby Perkunasowi i Lajmie podziękowała...
A w głębi szarego namiotu, zazdrosna matka wciąż czesała włosy, splatała kosy, śpiewając i płacząc, dzieckiem się nie chcąc z ludźmi dzielić...
Bała się, aby jéj oczyma nie zjedli, nie odebrali.
Baniuta śmiała się i, rączki podnosząc do góry, starą matuchnę głaskała po twarzy...
— Nie bój się, już mi cię nie odbiorą!
Niewiasty szturmowały do namiotu.
— Córkę nam dawaj! — śpiewały śmiejąc się... pokaż ją słońcu... pokaż światu!!
Musiała stara matka wdziać koszulę białą i spódniczkę, i sznury, i wianuszek na czoło... A co włożyła na nią, to westchnęła... bo ot, już wynijść z nią trzeba było i podzielić się z niemi.
Ociągała się i lubowała...
Taka bo śliczna stała przed nią Baniuta!... Coś w niéj się zachowało z dziecka, a wszystko wypiękniało jeszcze... Matka ręce całowała, oczy ustami zamykała... i wołała: Sliczności ty moje!!
A za namiotem siostrzyce nieznane śpiewały, wołały: Wychodź co prędzéj...
I potrząsano płótnem i grożono: — Pokaż nam dziewczynę!
Stara ostatni raz pocałowała ją w czoło i ręką podniosła opłotek.
Baniuta stała zarumieniona; okrzykiem ją powitano, jak królową.
Nie było na niéj znać ani znużenia, ni podróży; matki pocałunki przez noc, wszystko pogoiły... Piękna była, a taka szczęśliwa!..
Dziewczęta, podbiegłszy, chwyciły ją za ręce... Wielką gromadą wiodły przez dolinę ku dębowi. Po drodze kupy stały i witały, parobczaki ręce podnosili, starzy ustami klaskali...
Wejdaloci i Wejdalotki już na nią czekali u wrót.
Stał tu i piękny Konis, przepasany białą opaską, z laską jasną w ręku, w dębowym wieńcu. Z dala się przypatrywał, i gdy ją zobaczył taką przepiękną, zbladł aż i zadrżał...
Z Wejdalotek, co na nią czekały, żadna się z nią mierzyć nie mogła...
Czy ją tak wykarmił niemiecki chléb, czy litewska tęsknica?! Nikt nie wiedział, że ją matki łzy i pocałunki tak obmyły i zarumieniły. Szła sobie, jak kwiatek, co dopiéro otworzył się z rana i śmiał się do słońca.
Wszystkie dziewczęta cisnęły się za nią do ognia. Wejdalotki prowadziły, szli Wejdaloci i kapłani, i wóżbity, i sam nawet stary, szpakowaty, otyły Krewule, na lasce się opierając...
Konis mu coś szeptał do ucha, stary potakiwał głową.
Dziewki od ognia oprowadziły ją dokoła ołtarza i dokoła dębu... a guślarze kropili wodą ze świętego strumienia, sypali za nią ziarnem i błogosławili.
Baniuta, jak upojona, wieść się dawała, i sadzać, i podnosić... Jargała ledwie nierychło podążyła za córką.
We wrotach Konis piękny czekał na nią i zatrzymał.
— Do córki muszę! — zawołała.
— Idźcie wprzód do starego Krewuli, bo mówić z tobą potrzebuje... a on tu pan i rozkazuje.
Jargała zmarszczyła się trochę, zamruczała i podeszła.
Na stronie stał Krewule, na lasce oparty, i czekał.
— Matko Jargało — rzekł — a oto wam bogowie po tylu latach dziecko oddali...
— Niech-że im będą dzięki! — zawołała matka.
— A myślisz, stara, że oni to uczynili dla ciebie? — dodał stary.
Jargała spojrzała zdziwiona.
— Ba? dla kogoż-by?
— To my wiemy, co tajemnice bogów znamy — zwolna mówił Krewule. — Po to ją tu przyprowadził los, aby ona tu została. Gdyby Lajma tobie ją dać chciała, przyprowadziła-by ci ją do chaty. Nie! do swojego ołtarza przyjść jéj kazała.
Stara jęknęła, przestraszona.
Krewule laską postukiwał i brodę szarą pogładzał. Oczki jego maleńkie pilnie matkę zrozpaczoną badały.
— Taka wyrocznia bogów — dodał. — Musi ona tu zostać Wejdalotką u ognia naszego. Na to ją ocaliły bogi.
Jargała rzuciła się na kolana. Baniuta, która opodal nieco z dziewczętami stała, krzyknęła i głosu jéj zabrakło. Ręce drżące wyciągała ku matce, tylko co odzyskanéj, którą wnet znowu stracić miała.
Wejdalotki milczéć jéj kazały. Stary Krewule, któremu długo stać ciężko było, a nogi miał chore, poobwijane szmatami, siadł na ławce pod daszkiem. Kij przy sobie postawił, spojrzał w bok, gdzie stał róg z miodem, trochę się napił i mówił poważnie bardzo:
— Płaczesz! ale-byś dziękować powinna! albo to jéj tu źle będzie chodzić koło ognia świętego, zawsze w świeżych rąbkach i wiankach?? A jakiż ty jéj los lepszy dać możesz? Za mąż wydasz? praca nieustanna, łzy i trud... a tu cisza, i spokój, i dostatek... Ludzie szanują, bogowie błogosławią. Życie sobie jak ptaszyna prześpiewa...
Baniuta słuchając coraz bledszą była; stała się białą, jak rąbek, w który ją przybrano... a drżała, jak liść, i śliczne oczy jéj okryły się powieką, która nad niemi zawisła ze łzą srebrną.
Matce tchu w piersi zabrakło, nogi zaklęsły, padła na kolana, szlochając.
Opodal trochę stal Kunigas Jerzy; słuchał a spoglądał; wbrew mu zadygotała, ściągnęła się, namarszczyła... czoło porysowało, —  bladł i zżymał się.
Postąpił kroków parę ku Krewuli.
— Ojcze — odezwał się, łamaną i trudną mową. — Coście rzekli, to się na żaden sposób stać nie może.
Krewule spojrzał groźno.
— A no, tak, nie może! — rzekł Jerzy. — Ja Baniutę wyprowadziłem, jam ją z niewoli wziął i mało nie na ręku ją tu przyniosłem. Z prawa ona mi się należy; a ona mi téż, jako narzeczona, słowo dała, i ja jéj. Bogowie z ludźmi się nie dzielą; ja nie odstąpię jéj!!
Krewule rzucił się z siedzenia.
— Cicho! zepsuty jakiś, zniemczały chłopcze!... Wesela-ście nie odprawiali. Perkunas prawo ma, choć prowadzoną do męża, wziąć dziewczynę... Milcz, przybłędo!... milcz... ani mi się waż!
I opadł na siedzenie. Jerzy chciał mówić coś; wróżbici go, pod ręce ująwszy, w tył popchnęli. Powieki Baniuty podniosły się; ścigała oczyma Kunigasa, a choć łzy miała na nich, patrzała mężnie.
Jerzy, próżno usiłując się wyrwać z rąk, w które popadł, przestał się szamotać.
Wystąpił młody Konis...
— Nigdy wyraźniéj — rzekł — bóg swéj woli nie objawił... Jawna rzecz... ślepy dojrzy... trafiła wprost z niewoli tu, gdzie ją przeznaczenie wołało...
Tu jéj przystało zostać i żyć... my oddać nie możemy, co boże... Kiedy liść na ołtarz z nieba spadnie, odgarnąć go nie wolno... a ona téż tu, jak liść, przyleciała wprost...
— A jam ją pierwsza poznała i przyjęła, ja! — zawołała Jargała jęcząc.
Spojrzała ku córce, lecz tę już na dany znak Wejdalotki dziewczętom z rąk odebrały, i opierającą się, przelękłą, wiodły, napół unosząc, do swéj zagrody, któréj drzwi się zaraz za nią zamknęły.
Lekki, słaby krzyk dał się słyszéć tylko... i po nim cisza.

Krewule popił z rogu, usta otarł i zatopił się w myślach...
Wejdalotki porywają Baniutę do swego grona.
Konis popatrzał dokoła, poszeptał coś Wurszajtom, oczyma poszukał Kunigasa, którego trzymano przy ogrodzeniu, i poszedł ku niemu.

