Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 62, dnia 19 marzec


Odczyty o metodzie poglądowej. - Człowiek z „poglądem”. - Historia Józia Głuptaska. - Dlaczego cudzoziemscy właściciele naszych kopalń nie chcą dać pieniędzy na szkołę górniczą. - Historia nieszczęśliwego Pawła.


W zakładzie pani Teresy Mleczkowej - jedynej, niestety! u nas dyrektorki „ogródka dziecięcego”, głośny pedagog, p. Adolf Dygasiński, ma wypowiedzieć 12 odczytów: O metodzie poglądowej w nauczaniu.

Co to za diabeł owa „metoda poglądowa”?... bo nasze pisma mówią o niej niewiele. Donoszą wprawdzie, że pani Mleczko... mieszka przy ulicy Wiejskiej i że p. Dygasiński miał w roku zeszłym w ratuszowej sali wyborny odczyt o „kanarku”. Mogłyby jeszcze donieść, że - na przykład - p. Dygasiński jest blondynem, średniego wzrostu, wreszcie może by się zdecydowały uwiadomić nas o biograficznych szczegółach z życia pana D., ale o „metodzie poglądowej” - dyskretnie milczą!

Nie dziw zatem, że i ogół nie zwraca uwagi na odczyty o „metodzie poglądowej”, w której chyba nie musi być nic szczególnego, jeżeli kierownicy opinii nie uderzyli w wielki dzwon pochwał.

Przecie u nas ogłasza się każdy znakomity fakt; a ponieważ o „metodzie poglądowej” nie głosi nikt, więc nie musi to być żadna znakomitość. Kto wie nawet, czy nie jest to coś nudnego, coś - mającego związek z tą usypiającą i denerwującą rzeczą, która u nas nazywa się „poglądem.” albo „własnym poglądem”.

O! bo jeżeli nasza publiczność nie wie, co znaczy „metoda poglądowa”, natomiast doskonale wie: co znaczy ,,pogląd”.

Wyobraźmy sobie salon czy pokój napełniony wesołym towarzystwem. Kipi w nim rozmowa, rumienią się twarze, szybciej oddychają piersi, błyszczą oczy. Widać, że zgromadzeni tu ludzie zapomnieli o codziennych kłopotach, że czują dla siebie wzajemną życzliwość, słowem - są szczęśliwi.

Wtem na progu drzwi staje człowiek chudy, blady, ubrany czarno - i - towarzystwo nagle milknie, jak gdyby z sufitu uderzył piorun. Zamarły ożywione ' ruchy, zacisnęły się usta, a osłupiałe oczy zbiegły się w jeden punkt, tam gdzie sterczy ów - ubrany w uroczysty tużurek.

Kto on jest?... komornik?... czy wróg ludzkości?... może upiór?...

Nie, to nie upiór, to tylko człowiek - „z poglądem” albo z „własnym poglądem”...

To uosobienie prawdy, powagi, dobrych obyczajów, nieugiętych zasad, które wypowiada z pewnością prawodawcy, tonem zegara wybijającego sekundy.

O czymkolwiek zaczniesz mówić przy nim: o polityce, kucharstwie, chemii, choreografii, o pasztetach z drobiu i o nieśmiertelności duszy, on na wszystko odpowie ci „poglądem”. On nie śmieje się, on nie płacze, nie gniewa, nie zachwyca, nie wierzy, nie wątpi, tylko - wypowiada „poglądy”.

Na pierwszy raz człowiek ten wydaje ci się zajmujący, za drugim razem zajęcie wzrasta, za trzecim - słuchasz go ciekawie, za czwartym - jesteś zdumiony, a za siódmym, dziesiątymi trzydziestym razem - jego „poglądy” stają się tak nudne jak asafetyda.

Od tej pory nabierasz wstrętu do uroczystych tużurków, nienawidzisz ludzi chudych, a na widok wyrazu „pogląd” - czujesz oskomę w zębach i gęsią skórkę na plecach.

Nie ma co taić. Słówko „pogląd” straciło kredyt ii nie wiem, czy mi się uda zjednać serca czytelników dla „metody poglądowej w nauczaniu”.

A przecież ta metoda ma dużą wartość; naprzód, dla dzieci, które muszą się uczyć, potem - dla nauczycieli, którzy muszą uczyć, nareszcie dla rodziców, którzy pragną, ażeby ich potomstwo, w pogoni za mądrością, nie stoczyło się w rów umysłowego przytępienia.

Opowiem prawdziwy wypadek.

Pewni państwo mieli synka, który uchodził za skończonego głuptaska. Z trudnością poznał litery, czytać nauczył się wśród cierpień i łez, a już pamięci - nie miał ani odrobiny.

