Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 79, dnia 9 kwietnia

Rozmyślania Wielkotygodniowe o braku „miejsc”... i braku mieszkań dla stróżów. - Skargi oficjalistów pewnej drogi żelaznej. - Wizyta korespondenta P. O. Blagueur u lorda Beaconsfielda. - Zawsze jedno.


Nadchodzi Wielki Tydzień, w którym najzatwardzialszy grzesznik okazuje chęć poprawy i wyrzeczenia się wszystkich błędów nie przynoszących procentu.

Aby więc kandydatom do nawrócenia ułatwić wstęp na drogę pokuty, rozpatrzę pewną liczbę krzywd popełnionych w ostatnich czasach i skarg, jakie na moje ręce przysłali rozmaici czytelnicy „Kuriera”.

Pierwsze miejsce należy się maluczkim.

„W ciągu ostatnich lat wybudowano setki domów - mówi jeden oskarżyciel. - Dziwna przecie rzecz, że w większej liczbie tych budowli brakuje:

1. miejsc... (nie mogę napisać, jakich);

2. mieszkań dla stróżów.”

Istotnie, co do owych „miejsc”... bez nazwiska, panuje taki system, jak gdyby Warszawy nie zamieszkiwali zwykli śmiertelnicy, ale - aniołowie i cherubiny. Znamy kamienice, w których są marmurowe schody, kolumny, posągi, weneckie okna i malowidła na ścianach. Ale „miejsc”... nie ma wcale!

Widocznie każdy gospodarz życzy sobie, ażeby jego lokatorowie składali wizyty sąsiadowi. Sąsiad robi, co może, aby „nieoczekiwani” goście, przekonawszy się o braku „miejsc”... u niego, poszli parę kroków dalej. O parę kroków dalej znowu powtarza się to samo...

Gościowi nie pozostaje nic innego, jak tylko zrobić - uliczny skandal. Lecz na ulicy stoi rewirowy... Nieszczęśliwy interesant biegnie dalej... Znajduje wreszcie ulicę zaciszną, ścianę bez okien...

Już zdecydował się... Wtem podnosi głowę i widzi tablicę z napisem:


„Zabrania się... pod karą policyjną...”


Taką jest Warszawa. Słyszę krzyki oburzenia:

- Ten Prus wypisuje same głupstwa!...

Nie chcecie, ażebym wypisywał głupstwa?... Zgoda! Ja także pasjami lubię ptaszki, kwiatki i inne ładne rzeczy. Ale w takim razie któż wam przypomni, że Warszawa nie ma „miejsc”?... Nasi historycy piszą o wypadkach minionych, krytycy o sztukach pięknych, poeci o sercach. No - a o „miejscach”... kto napisze?

Jesteśmy ogromnie wybredni w doborze wyrazów; każdy przedmiot radzi byśmy uperfumować i ubrać w glansowane rękawiczki, rezultaty zaś naszej pruderii są takie:

Pytałem jednego gospodarza domu, dlaczego nie kazał budować „miejsc”?...

- Jakże ja mogę - odparł zgorszony - budować to, o czym nie tylko nie wolno pisać, ale nawet mówić!...

Otóż, panowie gospodarze! pierwsze lody już złamane. Ja napisałem o „miejscach”... a wy - budujcie je!...

Nad brakiem mieszkań dla stróżów nie będę się rozwodził. Stróże, skazani na to, ażeby w dzień zgarniali błoto z ulic, a w nocy pilnowali publicznego bezpieczeństwa, stróże - nie potrzebują mieszkań. Takie jest przynajmniej zdanie gospodarzy.

Dziwi mnie jednak, że podobnie radykalne opinie dzieli policja, która mogłaby przecie dopilnować tego, ażeby w nowobudujących się domach urządzano lokale dla tej najnieszczęśliwszej klasy ludzi, jaką są stróże.

No - mogłaby także policja nakazać i urządzanie „miejsc”... Ale nie atakujmy wstydliwości tej dziewicy, bo nam gotowa wytoczyć proces o alimenta...


Na twym łonie, o! luba, chcę tylko... śnić,
Z ust różanych niebiański nektar pić!...
Niebiański!... niebiański!... pić!... pić!... pić!...

Druga skarga pochodzi od oficjalistów pewnej drogi żelaznej, a skierowana jest przeciw naczelnikom wydziałowym.

W długim liście, którego nie przytaczam, znajdują się zażalenia „na nieregularną wypłatę pensyj, nieregularne wydawanie zimowej odzieży, redukowanie diet z 75 kop. do najniższych rozmiarów, uchybianie na każdym kroku” itd.