— Nie sprzeciwiajcie się woli bogów, — rzekł cicho. — Źle-byście poczęli... dziewcząt znajdziecie dosyć; a kto Wejdalotki dotknie, choćby stokroć Kunigasem był, śmierć go czeka...
— Ależ ona Wejdalotką nie jest i nie będzie, bo jest narzeczoną moją — odparł Jerzy dumnie. — Gdym ją zaswatał w lesie, prowadząc, przy świadkach którzy tu są, całowałem ją w usta, więc pocałunkiem ślubowaliśmy sobie...
— Nie — odparł Konis stanowczo. — Wesela nie było... a ona Wejdalotką zostanie.
Wyzywającém wejrzeniem zmierzyli się, i Konis odszedł, nie chcąc przedłużać rozmowy.
Rozpłakaną Jargałę starsze baby podniosły z ziemi i poprowadziły gwałtem za zagrodę.
Tu ją usadowiły na ziemi. Stara Marga pochyliła się nad nią i do ucha szeptać zaczęła:
— Czego płaczesz? oszalałaś! A toż szczęście ją spotkało... Wielka rzecz, że męża miéć niebędzie, ale i troski téż! cóż to za dola małżeństwo? Kądziel, garnki, wiadra, pranie... w polu praca, w domu łajanie... Świekra zła, mąż niewierny...
Ona tu we wszystko będzie opływać! W złoto ją oprawią!... Cichoż, stara, cicho...
Inne téż pocieszały i wmawiały, ale nadaremnie — stara płakała.
Kunigas burzył się cały i odzienie targał na sobie; oczyma szukał Szwentasa... nie było go blizko... Z dawnego życia przyszedł mu rozum wyuczony... Zmiarkował, iż potrzeba było spokój udawać i gniew schować w piersi głęboko. Jak u Krzyżaków kłamać się nauczył i milczéć, tak tu przybrał obojętną minę...
Na ziemi siadł, a Rymosa posłał, aby mu chleba przyniósł i miodu... Taką sobie twarz zrobił, jakby mu się już tylko jeść chciało, patrzéć, słuchać, a o niczém więcéj nie myślał.
Z za zagrody, przez szparę, przypatrywał mu się Konis bacznie, długo dosyć; a przekonawszy się, że gniewy już odeszły i chłopak ostygł całkiem, zwolna przystąpił do niego.
Su Diewu negali bartis — rzekł mu po cichu — (z panem Bogiem nie żartować), dobrze, że rozum macie. Nie wiem, jak tam u Niemców, ale u nas jeszcze Krewe i Krewule są bogów posłańcami i tłómaczami woli ich na ziemi. Sprzeciwiać się im nie godzi...
Jerzy spoglądał, nic już nie odpowiadając... przyniesiono mu jadło i napitek, a choć głodu nie czuł, udał, że mu do nich pilno było, aby się zbyć Konisa.
Wejdalota téż, kilką słów jeszcze dorzuciwszy, zakończył: Diews wislab iszlaiko (Bóg wszystko do końca prowadzi), — i poszedł.
Szukał Rymos Szwentasa, który, po długiéj z krajem rozłące, teraz się ze swoimi nagadać nie mógł. Porywano go od kupy do kupy, a on im o Krzyżakach dziwy prawił.
Chłopak ledwie mógł go wyszukać i do Kunigasa zaprowadzić. Napiły trochę był stary chłop, lecz wesół i bardzo dobréj myśli.
Udało się odprowadzić go nieco na stronę Kunigasowi.
— Wiész, co się stało? — zapytał go.
— Jakże-by nie! — rozśmiał się Szwentas — ludzie prawią... Szczęście wielkie spotkało Baniutę.
Jerzy namarszczył się.
— Co wam tęsknić za jedną dziewczyną! — przerwał, odgadując go, parobek. — Matka wam znajdzie piękniejszą... Dać pokój; z Krywulem i z Wejdalotami nam nie wojować, kiedy się im spodobała...
Nie można więc mówić było o tém ze Szwentasem, który się nie zdał na sprzymierzeńca. Jerzy zmienił myśli.
— Słuchaj-no, — rzekł cicho — widzę, że mnie tu niedowierzają i pilnują. Nie wiem nawet, czy-by mnie ztąd puścili, gdybym iść chciał. (W istocie nie myślał porzucić Baniuty). Spocznę tu po drodze, a ty idź o mnie oznajmij matce. Powiédz jéj: niech po mnie przysyła...
Spojrzał nań Szwentas pytająco.
— Chcecie, bym szedł sam?
— Spocznę — powtórzył Kunigas. — Czekać tu będę na ludzi, co po mnie przyjadą. Idź.
Parobek się zadumał trochę, po głowie potarł, nie sprzeciwiał. Zwolna odstąpił od niego, nie mówiąc nic, i powlókł się ku obozowisku.
Jerzy do zagrody powrócił, do szopy swéj nazad szedł i położył się spoczywać. Wierny Rymos u nóg się jego umieścił. Baniuty już ani widać, ani słychać nie było...
Mieniały się dziewczęta przy ogniu... i wszystko szło dawnym trybem...
Płaczącą tymczasem Jargałę, oprócz bab, Wurszajtowie i Swalgony otaczali, nasłani przez Wejdalotów, czyniąc jéj obietnice wielkie, a umawiając, aby przeciw woli Lajmy nie wyrzekała.
— Zobaczycie, jak wam teraz w domu szczęścić się będzie... Nie zabraknie nic, a szanować was ludzie muszą, kiedy córka zostanie u ognia. I wasze domowe ognisko lepiéj teraz grzać będzie.
Stara ich nie słuchała.
— Wczoraj-że córki nie mieliście — mówiły baby — ani-ście nawykli do niéj.
— A! wolały-by jéj nie widziéć oczy moje i serce się nie cieszyć nią, niż stracić ją tak prędko! Jak sen było szczęście moje! — płakała stara.
I dzień tak zszedł do wieczora, słońce zapadło, dolina usnęła.
Rymos wymknął się z szopy, za rozkazem pana, szukać Szwentasa; lecz znaleźć go już nie mógł. Znikł stary.
Nazajutrz Kunigas chodził i czatował, czy Baniuty nie postrzeże, czy choć głosu jéj nie posłyszy... Znikła, jak w ziemię wpadła, nie było jéj. Mieliżby ją ztąd tajemnie gdzieindziéj uprowadzić?
Nie; jeden był ogień święty i dąb a Romowe.
W duszy Jerzego co się działo, jak cierpiał, jak się zżymał, iż posłuchał rady Szwentasa i naprzód tu przybył, nie wiedział nikt; bo chodził, twarzą kłamiąc, i z Konisem mówił spokojnie, a gniewu i tęsknoty nie okazywał.
Liczył już tylko dni, kiedy się mógł z powrotem spodziewać Szwentasa. Lecz i to obrachować było trudno. Odległości dobrze nie znał, droga była nie jedna, człek znużony... przeszkód wiele.
Gdy w borze zatętniło, a nowi ludzie przyjeżdżali na Romowe, serce mu biło, spoglądał, wywiadywał się, nuż od matki posłowie?
Ale oczekiwanych nie było.
Wyszedłszy za zagrodę, siadał pod nią, patrzał w dolinę, i dumał. Tęsknota go zjadała. A i życie tutejsze, i strawa, i wszystko, co widział, nie w smak mu było a krzywe...
Na zamku żywot był łatwiejszy, chleb smaczniejszy, obyczaj mniéj dziki.. Tu za to swobodę miał i u swoich się czuł.
Lecz swoi byli, a czasem jak-by obcy mu, wstrętliwi. Gdy o bogach, gusłach, sprawach swych opowiadali, rozumiéć ich nie mógł, niekiedy się brzydził. Chciał bardzo miłować, a serce stygło.
Ciężko mu było: z tém, co porzucił, nie rozstał się całkiem; to, co miał, odpychało go.
Lud z pałkami i pociskami, bez zbroi, bez odzieży, pół nagi, skórami okryty, niekiedy mu źwierzęcym się wydawał. Krzyżacy w lśniących zbrojach i łańcuchach piękniejsi byli.
Lecz całéj Litwy jednym tłumem w dolinie mierzyć nie było można. Na dworze Gedymina musiało być inaczéj.
Upłynęło już siedm dni od wyjścia Szwentasa, a od Pillen wieści nie było...
Zabito go może w drodze? źwierz dziki rozszarpał? utonął gdzie na rzece?
Ósmego dnia z południa zatętniało w borze wrzawą wielką. Nie wiedziéć dla czego, Kunigas się zerwał na nogi; pewnym był, że po niego jadą.
Wyrwał się na przód kroków kilkanaście, patrzał, a pierś mu się podnosiła żywiéj.
Z lasu wyjeżdżali ludzie na małych konikach, zbrojni, a było ich soroka z półtora...
Przodem przed nimi, na koniu téż, w świecącym hełmie, ktoś jechał z mieczem u boku...
W gromadzie, zdało się Kunigasowi, że poznał Szwentasa, który, przygarbiony, jak wiązka siana trzymał się na grzbiecie konia. Nie był pewnym.
Tymczasem przybyły lud począł zsiadać z koni i w dolinie się rozkładać. Dowódzca w hełmie stał jeszcze chwilę, rozglądał się, jakby na coś oczekiwał... potém i on konia oddał, i z tym, którego zdala Jerzy wziął za Szwentasa, począł zwolna zbliżać się ku dębu zagrodzie.
Młodemu serce biło okrutnie... byli to swoi — byli to jego ludzie. Ten dowódzca wkrótce mu się miał jak panu pokłonić i paść przed nim twarzą.
Szwentasa już teraz poznał na pewno. Onto był i z dala ręką na Kunigasa wskazywał.
Jerzy stał wyprostowany, dumny, wpatrując się w przybliżających. Mógł już rozeznać twarz tego, który w hełmie lśniącym szedł przeciwko niemu. Oblicze było dziwne, bezbrode, nagie, surowe, smutne, dumne, z pałającemi oczyma. Jakieś uczucie poruszało niém i malowało się wyrazem oczekiwania, dzikiéj trwogi. Szedł, stawał, patrzał na Jerzego, zmarszczywszy brwi, mierzył go oczyma.
Zwolnił kroku; ręka jedna dotknęła piersi, jakby chciał oddech tamować.
Twarz to była nie męzka, ale i nie niewieścia, mająca w sobie zarazem rycerskiego coś, ale przybranego, a namiętnego i rozrzewnionego. Hamował uczucie, co go wiele kosztować musiało; ścinał usta, brwi ściągał, krok mierzył, jakby się obawiał za prędko dojść, gdzie go serce wiodło.
Jerzy, wpatrując się w przybliżającego, nagle odgadł w tym rycerzu przebranym — matkę.
Myśl ta przeszła mu po głowie, jak błyskawica, i sam się jéj zawstydził.
Nadchodzący, postawszy chwilę, zasromać się musiał wahania swego; pośpiesznym krokiem zbliżył się do Jerzego milczący, wlepił oczy w niego, krzyknął i objął go rękoma.
Reda, po wielkiém podobieństwie do męża, poznała syna.
Wśród tego uścisku, jakby chciała upewnić się jeszcze, że jéj nie myli jakaś ułuda, odsłoniła mu szyję, rozdzierając prawie kołnierz sukni, i ujrzała znak — grochowe ziarno.
— Marger! — zawołała, ściskając go w objęciu.
Jerzy nie pamiętał już uścisków matki... namiętne te pieszczoty napełniły go niewysłowioném uczuciem.
Ludzie zaczęli się na widok tego spotkania skupiać około nich... z dala wychodzili Wejdaloci, po całéj dolinie szmer szedł głuchy.
Reda w końcu zlekka odtrąciła od siebie Jerzego i przypatrywać mu się zaczęła znowu... z radością i wzruszeniem niezrozumiałém, jakby zarazem wstręt czuła ku niemu. Jerzy, chociaż teraz przebrany w suknie litewskie, miał w sobie coś, co tu nie swojskiém było. Ruchy inne, postawę wyuczoną, wyrobioną, nie taką, jaką daje swobodnie puszczona natura. Raziło w nim przestrojone dziecko Krzyżackie.
Na pierwsze matki pytanie, odpowiedź zabrzmiała w jéj uchu dźwiękiem znienawidzonéj niemieckiéj mowy. Dziecko jéj nie umiało własnego języka! Brwi znowu ściągnęły się dziko i ręka jakby do odepchnięcia nagotowała.. Ledwie się to stało... wnet macierzyńska miłość pociągnęła ją ku niemu; objęła go za szyję i całować zaczęła.
Chwilę trwało to dziwne oglądanie znalezionego dziecięcia. Nie ulegało wątpliwości, że on to był, lecz nie takim go sobie wyobrażała Reda...
Zwróciła się do swoich ludzi, wydając rozkazy i, otrząsnąwszy się z wrażenia, poprawiwszy hełmu, z dumą nową poczęła iść ku stojącym Wejdalotom.
Nie tylko Konis i kilku ich, ale stary Krewule, na ręku chłopaka sparty, wyszedł był naprzeciw sławnéj Kunigasowéj, córce Walgutisa.
Znano ją i cała Litwa ją szanowała, bo żaden mąż naówczas, odwagą, rozumem, czujnością i nienawiścią względem Niemców, jéj nie dorównywał.
Pilleny, dawna stolica rodziny ich, leżały nad granicą samą; kusili się o zdobycie jéj nieustannie Krzyżacy; ona jedna umiała i mogła tam się utrzymać. Z jéj rozkazu tak potężnie wzmocniony był gród; ona jedna umiała, dzień i noc tu stojąc na straży, nie dać się ubiedz, zaskoczyć i zatrwożyć siłą przeważną.
Cała naówczas Litwa już była zjednoczoną w jednych ręku i pod władzą jednego pana; Reda tylko nie poddawała się i trzymała na swéj dzielnicy, nie chcąc słuchać nikogo, a przebaczano jéj to dla tego, że w obronie granicy nikt zastąpić jéj nie mógł.
Daleko w kraju znano ją, jako nieubłaganą, surową, zuchwałą i obawiali się jéj wszyscy. Niemcy, którzy dziecię porwali, sposobili się z jego pomocą może opanować Pilleny, syna jéj w zamian oddając; rachuba ta ucieczką Jerzego zawiedziona została. Reda tryumfowała.
Wejdaloci i Krewowie tę mężną niewiastę, obraniającą ziemię swą od Niemców, mieli w poszanowaniu większém może, niż drudzy. Była téż dla nich hojną a łaskawą, bo obcéj wiary nienawidziła.
Przybycie jéj tu szczególniéj Konisa wprawiło w pewną trwogę. Nie obliczył on, napastliwie odbierając narzeczoną Kunigasowi, że jego matka się o nią upomniéć może...
Dla czego to zrobił? teraz sam nie wiedział dobrze. Śliczne dziewczę uczyniło na nim wrażenie namiętne; zachciał ją miéć w orszaku Wejdalotek, aby patrzéć na nią, i aby nikt drugi jéj nie miał... Późniéj, gdy nierozważny krok pośpiesznie wykonał z pomocą powolnego Krewuli, sam zważył, że postąpił lekkomyślnie; lecz cofać mu się wstyd było... Dziewczę tak było piękne, historya jego tak cudowna!.. Sama wieść o niéj mogła do ołtarza ściągać tłumy.
Lecz teraz przybycie Redy, któréj syn się mógł skarżyć, nowe obiecywało trudności.
Krewule stary łatwo równie Konisowi, jak wszelkiéj innéj przewadze woli ulegał.
Konis był w duchu strwożony, lecz gdy trwoga ogarnia człowieka, jak on, piastującego dostojeństwo, które słabości nie znosi, rodzi się z niéj zuchwalstwo tém większe, rozpaczliwe. Nie szło już o Baniutę, lecz o to, by Wejdalota przemocy Kunigasów uledz nie był zmuszony.
Witano Kunigasową Redę... z względnością wielką, a stary Krewule wprost, poprzedzając ją, poprowadził do ognia świętego. Tu zwyczajem było, że książęce niewiasty z rąk Wejdalotek wziąwszy przygotowane drzewo, same miały prawo dorzucać je do ogniska. Przywiléj to był wielki a łaska, która szczęście i błogosławieństwo przynosić miała. W takich razach Kunigasowe zwykle do suchych szczapek, które im podawano, dokładały jakąś ofiarę dla ognia: kosztowną bryłę bursztynu, srebro lub złoto.
Stopiony kruszec, z popiołów dobyty, szedł do skarbca Perkunasowego.
Za Redą, która szła dumna i zamyślona w ślad Krewuli, stąpał z głową spuszczoną Jerzy. Kunigasowa, zbliżając się do ołtarza, z torebki wiszącéj u pasa dobyła garść srebrnych pieniążków... i gdy starsza Wejdalotka podała jéj drzazgi, które na ognisko rzucone być miały, cisnęła z niemi razem, z brzękiem na rozpalone kamienie padające, pieniądze.
Oko Redy, która już od Szwentasa w drodze o Baniucie słyszała, ciekawie szukało między Wejdalotkami, których gromadka stała we wrotach osobnej zagrody, téj, o  któréj parobek jéj opowiadał. Domyślała się nieznanéj dziewczyny w różnych, lecz Baniuty tu nie było. Jerzy także szukał jéj oczyma napróżno.
Szwentas mówił Redzie z wielkim zapałem o ślicznéj dzieweczce, o męztwie, jakiego dowody dała w podróży, o niezmiernym żalu Jerzego po téj, którą kochał i za narzeczoną uważał. Kunigasowéj jednak cała ta powieść nie podobała się. Serce matek zazdrosne jest o synów: ta miłość Jerzego dla obcéj, pobytem w Krzyżackiej niewoli już wstrętliwéj dziewczyny, niemiłą jéj była.
Dla syna chciała równéj mu rodem... a ta była prostego bajorasa dziecięciem ubogiém.
Nie ledwie się więc cieszyła z tego, że Wejdaloci ją, jak należny sobie łup, zabrali.
Przywiązanie chłopca do Baniuty w jéj oczach było prostą krewkością dziecięcą, któréj pobłażać nie myślała.
Wystawiała sobie dziewczynę z tego, co jéj Szwentas powiadał o pobycie we dworze Gmundy, jako zalotnicę zepsutą. Takiéj żony nie życzyła dla syna.
Po obejściu trzykrotném ogniska, Reda skłoniła się Krewuli, dała jeszcze garść pieniążków dla Wejdalotów, i oczyma syna ciągnąc za sobą, wyszła, przeprowadzona do wrót zagrody, w dolinę.
Tu już dla nich namiot był szary rozbity i ognisko rozłożone, przy którém pieczono mięsiwo na wieczerzę. Jerzy szedł obok matki. Spoglądał na nią ciekawie i trwożnie, uczuwszy w téj niewieście siłę i wolę większą, niż miał w sobie.
Ona patrzała nań i upatrywała, co krzyżackie wychowanie na nim wycisnęło. Piękny był w jéj oczach, biło ku niemu serce matki; a coś jakby nieprzyjacielskiego w nim czuła.
Około rozbitego namiociku, w którym dwa siedzenia usłano na prędce, stali w pewném oddaleniu ludzie Redy... dobrze zbrojni, silni, zdrowi, lecz dzikich ruchów i twarzy. Z dala uśmiechali się swojemu panu, szepcąc i wskazując nań palcami.
Reda nim rozpoczęła z synem rozmowę, długo się w niego wpatrywała i raz jeszcze, rozchyliwszy suknią, zajrzała do znamienia na szyi.
Chłopiec, czując, że mogła miéć wątpliwość, począł nieśmiało opowiadać jéj, co sobie mglisto przypominał z przeszłości; wszystko to potwierdzało jego pochodzenie i kilka razy Reda uściskiem mowę mu przerwała.
Ta mowa połamana, obco dźwięcząca, raziła ją, choć z ust dziecka. Niemiec mówił przez niego i uczucie miłości coraz to się ważyło nienawiścią wroga. Nie mogła im przebaczyć tego, że jéj dziecię przetworzyli tak ohydnie...
Jerzemu często brakło wyrazu... wahał się... Reda naówczas, cała zarumieniona, rzucała mu je szybko, z gniewem i niecierpliwością. To go onieśmielało.
Radość z odzyskania syna zatrutą była w sercu matki.
Nie rychło Marger, gdyż tego dawnego imienia kazała mu używać, ośmielił się mówić o swéj ucieczce i wspomniéć o dziewczynie.
Reda na pierwszą o niéj wzmiankę głową poruszyła i usta jéj wzgardliwie się uśmiechnęły.
— Dobrze, że ją sobie Wejdaloci zabrali — rzekła. — To nie była dla ciebie żona, a nałożnicy ja nie chcę. Lat tyle trzymali ją Niemcy, i ty potém chciałbyś mi z niéj robić synową? Nie — nie!...
Marger spoglądał błagająco. Począł sławić dziewczę z jéj wdzięku, śmiałości, z serca dobrego, jak umiał; lecz im mocniéj ją wychwalał, tém Reda się oburzała więcéj.
Nareszcie zamknęła mu zakazem usta...
— Tyle dni w drodze żyliście razem — rzekła — ta dziewczyna musiała się bezwstydnie o ludzi ocierać tak wielu; to nie żona dla Kunigasa, syna Redy... Ciesz się, że ją wzięli do ognia, przynajmniéj nie przepadnie; ja jéj znać nie chcę.
Wyrok ten, wypowiedziany surowo i stanowczo, oburzył Jerzego, który nadzieję całą na matce pokładał; zamilkł nagle, ale spojrzenie nań Redy przekonało ją, że nie uległ jéj.
— Zapomni — rzekła w sobie.
Nie chcąc dopuścić dłuższéj o tém rozmowy, Reda natychmiast poczęła z zapałem mówić synowi o swoich Pillenach.
— Nam nie myśléć o godach! — zawołała — o swadźbie i weselu... nie na zabawę ty wracasz do Walgutysowego grodu... My się tam bić i czuwać musimy dniem i nocą. Nie zamek to Krzyżacki, ale czata na granicy, w któréj spać nigdy nie można, ani się rozdziać ze zbroi. Krzyżacy oddawna czyhają na nas, a ja, biedna kobieta, muszę tam zastępować ojca twojego. Teraz koléj na ciebie, a na mnie wrócić do kądzieli, choć ja jéj już w ręku utrzymać nie potrafię. Nie pora ci żonę brać, Marger.
Znasz Krzyżaków i Niemców, ich chody i sztuki; będziesz nas uczył. Po to cię bogowie nasi nam oddali, na to cię oni w niewoli trzymali, abyś z niéj wyniósł, co nam wiedziéć trzeba, a co nam było tajno. Oni się tam przed tobą z niczém nie kryli...
Marger milczał, siedząc zadumany.
Tak wieczór zszedł na rozmowie, która się nie wiodła. Reda nawet nie wiele mu dawała mówić, tak ją raził głos i wymowa obca; on sam téż, wstydząc się, jąkał i urywał.
Nazajutrz rano zapowiedziała Kunigasowa powrót do Pillen zrana.
Łoże dla niéj z liści usłane było pod namiotem, Margerowi ludzie przygotowali drugie, szałas skleciwszy obok z gałęzi. Wróciwszy tu, chłopiec siadł zamyślony; sen go nie brał. Matka straszna, groźna, choć kochająca, któréj rozkazów słuchać był zmuszony, stała mu na myśli wraz z Baniutą, któréj ostatni krzyk w uszach miał jeszcze.
Kazano mu się jéj wyrzeknąć?... miał-że być posłusznym?
Nieświadomy, co go czekało w Pillenach, nie wiedział, jak radzić sobie. Baniuty chciał koniecznie, choćby matka jéj broniła mu. Był przecież mężczyzną, powinien był miéć swą wolę.
Tęsknica straszna po utraconéj dziewczynie, z którą odbyta droga tak ich zbliżyła ku sobie, nie dawała mu ani pomyśléć o spoczynku.
Wyjrzał ze swego szałasu: ludzie spali pokotem dokoła, ognie pogasły. Noc była ciemna, choć gwiaździsta. Księżyc wschodził późno.
Marger wyszedł z pod budy i siadł odetchnąć chłodniejszém powietrzem, bo się dusił w zamkniętéj szatrze. Cisza wielka leżała na dolinie i niestrudzone słowiki tylko w lesie śpiewały. Po-za dębem ognisko święte, jakoś przygasłe, uśpione także, maleńką czerwonawą łuną się zdradzało... Tam gdzieś musiała być Baniuta, strzeżona przez Wejdalotki.
Ona tam tęskniła za nim, jak on za nią; może spodziewała się, że ją wyzwoli.
Litwinowi żadnemu zuchwała myśl-by była nie przyszła odbierać tę ofiarę od ołtarza. Mężczyznom na staję do zagrody dziewcząt, stróżek ognia, zbliżać się nawet nie było wolno. Perkunas karał śmiercią zuchwałych.
Lecz dla wychowańca Krzyżaków czém-że był ten drewniany kloc i  te barbarzyńskie świętości??

Każda namiętność oślepia; rozgorączkowany nią, Marger, poruszył się po cichu z siedzenia, wstał, przesunął się ostrożnie pomiędzy śpiącymi, i bez myśli jeszcze jasnéj, na oślep, począł iść ku zagrodom.
Spotkanie się Margera z matką.
Baniuta musiała tam być zamknięta! To jedno powtarzał sobie. Tam ona jest.

W lewo zaroślami się przedzierając, Marger powoli zbliżył się ku strumieniowi, który łatwo mu było przeskoczyć, potém ku zagrodzie.
Zdawało mu się łatwém téż zbliżyć pod tyny, które opasywały schronienie stróżek, podsłuchać... Sam nie wiedział, po co szedł i dla czego??
Dokoła spało wszystko.
Parkany, które otaczały podwórko, gładkie, wysokie, nie były do przebycia. Marger gotów się był ważyć na nie bez rozmysłu, choć nic mu nie zaręczało, że tam znajdzie tę, któréj szukał.
Obchodził je dokoła. Wewnątrz, gdy przyłożył ucho, słychać było tylko jakby oddech sennych piersi. Uparta tęsknica powtarzała mu: tam jest Baniuta!!
Raz i drugi obszedł zagrodę, rękoma drapiąc tyn, jakby go chciał poszarpać. Wtém, obejrzawszy się za siebie, o kroków kilka ujrzał postać jakąś poruszającą się, jakby cieniem jego była.
W gniewie, który w nim bezsilność nieciła, pierwszą myśl jego było: rzucić się na tego prześladowcę. Przypadłszy już ku niemu, za ramię go pochwyciwszy, poznał Rymosa.
Chłopak, uląkłszy się o pana, którego wycieczkę dostrzegł, poszedł za nim w ślady.
Nie był to więc nieprzyjaciel, lecz posiłek może.
Myśli błyskawicami biegały po głowie Margera...
Pchnął Rymosa ku tynowi i wskoczył na jego ramiona. Z téj wyżyny mógł przez okap na tynie wewnątrz podwórka rzucić okiem.
W szopkach, otwartych dokoła, na sianie i posłaniach ze skór leżały Wejdalotki.
Trzy z nich siedziały, czuwając, aby te, co były przy ogniu wyręczyć. Szeptały z sobą po cichu, ziewając znudzone....
Pod jedną z szop, oczyma rzucając po zakątkach, Marger teraz dopiéro dojrzał na posłaniu siedzące dziewczę, które jedno nie spało z dobréj woli.
Bicie serca dało mu poznać Baniutę. Z wlepionemi w nią oczyma, stał na barkach Rymosa, dysząc niespokojnie, nie pewny, jakie popełni szaleństwo, gdy trzy siedzące stróżki wstały, otwarły wrota i poszły te, które ogień żywiły, wymienić.
Jedna chwileczka zostawała Margerowi do odezwania się i oznajmienia Baniucie, nim-by wymienione powróciły dziewczęta. Reszta pozostałych spała.
Syknął, szepcząc jéj imię.
Baniuta szybko zerwała się na nogi; spojrzała w górę; domyśliła się raczéj, niż poznała narzeczonego, i głowę a dłonie ku niemu podniosła.
— Baniuta! — zawołał szybko — nie bój się! żyć nie będę, jeśli cię nie uwolnię; ale do ognia się nie daj pędzić, bo gdy raz rzucisz łuczywo...
Nie miał czasu dokończyć... trzy stare dziewki, zmęczone dozorem przy ołtarzu weszły, ziewając i podśpiewując. Można się domyślać było, że z ofiarnych beczułek napiły się trochę dla pokrzepienia.
Jedna z nich zobaczyła stojącą Baniutę, ale nie dostrzegła już Margera.
— E! ty, szalona kozo! — zawołała na nią — na siano! spać! czego ty się snujesz, jak zmora, po nocy? Zdaje ci się może, iż za tyn wyskoczysz do kochanka!!
Rozśmiała się.
— Perkunasowa ty już! ani cię żaden tknąć śmié... darmo sobie nie psuj serca, a o Kunigasie tobie nie myśléć... Bóg przecie lepszy od niego. Spać dzieciaku!
Baniuta wylękła skryła się pod szopkę, położyła na sianie, twarz zakryła fartuchem i płakała; ale w serce trochę wstąpiło nadziei, bo on ją obiecał wolną uczynić.







X.