Bywało, zadadzą mu bajeczkę pt. Źródło świętego Gangolfa:

Znużony Gangolf pielgrzymką długą,
W piaszczystej Włoch okolicy,
W skwarne południe nagle - nad strugą
Szumiącej stanął krynicy...
itd.

Otóż on biedak nawet czterech początkowych wierszy nie mógł nauczyć się żadnym sposobem. Czytał sam, czytano mu, pisał, powtarzał, stał ”w kącie, klęczał... Wszystko na nic! Źródło świętego Gangolfa tak mu gdzieś wsiąknęło w głowę, że go stamtąd nie podobna było wydobyć, nawet - popędzając pamięć od dołu.

Porzucono zatem Źródło, a wzięto się do bajeczki: Chłopcy i żaby.

Synek odczytał bajeczkę: raz, drugi, setny... W końcu zaczął ją sobie wbijać w pamięć, dzieląc na sylaby w taki sposób:

„W ko... w ko... w ko...” (Już owe „w ko” zapamiętał.)

„Łoje... łoje... łoje...” (Zapamiętał: „łoje”.)

„Ziorazwie... ziora zwie... ziora zwie...” (Zapamiętał: „ziora-zwie”.)

I taki pracując, wyuczył się kilku pierwszych wierszy, a gdy go wezwano, aby „wydał” - wydawał w ten sposób:

„Wko łoje ziorazwie czora
Chłopcybie gali i naża byczu wali...”

W połowie egzaminu rodzice wzięli się za głowy z desperacji, było bowiem widoczne, że chłopak - nic a nic nie rozumie. Z jasnego jak dzień frazesu:

Wkoło jeziora, z wieczora,
Chłopcy biegali i na żaby czuwali...

on, biedactwo, zrobił dziwoląga, nie wiadomo w jakim języku. Bo co mogło znaczyć: „łoje” - „czora”, choćby nawet „byczu” nikt nie wiedział!

Ogłoszono dziecko za idiotę i - przerwano wszelkie nauki.

Szczęściem, chłopak miał na wsi młodego wuja, który był obeznany z „metodą poglądową”. Gdy więc wuj dowiedział się o rodzicielskich zgryzotach i osobiście wyegzaminował chłopczynę - wyprosił dla niego urlop i zabrał dzieciaka na parę miesięcy na wieś.

Były tam: piaski, laski, źródła, a nawet blisko dworu duży staw, czyli - jezioro - zwyczajnie jak na wsi.

Jednego dnia, o zachodzie słońca, wziął wuj chłopczynę na spacer. Chodzili nad jeziorem, w którego powierzchni odbijało się czerwone niebo - słuchali kukania żab i widzieli gromadę wiejskich chłopców, rzucających kamienie na wodę.

- Co oni robią, wuju? - zapytał chłopczyna.

- Polują na żaby - odparł wuj.

Po kolacji wuj zaczął zadawać pytania chłopcu.

- Powiedz no, Józiu, gdzieśmy chodzili dziś na spacer?

- A nad jezioro.

- O jakiej porze?

- A wieczór.

- A cośmy widzieli koło jeziora?

- Chłopców.

- Co robili ci chłopcy?

- Biegali i rzucali kamieniami na żaby - odparło dziecko.

- Weź no teraz książkę - rzekł wuj - i przeczytaj bajkę: Chłopcy i żaby.

Dzieciak wziął książkę i czytał:

Koło jeziora, z wieczora,
Chłopcy biegali
I na żaby czuwali.


Skoro która wypływała,
Kamieniem w łeb dostawała...

- A prawda! - zawołał nagle chłopiec - to tak rzeczywiście było...

Każdy wiersz bajki budził w jego duszy obraz. Dziecko widziało jezioro, bieganinę chłopców, słyszało ich krzyki, plusk kamieni rzucanych w wodę...

Wuj pytał dalej:

- Powiedz, Józiu, co byś zrobił, gdybyś był żabą i gdybyś dostał kamieniem w łeb od chłopca?

- Złapałbym kij i zbiłbym takiego! - rezolutnie odparł Józio. - A gdybyś! nie mógł zbić, to co byś mu powiedział?

- Powiedziałbym: daj spokój, ty łobuzie, bo pójdę na skargę do wujka!...

- No to, widzisz, żaba była grzeczniejsza, gdyż powiedziała im:

Przestańcie, chłopcy, bo się źle bawicie!...

Innego dnia wyprowadził go wuj na daleki spacer.

Parę wiorst brnęli po piasku. Chłopiec zmęczył się, ciężyły mu ramiona, tonęły nogi w zaspie, a bladożółta barwa piaszczystej równiny kłuła i piekła w oczy.