Szczególny kładą nacisk na „wytrącanie za uszkodzenia”. Cokolwiek zepsuje się w wagonie: szyba, siedzenie, firanki, klamki - za wszystko to płacą oficjaliści, tak jak pasażerowie; np. 2 rs 70 kop. za szybę wagonową, 75 kop. za latarkową, choć dyrekcję nie kosztują tyle podobne przedmioty. Po cóż więc kolej ma zarabiać na tych, którzy jej służą i dla niej pracują? Zresztą - każda rzecz niszczyć się musi, czy więc godzi się odnawiać tabor kosztem ludzi ubogich?...

Dalej, mocno skarżą się oficjaliści na - szorstkość naczelników wydziałowych: „Gdy jeden ze służby użalał się przed swoim naczelnikiem, dlaczego zredukowano mu diety?”... - otrzymał odpowiedź:

- Robimy oszczędności!...

- Ale ja panie, mam dzieci, dla których także rad bym coś oszczędzić, na edukację...

- Nie potrzebujesz pan kształcić dzieci - odpowiedział naczelnik. - Niech nauczą się czytać i pisać, to wystarczy dla przyszłego oficjalisty!...

List kończy się zdaniem:

„Wiemy, że pan prezes i pan dyrektor są sprawiedliwi i pewnie przyczynią się do tego, ażeby nasze życzenia zostały uwzględnione.”

Wyjątki te ogłaszamy bez komentarzy, dodając ze swej strony, że odwołanie się do „uczucia sprawiedliwości” jest rzeczą szlachetną, praktyczniejszą od niesnasek lub pogróżek. Cieszymy się, że nasi pracownicy, zgodnie ze swoim polskim charakterem, wypowiadają pretensje w sposób jawny, nie myśląc o pokątnych praktykach, które by przyniosły szkodę im i całemu społeczeństwu.

Jest to najlepsza odpowiedź na denuncjacje pism niemieckich, które wskazują na nasz kraj jako na tajemne źródło wszelkich niepokojów.

A teraz:


TELEGRAM WŁASNY „KURIERA WARSZAWSKIEGO”
pt.
Rozmowa z Beaconsfieldem


Czytelnicy niewątpliwie pamiętają ogłoszoną w nrze 76 „Kuriera Warszawskiego” rozmowę ks. Bismarcka z deputowanym Belonem o Polakach.

W pogawędce tej, na samą wzmiankę o „Polakach”, wielki niemiecki kanclerz „robi się poważnym”. Każe Belonowi „czytać wczorajszą «Norddeutscherkę», która trafia w samo sedno”, twierdzi, że słynny wróg Polaków, deputowany Hundt - „ma dobry węch” (jeszcze by też p. Hundt nie miał węchu!...), a potem - opowiada ciekawe rzeczy.

„Polacy (według genialnego kanclerza) mają talent do konspiracji” - „Berezowskich jest tam całe mnóstwo”... itd. Kończy zaś swoją rzecz zdaniem:

„Najchętniej wpakowałbym wszystkich do karnej kompanii, ale sądzę, że nawet i tam...” itd.

Nie wiemy, czy książę Bismarck opowiadał te awantury jako 67-letni starzec, czy jako genialny dyplomata. Oba przypuszczenia są równie dobre, ponieważ ani zużyci starcy, ani geniusze nie pilnują się zasad zwykłej loiki. W każdym razie, nieobojętną dla naszych czytelników będzie inna rozmowa, którą o przyczynie dzisiejszych konspiracyj przeprowadził francuski dziennikarz p. Oskar de Blagueur z b. angielskim ministrem Beaconsfieldem.

P. Blagueur jest korespondentem „Figara” i tak opisuje swoją wizytę:

Były pierwszy minister Wielkiej Brytanii od chwili zwycięstwa partii liberalnej stanowczo cofnął się do prywatnego życia. Bardzo rzadko widywano go w parlamencie, ponieważ całe dnie przepędzał na giełdzie; siedząc zaś w domu, uprzyjemniał sobie samotność - pożyczaniem pieniędzy na fanty.

Nawet źródłem jego ostatniej choroby nie są bynajmniej polityczne kłopoty Anglii, lecz - rozporządzenie lorda-majora, który wezwał wszystkich lichwiarzy, aby do dnia 1 (13) lipca rb. zwrócili rzeczy wzięte w zastaw. Szlachetny lord w rozporządzeniu tym poznał rękę swego wroga Gladstona i zapadł - na kurcze żołądka.