W izbie o granitowym słupie na Malborskim Zamku, o szaréj godzinie licznie zebrana była starszyzna zakonna i goście.
Z wyboru przytomnych tu widać było, że nie dla rozrywki przyszli, ale dla narady.
Przedniejsi goście z Niemiec, Anglii i Francyi siedzieli na ławach przy ścianach, więcéj się przysłuchując, niż udział biorąc w radzie wojennéj.
Wielki Mistrz stał, pilnie nastawiając ucha, niekiedy głowy poruszeniem potakując, czasem wtrącając słowo; lecz nie on tu teraz, ale Marszałek dowodzący siłami zbrojnemi, przodował obradom...
— Wojna, którą my tu prowadzimy z pogany — mówił, zwrócony do hrabiego z Namur — wcale nie jest podobną do tych, jakie wy tam na Zachodzie odbywacie, ani do tych, które Zakon nasz niegdyś wiódł z Saracenami na Wschodzie. Ja nawet nie wiem, czy to wojną nazwać można. Ciżba ta, z którą się ucieramy, przeciwko nam rzadko się utrzymać może, i wié o tém dobrze. Jeśli ich dziesięciu nie staje na naszego jednego, uchodzą... Walka to osobliwa, cała na ubieżeniu i podejściu nieprzyjaciela. Czekamy, aż uśnie; patrzym, gdzie się nas nie spodziewa. Jak nawałnica i piorun spadamy na kraj, palimy wioski, zabieramy bydło, wybijamy ludzi, niszczymy ogniem i mieczem, i uchodzim wprzódy, nim się do pogoni zbiorą.
Często nachodzą nas w powrocie, obciążonych łupami, gdzieś wśród trzęsawisk i bagien, — tam się dopiéro mrowiu temu opędzać potrzeba.
Na małą kupkę napadłszy, my ich jak komary bijemy; lecz gdy siłą nas przemogą, okrucieństwa popełniają niesłychane. Nikt z życiem nie ocaleje.
— Czasem — dodał stary Siegfried — im się uda tak samo wtargnąć na naszą ziemię, plądrują téż bez litości.
— Cały więc rozum — mówił daléj Marszałek — wnijść, gdy się nie spodziewają, zaskoczyć tam, gdzie niéma obrony.
— Polowanie — odezwał się Brandeburczyk.
Uśmiechali się niektórzy.
— Teraźniejsza wyprawa — przerwał Wielki Mistrz — innego jest trochę rodzaju.
Musimy złamać w jedném miejscu opór, jaki nam stawią na granicy. Jest tam, jak na takich dzikich pogan, całe mocno zbudowane zamczysko. Zburzyć je trzeba koniecznie.
— Tak — dodał Marszałek — musimy je miéć i zniszczyć... Inaczéj w głąb’ kraju daléj puścić się nie sposób, z tyłu ich za sobą mając; bo tam w téj dziurze zawsze ludzi dość, czuwanie wielkie i zajadła dzicz!!
— Dotąd — rzekł jeden z Komturów przytomnych — szczególniéj Pillen tych dobyć było trudno, bo ich rzeka broni prawie z trzech stron. Ani przystąpić.
— Na to właśnie znalazł się sposób — z uśmiechem dodał Marszałek — sądzę, że skutecznym będzie.
— Jaki? — zapytał książę Brunświcki.
— Kazaliśmy umyślnie zbudować statek ogromny — mówił Komtur, uśmiechając się z pewną dumą. — Mylę się; można go nazwać twierdzą chyba. Spuścimy go rzeką pod sam gród i z niego szturmować będziemy. Ludzi się na nim dosyć pomieści; mocno zbudowany; możemy na nim stać, jak na lądzie bezpieczni.
Hrabia z Namur uśmiechał się.
— Pomysł bardzo dobry, jeśli wody tak wielki gmach uniosą.
— Rzeka głęboka, a nasi ludzie mielizny znają! — odparł Marszałek. — Wszystko obrachowane. Tym razem zamek ów miéć będziemy.
— Daj Boże! — westchnął Mistrz. — Wielki-by to był krok do dalszego zawojowywania. Pilleny nas, jak skała rzekę, wstrzymują.
— I wszystko się dziwnie składa — przemówił Siegfried — żeby z nich dla nas zrobić najniebezpieczniejsze gniazdo.
Zwrócił się ku milczącemu i we mroku stojącemu Bernardowi.
— Wszak-ci to waszego zbiegłego wychowanka ojczyzna te Pilleny? — rzekł — któż wié? może się udało mu dostać do nich!
— Wątpię — rzekł Bernard — tylko młodość taka szalona mogła się na podobną ważyć wycieczkę. Gdzieś ich albo głód zmorzył, lub źwierz rozszarpał dziki.
— Miał z sobą wasz wychowanek — dodał z przyciskiem Komtur z Balgi — starszego pono człowieka, doświadczonego.
— Bydlę, pół waryata! — zawołał Bernard ze wzruszeniem i westchnął.
Westchnienie to któryś z nieprzyjaciół jego podchwycił.
— Wy-byście pono nieledwie życzyli ocalenia temu zdrajcy; bo mówią, żeście się do dzieła rąk waszych przywiązali.
Zaczepiony Bernard, z twarzą surową obrócił się ku mówiącemu.
— Ani się tego myślę wypierać — odparł. — Może popełniłem błąd, ale w dobréj wierze. Dziecko było, na którém godziło się pokładać nadzieję. I gdyby nie wpływ jakiś tajemniczy, który może wychowance siostry Siegfrieda przypisać trzeba, z tego chłopaka mógł być dla Zakonu pożyteczny sprzymierzeniec.
— O! — rozśmiał się Siegfried. — jużeście się z tego nawracania pogan i przerabiania ich na chrześcijan powinni byli uleczyć, bracie Bernardzie. Bić ich i rzezać! niéma innéj rady.
— Krew ta i w dziesiątém pokoleniu się odezwie — potwierdził inny.
— Jeżeli się tam do tych Pillen, do matki dostał — mruknął Marszałek — choć to nie wielka siła, zawsze on nas zna lepiéj od innych, zła rzecz.
— Sądzę, że przeciwnie — odpowiedział Bernard. — Zna nas i siłę naszę, to znaczy, że im głupią i nadaremną obronę z głowy wybije. Tego jestem prawie pewien. Upór pogan, zuchwalstwo ich, polegają na tém, że właśnie sił, z któremi walczą, nie znają.
— Umiecie się bronić! — wtrącił, śmiejąc się Komtur. — Ja ich dobrze znam, ale na tę zaciętość rozpaczliwą nie pomoże nic; będą się tak bronili, jak dawniéj, choćby do nogi ich wybito. To rozpacz...
Szept na chwilę zastąpił rozmowę, która się podzieliła na kilka gałęzi. Obcy rozprawiali z sobą, Komturowie mówili o Pillenach; Wielki Mistrz zapytał o statek.
— Statek nasz tak, jak skończony — odpowiedział Komtur, który nadzór miał nad nim. — Dno tylko jeszcze smołą wylać trzeba i wnieść nań co dla ludzi konieczne; bo żywności z okolicy trudno dostać będzie, a oblężenie nasze może potrwać.
— Sądzicie? — rzekł Marszałek — mnie się zdaje, że ich na widok téj machiny przestrach ogarnie?
— Jeśli się nie mylę — przerwał Komtur — nie będzie ona dla nich niespodzianką. Chociaż budowaliśmy w ustronnéj przystani, mają szpiegów, którzy im o niéj donieść musieli, a łatwo domyślą się, na co ma służyć.
Zamilczano znowu.
— Razem ze statkiem — odezwał się Wielki Mistrz — wypadnie i od lądu oblegać, przewiózłszy ludzi. Osaczyć musimy dokoła. Zresztą, choćby z największą ofiarą, Pilleny miéć musimy.
— Bezwątpienia — pośpieszył potwierdzić Marszałek — dopóki one stoją, ani kroku daléj postąpić nie możemy.
— Oni to wiedzą pewnie — rzekł Siegfried — i rozpaczliwéj téż obrony spodziewać się tu musimy.
— Nato-śmy przygotowani — dodał głos z ciemnego kąta.
Kończyli tę rozmowę, gdy przez drzwi od wielkiéj sali wszedł cały we zbroi, tak jak z konia zsiadł, opylony, zmęczony, w płaszczu pomiętym, Krzyżak.
Jeden z Komturów poznał go i, na widok niespodzianie nadchodzącego, żywo się poruszył, zbliżając ku niemu niespokojny.
Przybyły, Hans von Hechten, miał twarz pofałdowaną gniewem, który ledwie w sobie hamował. Widok zgromadzonych, gdy się ich tu może tylu nie spodziewał i przed nimi, z tém co niósł, spowiadać nie życzył, zmieszał go. Obcych było wielu. Powiódł oczyma, rad się był cofnąć, ale już zapóźno było, — wszyscy mieli zwrócone nań oczy; Wielki Mistrz, odgadując, iż z pilną sprawą jego zapewne szukał i znaléźć się tu spodziewał, zwrócił się ku niemu i spytał otwarcie:
— Z czém przybyliście?
— Dlaczego-ście porzucili wasze stanowisko? — dodał Komtur. — Powierzyłem wam dozór; komu-żeście zdali...
Nie dokończył, gdy Hans, spojrzawszy nań z pod brwi nachmurzonych, ręką zamachnął rozpaczliwie.
— Cóż się stało? co się stało? — poczęli wszyscy pytać, cisnąc się ku niemu.
Hans zmilczał trochę.
Komtur niecierpliwy naglił go oczyma i mruczeniem.
— Nie miałem tam dłużéj po co stać; — odezwał się Hans — statek, który tyle pracy, czasu i pieniędzy kosztował...
Komtur i inni przerwali mu okrzykiem.
— Statku już niéma! — dokończył Hans, z wyrazem złości pięść podnosząc do góry. — Tak, niéma go.
Wielki Mistrz, widząc, że zewsząd zarzucają przybyłego pytaniami, na które odpowiadać nie mógł razem, zawołał nakazująco:
— Mówcie, jak się stało i co? całą sprawę, nie zatajając nic. Trzeba, byśmy wiedzieli, kto winien...
Hans ocierał pot z czoła.
— Nie winien nikt — odezwał się tym samym tonem, w którym czuć było wzburzenie — ani ja, ni ci, co ze mną byli. Gotów-em poddać się sądowi i karze. Statek był skończony, ładowaliśmy go, wyciągnięto z przystani na samo koryto, płynął dobrze i byłby się dostał pod Pilleny; aleśmy otrzymali rozkaz zabrać żywność, — potrzeba na nią czekać było.
Tymczasem zbójcy ci dowiedzieli się o nim, przewidzieli, co im grozi. Staliśmy nocą w pośrodku rzeki, gdy potajemnie łodzi kilka do statku przybiło. Nikt się nie mógł ani spodziewać, ani przewidziéć, żeby nas napaść śmieli!
Na zapytanie straży, młody chłopak z łodzi odpowiedział po niemiecku. Poznałem go potém: był to zdrajca ten, młody Jerzy, któregoście wy (obrócił się do Bernarda) wychowali. W mgnieniu oka, nimeśmy się opatrzéć mogli, ukryty ogień, który z sobą przywieźli, rzucili nam do wnętrza, gdzie pakuły i smoła, któremi zatykano szpary, leżały. Pożar się zajął we mgnieniu oka. Ruszyliśmy się wszyscy, ilu nas było, na obronę statku, ale przyszło nam samym życia bronić. Na łodziach i wpław kilkuset Litwinów nas oblegało.
Statek płonął; o ocalenie go już nie było starania; chcieliśmy sami wyjść z płomieni.
Krzyżak westchnął ciężko.
— Z ognia potrzeba było rzucić się w wodę, a tu czatowała dzicz z pałkami i nożami. Uratowało się nas nie wielu, statek spłonął do szczętu.
Wszyscy milczeli pod wrażeniem nowiny, która nadzieje wyprawy niszczyła.
Bernard stał z rękoma na piersiach założonemi, z głową spuszczoną, jak winowajca.
— Cała ta napaść — dodał Hans — nigdy-by ani na myśl nie przyszła Litwie, gdyby nie ten zbieg zdrajca. I gdyby w pierwszéj chwili nie odpowiedź jego niemiecka, mieli-byśmy się byli na baczności, ognia-by rzucić do środka nie mogli. Nie tylko ów wychowanek brata Bernarda, ale dwóch jeszcze odpowiadało, takich jak on zdrajców: Gut Freind! Zuchwalstwo to, którego przykładu nie było!
Spoglądano na przybitego tém oskarżeniem Bernarda, — on milczał. Cudzoziemcy, nie dobrze rozumiejący opowiadanie, tłómaczyć je sobie kazali; rozmawiano wrzawliwie. Słyszéć się dały odgróżki i przekleństwa. Wielki Mistrz z krwią chłodną zdawał się obliczać, co mu teraz czynić wypadało. On jeden najmniéj jakoś brał do serca straty i zawód.
— Klęska to jest — odezwał się wreszcie, zwracając do Marszałka — ale nie do niepowetowania. Statek był-by nam dopomógł wielce, jednakże i bez niego się obejść potrafimy. Niéma godziny do stracenia. Jeżeli ta dzicz spostrzeże, że nas onieśmieliła, odwiodła od wyprawy, stanie się zuchwalszą jeszcze. Musimy całą siłą iść na Pilleny i zniszczyć to gniazdo gadów. Wielu z was zginęło przy statku? — zapytał.
Hans odpowiedział pół głosem. Strata w ludziach, do Zakonu należących, była nieznaczną, a robotników nie wiele ważono.
Brandeburczyk, który słuchał opowiadania z niecierpliwém rozdrażnieniem, wybuchnął teraz.
— Na Boga litościwego! — zawołał — cóż to być może znowu za twierdza tak silna, abyśmy jéj nie potrafili zdobyć? Drewniane kleci? może gdzie niegdzie gliną polepione! Jeżeli rzeka broni z jednéj strony, z drugiéj ląd jest, a my nań wysiądziemy.
Jak oni statek, tak my im tę szatrę spalimy. Nie wielka sztuka bełty obwinąć pakułami, oblać smołą i puścić je na dachy. Zdobędziemy i zniszczymy!
— Musimy tego dokonać — potwierdził Wielki Mistrz — i to rychło, nie dając się im wzmódz w siłę.
— Idźmy zaraz! — poczęli się odzywać Komturowie wszyscy.
Marszałek, usłyszawszy to, spojrzał na nich.
— Nie potrzebuję więc dawać rozkazów; jutrzejszego dnia dosyć będzie na przygotowanie.
Wszyscy się poruszać zaczęli i wychodzić z izby, Wielki Mistrz zwrócił się do swoich komnat; inni, głośno rozprawiając, szli przez wielką salę. Bernard tylko pozostał w miejscu, jak przykuty.
Hans von Hechten, którego się nie przestano wypytywać, miał także iść za innymi, gdy, wysunąwszy się z zakątka swego, Bernard go powstrzymał...
Znali się oni z sobą, ale między milczącym, tajemniczym Bernardem a Hechtenem, który z konia prawie nie zsiadał, stosunek był chłodny. Nie lubili się.
Dał mu się jednak zatrzymać przybyły i stanął.
Z uprzejmością, na którą się silił widocznie, Bernard ująwszy go za rękę, odezwał się głosem błagającym:
— Proszę was, nie odmawiajcie mi słów kilku. Prawdaż to? poznaliście na pewno tego niegodziwego, tego... wychowańca mojego??
Hechten odpowiedział niechętnie i prawie grubijańsko:
— Nie ulega to wątpliwości najmniejszéj. Ja! ja-bym może go nie poznał; widywałem go mało. Inni, co znali dobrze, najpewniejsi są tego; wszyscy, wszyscy jednym głosem go mianują. On prowadził tych napastników, on tam rozkazywał. Rzucił się pono pierwszy na statek.
Bernard ręce zacisnął.
— Więc ocalał! więc jest tam w tych Pillenach! — odezwał się półgłosem. — Niepojęta rzecz, jakim sposobem przebył taką przestrzeń, potrafił ujść pogoni...
— Cóż w tém niepojętego? — szydersko odparł Hans. — Po drodze mi opowiadano, że, uciekając, wziął z sobą drugiego waszego służkę, parobka starego, który długo za szpiega u was uchodził, a pono im się téż wysługiwał, nie wam. Ten znał wszystkie drogi.
Dokończywszy Hans, podniósł rękę, jeszcze w żelazną rękawicę okutą.
— Nieszczęście to jest! — zawołał — gdy Zakon, zamiast wierzyć w żelazo, na podstępy i zabiegi chytre rachuje. Frymarki te, czy z Polakami, czy z Pomorzany, czy przeciwko Litwie, na nic się nie zdały. Nasza rzecz: zbroję wdziać i bić się.
Bernard nie odpowiedział nic; stał, jak przekonany i pokonany winowajca.
Hans wyszedł. On sam tu pozostał jeszcze z myślami swemi. Zabierał się także opuścić pustą salę obrad, gdy Wielki Mistrz do niéj powrócił. Znalazłszy go tu, zmierzył oczyma i z pewném współczuciem rzekł:
— Złe się stało! naukę wzięliśmy; ale wyście złego ani chcieli, ni mogli przewidziéć. Idźcie, ofiarujcie to Bogu.
Słowa te pociechy z głęboką pokorą i wdzięcznością przyjąwszy, Bernard wyszedł.
Na Zamku wydane rozkazy już wszystkim wiadome były.
Z jakimkolwiek skutkiem wyprawy się odbywały na pogan, choć wiele z nich się nie szczęściło i nie wiodło, każda z nich wszakże witaną była przez rycerzy z radością wielką, a szczególniéj te, którym goście towarzyszyli.
Wiadomém jest, że zamordowanie Wielkiego Mistrza Orselena było zemstą za to, że jednemu z Krzyżaków na wyprawę iść nie pozwolił. Cisnęli się, napraszali wszyscy, radość panowała powszechna. Tak panowie, jak knechty i służba, starali się o to, aby nie pozostać na straży opuszczonych Zamków. Wojna dawała więcéj swobody, miała wszelkiego rodzaju przyjemności i korzyści. Wycieczki na kraj nieprzyjacielski, jak wiemy z dziejów, odznaczały się rozpasaniem największém.
Nie dziw téż, iż nazajutrz, w dniu, który na przygotowanie był danym, na Zamku Malborskim panowało zajęcie wesołe, wrzawa, ruch, śmiechy, jak gdyby obchodzono już odniesione zwycięztwo.
Zrana zaraz porozsyłano do Komturów rozkazy, aby z siłami, które mogli odłączyć, do miejsc zbornych podążali. Niektórzy z nich wyciągali sami, aby się, wziąwszy ludzi, z oddziałem głównym połączyć.
Ładowano wozy, opatrywano konie, starszyzna wybierała swój dwór i pachołków. Ze zbrojowni wydawano zapaśny oręż; Szatny Zakonu wysyłał suknie, płaszcze i odzieże, które roznoszono. W kurrytarzach, po salach, widać było tylko biegających i śmiejących się ludzi.
Bernard, któremu dotąd nie dano rozkazu, ażeby z innymi się stawił, siedział w swéj izbie zamknięty, w tém przekonaniu, iż za karę skazany będzie na bezczynność.
Do zadumanego tak samotnika niespodzianie wszedł Sylwester Szpitalnik. Dość mu było spojrzéć na brata Bernarda, aby poznać, iż boleje. Była to dusza litościwa; zbliżył się doń z uśmiechem dobrodusznym.
— Przychodzę was spytać — rzekł — czy wy téż dryakwi, plastru jakiego, lub leku nie chcieli-byście wziąć z sobą?
— Ale ja, ojcze mój, — przemówił Bernard — podobno z wami i dryakwią tu zostanę. Nie wyznaczono mnie na wyprawę, a ja się napraszać nie mogę.
Widzę, że bracia na mnie zagniewani wszyscy i że mi wyrzucają, iż zdrajcę wychowałem.
Spojrzał na staruszka Sylwestra, który z żywością, nieopuszczającą go nigdy, w miejscu się kręcił i ramionami ruszał.
— Mają może słuszność — dodał — przemawiając za tém, żeby dzieci pogan zabijać raczéj, niż hodować! Ale ja... ja — rzekł, wahając się i patrząc na Sylwestra — zostawszy Krzyżakiem, niezupełnie przestałem być człowiekiem.
Sylwester spoglądał nań ze współczuciem.
— Wyrzucają mi, żem się do wychowańca tego przywiązał? — rzekł. — Do winy téj przyznaję się, ale to było chłopię...
Nie dokończył.
— Ja sam go polubiłem i litowałem mu się, gdy zachorzał — odparł Szpitalnik. — My obaj, bracie Bernardzie, nie zdaliśmy się do kompanii tych żelaznych ludzi. Szczęściem, ja doglądam szpitalu..
— Biednego chłopca obałamuconego mi żal — dokończył Bernard — bo niechybnie zginie. Musi być u matki w tych Pillenach, na które my idziemy całą siłą. Nie ujdzie z życiem.
Drzwi się otworzyły i kompan Marszałka wszedł do celi.
— Wy także naznaczeni jesteście do pochodu — odezwał się, spoglądając na tabliczkę, którą trzymał w ręku.
— Ja? — zapytał niedowierzająco z pewném wzruszeniem Bernard — ja?
— Tak — powtórzył z chłodem człowieka, który spełnia rozkazy. — Wielki Mistrz i Marszałek rachują na to, że gdyby zamek ów zdobywać było ciężko, wy potraficie do broniących go, jako poseł, przemówić. Spodziewają się tam tego młokosa.
Kompan Marszałka wyszedł.
Bernard poruszył się, rozglądając po izbie. Dawno już go nie wzywano na wojnę. Potrzeba więc było dobrać sobie ludzi, konie i służbę. Czasu na to nie zostawało wiele. Nazajutrz rano, po nabożeństwie, Krzyżacy z gośćmi ruszyć mieli. Wozy już przodem z żywnością wyprawiano.
Wielki Mistrz pozostawał w Malborgu; dowódzcą wyprawy był, jak zwykle, Wielki Marszałek i Komtur. Starszyzna szła cała.
Od dawna nie pamiętano takiego wysiłku ze strony Zakonu.
Nie szło o bitwę, któréj się nie spodziewano, ale o daleko cięższe oblężenie, które, zważywszy upór pogan, długie i trudne być mogło.
Z wielką uroczystością odbyło się ciągnienie pierwsze ze stołecznego grodu, przy rozwiniętéj chorągwi Zakonu, ze śpiewem i okrzykami. Cała ludność miejska stała u bram, patrząc na wyciągających, zbrojnych, strojnych, a z wielką ochotą rycerską ciągnących w pole. Za każdym z rycerzy postępował dwór jego, Kompanowie, Sarganty, Knappy, pachołkowie z tarczami i włóczniami. Na czterech Krzyżaków służył wieziony za nimi namiot wspólny. Kilku Kapelanów, w dłuższych sukniach zapiętych, w płaszczach bez rękawów z krzyżami, towarzyszyło téż pochodowi.
Rycerskie dwory gości niemieckich, angielskich i francuzkich, świetne i odróżniające się jaskrawością, zwracały oczy.
Wszystko to razem za przewodem ludzi, którzy, przodem jadąc, drogę ukazywali, z powagą wyszło w pole, ciesząc się porą wiosenną, słońcem, powietrzem, swobodą.
Za innymi rycerzami, nieco odosobniony, jakby się od niego odłączyć starano, jechał Bernard, którego twarz pod napuszczonym hełmem się kryła. W ręku jego jednego widać było z grubych paciorek różaniec, o którym inni chętnie zapomnieli.
Za to kompanowie i czeladź prowadziła za nimi psy i sokoły niosła na ręku.
Pochód przez ziemie własne Zakonu, w czasie którego rosła ciągle liczba rycerzy z przyległych zamków przybywającymi, był jakby przejażdżką wesołą. Chociaż prawa wojenne ścisłą karność nakazywały, ani Marszałek, ani Wielki Komtur zbytnio jéj nie przestrzegali. Odpoczynki wszystkie z góry były oznaczone i na każdém z tych stanowisk znajdowali goście wszystko przygotowane, czego tylko mogli pożądać.
Czas służył pogodny, obawy nie było najmniejszéj, ciągniono tak jednostajnie, że gdyby nie wycieczki na małe polowania i wieczorne uczty, sprzykrzyło-by się rycerzom nie spotykać nic, co-by ich rozerwać mogło.
Niecierpliwość rosła w miarę, jak się ku granicy zbliżano. Wysłane szpiegi powracały z wiadomością, że o żadnych przygotowaniach ku obronie nie słychać i około Pillen cicho jest a spokojnie.
Ostatniego dnia postanowiono przyśpieszyć pochód i natychmiast po przeprawie przez Niemen zamek osaczyć, ażeby załodze nie dać czasu się powiększyć, ani przysposobić do obrony.
Obrachowanym było tak wszystko, iż nade-dniem o brzasku wojsko się przeprawić miało w jak największéj cichości i porządku.
Jakoż pierwszy oddział stanął nad brzegiem o mroku jeszcze i téjże chwili z góry puszczone czółna i promy poczęły co najlepiéj uzbrojonych i najśmielszych przewozić.
Wszystko zdawało się iść po myśli. Zamek na pagórku stał, jakby martwy; żadnego w nim, ani dokoła, ruchu dostrzedz nie było można. Nikt się nie ukazał na okopach, ani na drewnianéj wieżycy, nie dano żadnego hasła.
Drewniane ściany ogromnéj budowy czarno malowały się na wyjaśniającém się niebie. Siny tylko obłoczek dymu spokojnie się nad nimi unosił.
Wiedziano przez szpiegów, iż od strony lądu znajdowała się osada i część ludności, która do grodu posługi należała. Niezwłocznie więc garść rycerzy i knechtów, wylądowawszy, rzuciła się na nędzne ziemianki i numy, spodziewając się tu dostać jeńców i języka.
Lecz schronienia te wszystkie stały puste, otworem.
Żywéj duszy w nich nie było.
Zdumiano się wielce, gdy, plądrując po wszystkich zakątkach, ani zapasów żadnych, ani nawet sprzętu nie znaleziono. Cała ludność miała czas się ztąd nie tylko wynieść, ale wszystko zabrać z sobą, co tylko nieprzyjacielowi przydać się mogło.
Dowodziło to, że ów napad, który niespodzianym miał być, spodziewanym być musiał, i to zawczasu.
Natychmiast knechty się poczęły rozgaszczać po lepiankach. Krzyżacy tymczasem całym pocztem objeżdżali gródek, opatrując go i szukając miejsca, które-by do przyszłego szturmu najdogodniejszém było.
Ci, co się po drodze naśmiewali ze sławionéj twierdzy owéj, teraz jakoś zaczynali uznawać, iż tak słabą, jak z razu sądzili, nie była.
Okopy broniły ścian, do których przystęp był niewygodny i trudny.
Wielki Marszałek, dokoła obejrzawszy Pilleny, znalazł, że przecież jeśli nie szturmem i ogniem, to głodem wziąć je było można.
Tymczasem na grodzie ta złowroga cisza jakaś panowała, która nieświadomym ludu i obyczaju dozwalała nawet przypuszczać, że, jak owe lepianki, tak i samo zamczysko opuszczone być musiało.
Znaku w niém życia nie było.
Śmielsi knechtowie, uzuchwaleni tém, co się im wydawało bezsilnością, nie czekając na to, by się reszta sił przeprawiła przez rzekę, kupą z jednéj strony na wały się drapać poczęli...
Krzyki, z jakiemi szli, nie wywołały z grodu nikogo. Nie przeszkadzano im wcale wléźć aż ku ostrokołom i parkanom. Gdy tu już stanęli i zabierali się na tyn iść, który śmielsi podpalać zaraz chcieli, nagle posypały się strzały i pociski z proc kamienne, tak gęsto i tak trafnie, iż przodujący innym padać zaczęli.
Nieprzyjaciel, skryty za parkanami, nie był widocznym.
Cicho, nie pokrzyknąwszy nawet, nieustannym sypał gradem. Padło kilku zabitych, stoczyło się kilkudziesięciu rannych; a Marszałek, który stał z dala i patrzał, wołać kazał rozgniewany do odwrotu.
I bez tego rozkazu obozowa gawiedź już pierzchała prędzéj daleko, niż tu się dostała.
Pierwsza ta próba nieszczęśliwa dowiodła, że milczącego owego stosu drzewa lekce sobie ważyć nie było można.
Rozkładano się obozem szeroko w dolinie, zakreślając krąg taki, aby przystęp do zamku od lądu był zupełnie zaparty. Wśród wierzb starych poczęto rozbijać namioty, rozstawiać wozy, wyznaczać miejsca dla oddziałów. Zatknięta już chorągiew Zakonu przed Marszałka szałasem, który naprędce kleciła czeladź, oznajmowała groźnie Pillenom, iż Zakon siły swe przednie na nie wymierzył.
Dnia tego nic nie rozpoczynano.
Na wysokich ścianach grodu w krótce przesuwać się zaczęli, jak cienie, milczący ludzie. Na wieży długo kilku ich stojących i przypatrujących się widać było. W jednym jéj rogu, jakby na urągowisko białéj chorągwi Mistrza z orłem i krzyżem, rozwinięto białą płachtę w słupy niebieskie.
Rycerze powitali ją śmiechem szyderskim.
— Znać, że baba na zamku dowodzi, — wołał Siegfried — bo spódnicę wywiesili na znak.
Z południa starszyznę do siebie Marszałek zaprosił na radę: od czego poczynać mieli?