Dziecko chciało już siąść, zbierało mu się na płacz. Ale wuj prowadził go jeszcze dalej i dalej.

Wtem za najprzykrzejszym wzgórkiem widok zmienił się. Zamiast piasku, zobaczył Józio śliczną jak dywan murawę, gdzie rosły krzaki wierzb, pod którymi przepływała struga.

Z niewymownym zadowoleniem przypatrywał się chłopiec tej krętej strudze. Podziwiał jej chłód, przezroczystość i łagodne fale, w których przeglądały się obłoki. Potem napił się doskonałej wody, umył twarz pokrytą kurzem i - na godzinkę - zasnął pod cieniem wierzb.

Kiedy wrócili do domu, wuj dał mu do przeczytania wiersz:

Znużony Józio pielgrzymką długą
W piaszczystej okolicy,
W skwarne południe nagle - nad strugą
Szumiącej stanął krynicy.

Teraz chłopiec wszystko rozumiał, wszystko widział. Wyrazy nie były już dla niego zbiorem czarnych znaczków, ale błyskawicami, przy których odsłaniała się gorąca piaszczysta okolica i - chłodna struga, pod kępami wierzb.

Po tych dwu próbach Józio z wujem czytał rozmaite bajki i powiastki, a jednocześnie oglądał to, o czym pisano w książce. Od tej pory czytanie stało się dla niego najmilszym zajęciem, a gdy chopiec wrócił do domu, rodzice nie mogli go poznać. Obudziła się w nim ciekawość, pamięć, pojętność - i - z okrzyczanego głuptaska - wyrobiło się: zdolne dziecko.

Myśl zawarta w druku jest to ptak zamknięty w gęsto odrutowanej klatce. Bakalarska metoda uczenia dzieci pokazuje im tylko klatkę; metoda „poglądowa” pokazuje im - ptaka.

„Metoda poglądowa” oszczędza dużo sił nauczycielowi i dzieciom; a ponieważ my metody tej nie znamy, więc - warto by zacząć chodzić od jutra na odczyty p. Dygasińskiego, choćby na ulicę Wiejską.

Od wielu lat chciano w Dąbrowie Górniczej ufundować szkołę dozorców i sztygarów, czyli: górniczych majstrów. Złożono nawet w Banku Polskim na ten cel 34 000 rs, a p. Hempel, jeden z naczelników górnictwa, wyjednał pozwolenie rządu. Ponieważ jednak procent od 34 000 rs na utrzymanie niższej szkoły górniczej nie wystarczał, więc p. Hempel zwrócił się do właścicieli kopalń z żądaniem: aby oni przeznaczyli jakiś fundusz na rzecz oświaty.

I stała się rzecz ciekawa.

Właściciele Polacy zgodzili się dać fundusz na szkołę, ale - właściciele cudzoziemcy, mianowicie: Towarzystwo Francusko-Włoskie v. Kramsty i hr. Renard - odmówili.

Dlaczego odmówili?

Nie z powodu ubóstwa, bo kopalnie przynoszą im wyborne dochody.

Ani dlatego, ażeby było za wielu sztygarów i dozorców: jak bowiem dowiódł p. Strassburger, dyrektor zakładów spółki warszawskiej, w tej chwili we wszystkich kopalniach potrzeba 81 oficjalistów.

Pozostaje więc jedno przypuszczenie. Oto - cudzoziemcy nie życzą sobie, ażeby kraj posiadał „fachową wiedzę”, podobnie jak Anglicy nie życzą sobie, ażeby Zulusowie posiadali własne fabryki armat Kruppa i winczesterskich karabinów.

Cudzoziemcy chcą w naszym kraju toczyć ekonomiczną walkę z ludnością bezbronną, bo wtedy łatwiej odniosą zwycięstwo i wytępią nas nie rozlawszy kropelki krwi. Ich trwoży widmo fachowego ukształcenia u nas, więc pragnęliby dzisiejszy stan naszej cywilizacji utrzymać dopóty, dopóki nie wyprą nas z ziemi albo nie wymorzą głodem.

Istnieje w kraju cała klasa ludzi będąca jakby ilustracją tego, co nas może spotkać w przyszłości, jeżeli nie postaramy się o zdobycie wiedzy i zwyczajów przemysłowych, stanowiących najsilniejszy oręż w ekonomicznej walce.

Paweł był synem ubogich rodziców. Urodził się w tej epoce, kiedy w kraju - technik był białym krukiem, przemysł nie istniał, a rzemiosła ulegały powszechnej wzgardzie.