Kiedym wszedł do mieszkania byłego dostojnika, szlachetny lord właśnie zażywał rumbarbarowe krople. Musiałem zatrzymać się w salonie i oglądać portrety przodków. Ród Disraelich pochodzi z północno-wschodniej Europy, gdzie starsza gałąź używała tytułu: Marquis de Potzeyowo, młodsza zaś: Comte d'Oulytza Volova.

W chwili, kiedym podziwiał rycerskie fizjognomie przodków lorda, ich aksamitne czapki lamowane futrem, ich długie brody i piękne loki spadające z obu stron twarzy - weszła stara gospodyni ministra. Szepnęła mi do ucha, ażebym nie wspominał o Gladstonie, i wprowadziła mnie do gabinetu.

Na fotelu, ozdobionym herbem Beaconsfield, siedział dostojny chory przewiązując sobie brzuch flanelowym pasem, na którym jaśniał także herb, wyhaftowany rączkami najpiękniejszych miss angielskich.

Na głowie szlachetny lord miał nocną czapkę w formie lordowskiej mitry. W głębi pokoju stało łóżko opatrzone herbem Beaconsfielda i tylko jakaś szafka miała w płaskorzeźbie herb Gladstona.

Ponieważ publiczność interesuje się wszystkim, co dotyczy wielkich mężów, muszę więc dodać, że w tej chwili jego ekscelencja cierpiał (passez le mot), cierpiał na - lekkie odbijanie się, wydając przy tym dźwięk:

- U!... Gladston!....

Złożyłem niski ukłon jego lordowskiej mości i bez żadnych wstępów spytałem, co sądzi o dzisiejszych konspiracjach - i - czy to prawda, że twórcami ich są - Polacy?...

- Jacy Polacy? - spytał lord podnosząc na mnie zamglone oczy.

- No... Polacy... to jest jakieś plemię czy... religijna sekta tego nazwiska! - odparłem zakłopotany, nie mogąc sobie przypomnieć: czym właściwie trudnią się Polacy?

- Nie ma żadnych Polaków na świecie! - odparł lord pocierając ręką dolną część piersi. I nagle mruknął:

- U!... Gladston!...

- Ależ - rzekłem - książę Bismarck mówi tylko o Polakach i jego gazety...

- A ja panu mówię - krzyknął lord - że: nie ma żadnych Polaków na świecie!... Kiedyś podobno byli, mamy nawet w Brytyjskim Muzeum paru wypchanych Polaków, ale dziś ich nie ma!

Niemcy - dodał - są narodem erudytów, a przecież ich gazety od kilkunastu lat nic więcej nie robią, tylko zbijają przesąd o istnieniu Polaków. Polacy, mój panie, to - wąż morski, to - Atlantyda, to - kraj podbiegunowy, ale nie jakaś rzeczywistość!...

Zarumieniłem się po uszy. Nasza kochana Francja nigdy nie nauczy się geografii... U nas wiele osób wciąż wierzy w istnienie Polaków!

- Więc któż - zapytałem - według zdania waszej ekscelencji może być uważany za autora dzisiejszych konspiracyj?

Szlachetny lord znowu potarł się dłonią, mruknął: - U!... Gladston!... - i zaczął mówić. Natychmiast wydobyłem ołówek i notatkę i dosłownie zapisałem wszystko.

- Klasyczną ziemią rewolucji, spisków, królobójstw i socjalizmu są - Niemcy...

Usłyszawszy to - osłupiałem; ołówek wypadł mi z ręki. Beaconsfield spostrzegł moje zdziwienie i - rzekł:

- Tak!... tak!... Monsieur Blagueur!. Niemcy są ojczyzną knowań, tego dowodzi cała ich historia.

Już za rzymskich czasów Germanowie byli buntownikami: przypomnij pan sobie Las Teutoborski i Arminiusza, czyli Hermana, któremu dzisiejsi Niemcy wystawili posąg.

A dalej - przypomnij pan sobie ciągłe bunty niemieckich panów przeciw władzy cesarskiej. Przypomnij sobie wojnę chłopską... Powiedz wreszcie, czym była reformacja Lutra, jeżeli nie buntem podrzędnego mnicha przeciw Głowie Kościoła?...

Przed kilkoma laty w jednych tylko Niemczech, za wiedzą rządu, wykładano po uniwersytetach zasady socjalizmu. Tylko tam znajduje się kilka milionów socjalistów i tam istnieją specjalne prawa przeciw socjalistom.