Obejrzenie dokoła warownego grodu, nigdzie ani wyjścia, ani bram, ani przesmyku, którym-by bezpieczniéj do niego podkraść się można, nie dozwoliło się domyślać. Zawarty był, jakby ptakiem tylko doń doleciéć, kretem zeń wydobyć się było można.
Marger w namiocie Brata Bernarda.
— Głód nam ich da w ręce — mówił Marszałek.

— Tak — odparł Wielki Komtur — lecz jeżeli się nas spodziewali, jak widać z opustoszenia osady, zapasy przysposobić musieli; a wiemy, że ludzie są na małém przestający, głód znosić nawykli, to nas tu trzymać będą tak długo, iż oblężenie zdobyczy nie będzie warte.
Książę Brunświcki i hrabia Namur, którym pilno było rozpocząć i skończyć wojnę, ani słuchać chcieli o ogłodzeniu. Na wały trzeba się, zdaniem ich, drapać było koniecznie, dotrzéć do parkanów i rąbać je a palić.
Wielki Marszałek nazajutrz chciał bełtów zapalonych próbować i rzucania ognia na dachy.
Ciury obozowe, rozdrażnione niepowodzeniem pierwszéj próby, nazajutrz wybierały się z dwu stron przypuścić szturm, który-by siły załogi rozdzielił; nie spodziewano się, aby mogła starczyć na dwa ich oddziały.
Przy wyznaczeniu miejsc na obozowisko, Bernardowi dostało się rozbić namiot z dwoma tylko towarzyszami, najbliżéj stoku pagórka, w dole jakimś, który zdawał się opuszczoną numą, bo kilka kamieni, rzuconych w nim, jakby ognisko dawne znaczyły. Trochę łoziny tu rosło pomiędzy głazami, obok których wozy postawiono i namiot rozbito.
Gdy nadeszła noc, po długiéj biesiadzie, dla gości u Marszałka zastawionéj, wszyscy się do swych stanowisk porozchodzili. Chociaż dotąd dość sobie lekceważono załogę i twierdzę, jednakże na noc straże postawiono. Nie spodziewano się wycieczki, lecz dowierzać nie było można.
Noc była cicha i spokojna; ludzie pochodem a potém wieczerzą znużeni. Godzinę jakąś straże chodziły, ziewając; w końcu, gdzie kto mógł, posiadały, i gdzie kto usiadł, bezpiecznie się pospały. Bernard nie mógł zmrużyć oka, chociaż dwaj jego towarzysze w namiocie chrapali już oddawna. Myślał o czémś smutnie.
Z całego obozu on jeden może czuwał. Milczenie grobowe go otaczało. Słychać tylko było głuche mruczenie rzeki, która u stóp wzgórza o ogromne w niéj leżące rozbijała się głazy.
Wtém, dosyć blisko namiotu, Krzyżak posłyszał stąpanie ostrożne i szept. Straż to być musiała, bo któż inny ważył-by się chodzić po obozie?
Wtém z lekka uchylono opłotek, który wnijście zasłaniał, i Bernard ujrzał stojącą postać ciemną, w głąb’ namiotu zaglądającą. Poruszył się na posłaniu.
Mroki nocne nie dawały mu rozeznać podkradającego się tak do namiotu człowieka. Widział tylko, że krótki mieczyk miał w jednéj ręce. Myśl o nieprzyjaciołach, jakich miał w Zakonie, o jakiéjś zemście, przebiegła mu po głowie. Schwycił za leżący przy sobie oręż i, nie czekając już dłużéj, z odwagą, która go nigdy nie opuszczała, rzucił się tak szybko na usiłującego wtargnąć do namiotu, iż ten cofnąć się nie miał czasu. Brzask słaby nocy wiosennéj z blizka dozwalał rozpoznać rysy...
Jerzy stał przed nim.
Bernardowi podniesiona już nań ręka zadrżała, stanął. Chłopak czas miał się cofnąć. Zobaczył go także, i mieczyk, wymierzony już w pierś jego, zawisł w powietrzu.
Oba nie wydali okrzyku nawet. Bernard, oprzytomniawszy nieco, drugą ręką usiłował pochwycić chłopca, który mu się wywinął zręcznie. Należało krzyknąć na straże i ująć zuchwałego, który ważył się wtargnąć do obozu; uczucie jakieś litości na ustach Bernarda wstrzymywało głos. Jerzy stał, gotując się do ucieczki.
Bernard namyślił się rychło.
— Szalony! — zawołał stłumionym głosem — szalony! życie ci nie miłe.
Kunigas o krok się cofnął.
— Ja wam wasze darowałem — odparł cicho — nie godźcież na moje.
To mówiąc, posunął się kilka kroków w mroki, padł na ziemię, i goniący za nim Krzyżak, przyskoczywszy w to miejsce, gdzie się go schwycić spodziewał, już nie znalazł. Kilka wielkich kamieni na niém leżało. W dali szelest dał się słyszéć, jakby nadchodzących ostrożnie ludzi.
Bernard chwilę jeszcze stał niepewny, wahając się, co pocznie; litość wstrzymywała go, lecz w końcu na straże wołać począł.
Krzyk jego donośny, wśród ciszy nocnéj rozlegając się, cały obóz poruszył. Na czarnych ścianach milczącego grodu przebiegło kilka światełek.
Z namiotów wybiegali napół odziani, rozespani, wylękli bracia; knechty chwytali za oręż; uśpione wprzód straże kręciły się, biegały po-pod wałami. Nikt z razu przyczyny tego postrachu odgadnąć nie mógł; lecz trwoga ogarnęła jednych, gniew innych, gdyż przypuścić nie mogli, ażeby im coś od Litwy zagrażać miało.
Ponieważ popłoch się wszczął od téj strony, gdzie był namiot Bernarda i towarzyszów jego, zbiegli się tu od Marszałka posłani dopytywać, co było jego powodem?
Ukazanie się i zniknięcie chłopca było tak dziwném, że Krzyżak po namyśle sam poszedł do Marszałka, którego zastał na łożu, na pół ubranego, rozmarzonego snem po szlaftrunku i rozjątrzonego na ludzi, którym się coś przywidziało.
— Potrzeba ukarać głupca, co téj wrzawy narobił! — wołał Marszałek.
— Wrzawy narobiłem ja — odrzekł Bernard.
— Wy? to być nie może! z jakiego powodu?
— Obcy człek z mieczem w ręku wtargnął, a raczéj wkraść się usiłował do mojego namiotu — począł Bernard.
— Śniło się wam?
— Miałem go prawie w ręku.
Marszałek się przeżegnał.
— To jakiś knecht pijany! — zawołał.
— Nie; Litwin był. Zbliżywszy się, mogłem poznać go po stroju, a zresztą i po twarzy. — (Tu się nieco zawahał Bernard). — To był dawny mój wychowaniec.
Marszałek zerwał się z posłania.
— Jakimże sposobem dostać się mógł do obozu! — krzyknął.
— Dziwniejsza jeszcze, w jaki sposób potrafił uciec i z oczu mi znikł, jakby wpadł w ziemię — odpowiedział Bernard.
— Tu idzie o sprawę Zakonu; — dodał — rzecz jest zagadkowa a groźna. Mają sposób robić niepostrzeżone na nas wycieczki. Potrzeba lepiéj zbadać całą miejscowość.
Marszałek siedział zadumany.
— Jakimże-by sposobem ta dzicz miała tak misternych używać środków? Co był za powód do wtargnięcia?
— Domyślam się, że mój namiot wzięto za wasz, i że szło o życie wodza. Poznawszy mnie, chłopak się zawahał chwilę; ale nim go schwycić mogłem, uszedł mi w niepojęty sposób.
Gdy się to działo, krótka noc wiosenna już się miała ku końcowi, zaczynało dnieć.
Marszałek nie chciał się kłaść na spoczynek; on, Komtur Wielki i kilku Krzyżaków szli natychmiast miejsce około namiotu Bernarda opatrywać.
Wskazywał im dokładnie, gdzie Jerzy znikł i, jak mu się zdawało, padł na ziemię. Tu leżało kilka mchem obrosłych kamieni i najmniejszego znaku nie znaleźli ani podziemnego chodu, ni poruszonéj ziemi. Większa część przypuszczała, że zręczny chłopiec musiał ztąd podpełznąć pod zagrody i dostać się napowrót do zamku.
Jednakże z rozkazu Marszałka łopatami w koło ziemię zaczęto odgrzebywać; Komtur kamienie precz odrzucić kazał, i pod jednym z nich znalazł się ślad ciasnego otworu, który szedł w głąb’ ziemi. Ponieważ grunt był piaszczysty, przejście to belkami i dranicami od osypania się było zabezpieczone.
Krzyżacy zdumieli się zuchwalstwu oblężonych, i uradowali odkrytém podziemiem. Nikt się jednak wewnątrz nie ważył. Z wierzchołka zamku łatwo było dojrzéć, co się tu działo, i Marszałek pewien był, że podziemie zasypane wnet będzie.
Uczyniło to wielkie wrażenie na oblegających, którzy nie przypuszczali, aby z taką sztuką zamek się mógł obraniać.
Natychmiast dokoła zaczęto kołami i łopatami badać, kopać, szukać; lecz na żaden inny ślad nie trafiono.
Ranek cały upłynął na rozmaitych przygotowaniach. Ponieważ inaczéj, jak z pomocą ognia, Pillen wziąć nie było podobna, zaczęto susz ściągać z poblizkich lasów; bełty sposobić, kłakami i smołą opatrzone; ciosać kobylice i wiązać drabiny, potrzebne do wdzierania się na parkany.
Na gródku i teraz żadnego ruchu i przygotowań widać nie było. Od czasu do czasu tylko przesuwały się postacie nieme, z pałkami sterczącemi nad głowy, w czapkach uszatych, które same tylko po nad parkanem wystawały.
Ten spokój oblężonych, pomimo przewagi sił Krzyżackich, czynił wrażenie na nich; czuli w nim męztwo i gotowość na wszystko. Z ciurów i knechtów dnia tego nikt się nie ważył na nową wycieczkę; ograniczano się odgróżkami, oglądaniem z daleka i odgadywaniem wnijścia na zamek, które z żadnéj strony nie było widoczném.
Starszyzna cały prawie dzień ucztowała. Szare płaszcze, serganty i zbrojni towarzysze, małą zrobili wycieczkę wewnątrz kraju, i nad wieczorem powrócili z niewielkim łupem, bo jednę tylko rodzinę w lesie, na ostrowiu, niespodzianie zagarnąć im się udało. Starą babę i dwoje młodych dziewcząt zabito na miejscu, a mężczyznę dla języka przygnano związanego za koniem.
Pierwszy to był jeniec téj wyprawy, i nie dziw, że cały obóz się zbiegł go oglądać.
Okrwawiony, okryty pyłem i błotem, krępy, małego wzrostu mężczyzna lat średnich, pomimo, że zbity był straszliwie, nie wydał jęku, nie okazał cierpienia. Z przymkniętemi oczyma, z ustami, na których krew zakrzepła, z piersią oszarpaną, dawał sobą rzucać, bić się, znęcać, i jak bez czucia kłoda, nawet głosu nie wypuścił.
Chciano go zmusić do mówienia, otaczali go tłómacze, targano go, deptano, grożono — nie pomagało nic. Można było sądzić, iż z niego już życie ubiegło; lecz krew sącząca się z ran, ciepłe ciało, niekiedy mimowolnie połyskujące oczy, zdradzały, iż nie wyzionął jeszcze ducha.
Zdawało się Krzyżakom, iż od niego o liczbie załogi, o zapasach twierdzy dowiedziéć się będą mogli; obiecywano mu więc życie, ale nie dał się niczém zniewolić do otwarcia ust.
Rzucono go tak związanego na ziemi, aby dogorywał. Zaledwie dyszącego znalazł tu biednego jeńca Kapelan Marszałka, ojciec Antoniusz.
Był to jeden z tych duchownych, których dziwna ironia jakaś losu wpędziła w służbę Krzyżacką: mąż pobożny, litościwy i bolejący nad tém, na co patrzał.
Słabowity, wychudły asceta, byłby dawno uwolnił się z Zakonu, a inny obrał sobie, dla życia kontemplacyjnego stosowniejszy, gdyby go tu nie trzymało uczucie obowiązku. Mówił sobie, że właśnie tu, gdzie miłosierdzia chrześcijańskiego nie było, on był je powinien nieść i pełnić.
Nie zważając na szyderstwa, jakie swém postępowaniem często ściągał na siebie, ojciec Antoniusz, nie przeciwiając się nikomu, czynił, co mu serce dyktowało, w milczeniu, z cierpliwością i pokorą.
Zobaczywszy człowieka dogorywającego, przyszedł ku niemu, jak ów pobożny Samarytanin, siadł przy nim na ziemi; a że nie śmiał więzów porozrywać, do spalonych warg przyłożył kubek z wodą, rany twarzy i piersi obmywać począł.
Naówczas konający ów człek oczy otworzył, spojrzał i targnął się, jakby chciał rękę, co go dotknęła, odepchnąć.
Ojciec Antoniusz dla katechizowania Prusaków wyuczył się był ich języka, zrozumiałego całéj Litwie.
Z cicha więc, pochyliwszy się nad nim, szeptać mu począł słowa pociechy.
Dźwięk téj mowy oczy powtórnie otworzył umierającemu. Westchnął słuchając ich, i głos ochrypły, ledwie dosłyszalny, dobył się z piersi potłuczonych.
— Poco mi przedłużasz życie! — mruczéć począł. — Daj mi raczéj skonać prędzéj, a jeśli masz litość, to dobij. Kołem uderz w serce; nie każ mi cierpiéć.
— Życie ci może ocalę, a jeśli doczesnego nie dam, wieczne ci otworzę, gdy westchniesz do Boga jedynego — rzekł kapłan. — Nieszczęście, które cię spotkało, szczęściem być może, jeśli cię nawrócić potrafię.
Litwinowi usta się skrzywiły, głowę odwrócił wysiłkiem wielkim, milczał.
Ojciec Antoniusz wlał mu w usta trochę wina, które miał przy sobie; życie podbudzone wracało.
Naówczas Kapelan począł mu mówić o Bogu chrześcijan, o Synu Jego, o Niebie, którego tylko zapragnąć potrzeba było, aby je pozyskać.
Jeniec milczał długo; naostatek ta cierpliwa mowa, która wciąż brzmiała w uszach jego, wydobyła z niego znowu szemranie.
— Waszego Nieba nie chcę — począł — tam moich nie znajdę; niéma tam nikogo, oprócz wrogów. Skonać mi daj.
Nie dawał się zrazić ojciec Antoniusz i wciąż siedział nad związanym. Znalazł go tu Marszałek, który po żołniersku nogą kopnął leżącego, naganiając księdzu, że próżno dla źwierzęcia tego czas i siły swe marnował.
Ksiądz prosić począł, aby życiem darowano nieszczęśliwego.
— Aby poszedł w las i mścił się — rzekł Marszałek zimno — znamy to plemię gadów niewdzięczne. Byłbym go może oszczędzić kazał, gdyby mówić chciał; ale katować się dał i ust nie otworzył.
Litwin, jakby tę mowę rozumiał, oczy otworzył. Błyskała w nich nienawiść.
— Sprobuj ty pytać go, ojcze; może będziesz szczęśliwszym; — odezwał się Marszałek — znasz ich ten język szatański, do żadnego innego niepodobny.
Ojciec Antoniusz zbliżył się do dyszącego.
— Okup życie! — rzekł — powiedz, o co cię pytają.
— A mnie życie na co? — odparł jeniec i zachrapał straszliwie śmiechem bolesnym.
Ksiądz, jakby tego nie słyszał, powtórzył pytanie.
— Mów! ocal życie! Wiele jest na zamku załogi? Na długo żywności mają? Potrafią się oni nam opierać??
Słuchając, Litwin marszczył czoło. Wargi mu się kurczyły.
— Wielu tam jest — zakrzyczał gniewnie — nie liczył ich nikt i oni się nie rachowali; żywności mają więcéj, niż trzeba; a tego pewni bądźcie, że nikogo tam żywego nie weźmiecie! nikogo! i gródek jeśli zdobędziecie, to tylko kupą węgla. Wszyscy umrą, was padnie dosyć, przeklętych!... bodajbyście wyginęli do nogi!... niech-by was pioruny wybiły, psy niemieckie!
Zachrapał, oczy mu na wierzch głowy wysadziło, krew się polała ustami — skonał.