Wtedy człowiek z klasy średniej miał przed sobą dwie drogi: albo zostać oficjalistą wiejskim, co nie przedstawiało świetnych widoków, albo wejść do rządowej służby, która dawała mu tytuł, władzę, jakąś pensyjkę, jakieś dochody i - emeryturę.

Toteż „urząd” był szczytem marzeń dla średniej klasy i niejeden ojciec zapracowywał się na śmierć, byle tylko jego syn ukończył szkoły i został urzędnikiem.

Paweł skończył szkoły i - podał się na „urząd”; wtedy właśnie, kiedy go wszystkim odmawiano. Licząc jednak na opiekę boską i „zmianę okoliczności” zahaczył się przy jakimś biurze i jako „wolnonajemny” pracował za 15 rs miesięcznie.

Już wtedy ktoś napomknął mu: czy nie lepiej byłoby wejść do rzemiosła? Ale Paweł oburzył się. Wiedział on, że rzemieślnicy pracują po kilkanaście godzin na dobę, że po obiedzie nie spacerują po „prospekcie”, że zajmują ciasne lokale, że nie żyją „w lepszych towarzystwach” itd., słowem - sama myśl o rzemiośle kłuła go w zęby.

Po sześciu czy siedmiu latach Paweł awansował.

Dostał 40 rs na miesiąc!

Zarazem jednak przywykł do „lepszych towarzystw”, do frantowskiej odzieży, do droższego lokalu, do teatru, restauracji i tak dalej. Skutkiem czego pensja - nie wystarczała mu; uczuł brak.

Jeszcze po paru latach awansował na 50 rs miesięcznie. Ale jednocześnie mieszkania, jadło i odzież tak zdrożały, że Paweł - wlazł w długi, a żadnym sposobem nie mógł się odzwyczaić od nałogów nabytych w „lepszym towarzystwie”.

Na domiar nieszczęścia odezwało się w nim serce, które, jak wiadomo, nie dba ani o dochody, ani o wydatki. Paweł - ożenił się.

Żona, miała parę tysięcy posagu, ale ten prędko zniknął, gdyż oboje małżonkowie pragnęli żyć w „lepszych towarzystwach”. Posag ułatwił im tylko zaciąganie długów, które w końcu tak urosły, że na pokrycie ich nie starczyła pensja.

Do biura poczęły złazić się rozmaite Żydki, siwe i rude - naczelnicy byli zasypani skargami na Pawła - on sam zaniedbał się w pełnieniu źle płatnego „urzędu” i - dostał dymisję.

Począł szukać posady: buchaltera, kasjera, rządcy domu - nie dostał żadnej. Z dwóch pokojów w kamienicy murowanej przeniósł się do małej ciupki w domku drewnianym, ale i na opłacenie tego lokalu nie stało mu pieniędzy. Zamiast pieczeni chciał jadać kluski - ale nie co dzień starczyło i na kluski. Odzienie lepsze sprzedał albo zastawił, a gorsze poczęło drzeć się na szmaty. Wpadł w nędzę.

W tym samym domku mieszkał stolarz. Pracował on od świtu do nocy, nie żył w „lepszych towarzystwach”, chodził zasmolony i powalany klejem. Ale za to miał czerstwą minę, doskonały humor, w niedzielę bawił się jak pan, i dziwna kolei rzeczy! niekiedy wspierał zubożałego Pawła, posyłając jemu i jego żonie obiady.

Wtedy dopiero otworzyły się Pawłowi oczy i - pewnego dnia on, blisko trzydziestoletni człowiek, wstąpił na naukę do sąsiada stolarza.

Robił tam niewiele, mniej niż siedemnastoletni chłopiec; ale chodził jak zbity. Po tygodniu ciężko zachorował ze zmęczenia, a doktor powiedział mu, że: nie ma sił do fizycznej pracy.

To zabiło Pawła. Więc gdy raz żona (trudniąca się szyciem) wyszła do miasta szukać roboty, on, biedak, zwlókł się z łóżka, przywdział swoje łachmany i chyłkiem wymknął się z domu.

Nie wrócił w południe, nie wrócił w wieczór, nie wrócił na drugi dzień i dopiero w tydzień później znaleziono jego ciało w rzece.

Utopił się, ażeby nie zawadzać na świecie. Był to człowiek zacny i pełen uczciwej ambicji, jego zaś wielkie nieszczęście wyrosło stąd, że chybił w wyborze zawodu. Z początku nie chciał być, później - nie mógł już zostać rzemieślnikiem.

Taka jest dola mnóstwa ludzi w narodzie, który obok oświaty ogólnej nie posiada oświaty fachowej. Tego pragną i na to rachują cudzoziemcy.