Ale skończmy z socjalizmem i przejdźmy do królobójstwa.

Czytałeś pan nr 66 „Kuriera Warszawskiego”?... Ten trafił w sedno!...

Bo policz pan, ile było politycznych zabójstw w Niemczech, tylko - w wieku bieżącym?

W roku 1809 Niemiec Stapss robi zamach na Napoleona I. Później Jerzy Sand zabija Kotzebuego. W r. 1844 urzędnik, burmistrz Tschech, robi zamach na Fryderyka Wilhelma IV. W latach 1848 i 1849 zamachy w Minden i Nieder-Ingelheim na dzisiejszego cesarza Wilhelma. W roku 1850 Sefeloge w Wetzlar chce zabić króla Fryderyka Wilhelma. W roku 1861 Becker strzela dwa razy do obecnego cesarza Wilhelma. W r. 1874 Kulman robi zamach na ks. Bismarcka, a w roku 1878 widzimy zamachy Hoedla i Nobilinga na cesarza Wilhelma.

Panie Blagueur! - mówił dalej szlachetny lord. - Narodowy poeta Schiller lepiej niż my obaj znał niemieckiego ducha, a - czytaj pan jego Zbójców. Kim jest Karol Moor?... Oto młodym niemieckim burszem, który chce nagradzać dobrych, karać śmiercią złych, zabierać majątki bogatym i oddawać je ubogim.

W rezultacie, jeżeli Chrystusem socjalizmu jest Lassalle, to Schiller jest jego Janem Chrzcicielem, a książę Bismarck apostołem Pawłem!... Znasz pan przecie jego prawo o emeryturze dla robotników?

Tak! tak! panie Blagueur!... U!... Gladston!...

- W takim razie - spytałem - dlaczego książę Bismarck nie tylko sam nie przyznaje się do socjalizmu, ale jeszcze jego autorami mianuje innych?...

- A bo, widzisz pan, on jest człowiekiem dziwnej skromności: nie chce się sam chwalić, ale czeka na to, ażeby go pochwaliły jego dzieła.

- Czy nie sądzisz, ekscelencjo - rzekłem - że za takie rzeczy warto by wpakować Niemców do „karnej kompanii”?...

- Daj im pan spokój, biedakom! - odparł Jego Dostojność. - Oni już i dziś, dzięki systemowi swego kanclerza, siedzą w „karnej kompanii”, a mimo to ulegają coraz nowym poprawczym środkom...

To powiedziawszy, Jego Lordowska Mość wstał z fotelu i począł niespokojnie przechadzać się po gabinecie. Wtedy na aksamitnym szlafroku znowu zobaczyłem haftowany złotem herb. Ale ponieważ Jego Łaskawość coraz częściej wspominał Gladstona, więc wyszedłem...

Tyle napisał pan Blagueur w nadzwyczajnym numerze „Figara”, który tak rozkupiono w Paryżu, że ani jeden egzemplarz nie mógł dostać się za granicę.

Czy po tej rozmowie książę Bismarck i „Norddeutscherka” zechcą dalej rzucać na nas oskarżenia i na nasze biedne głowy wzywać represji?...

Zobaczymy!

Chciałem jeszcze coś powiedzieć d propos Wielkiego Tygodnia, ale - wolę powiedzieć o czym innym.

Pewnego dnia do naszej szanownej kasjerki ubogich przyszedł człowiek tak mizerny, jak gdyby powstał z ciężkiej choroby. Powiedział tylko tyle:

- Jeżeli mi pani nie pomoże, to zabiję się...

Ponieważ do tej damy co dzień przychodzi parę osób mających zamiar odebrać sobie życie, więc do słów wychudłego człowieka nie przywiązywała zbyt wielkiej wagi. Uderzył ją jednak wyraz szczerości, z jakim mówił: że się zabije.

Pojechała zatem na Pragę do mieszkania biedaka i wróciła spłakana. W izbie wilgotnej i nie opalonej (bez żadnej przenośni) znalazła jego żonę i kilkoro dzieci, wychudłych z głodu jak szkielety.

Wypadek ten może przypomni czytelnikom, że nadchodzi tydzień ofiar i że pod naszą redakcją roi się tłum wielkich nędzarzy.

Jeżeli dziwnym wyda się komu, że pomimo ciągłych składek publiczności wciąż brak nam funduszów, niech nie zapomina, że nędza jest jak Chrystus. Dziś pochowana, jutro zmartwychwstaje - i - tak bez końca!