XI.



Nazajutrz po téj nocy, gdy Marger się podkradł pod Wejdalotek zagrodę, matka jego z rana do odjazdu oddziałowi swojemu gotować się kazała. Zaledwie niepostrzeżony wrócił do szałasu z Rymosem, już budzili się ludzie, konie do wody wiedli, ognie rozpalali i Reda sama, odziawszy się, wyszła z pod namiotu, aby przynaglać do pośpiechu. Rymos po kilkakroć siedzącemu nieruchomie, nawpół odzianemu panu przypominał, że czas było sposobić się do podróży. Marger nie zdawał się chcieć słyszéć ani rozumiéć.
Z głową spartą na ręku, namarszczony, nie poruszał się wcale. Szwentas, który więcéj doń śmiałości miał, targnął go za suknią.
— Kunigasiku — rzekł wesoło — czas się odziewać. Matka na was czeka i ogląda się. Héj!
Marger się ani odwrócił.
Z dala przypatrująca się temu od namiotu swojego, Reda, nie mogąc zrozumiéć nieruchomości syna, poczęła iść ku niemu. Wlepiła oczy w niego; on nie spojrzał na nią; dziki jakiś wyraz miał w twarzy.
— Czas w drogę, czas! — zawołała do niego.
Milczał, nie zwróciwszy nawet oczu ku niéj. Nawykła do posłusznych, Reda zarumieniła się, głos jéj stał się nakazujący, groźny.
— Wstawaj! konie za chwilę będą gotowe; jedziemy.
Marger dopiéro zwolna głowę ku niéj podniósł i głosem, w którym tyle siły było i woli, co w mowie matki, odparł:
— Ja nie ruszę się ztąd.
Na chwilę Reda straciła mowę; gniew w niéj wrzał, choć ten, co się jéj sprzeciwiał, był jedyném jéj dziecięciem.
— Co to jest? — zawołała. — Ty?
Marger, nie ruszając się z miejsca, milczał, patrzał w inną stronę. Ludzie, dokoła zgromadzeni, którzy świadkami byli, poczęli się cofać strwożeni. Reda ciągle podchodziła do siedzącego, wreszcie, stanąwszy przy nim, szarpnęła go za ramię.
— Słyszysz, ty? rozkazuję ci! Wstawaj!
— Nie wstanę.
Niewieście krew buchnęła do twarzy; mimowolnie ręką uderzyła po mieczu; mowa ta zuchwała, niemiecko jéj i obco brzmiąca, niemal pamięć zatarła na to, że chłopak był synem jéj własnym.
— Mów! — krzyknęła — czegoś się przeciwko matce zbuntował?
Po chwili namysłu, Marger ponuro, groźno wyjąknął:
— Chcę narzeczonéj mojéj; bez niéj ztąd kroku nie stąpię. Zrobili ją Wejdalotką; muszą mnie uczynić Wejdalotą.
Rozśmiał się szydersko.
— Nie pójdę ztąd; albo z nią razem do Pillen, albo... bodaj nazad do Krzyżaków.
Reda stała bezsilna a gniewna. Gdyby nie był dzieckiem jéj, już-by się była pomściła. Przez myśl jéj przeszło związać go kazać i gwałtem uprowadzić; lecz, jakby odgadł to, Marger miecz z za siebie, na ziemi leżący, porwał, z pochew go obnażył i ścisnął w ręku. Twarz mu téż krwią nabiegła.
— Siłą cię wziąć każę! — zawołała.
— Ale martwego chyba! — krzyknął chłopak. — Nie dam się żywym wziąć. Tyś nie matka moja! nie! Gdybyś nią była, dziecku-byś nie odmówiła tego, o co cię pierwszy raz w życiu prosiło.
— Czar mu rzuciła ta bezecna dziewka! — zawołała Reda — bodaj ją spalił ten ogień, którego ma pilnować.
Marger, nie słuchając, poprawił się na siedzeniu, miecz swój opatrzył, plecami się przyparł do szałasu i jakby do obrony gotował.
Redzie gniew i ból niewieście łzy z pod powiek wycisnął.
— Gdybyś nie miał znamienia na szyi, — krzyknęła — i jabym cię za syna nie znała. Psy te niemieckie serce w tobie przemienili. Krew ci swą wleli. Śmierdzisz niemi!
— Więc rzuć mnie tu; — rzekł Jerzy — ja z tobą iść nie chcę; zostanę tu; zginę marnie, a nie pójdę. Kobieta, choćby matka, rozkazywać mi nie będzie.
— A ty dla obcéj wszetecznicy porywasz się na nią? — przerwała Reda, rzucając się w miejscu i miecz cisnąc w ręku.
— Ta mi nie obca! nie! ja z nią głodem marłem, poślubiłem ją i nie dam, choćby Perkunasowi waszemu.
Na tę wzmiankę, lekceważącą Boga, którego dąb i ołtarz stał w pobliżu, ludzie z przestrachem popadali na ziemię; Reda się cofnęła.
Marger urągająco się poglądał; wszystko, co słyszał niegdyś o bałwanach i fałszywych bóztwach, na myśl mu przyszło. Oczy skierował na kloc, który ztąd widać było, i plunął.
Matka już nie wiedziała, co począć.
Szczęściem żadnego z kapłanów nie było w pobliżu.
W ciągu téj chwili milczenia, Szwentas, który także na pół już tylko wierzył w Perkunasa, odwykłszy od niego, przysunął się do siedzącego, za rękaw go pociągnął i szeptać począł żywo:
— Kunigasiku, co wam? Zginiecie marnie. Dla czego? dla głupiéj dziewczyny? co wam? co wam?
Odepchnął go Marger groźném spojrzeniem.
— Precz! — zawołał. — Matki nie słucham, a tybyś mnie miał uczyć, niedźwiedziu głupi!
Parobek zgarbił się, pochylił i wycofał.
Kunigasowa poruszyła się, żywo chodząc po małéj przestrzeni, która przed nią wolną była; spojrzała na swoich ludzi. Przez myśl znowu przejść jéj musiało, — kazać go porwać gwałtem; ale z oczu czytała ludzi swych, że mogą się jéj stać nieposłusznymi. Nawykli byli ślepo pełnić jéj rozkazy póty, póki pana nie mieli; teraz ten wydawał się im prawowitym wodzem. Niewiasta nie miała praw męża, który był głową i panem.
Reda na zamku rozkazywała może więcéj, jako córka Walgutisa, jako zastępczyni jego.
Zwróciła się powolnym krokiem do syna, ostygła już i prawie złamana; głos jéj drżał. Złagodniała.
— Marger! dziecko ty moje! — poczęła — nie masz-że ty dla matki serca? nie ulitujesz się ty nade mną?
— Litujcie się wy wprzódy — odparł surowo syn.
— Nie w mojéj mocy jest ci dać tę dziewkę — dodała. — Ty nie wiész, co u nas Wejdaloci znaczą. My z nimi walczyć nie możemy, ani ich tknąć; a na czém oni położyli rękę, to już do nich i do Bogów należy.
— Ja nic nie wiem! — zawołał Marger — ani ich, ani waszego obyczaju; ale bez Baniuty ztąd się nie ruszę.
Siłą ją weźcie, wyproście, wykupcie, zamieńcie, na wagę złota ją im zapłaćcie; a ja muszę ją miéć. Nie, to i życia nie chcę!!
Mówił tak stanowczo, tak męzko, z taką siłą potężną, iż Reda zamilknąć musiała. Wiedziała już, że go nie pokona.
Stała, wpatrzywszy się w ziemię; z wodza i pani przed chwilą, zmieniła się w słabą i nieszczęśliwą niewiastę.
Marger głowę podniósł i dorzucił:
— Baniuta ognia jeszcze nie pilnowała, ani skałki nań nie rzuciła. Jeszcze ona do nich nie należy.
Reda, posłyszawszy to, spojrzała ku zagrodzie i poczęła iść do niéj, nie odpowiadając synowi.
We wrotach widać było gromadę Wejdalotów w bieli, którzy z dala się przypatrywali sporowi temu między matką a synem, nie wiedząc, o co chodziło.
Konis piękny, jakby przeczuwał coś, stał na przedzie.
Widać było, jak Reda szybkim krokiem się zbliżyła ku niemu, mówić doń poczęła i razem z nim znikła w zagrodzie. Chłopiec tymczasem, jak wrosły, pozostał na swém siedzeniu. Pilleńscy ludzie, co wczoraj jeszcze lekce sobie ważyli młokosa, teraz nań z poszanowaniem patrzali. Nie myśleli o tém, o co szło między nim a matką; czuli, że siłę okazał i rozkazywać umiał. Serca mu to jednało u tych, co, słuchać zmuszeni, chcieli przynajmniéj módz szanować tego, kto rozkazywał.
Szeptali między sobą, pokazując na niego; on miecz swój opatrywał. Skinął na Rymosa, aby mu wody zaczerpnął, a chłopak domyślny, zamiast niéj, miodu mu z beczułki utoczył.
Wtém ze drzwi zagrody wystąpiła Reda, żywo ręką ku sobie syna wołając. Marger się wahał. Czuł się tu może bezpieczniejszym, lecz i obawy okazać nie chciał.
Na ramię więc wziąwszy swój miecz, szedł powoli na zawołanie.
Z dala już matka wołała do niego głosem podniesionym:
— Niéma jéj tu! odesłano ją gdzieindziéj.
— Jest! — zagrzmiał Marger, stając — jest, bom ją widział przed słońca wschodem. Kłamią!
Wejdaloci, którzy usłyszeli kłam zadany sobie, krzyk ogromny podnieśli. Wrzawa około zagrody powstała groźna, jakby na zuchwalca się rzucić chcieli.
Posługacze Krewuli chwytali już za włócznie i pałki.
Przestraszony tém staruszek, który nie wiedział o niczém, kazał się prowadzić ku wrotom.
W téj chwili Konisowi zdało się może, iż cały ten zamęt i poróżnienie z Kunigasami dla marnego dziewczęcia był niebezpiecznym. Wychowaniec Krzyżaków mógł nie poszanować świętości i zgorszenia przyczynić. Na ostatek i okup nie był do pogardzenia. Przysunął się do Redy i szeptać coś z nią począł.
Marger stał dumny, oczekując końca. Pozostał tu przed zagrodą sam jeden, bo matka, Krewule, Wejdaloci, wszyscy się wcisnęli na jakiś znak, dany do środka zagrody, i wrota za nimi zaparto z trzaskiem.
W dolinie wszyscy bliżsi i dalsi, którzy wiedzieli, co się działo, lub domyślali się tylko, czekali końca. Od ognisk widać było bieżącą starą Jargałę, zdyszaną, która oczyma Margera szukała. Powiedziano jéj, że ten się o córkę jéj upominał.
Z pod dębu głuchy szmer tylko słychać było długo. Reda nie powracała.
Wtém na wysokim stosie, z którego się zwykł był do ludu odzywać Krewe lub Krewule, ujrzano z boku powiewające białe ręczniki Wejdalotów. Szli na górę wiodąc między sobą starego, wszyscy w szatach odświętnych, w wielkich wieńcach na głowach, z laskami w ręku.
Krewule zmęczony pokazał się na wierzchołku stosu, sparł trochę na balasach i dyszał. Lud z całéj doliny cisnął się, pędził, jak fala wielka, płynął do stóp dębu i stosu.
Co żyło, śpieszyło posłyszéć słowo, które wyrocznią było, gdy je ztąd głoszono.
Stało się milczenie wielkie.
Krewule podniósł głos, lecz długo, długo, posłyszéć go nikt nie mógł, bo starcowi w piersi tchu brakło. Podnosił tylko rękę jednę i obie, laskę do góry dźwigał, w niebo patrzał.
Trafem szczególnym, właśnie gdy się to działo, jedna z tych niespodzianych chmur wiosennych, które się prawie w oczach zbierać umieją, nadciągnęła nad dolinę, zasłoniła słońce i głuchy grzmot daleki rozległ się po lesie.
Niektórzy z ludzi z krzykiem popadali na kolana.
Zamilkli Wejdaloci, stróżki podrzuciły ognia, słup dymu się wzniósł nad drzew wierzchołki, i wtém odsłoniło się słońce, pogoda wróciła, jakby cudem.
Konis powtarzał słowa Krewuli, który uwalniał wziętą dziewczynę na usługę Perkunasa, bo już wprzódy innemu ślubowała, a bóg tylko dziewicze serca na służbie swéj miéć może.
Marger, słuchając, podniósł ręce obie i czapkę do góry.
Wrota zagrody otwarły się szeroko i Reda ukazała się w nich, za sobą wiodąc, jak ofiarę, w bieli już i sukni Wejdalotki, z kosami złotemi idącą Baniutę. Zamiast dębowego wieńca stróżek, miała ruciany na czole. Szła i uśmiechała się do narzeczonego, który do niéj biedz chciéć się zdawał.
Stało się z nim coś, czego on sam może nie pojął, aż gdy ostygnął, do matki naprzód pośpieszył i do kolan jéj się schylił. Schwyciła go za głowę.
Pierwszy to był uścisk macierzyński, w którym i synowskie serce zabiło. Od téj chwili poczuli się — ona matką, on dziecięciem.
Baniuta, téż upadłszy na kolana, kraj szaty jéj całowała, a tuż stara Jargała na ziemi się położyła, stóp Kunigasowéj szukając. I płakali a radowali się.
Wtém Reda poczęła wołać, odzyskawszy władzę:
— Na koń! Do Pillen! do Pillen! Lada dzień przyciągną Niemcy i zamkną tam nas; idą już może. Do Pillen!
Lud cały powtórzył ten okrzyk, rzucając się do koni.
Wprędce dolina napół opustoszała, a cały orszak Kunigasowéj w porządku dobrym, skupiony, w pośrodek wziąwszy panią, syna jéj i narzeczoną, i starą jéj matkę, pośpiesznie gnał znanymi drogi do zamku.
Codzień na zaraniu posyłano ludzi na zwiady i powracających słuchano.
Krzyżacy gotowali się całą siłą na Pilleny — powtarzali wszyscy. W pół drogi dano znać, że ów straszny statek olbrzymi, którym od rzeki oblegać gród miano, stał już prawie gotowy, że go tylko smolono i żywność doń zwożono.
Strach jakiś opanowywał wszystkich, nawet mężną Redę, na słuch o téj budowie, która twierdzą przeciwko twierdzy być miała.
Nie obawiano się tyle nagromadzonych wojsk Krzyżackich, co bajecznego statku tego, o którego ogromie prawiono straszne rzeczy. Reda w nim widziała zgubę swą, on jeden był dla niéj najgroźniejszy.
Przybywający opisywali wielkie jego rozmiary, grube drzewo, z którego był mocno zbudowany, przygotowane na nim kłody, kobylice, proce do ciskania kamieni i ognia.
Jednego wieczora, gdy znowu nadbiegłe szpiegi prawiły o nim w obozie Redy, Marger się nagle porwał z siedzenia, jakby go myśl jakaś wielka natchnęła.
— Bezpieczni są — zawołał — nie spodziewają się niczego, nam trzeba łódki wziąć, ludu trochę zwołać, smoły i ognia nagotować, spalimy tę potworę.
Szwentas, który słuchał, oświadczył się nocą do przystani doprowadzić.
Lecz nazajutrz okazało się, że statek był już na rzece.
Marger od myśli swéj nie odstępował.
— Spalić go musimy — wołał — to im ochotę odejmie, a nim drugi zbudują, czas zyskamy, i goście się ich rozjadą.
Reda godziła się na podpalenie statku, lecz gdy syn oświadczył się, że sam poprowadzi tych, których wyprawić miano, puszczać go nie chciała.
Chłopak obstał przy swojém.
— To moja pierwsza próba — mówił — czuję, że mi się powiedzie. Muszę iść. Ze Szwentasem nie boję się niczego. Ten, co mnie tu potrafił przyprowadzić, będzie wiedział, jak począć, byśmy cali uszli.
Uradowany Szwentas w piersi się bił i przysięgał, że dokażą tego, iż statek zapalą, a sami wrócą do Pillen nietknięci.
Musiała się Reda zgodzić na prośby i nalegania syna, dumna tém będąc, iż mężnym się okazywał, a przeciw Niemcom zajadłym.
Obawiała się tego, aby ich potęga nie odjęła mu odwagi.
Z zapałem niezmiernym rzucił się drugiego dnia Marger ze Szwentasem i ludźmi w bok lasami ku miejscu, gdzie się statek miał znajdować. Na wyjezdném tylko, żegnając narzeczoną, przyprowadził ją do matki i w ręce jéj oddał.
— To mój skarb — rzekł — strzeżcie go dla mnie, bo bez niego życie mi niemiłe, a dla niego jam je dać gotów.
Reda przycisnęła do piersi dziewczynę, z którą się już w drodze pojednała i pokochała ją. Zmiękło jéj serce. Od czasu, jak syn poczuł się dowódzcą i głową rodu, ona więcéj matką być chciała. Wracała na to stanowisko, do którego była zrodzoną, z którego ją zemsta za krew męża i za syna wyrzuciła.
Oddział jeden z nią skierował się wprost ku Pillenom, drugi gąszczami lasów, przez niedostępne dla innych trzęsawiska i błota, sunął się ku Niemnowi, coraz rosnąc i powiększając się po drodze. Marger téż w ciągu téj wyprawy z wyrostka i chłopięcia na męża i dowódzcę dojrzewał. Biło w nim serce, paliła się głowa, gorączka młodzieńcza dawała mu jasnowidzenia, a ludzie się wydziwić nie mogli, a Szwentas radował się Kunigasikowi, ręce jego całując.
Długo musiano wypatrywać chwili dogodnéj. Kupka ich w trzcinach i sitowiach, ze skrytemi czółnami, stała tuż pod bokiem Niemców niepostrzeżona, aż Szwentas przybiegł dnia jednego i oznajmił, że czas był statek podpalić, bo przy nim ludzi zostawiono niewielu, a dno jeszcze smolono.
Napad nagły powiódł się szczęśliwie, a nim Krzyżacy opamiętali się, aby chwytać i ścigać napastników, którzy na nich jak z obłoków spadli, ich już nie było. Maleńkimi czółenkami, pieszo, wpław, potrafili ujść pogoni, spoglądając na łunę, która za nimi gorzała.
Marger ztąd wprost popędził do Pillen, do których pilno mu było.
Matka, już się mu w niczém nie sprzeciwiając, obiecała wesele. Tam było gniazdo jego, tam stała kolebka, tam on obiecywał sobie panować.
W głowie snuły się już dumne myśli. Chciał z wielkim Kunigasem na Wilnie sojusz zawrzéć mocny, stać przy nim, aby go téż bronił. To, co widział i czego się nauczył u Krzyżaków, pragnął u siebie miéć i zaprowadzić. Zbroje żelazne, miecze stalowe, kusze daleko sięgające, tarcze kowane...
W Pillenach codzień na wieżycę wchodziła Baniuta i patrzała po dolinie, po rzece, na lasy, czy przybywających nie zobaczy.
Jednéj nocy stróże przybiegli, dając znać, iż z dala łunę pożaru widać było. Reda odgadła, iż potwór ów niemiecki, co miał zgubę przynieść Pillenom, płonąć musiał.
Na gródku radość była wielka.
Baniuta wdrapała się na wieżę, aby ogniem tym napaść oczy. Nazajutrz się go spodziewała. Nazajutrz od rana przez cały dzień stała na górze i patrzała, a serce jéj biło, i każdego ptaszka, co przelatywał, pytała:
— Widziałeś ty miłego? Niesiesz mi słówko od niego? Czy je na zielonym liściu wyrył, czy ciebie odśpiewać nauczył??
A ptaszki leciały i nic nie mówiły do stęsknionéj.
I nic widać nie było długo, aż do wieczora.
W wieczór rzeka od słońca, jak ognisty potok, świeciła cała, a na złotéj jéj wstędze czarne sunęły robaczki, czy czółna — rybki czy ptaki wodne?
Baniuta w ręce plasnęła. — To oni! — I zbiegła w dół do matki, a na dachy powłazili ludzie, spojrzeli i śmieli się, mówiąc, że nikogo nie było.
Baniuta u wrót stała, bo czuła, iż Marger przybywał. Serce mówiło, że był coraz bliżéj; mierzyła niém przestrzeń; słyszała, jak czółna przybiły do brzegu i ludzie na ląd skoczyli.
I róg się odezwał. Wybiegli strażnicy pana swojego na zamek wprowadzić.
Walgutis sam został na posłaniu; opuścili go wszyscy, zapomnieli o starym, bo dawno znaku życia nie dawał.
Teraz coś w nim zagrało. Krew?... Powiało nań wiosną i młodością, jakby własną.
Krzyknął rozpaczliwie. Sam był! Nikogo!
Dopieroż tym jękiem zbudzeni nadbiegli doń. Starzec, niemowa, co spał jak bobak oddawna, chciał wstawać. Śmieli się z niego.
Wyciągnął ręce chude, kościste nogi obnażył, pięścią kamienną bił, rozkazując się prowadzić.
Musieli.
Skórę niedźwiedzią zarzucili mu na ramiona nagie. Słaniał się na nogach, lecz szedł. Szedł dysząc, pchał do wrót, kazał się nieść, dźwigał. Twarz wybielała i martwa, trupia, odżyła, tylko ust tych, wiecznie otwartych zamknąć nie mógł. Jak widmo z drugiego świata, stanął za Redą w progu, właśnie, gdy Marger z otwartymi ku niéj i narzeczonéj biegł rękoma.
Z piersi starca jęk się wyrwał niezrozumiały a potężny; wołał go do siebie. Chude obrosłe ręce wyciągnął, pochwycił chłopca w objęcia, głowę siwą położył na jego ramieniu — i skonał.
Ostatni oddech starca, co życie całe walczył z wrogami i nienawiścią ich konał lat tyle, wstąpił w piersi wnuka.
Gdy Reda obejrzała się na to straszne zjawisko, Walgutisa musieli już ludzie podnieść na rękach, stężałego, zimnym trupem.
I co wracać mieli na gródek z pieśnią radosną, wszyscy zanucili raudę, boleści pełną i łez, starą raudę, z którą od wieków Litwę na stos wiedziono.
Szli wszyscy za zwłokami do domu, a wielka radość obróciła się w łzy i smutek. Z całego grodu zbiegali się ludzie, dopytując o starego, który choć tyle lat konał, zawsze go czuć było, zawsze jeszcze z niego czasem życie jak płomień buchało jasny.
Począł się więc obrzęd pogrzebowy, wedle prastarego obyczaju.
Złożono zwłoki na zwykłéj pościeli, która się teraz stała — śmiertelną (patałas) — wtoczono beczkę alusu i otwarto drzwi, aby wszyscy nieboszczyka mogli raz ostatni pozdrowić.
Stare niewiasty poczęły obmywać ciało i wdziały na nie długą koszulę, zdawna przygotowaną, włożono mu wiżos (chodaki) na nogi i posadzono trupa na ławie, w rogu izby, ostawiwszy pałkami, których dawniéj w boju używał, a dziś one go podtrzymywały.
Tłum ludu stał dokoła starca, czerpał z beczki, przepijał do nieboszczyka i śpiewał:
— Pijemy do ciebie, panie miły, dla czego-żeś umarł? czemuś nas osierocił?
Każdy po swojemu pozdrawiał, nucił i zwrotkę kończył jednakowo:
— Dla czegoś umarł? czemuś nas osierocił?
— Nie miał-żeś co pić, co jeść? nie byłoż dostatku w domu? nie było ci służyć komu? Dla czegoś umarł? czemu-żeś nas osierocił?

— Nie miał-żeś odzienia, sprzętu, pełnych skrzyń i zasieków? na czém ci w domu zbywało? Dla czegoś umarł? czemuś nas osierocił?
Powitanie Walgutisa z wnukiem.
Przed pogrzebem Walgutisa
— Nie miał-żeś dzieci ukochanych, żony w domu? sług dostatkiem, druhów i braci, co cię kochali? Dla czegoś umarł? czemuś nas osierocił?

Marger, który po raz pierwszy przypatrywał się pogrzebowi litewskiemu, stał zdumiały i poruszony. Przypominał sobie czarne trumny i żałobne śpiewy chrześcijańskie. Tu wszystko wyglądało i odzywało się inaczéj.
Z tamtymi umarłymi rozstawano się, oddając ich Bogu, na sąd jego; tu żegnano, jak odjeżdżających do ojczyzny i praojców.
Izba cały ten dzień, całą noc i jeszcze jedną dobę stała otworem, a w niéj pito, śpiewano, wchodzili i wychodzili ludzie, przypatrując się nieboszczykowi i płacząc u zwłok jego. Blady trup, z usty otwartemi, których i śmierć już zawrzéć nie mogła, siedział, jakby uśpiony. Nie wiele się zmienił od żywego.
Tymczasem wszystko przygotowywano do pogrzebu. A że co chwila spodziewano się napadu Krzyżaków, musiano na wzgórzu obok zamku stos ułożyć.
Rano weszły niewiasty znowu i obmyły ciało raz jeszcze, włożyły odzież białą; przypasano mu miecz, za pas zatknięto siekierę, szyję obwinięto ręcznikiem, w którego węzeł grosz był wetknięty na drogę, i zaczęto, płacząc, pić na pożegnanie.
Tuż u drzwi stał wóz pogrzebowy, na którym posadzono trupa, i gromada, dokoła stojąca, zaczęła duchy złe odpędzać krzykiem i miotaniem włóczniami.
Zanuciły płaczki, rwąc rozpuszczone włosy. Niedaleki pochód był ze zwłokami, bo tuż gotowy stał stos śmiertelny, ale przy nim brakło gromady kapłanów, i dwaj ubogo odziani Tilussoni z blizkiéj osady musieli sami służyć za innych, i raudy na cześć Walgutisa wyśpiewywać.
Marger, który przy pogrzebie dziada powinien był rej wieść, nie umiał mu oddać ostatniéj posługi. Wszystko tu dlań nowém było, obcém, dziwném, niezrozumiałém.
Gdy Walgutisa na wierzchołek stosu dźwignięto i posadzono na tym tronie, który wkrótce płomienie objąć miały, musiał Marger pójść go pocałunkiem pożegnać i naówczas dopiéro Tilussoni ogień w czterech rogach podłożyli.
Reda, któréj rozpacz i żal po ojcu były do szału posunięte, jękiem napełniała powietrze, rwała włosy, miotała się, śpiewała, padała na ziemię i wszystkim płaczkom przewodziła.
Gdy płomienie się podniosły ku górze, poczęli słudzy nieść wszystko, co na stosie z umarłym spłonąć miało: całemi koszami wleczono oręż, odzież, sprzęty, kosztowne naczynia, łupy wojenne. Wszyscy rwali i ciskali w rozżarzone ognisko drogie te skarby, aby duch Walgutisa zabrał je z sobą na drogę, na Anafiel wysoki.
Czwartego dnia, gdy jeszcze nie ostygło żgliszcze, z którego kości zebrano i pochowano w kamiennéj mogile na zamku, nadbiegły wieści, że wyprawa Krzyżacka już na Pilleny ciągnęła.
Reda, pogrzebem znużona, leżała chora i znękana. Marger teraz był głową rodu i wodzem. Ona pierwsza, ściągnąwszy się z łoża, pochyliła mu się do kolan.
— Wczoraj byłam matką i panią, dzisiaj-em sługą! Rozkazuj ty.
Zawołała starszyznę.
— To pan wasz! — rzekła, wskazując, i powróciła płakać na swe łoże, a Baniuta siadła u nóg, wtórując téj boleści.
Marger znalazł się nagle wodzem, panem i zadrżał w duchu. Ci ludzie patrzali nań i czekali; on nie wiedział, co miał rozkazywać. Miłość dla dziewczęcia, które chciał poślubić, smutek, postrach, potrzeba było otrząsnąć z siebie; na nie czasu nie miał; bronić się musiał.
Z głową, jakby upojeniem zmęczoną, wstąpił na najwyższy szczyt, na wieżę, aby się obejrzéć dokoła i poznać swoje Pilleny. Stały jak wrosłe w pagórek, silne, groźne, obronne; a ludzie, co się u nóg jego mrowili, byli i liczbą, i siłą, i odwagą do osadzenia grodu starczący.
Kunigas przypomniał sobie Malborg, mury jego rozległe, ściany kamienne, wieżyce potężne, baszty, w których ścianach izby się mogły pomieścić. Pilleny drewniane wydały mu się jakby wielką chatą na rozdrożu.
Przypomniał krzyżackie zastępy, lik knechtów, oręże ich, zbroje, kusze, machiny, wojenną wprawę i siłę, i zadrżał. Stanęła mu przed oczyma przyszłość, mordercza walka i bohaterska śmierć, nieuchronna.
Albo potrzeba było uchodzić ztąd, ocalając ludzi i siebie, gdzieś w lasy i otworem zostawić granicę, lub na niéj w obronie paść.
Marger dumał; na oczach mu stała Baniuta, szczęście, spokój, dwór gdzieś w puszczy i ognisko domowe.
Wtém, gdy stał tak zatopiony w sobie, ta, którą porzucił płaczącą na pościeli, Reda, z rozpaloną twarzą, z włosami jeszcze rozpuszczonemi, w sukni poszarpanéj, wdrapała się na wieżycę. Stała chwilę niepostrzeżona, patrząc z dala na syna, — coś wyczytać musiała z twarzy chmurnéj, targnęła go za ramię.
— Tyś tu wodzem teraz — rzekła — co myślisz czynić?
I wzrok w nim utopiła.
— Niemiec silny jest — rzekł Marger — my się tu tak, jak Walgutis na tym stosie, spalimy.
Reda czekała milcząca.
— Nie obronimy się — dodał Kunigas.
— Milcz! — przerwała mu matka. — Nie obronimy się! zginiemy! Tak; ale się bronić musimy do kropli krwi ostatniéj.
Duch dziada i ojca wstał-by z mogiły przekląć cię, i ja-bym cię przeklęła, gdybyś gniazdo opuścił ze strachu!!
Gdym na łożu leżała, ogarnęła mnie trwoga. W matce i synu jedna jest dusza; coś ty pomyślał, tom ja odczuła. Kochasz dziewczynę, chce ci się szczęścia, porwał-byś ją i zbiegł, a tę dziada mogiłę dał wziąć bez kropli krwi wrogom?! Ty?!
Marger zadrżał i pobladł; duma rycerska wstąpiła w piersi jego, duch dziadowski.
— Nie — zawołał Marger — zobaczysz; obronić nie potrafimy, ale umrzéć potrafim.
Rozśmiał się uśmiechem nie krzyżackiego wychowańca, ale dzikiego człowieka.
Reda spojrzała mu w oczy.
— Mój syn jesteś! — szepnęła.
Nie obracając się już ku niemu, poczęła szybko schodzić z wieży, samym go tu zostawiając.
Marger w duszy wydał już był wyrok na siebie.
— Dzień szczęścia, a potém... śmierć!!
Wpół wschodów siedział skurczony Szwentas i zaparł mu drogę.
— Kunigasiku — odezwał się — zamek twój niczego; ale to kupa chrustu, nas tu upieką Krzyżacy. Szkoda ludzi i nas szkoda. Co mówisz, Kunigasiku?
— Z drogi! — krzyknął Marger.
Szedł wprost na podwórce. Tu stali Bajorasowie jego i dowódzcy, czekając nań, posępni. Zobaczywszy pana, odsłonili głowy.
— Krzyżacy ciągną — rzekł młody, przybierając powagę starą. — Pilleny bronić się im będą. Mówcie: macie męztwo? Komu go brak, niech ztąd idzie precz; kto zostanie ze mną, na śmierć się musi gotować.
Stary Wiżunas okiem potoczył po swoich i rzekł głosem spokojnym:
— Raz człek umiera.
Żaden się nie ruszył, o wyjście prosząc, nie zadrżał nikt.
Marger z nimi razem obszedł okopy dokoła. Wszystek lud przyjmował go radośnie i każdy mu powtarzał:
— Raz człek umiera.
Gotowali się na śmierć wesoło, choć wiedzieli, że pogrzebu i stypy, i pieśni miéć nie będą.
Posłano do osady ściągnąć tych, co się schronić chcieli, a innym dać znak, by uszli w lasy.
Marger sam obszedł wnijścia, bramy, przechody tajemne i rusztowania na ścianach.
Gotowém było wszystko, choć-by dziś walka rozpocząć się miała. Cały tak wieczór zszedł na tych oglądach, na radzie, na stawianiu straży i badaniu ludzi.
Wiżunas pod Margerem wziął dowództwo osady. Starzec był żelazny: małomówny, bezsenny, surowy do okrucieństwa.
W nocy ostrzono topory i osadzano siekiery. Czuwali wszyscy.
Gdy późno do izby wielkiéj powrócił Marger, zdala już śpiewy go zaleciały. Świeciło w niéj wesoło.
Gdy się drzwi otwarły, obraz niespodziany oczom się jego przedstawił. Reda, odziana świątecznie, Baniuta w wianku dziewiczym i stroju narzeczonéj, a dokoła dziewczęta nucące pieśni dziewiczego wieczora.
Matka podeszła do progu.
— Przystrój-że się na wesele — rzekła. — Wczoraj pogrzeb, dziś gody, jutro może śmierć! Pilno ci było: będziesz ją miał.
Marger spoglądał na Baniutę. Siedziała, jak na tronie, na wywróconéj dzieży, z rozpuszczonemi kosami, w wianku, a dziewczęta udawały płacz i śmiejąc się splatały i rozplatały jéj włosy. Ona sama, nie, jak zwyczaj był, smutna, rozpromieniona była i wesoła, z uśmiechem tryumfu na ustach. Oczyma rzuciła ku niemu.
Chłopak pozdrowił ją tylko wejrzeniem; nie godziło mu się w sukni zszarzanéj wnijść do izby; zniknął.
Pieśni żałośliwe brzmiały daléj wedle obyczaju. Ognisko płonęło wesoło. Reda krzątała się ze łzami w oczach a uśmiechem na ustach.
Żałobę miała jeszcze w piersi, a ledwie czas na wesele. Krzyżaków jeszcze nie było.
I prześpiewano noc całą, a kto nie szedł słuchać pieśni i zapijać na szczęście nowożeńców, ten siedział i ostrzył topory.
Nazajutrz nie było Swalgona, coby im błogosławił; stary Wiżunas przepasał się biało i wianek wziął na siwe włosy.
Baniuta siedziała na dzieży znowu, na kolanach jéj stał kubek piwa i chleb biały, drużki cztery kosy złote przeciągnęły przez cztery złociste pierścienie i płacząc je obcięły.
Wstała Baniuta i, kubek do ust podniósłszy, resztę wylała na progu. Marger czekał jéj u stołu. Trzy razy oprowadzono młodą około ogniska, nim ją przy nim posadzono. Spojrzała wesoło ku niemu. On siedział smutny.
— Panku mój — szepnęła do niego — rozmarszcz-że czoło, wszakci-to wesele nasze. Mnie-by płakać przystało, tobie się cieszyć; aż mi wstyd, że smutną być nie mogę.
— A mnie, że wesołym być nie umiem.
— Dla czego? — zapytała Baniuta.
— Posłuchaj — westchnął Marger. — Gdyby pieśń nie głuszyła, może-by nas tentent krzyżackich koni doleciał.
— Zawtórował-by naszéj pieśni.
Spojrzała mu w oczy.
— Panku mój! czegoś ty smutny? Ja wiem! ja wiem! Wojna idzie na nasze wesele.
Cicho westchnąwszy, rzekł młody:
— Wojna to nic...
Słowo ostatnie na ustach mu skonało. Baniuta się uśmiechnęła doń.
— Panku mój! — odezwała się. — Wszak to obyczaj jest taki, że pan młody za wianuszek podarek daje. I ja od ciebie chcę daru jednego, wielkiego daru, ale mi przysiądz musisz, że ja go będę miała.
— Dam ci, co zechcesz! — zawołał Marger żywo.
— Przysiąż mi! — powtórzyła Baniuta.
— Na kogo przysięgać mam? — smutnie odezwał się młody — na obcego Boga mi się nie godzi, a swoi mnie nie znają.
— Przysiąż mi na słońce i księżyc — przerwało dziewczę — na co chcesz! ale ja chcę przysięgi!
Marger rękę położył na piersi.
— Czego chcesz ode mnie? — spytał. — Wszystko będziesz miała.
Wtém Baniucie zaświeciły oczy, zagorzały płomieniem; dawne owo dziewczę, w którém męczeństwo Niemców wykołysało ducha, wróciło. Widział ją taką, jaką była, nucąc litewskie pieśni na drzewach ogrodu Gmundy.
— Pamiętaj — szepnęła. — Ja wiem, ja widzę!!
Krzyżacy nasz gród zdobędą. Wy, szczęśliwi, padniecie w jego obronie, a ja? ja sobie życia wziąć nie potrafię. Gdy przyjdzie ostatnia godzina, panie mój! nim sam im dasz życie, weź moje!
Zbladł Marger.
— Przysiągłeś mi na słońce i na księżyc — dodała, ściskając rękę jego — razem pójdziemy na jasny świat drugi, a tam! tam musi być wieczne wesele, bo tu była wieczna męka. A bogi, jeśli są, sprawiedliwymi być muszą.
Rozlegająca się pieśń zgłuszyła rozmowę.
Szwentas stary, przebrany za wesołego błazna, Keleweże, wtoczył się na czworakach do izby.
— Héj! héj! — wołał — to mi wesele! gości na nie zjechało bez liku. Chodźcie, patrzcie, czy stanie piwa dla nich na przyjęcie. Goście wkoło, postrojeni, błyszczą na nich szaty żelazne, świecą czapki złocone, rżą ich konie we zbrojach.
Ogromny okrzyk za wałami Krzyżaków zwiastował.







XII.



Téjże nocy weselnéj zerwał się Marger z pościeli, pocałował śpiącą Baniutę i stanął zadumany.
Wyszedł z izby; stary Wiżunas na progu siedział czoło trzymając w dłoni.
Odeszli obaj w podwórze.
— Tych psów nastraszyć potrzeba — odezwał się Marger. — Patrzałeś ty z góry, gdzie namiot wodza stoi?
Wiżunas ręką wskazał stronę.
— Nieprawdaż? tam jest wyjście nasze podziemne, kamieniem zawalone?
Skinął głową stary.
— A co po niém?
— Gdy się pośpią — rzekł Marger — oni i ich czaty, łatwo po nocy dostać się do obozu.
Porwał miecz, wiszący u pasa.
— Wodza im zamordować trzeba!
Wiżunas niedowierzająco spojrzał ku niemu. Oczy starego pytały:
— Któż to potrafi??
Marger po chwili szepnął:
— Ja znam ich obyczaj, umiem ich mowę... pójdę.
— Wy?
— Ja — potwierdził chłopiec, prostując się — kto wié: popłoch ich może ogarnie; odstąpić mogą.
Starzec ze zwieszoną głową dumał.
— Szkoda was — rzekł — a gdy wy zginiecie, któż zamek obroni?
— Ty! — rzekł krótko Marger, rękę mu kładnąc na ramieniu. — Nikomu słowa! milcz...
Obejrzał się dokoła: noc była; przysłuchał: obóz Krzyżaków spał cały; nic się w nim nie poruszało.
Wziął miecz swój do ręki i na palcach ostrza jego spróbował; ku komnacie weselnéj powiódł oczyma. Chciał zajść na pożegnanie; ale potém czy miał-by siłę z niéj wynijść?
— Chodźmy, Wiżunas — rzekł.
Posłuszny starzec doprowadził go do jamy drzwiami zapartéj. Tu do nóg mu padł i jęknął.
Marger znikł w ciemnościach. Wiżunas pozostał na straży. Gdyby mu lata łez nie wypaliły, byłby płakał — nie mógł.
Cisza długa staremu się wiekiem wydawała. Nie było jéj końca.
Nagle krzyk straszny usłyszał i padł na ziemię u wnijścia. W obozie tysiące głosów go powtórzyło dokoła; z głębi milczenia wstała burza okrutna, jakby ziemia rozwarła się pod nogami Niemców. Konie rżały, oręż szczękał, biegały oddziały, tętniało i grzmiało.
Wiżunas z uchem przyłożoném do ziemi, leżał. W jamie nic słychać nie było; potém zaszumiało w niéj, jakby wąż się sunął ku niemu. Starzec uląkł się Niemców i nóż ujął w rękę. Wtém Marger ukazał się z twarzą ziemią osypaną, tchnął, odprostował się i padł znużony obok Wiżunasa.
Gdy go stary otrzeźwił i spytał, nie umiał mu nic odpowiedziéć. Wskazał tylko na miecz swój, który powrócił suchy — i westchnął.
Nie zabił nikogo.
Tegoż dnia przejście zasypano podziemne.
Rano beczki wytoczono w podwórze.
Załodze sprawiono wesele; ale głośnych pieśni zawodzić nie było wolno. Jedni stali po-za ścianami czatując; drudzy obsiadali konwie i wiadra, czerpali i pili.
— Raz człowiekowi umierać! — śpiewali.
Marger to do żony szedł i na ławie przy niéj przysiadał, to na okopy się drapał i w obóz patrzał. Znał w nim tam wszystkich i mógł nazwać każdego z rycerzy po imieniu; poznawał ich po zbroi i chodzie, po czeladzi i koniach.
Niektórzy z nich nosili go na rękach. Ojciec Antoniusz mówił mu o Bogu, Bernard pilnował go, gdy na koń siadał i toczył się z włócznią w podwórzu.
Byli między nimi ludzie dobrzy; teraz wszystkim on złym być musiał.
Wyrzucał sobie, że nie zabił Bernarda; lecz gdyby raz wtóry znalazł się tak z nim oko w oko, z mieczem w dłoni, znów-by mu ręka zadrżała.
Przy żonie siedząc, zabijał ich wszystkich w myśli; wpatrzywszy się zdala, słabnął.
Krzyżacy, jakby naumyślnie, ociągali się ze szturmem; dni kilka leżeli nie poczynając nic. Śpiewali jedni pieśni pobożne, drudzy piosnki wesołe. Lud na wałach rwał się do walki. Kto ma śmierć przed sobą, temu pilno raz skończyć z życiem.
— Głodem nas chcą wziąć! — mówił Wiżunas — trzeba szczędzić strawy, a nuż Kunigas Wielki w pomoc przyjdzie i z tyłu na nich uderzy?
Niemcy zwozili susz i bełty oblewali smołą.
Jednego dnia pod zatkniętym w polu krzyżem stanęli dokoła. Ołtarz było widać w pośrodku. Ojciec Antoniusz mszę odprawiał. Marger, stojący na wieży, jakimś ruchem mimowolnym za czapkę pochwycił, chciał ją zdjąć według dawnego nawyknienia i wbił na powrót ze złością na głowę.
Rozległa się pieśń, znał ją dobrze, wtórował jéj nieraz w kościele.
Z dołu, od podnóża wieży, słychać było piosenkę Baniuty.
Obie pieśni mieszały mu się w sercu, w głowie; zacisnął uszy, zbiegł z góry.
— Ludzie, na wały! — zawołał.
Nie mylił się: Krzyżacy szturm przypuszczali.
Dokoła opasali gród, jakby łańcuchem żywym. Szli, śpiewając. Knechty niosły susz na głowach, drudzy dymiące pochodnie w rękach, inni topory błyszczące.
Co żyło, przyparło się do zagrody. Niewiasty niosły wodę w cebrach; ludzie kamienie dźwigali; słabsi naciągali łuki.
Wiżunas nakazał milczenie. Walki nie miał poczynać nikt, aż-by ją Niemcy sami otwarli.
Tuż pod parkanami słychać było zrzucane drzewo, dym pochodni dochodził do nich. Niemców za chrustem widać nie było. Z góry posypał się deszcz strzał i grad kamieni, a na rozpalony susz lunęła woda. Chwilę wstrzymali się Niemcy, zawahali; padło kilku z krzykiem i stoczyło się.
Z tyłu wołano do szturmu i gęsty zastęp znowu ku parkanom się cisnął.
Był to pierwszy dzień walki, lecz od razu zajadle rzucono się ze stron obu.
Marszałek, który stał na pagórku i patrzał, u boku mając Brandeburczyka, głową poruszył i rzekł:
— Nie łatwo im podołamy.
Sarganty stanęli z jednéj strony, gdzie ściany drewniane i dachy najbliższe im się zdawały, z kuszami i bełtami.
Każdy z nich bełt zapalał u pochodni i puszczał go ku grodowi. Płonące strzały leciały, świszcząc w powietrzu, rozpaloną kapiąc smołą, gasnąc w pół drogi lub niosąc płomień na dachy.
Spodziewano się pożaru: napróżno. Ognisty deszcz pocisków oślizgiwał się po twardych ścianach, gasł na nich lub tonął gdzieś na grodzisku.
Lecz i litewskie pociski nie wielu raziły: Niemcy byli osłonięci żelazem, ponakrywani niém, kamienie odskakiwały od zbroi, strzały się kruszyły na stali, albo w drucianych koszulach więzły bezsilne.
Rzadka strzała, w pachwinę lub między blachy trafiwszy, kaftan przedarłszy; skosztowała krwi niemieckiéj.
Pożar téż nie imał się parkanów, gliną pooblepianych, pozlewanych wodą. Susz płonęła napróżno, napastnikom samym zagradzając drogę.
Walka trwała tak do południa, słońce dopiekało, ludzie do rzeki zbiegali wodę chłypać, starszyzna do namiotów popowracała, knechty téż odstąpili na strzał i na ziemi się pokładli.
Nie uczyniono nic.
W namiocie Marszałka zasiedli goście dostojni. Jednym śmiać się chciało, drugim gniewać.
— Niéma wątpliwości — odezwał się Komtur z Balgi, że nareszcie tę chałupę weźmiemy i obrócimy w perzynę; jednakże za czas, który tu stać przyjdzie, nie śmiał-bym ręczyć. Może oblężenie trwać tak długo, że naszego trudu nie będzie warte.
— Jakto! — sprzeciwił się Marszałek. — Nie wiecież, że to jest klucz do téj ziemi, że ztąd oni wycieczki na nas czynią, że samo opanowanie trwogę na nich rzuci?
Radźcież, co poczynać, aby je przyśpieszyć! — odezwał się stary Siegfried. — Przyjdzie pora dżdżysta, ogniem ich wziąć będzie trudniéj, a szturm ludzi wielu życia pozbawi.
Hrabia Namur odezwał się, że oni oręża dobrego nie mają, a tém mniéj uzbrojenia, więc się ich wielce lękać nie potrzeba. Liczbą téż nie zastraszają, bo gródek mały i wielu ich-by się tam nie mogło pomieścić.
Bernard na uboczu siedzący milczał.
— Bracie Bernardzie — odezwał się Marszałek. — Wychowanek ów wasz nieszczęsny, jeśli nie dowodzi, to pewnie się znajduje na gródku. Ten rozumniejszy-by powinien być od innych. Wezwać go na rozmowę; życiem darujemy, niech się poddadzą.
Siegfried się uśmiechnął.
— Pierwszego-bym go powiesić kazał — rzekł. — Ale nie szkodzi nic życie obiecać, bo słowo poganom dane nie waży. Ponieważ ochrzczony był, Ojciec Antoniusz wyspowiada, a potém na gałąź. Duszę ocalimy: to najważniejsza.
Bernard wstał z pniaka, na którym siedział, lecz nic nie odpowiadał.
— Bracie Bernardzie — powtórzył Marszałek — spróbujcie rozmowy. Oszczędzić możemy krwi naszéj.
— Próbować można — odparł Bernard — lecz wątpię, by się zgodzili, a bardziéj jeszcze, aby się to zdało na co.
Bernard wyszedł, z białą chorągwią i gałęzią zieloną; herold Marszałka zbliżył się ku twierdzy, trąbiąc i wołając po litewsku...
— Na spokojną rozmowę.
Krzyżak stał i spoglądał zdala, czekając.
Nikt z grodu nie odpowiadał długo. Herold wolnym krokiem objeżdżał dokoła napróżno, a Bernard zwolna się za nim posuwał. Ponad parkanami, na wyżkach, pokazał się wreszcie Marger z mieczem w ręku.
Stanęli naprzeciw niego.
On i Bernard zmierzyli się wejrzeniem. Marger milczał.
— Znacie siłę naszę — odezwał się Krzyżak podnosząc głowę — widzicie, że osaczony gródek wasz utrzymać się nie może. Żal mi was; możecie ocalić życie swoje i rodziny. Obrona próżna: poddajcie się.
Marger wzruszył ramionami pogardliwie.
— Jam tu przyszedł z moimi ginąć, a nie ratować się bez nich — rzekł dumnie.
— Chrześcijanin, walczycie przeciw chrześcijanom — dodał Bernard.
— Nie jestem już chrześcijaninem, nie! — zawołał Marger.
Wyrazy te na chwilę Krzyżakowi usta zamknęły.
— Śmierć więc ciebie i was wszystkich czeka — zagroził Bernard — ani jeden z was nie wyjdzie ztąd żywym.
— Myśmy na to gotowi! — chmurno zawołał Marger — ale nie z waszéj zginiemy ręki. Co nas zostanie po boju, tym gród za stos posłuży.
— Marszałek wam życie daruje! — raz jeszcze powtórzył Bernard.
Marger uśmiechnął się.
— Bądźcie zdrowi, Bernardzie! — zawołał. — Źle-byście mnie wychowywali, gdybym dziś męztwa w obliczu śmierci nie miał i sprzedał braci za mizerne życie; zdrów bądź, bracie Bernardzie.
Po-za Margerem już ludzie jego niecierpliwi szemrali, wzburzeni niemiecką rozmową; okrzyki słyszéć się dawały zdala:
— Po co ich szczekania słuchać. Bić się i umiérać!
Wiżunas nawet krzyczał na młodego Kunigasa:
— Nie gadajcie z nimi!
Inni wołali, by do Krzyżaka strzelać.
— Nie chcemy nic od nich! Bić się, bić się i ginąć.
Marger zeszedł z rusztowania spokojny. Skinął ręką, dając znak, aby ludzie biegli do parkanów. Początek walki we wszystkich ducha rozżarzył do wściekłości i szaleństwa. Im mniéj było nadziei ocalenia, tém rozpacz stawała się dzikszą. Ludzie podsycali ją jeszcze u stojących otworem beczek.
— Bić się i ginąć! — śpiewano.
Szał ogarniał dzieci, niewiasty, starców. Każdy chwytał, co mógł podźwignąć, i chciał biedz przeciw nieprzyjacielowi.
Gród dotąd milczący, napełnił się wrzawą i gwarem, które zdala słychać było.
Gdy Bernard do namiotu powrócił, rada wojenna, która wiedziała, że z niczém przychodził, już była o losie oblężonego zamku postanowiła.
Ponieważ siły miano więcéj, niż ich na niewielki gródek potrzebowano, wniósł Wielki Komtur, aby oblegający mieniali się w ten sposób, by na chwilę nie dać spoczynku oblężonym.
Dzień i noc bez ustanku miano szturmować, podpalać, parkany rąbać i nie przerywać napaści, nacierając ze stron wszystkich.
Spodziewano się tym sposobem przyśpieszyć poddanie się albo zawładnięcie gwałtowne gródkiem, który inaczéj długo-by opór mógł stawić.
Wydawano już rozkazy i siły niemieckie, podzielone na dwa oddziały, natychmiast znowu z wrzawą przypadły do parkanów.
Pozostali mieli przygotować kobylice i tarany do obalenia zagrody, którą podpalić było trudno.
Z obu stron zapał do boju zdawał się równym. Niemcy chcieli okazać, że dzicz długo się im opierać nie będzie mogła.
Gdy zastęp nowy przysuwać się zaczął ku tynom, Litwa, wytrzymawszy, dopóki nie przypadli bliżéj, cisnęła kamieniami i kołami.
Lecz Krzyżacy i ciżba, idąca z nimi, na którą odpoczywający i starszyzna patrzała, nie dali się odepchnąć tym razem.
Padali niektórzy, lecz żaden nie ustępował; jedni drugim drapali się  na ramiona, aby zasłoniętych ścianą drewnianą Litwinów razić z góry pociskami. Bój się zawziął wściekły, źwierzęcy, zapamiętały.
Niemcom zdawało się, iż gródkowi ludzi na obronę ze wszystkich stron nie starczy: opasali go więc dokoła, lecz wszędzie znaleźli gęste zastępy naprzeciw sobie.
Nie był to żołnierz; nie wszędzie z mężczyznami potykać się im przyszło. Gdzie-nie-gdzie stały wiedźmy z włosy rozpuszczonemi, z rękoma chudemi i rzucając, co napadły: piasek, kamienie, garnki i głownie rozpalone.
Dzieci się wdrapywały na częstokoły i do oczu skakały napastnikom, a choć ranne i skrwawione, nie przestawały walczyć, miotać się, kąsać.
Straszny ten bój dokoła, poczęty z południa, nieprzerwanie trwał do nocy. Trupy padały z obu stron, nogami je tratowano. Zdało się, że na Pillenach mnożył się lud cudem jakimś. Nie brakło go nigdzie.
Oporem znużeni, wreszcie Krzyżacy ustąpili drugiemu oddziałowi, który z nową zawziętością pierwszych zastąpił.
Ranni poszli się obwiązywać, powyciągano trupy; noc nadeszła. Stosy rozpalono w dolinie. Walka trwała ciągle.
Wiżunas z jednéj, Marger dowodził z drugiéj strony.
Stary miał dwie strzały w piersi, które z mięsem wyrwał razem i krew gliną zatamował. Marger postrzelony był w ramiona i głowę.
Baniuta stała przy nim z płachtą do obwiązania rany, blada, przytomna, z zakąszonemi wargami, niekiedy, jak szalona, z pod nóg chwytając kamienie i rzucając niemi bezsilnie.
Reda w podwórcu poiła ludzi i gnała na wały.
Poszła-by była sama, gdyby się docisnąć mogła. Lecz około parkanów lud się gromadził, tak gęsto stojąc, iż trupy nawet paść nie mogły na ziemię. I one walczyły, piersiami zasłaniając żywych.
Stały się tarczami dla nich.
Nie słyszano piania kurów, nikt nie miał czasu spojrzéć na gwiazdy, aż zaświtała na wschodzie jutrzenka.
Walka trwała.
Zatrąbiono na zmianę nową. Pierwszy oddział Krzyżaków i gości powracał znowu.
Ci, co wczoraj w obozie zimno i obojętnie zdala patrzali na to krwawe ścieranie się dwóch sobie nienawistnych plemion, teraz, ogarnięci, upojeni, zarażeni wyziewami krwi pobojowiska, biegli, nie mogąc zostać bezczynnymi.
Starszyzna, wczoraj jeszcze trzymająca się opodal, dziś bez rozkazów parła się razem z innymi, aby skosztować boju.
Dotąd pasowanie się było bezskuteczném.
Dzień wschodził.
Nie zmieniło się nic, rósł tylko zapał i potęgowało się z obu stron szalone pragnienie boju.
Wiżunas, który stał na wyżynie, a trwożném okiem oglądał się dokoła, bladł i trwożyć się zaczynał. Żywy mur trzymał się zawsze, lecz parkany i tyny trzeszczały i obaleniem się groziły.
W wielu miejscach topory knechtów podrąbały je, w kilku obito nalepę glinianą i ogień się imał szczap suchych. Całemi połaciami chwiały się ostrokoły. Starzec już widział chwilę, gdy Krzyżacy wtargną do gródka. Lecz po-za tém pierwszém opasaniem stało drugie, grubsze, wyższe, silniejsze jeszcze.
Pierwszego obronić nie było można.
Pod wieczór, gdy znowu się oddziały mieniać przyszły, nagle pod naciskiem ludzi runęły z trzaskiem zapory, i ci, co przy nich stali, padli pod nogi Litwinom.
W mgnieniu oka rzucili się na nich oblężeni, siekierami rąbiąc głowy, głazami waląc ramiona. Z krzykiem dzikiego zwycięztwa pastwili się chwilę tylko. Wiżunas dał wcześnie umówione hasło; co żyło posypało się, śpiesząc się ukryć za drugą ścianą grodową. Ta była ostatnią.
Ale zdobycie jéj daleko stawało się trudniejszém.
Krzyżacy, którzy się nie spodziewali, aby parkany padły tak rychło i nagle, runąwszy z nimi na ziemię, nim zdołali się opamiętać i powstać, część ich znaczna trupem padła, niezmierna liczba z ranami się podniosła, do boju niezdolna.
Starszyzna z pozostałymi ludźmi rzuciła się na pomoc za późno. Litwini wszyscy potrafili się ocalić i ujść za drugą zagrodę.
Bój musiał być na czas przerwany.
Marszałek, który patrzał na tę klęskę, będącą razem zwycięztwem, sam podbiegł na wały, aby natychmiast skorzystać z zamieszania, z otwartych bram i uchodzenia załogi.
Lecz po trupach i po palących się belkach przedrzéć się nie było łatwo, i nim świeże siły krzyżackie dopadły do ścian, już się wrota pozawierały i zawalone zostały kupami kamienia.
Strata Niemców była dość znaczna, a przynajmniéj większa, niż się kiedykolwiek spodziewać mogli.
Powiększyła ona zapalczywość ich przeciwko nieprzyjacielowi, który się bronił z taką zajadłością niezmożoną.
Marszałek, na nic nie zważając, wołał i nalegał, ażeby natychmiast szturm przypuszczać nowy i nie dać się poganom opamiętać.
Noc tymczasem nadeszła.
Wnętrze gródka obraz przedstawiało okropny zarazem i tragiczny. Ludzie ci szli w stanie ducha jakimś, w którym się rzadko człowieka widzi. Śpiewali jedni, płacząc; śmieli się drudzy; szał ogarniał wszystkich. Twarze były przemienione, siły podwojone, głosy nieludzkie.
Ci, co leżeli ranni, zrywali się gwałtem do walki; okrwawieni, zdali się nie wiedziéć, że z nich życie uchodzi.
Ci, co nigdy nie zanucili pieśni, znajdowali ją na ustach, przyleciała zkądciś, z niebios — wylęgła się w krwawych tych zapasach.
Mężowie, niewiasty, dzieci — wszyscy się stali bojownikami. Jakaś radość i gniew razem rzucały niemi.
Ojcowie patrzali obojętnie na trupy synów; matki zapominały o dzieciach.
W pośrodku, oblany krwią, z podniesioną głową, z mieczem obnażonym, stał Marger. Za nim matka, jak niegdyś odziana po męzku, zbrojna, w hełmie na głowie; obok Baniuta w świeżéj namitce niewiastki, w białéj koszuli, na któréj plamy krwi czerniały, ze sznurami porwanych bursztynów na szyi, z dyszącą piersią, podobną była do młodéj wilczycy, którą w gnieździe myśliwcy napadli.
Wiżunas krew tamował jedną ręką, drugą ku parkanom wskazywał.
Ludzie się sypali ku nim, wyprzedzając jedni drugich z krzykiem i wrzawą.
Marger skinął, aby ich powstrzymać.
— Jeszcze dzień, jeszcze dwa — począł wołać — zdobędą i tę zaporę!
Krzykiem mu odpowiedziano.
— Ale żywcem nie wezmą nikogo i łupu im nie damy — wołał coraz potężniejszym głosem.
Ręką w podwórce wskazywał.
— Kłaść stos, stos tu niech będzie gotowy. Spalimy na stosie do koszuli ostatniéj, a co żywe zostanie, dobijemy sami; niech trupy biorą i żgliszcza...
Okrzykiem, jak-by z jednéj piersi odpowiedziano wodzowi.
Wiżunasowi twarz się rozjaśniła; wyrósł stary, rękę do góry podźwignął.
— Na Niemców! — wrzasnął. — Baby i wyrostki do stosu!
Baniuta spojrzała z dumą na Margera, chwyciła okrwawioną rękę jego i pocałowała.
Chciała potém biedz z innemi, ale Reda ją za koszulę wstrzymała.
— Nam tu być! nam wodę nosić i rany obwiązywać! — poczęła. — Kubek mu daj! nic nie miał w ustach.
Lecz już głosu jéj, ani żadnego innego rozeznać nie było można we wrzawie. Z za ściany słychać było śpiew krzyżacki, tu pieśń litewską i wycie jakby dzikie.
Niemcy wdzierali się już ku wierzchołkowi zagrody i padali pod ciężarem belek, kłód i kamieni.
Bój, na krótko przerwany, toczył się znowu noc całą.
Tymczasem w podwórcu, czarodziejską siłą dźwignięty, już się stos olbrzymi układał. Kobiety i wyrostki odzierały dwór z pułapów i dachów, rozwalały ściany, wlokły bierwiona i miotały na łożysko pogrzebowe.
W słabych siła wstępowała nadludzka. Ręce niewieście dźwigały potężne belki, ramiona chude nie uginały się pod strasznym ciężarem, dłonie drobne chwytały kłody grube. Drzewo zdawało się téż żyć, poruszać, jak gdyby, posłuszne człowiekowi, samo szło na rozkazanie.
Cudem podnosił się książęcy ów stos pogrzebowy, tak że prawie głową sięgał wieżycy.
Teraz, co kto miał, poczęli zwlekać wszyscy; odzież, broń, żywność, kruszec, bursztyny, kożuchy, i dokoła miotali na kupy.
Śmieli się, patrząc na te bogactwa, które ogień miał pożréć, aby się wrogom nie dostały. Dzieci skakały koło nich. Starsze kobiety zdzierały z siebie zawczasu, co droższego miały, aby całém nie zostało.
Baniuta znikła, pobiegła żywo do domostwa, którego stał węgieł jeszcze. Tu już skryć się gdzie nie było. Szyja tylko do lochu, od któréj drzwi oderwano, otworem stała.
Siedziała na wschodach, podparła się, myślała.
— Przysiągł mi na słońce i księżyc: dotrzyma. O! nie da mi wpaść w ręce tych zbójców, na straszną męczarnią sromu. Ale miecz ma stępiony, ale nóż ma wyszczerbiony; może mu zabraknie żelaza?
Wzdrygnęła się. Wybiegła z lochu i wpadła do izb, których ściany na stosu podpałkę rozbierano. Widziała miecz Walgutisa, który stał w kącie. Stare żelezce obsunęło się i na podłodze w śmieciu leżało; porwała je z radością, do ust przyciskając, śpiewając, — bo ból wielki, jak radość, śpiewa.
— Nie prawdaż, mieczu kochany? ty śmierć mi dasz lekką z jego ręki! Rozedrzesz serce na poły, i duszyczka z niego uleci...
Spojrzała: miecz rdzą, czy zaschłą krwią był okryty; poruszyła główką nad nim. Oburącz wzięła go, jakby dziecię piastowała, i poniosła.
Miała osełkę za pazuchą. Siadła w progu.
— Stary ty mój — nuciła schyliwszy się nad nim. — O tobie ludzie zapomnieli, nikt cię nie otarł, nikt cię nie obmywał, ostrze ci stępiało. Czekaj!
Zaczęła ostrzyć osełką. Stary miecz nabywał blasku, świecił jak niegdyś.
Schylona nad nim Baniuta zobaczyła słabo odbitą twarz własną. Z miecza na nią niebieskich dwoje oczu patrzało.
— Patrzysz na mnie, stary! tak, dobrze, pokochaj mnie i daj śmierć lekką z jego ręki.
Pocałowała żelazo, piosnka mimowolnie wybiegła znowu na usta.
— A! umierać mi młodo, umierać!! Ale czegoż mi brakło? co mi życie dać miało? Może łzy na powieki, może sierocą dolę, może wrażą niewolę? Wszakże-m miłość już znała; wszak miłego-m ściskała, i on pójdzie wraz ze mną, i krew nasza się zmiesza.
Łza z ócz na miecz kapnęła, prędko ją otarła Baniuta, postawiła żelezce, wybiegła.
Z dala Marger wiódł ludzi; zaczerpnęła wody w kubek jeden, miodu w drugi i pośpieszyła za nim.
Krzyżacy, teraz rozjuszeni, pieśń jakąś śpiewając grobową, całą siłą na drugi parkan się naciskali.
Z wrzawą i wyciem odpierali ich Litwini; a co padł który w żelazo okuty, okrzyk się jeszcze głośniejszy podnosił.
Znowu ogniste strzały Niemcy puszczać zaczęli. Padały one wśród gródka, ale nikt nie zważał na nie. Kilka szczęśliwiéj ciśniętych uwięzło w ścianach wieżycy.
Wiżunas ni Marger nie mieli obejrzéć się czasu; ściany płonąć zaczęły. Płomyk się po nich ślizgał nieśmiało, z razu gasnąć się zdawał, wciskał w szczeliny, potém jaśniejszy wyrastał.
Z dwu małych zlewał się jeden. Po wieżycy pełzały, jak węże; latały, jak ptaki.
Noc bladła, dzień nadchodził znowu, dym już tylko widać było. Wieżyca stała, jak wczora, cała, nietknięta, ale we wnętrzu szumiało, i sykało, i pryskało.

........................

Krzyżacy szturmowali.
Drugi parkan wyższy był i mocniejszy, ale i ten już podcinać zaczynano i podkładano ognie pod niego. Litwini leli wodę, gdzie posłyszeli syczenie płomieni; walił się na oblegających ostatek kamieni z podwórca, z pod ścian budowli powyrywanych. Rzucano trupy, gdy nic innego nie było.
Głos téj walki, zamiast słabnąć, rósł przeraźliwiéj coraz; niekiedy, słuchając go, Marszałek drżał ze zgrozy; coś było w nim przejmującego śmiercią do kości. Ludzie, co taką pieśń nucili, ani się poddać, ni żywymi wzięci być nie mogli.
Niemcom, którzy się drapali na zagrody, serce w piersiach bić przestawało chwilami. Ogarniała ich trwoga przed tą rozpaczą. Lecz wstyd było odstąpić; napierano ich, nowi biegli.
Dzień cały nie ustawał bój.
Wieżycę objęły płomienie do szczytu, opasały ją jak szatą purpurową; stała tak długo niespożyta, jasna, straszna, potém nagle z trzaskiem wielkim runęła, kłęby dymu rozprysły się z iskrami dokoła.
Na gródku krzykiem zawtórowano.
Wiżunas się obejrzał.
— Nie zabraknie głowni na podpalenie stosu.
Nie wiedział, że od niesionych iskier stos sam już powoli płonąć zaczynał.
Marger bił się. Pot i krew ciekły razem z jego czoła, strumieniami płynęły po piersi białéj. Z wysokiéj kłody, na któréj stał, oglądał się.
— Czas-li było walki zaprzestać, a rzeź rozpocząć??
Z niebios gwiazdy patrzały ciekawe. Tam także niepokój był jakiś; bogowie litewscy słali na ziemię posłańców, czy rzucali strzały ogniste, bo na czarném sklepieniu wciąż polatywały gwiazdy i drogi jasne kreśliły.
Wiżunas mówił cicho:
— Ojców duchy schodzą po nas na ziemię!
— Czas nam do nich!!
Na dzień się zbierać zaczęło.
Zapora druga za chwilę już runąć miała. Ludzie siły tracili; trupów leżały kupy ogromne.
Niewiasty kołem, śmierci czekając, siadły przy stosie i raudę śpiewały.
Stos, jakby na rozkaz bogów, zwolna płonąć zaczynał.
Gwiazda ranna jak dyament, poczęła na niebie błyskać.
Wiżunas i Marger spojrzeli na siebie.
Ci, co walczyli jeszcze, na dany znak odstąpili od zagrody, szli spokojni ku stosowi. Wiżunas im przodował, Marger szedł ostatni.
Niewiasty pieśń nuciły.
Zaczęło się, czego świat nie widział nigdy i nigdy może nie zobaczy.
Bracia ściskali się i całowali, jeden obnażał pierś, drugi ją przebijał mieczem. Ojcowie, płacząc, mordowali dzieci i trupy rzucali do stosu. Mężowie zadawali śmierć żonom, które się im na szyi z pocałunkiem zwieszały.
I nikt nie wydał jęku, i nie słychać było krzyku, ani płacz się odezwał.
Trupami uściełała się ziemia dokoła stosu szeroko.
Marger z mieczem w dłoni stał i patrzał. Oczyma szukał Baniuty.
Ona w loszku na progu siedziała, łzy jéj biegły z oczu, całowała miecz, czekała.
— Przysiągł mi na słońce i księżyc: przysięgi swojéj dotrzyma.
Wiżunas nasłuchiwał ku zagrodzie.
— Śpieszcie się — wołał — śpieszcie! kto nie chce ginąć od ich miecza. Parkany trzeszczą. Wpadną rychło: niech nas żywych nie zastaną.
Co żyło jeszcze, w płomień rzucało dostatki swe, zwłoki drogie, i nastawiało piersi lub karku. Szał opanowywał ostatnich. Okrwawieni, wbijali sobie miecze w piersi i padali.
Reda syna pocałowała w czoło: nie było zabić jéj komu.
Wiżunasowi ręka drżała.
— Nie mogę! — rzekł.

Rzuciła na czoło białą zasłonę i śmiałym krokiem w ogień weszła.
Śmierć Margera i Baniuty.
Objęły ją płomienie; siadła na węglach rozżarzonych, zakryła oczy i drzewo zawaliło się pod nią.

Z tyłu krzyżacką pieśń coraz głośniéj słychać było.
Wiżunas i Marger zostali tylko sami. Około stosu kałużą ogromną krew stała, powoli w piasek wsiąkając.
Stary pokłonił się panu do kolan. Koléj przyszła na niego. Pan, Kunigas, musiał pozostać ostatni i sam śmierć sobie zadać.
Margerowi ręka zadrżała, siwéj głowy dotknąć nie śmiał.
Wiżunas żelazo oparł na ziemi, koniec w pierś wraził i rzucił się na nie.
Gdzie była Baniuta??
Wstała właśnie i biała jéj koszulka świeciła w ciemnym otworze lochu. Wyciągnęła ręce ku Margerowi.
— Nas dwoje zostało! — zaśpiewała — chodź do mnie.
On patrzał za siebie ku zagrodzie, jakby mu życia żal było, i chciał uratować go choć odrobinę.
Przez krew i trupy szedł do niéj, brocząc po kostki i stąpając po piersiach zastygłych.
— Baniuto! jeszcze ich niéma! — wołał głosem drżącym.
Zbliżył się do niéj. Objęła go rękoma i głowę złożyła mu na ramieniu.
— Patrz — rzekła — nagotowałam miecz ostry. Tyś przysiągł!
Marger słuchał.
Stos tylko płonął, skwarcząc i sycząc, a po-za parkanem hałasowali Niemcy, drapiąc się nań, rąbiąc, przystawiając drabiny.
Na jeden uścisk czas został jeszcze, ale na słowo nie było już czasu.
Oczy Margera wlepione były w tę stronę, z któréj najpewniéj wpaść mieli Krzyżacy.
Z łoskotem padły wrota ogromne i białe płaszcze ukazały się w podwórzu.
Pierwszym, który wpadł, był brat Bernard, — któż wié, może wychowańca chcąc ocalić.
Baniuta, na ramionach Margera wisząca, białe piersi odsłaniała.
— Drogi mój! już czas...
Osunęła się na progu, skrwawiona.
Marger wściekły wyskoczył i, gdy Bernard się zbliżał, na miecz, dobyty z piersi Baniuty, padł, nie wydawszy jęku.
Tłoczyli się zwyciężcy.
Obraz, który się im przedstawił, nawet rozgorzałych długą walką, pijanych i oszalałych osłupił. Wszyscy stanęli, zaledwie na podwórze wtargnąwszy, jakby ich siła jakaś niewidzialna wstrzymała.
Bernard widział, jak Marger, żonę uścisnąwszy, miecz w jéj pierś pchnął i sam się nań rzucił.
Był to ostatni żywy człowiek w Pillenach.
Ogromnym stosem płonęły one całe, twierdza, domy, szałasy, wszystko. Morze płomieni chłonęło trupy i pożerało konających.
Marszałek, wjeżdżający konno jako zwycięzca, za nim Brandeburczyk, hrabia Namur i cały orszak dostojnych gości, oniemieli, zatrzymali się u progu.
Spoglądali na siebie; oczom własnym wierzyć się im nie chciało. Najdzikszym nawet, co się tu mordować i pastwić gotowali, serce w piersiach uderzyło.
Na żadnych ustach nie znalazło się słowo, by wyrazić podziwienie i zgrozę.
Stali tak w osłupieniu długo, patrząc na stos, na żgliszcza, na trupy, na siebie.
Brat Bernard tylko postąpił kroków parę i pochylił się nad ciałem Margera. Do skrwawionéj piersi, z któréj krew płynęła jeszcze, przyłożył dłoń: martwą i stężałą była. Wargi jego zdawały się szeptać modlitwę.
— Zaprawdę — odezwał się głosem słabym Brandeburczyk — warto było odbyć długą pielgrzymkę i wyprawę przedsięwziąć, aby widok miéć taki, którego do zgonu człowiek nie zapomni.
— Dzicz! dzicz! — trochę szydersko zamruczał hrabia Namur — przecież, gdyby starzy Rzymianie jacy, umrzéć umiała. Heroizm to, jakiego w dziejach nie znam przykładu, godzien, aby go uwieczniła pieśń poety.
Marszałek dumał.
— Widzisz, mości książę — odezwał się — z kim tu Zakon ma do walczenia. Ci, co własnego życia nie żałują, przekładając śmierć nad niewolę, strasznymi są dla nas. Dla tego wy wszyscy pomagać nam powinniście, bo, jakkolwiek potężny Zakon, nie podoła zrozpaczonym.
Stary Siegfried pierwszy odzyskał zupełną swobodę myśli i humor swój zwykły.
— Oszczędzili nam roboty — odezwał się pogardliwie — sami sobie wymierzając sprawiedliwość.
Zsiadł z konia stary i dając innym przykład, za którym jednak nikt nie poszedł, śmiało wkroczył między trupy rozglądając się i uśmiechając.
W progu loszku leżał trup Baniuty, twarzą do góry, z usty otwartemi jak do uśmiechu. Ręką trzymała się za pierś skrwawioną, odemknięte zaszklone oczy patrzały już w światy inne.
Siegfried stanął nad nią.
— Służka pani Gmundy tu także! — odezwał się — na Boga! i ta się tu znalazła. Wychowaniec Bernarda wziął ją z sobą w drogę, aby mu nie tęskno uciekać było.
Szyderstwo to na cmentarzu i żgliszczach nie znalazło odgłosu, czém stary Krzyżak wcale się nie zdawał dotkniętym.
Rozpatrywał się w niedogorzałych trupach, jakby je chciał liczyć.
— Podobno — rzekł — i łupem się tu żadnym nie pożywimy. Nie dosyć, że się pozabijali, jeszcze mienie swe na stos z sobą pościągali. Widać resztki niedopalone. A! to żmije są, nie ludzie.
Wszystek tłum, który się na gródek wdarł, pozostał w dali, przypatrując się i iść daléj nie śmiejąc; na każdym ta rzeź okrutna, dobrowolna, czyniła wrażenie przygnębiające. Byliż to ludzie?? Jakież uczucie w piersiach ich mieszkało, które taką obojętność na życie zrodzić mogło? Jakaż nienawiść pałała na tym wielkim stosie ofiarnym!
Wśród milczenia ogólnego stary Siegfried spojrzał ku obozowi.
— A co, mili panowie — rzekł — ja sądzę, że nam tam stoły już musiano pozastawiać. Taki widok pieczonego mięsa pogańskiego zaostrza apetyt. Idźmy się pokrzepić.
I siadł na koń, zawracając ku wrotom. W milczeniu Marszałek, Wielki Komtur, goście pojechali za nim.
Pilleny gorzały jeszcze.
Gdy wszyscy opuścili gródek i ogień tylko w nim gospodarzył, z jamy dobyła się głowa człowieka i dwoje oczu krwawych poczęło się rozglądać dokoła.
Jeden Szwentas umrzéć nie miał odwagi.




KONIEC.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Święcie.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przytulał.
  3. Błąd w druku; powinien być przecinek.
  4. Pieśni wszystkie stare, historyczne.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.