Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 51, dnia 5 marca


Krótki wstęp. - Ćwiczenie I o pannie Emilii, która bawiła się dekolte. - Ćwiczenie II o pannie Zofii, która bawiła się z malutkim karo. - Nadzwyczajna historia mego przyjaciela Dratewki, gdzie czytelnik znajdzie naukę na pierwszą niedzielę postu.


Wielki post jest czasem pokuty, tak, mój panie!... Przez cały karnawał włóczyłeś się po nocach, umawiałeś się o schadzki na maskaradach, piłeś, tańcowałeś, oglądałeś (niech nie czytają małoletni), oglądałeś - mówię - ładne biusta, więc dziś pokutuj.

Ażeby, skruszony grzeszniku, ułatwić ci wejście na drogę cnoty, przygotowałem tu parę ćwiczeń duchownych i jedną naukę. Odczytaj je uważnie, staraj się wniknąć w siebie, a jeżeli przy końcu moich przestróg uczujesz wewnętrzny spokój, będzie to znakiem, żeś dobrze odprawił pokutę i że skutkiem tego po Wielkiejnocy, a nawet na św. Józef, możesz powtórzyć parę karnawałowych błędów.

Zawsze jednak uważaj na siebie!...

ĆWICZENIE I. Panna Emilia pędzi żywot w „naszej sferze”, gdzie na balu nie podobna ukazać się bez jedwabnej sukni dekolte za 100 rs, wachlarza za 10 rs, narzutki za 40 rs i powozu za 5 rs. Razem 155 rs na jeden wieczór.

Kiedy panna Emilia wchodziła na salę, wszyscy mężczyźni zwracali na jej dekolt e uwagę i wnet opatrzyli się. Potem jeden patrzył tylko na jej suknią, drugi na wachlarz, trzeci na narzutkę - nie pragnąc zastanowić się nad ogólną sumą wdzięków. Ten zaś, któremu widome wdzięki nieco zaprószyły oko, porównawszy naprędce koszt jej tualety z własnymi dochodami - westchnął, przycisnął ręką rozdarte serce i przysiągł, że: nigdy nie ożeni się z panną Emilią, boby go „zjadła z kopytami”.

Jest to już piąty karnawał, w ciągu którego panna Emilia zdziera po sześć jedwabnych sukien dekolte i rani serca młodym ludziom, nie chcącym, aby ich „zjedli z kopytami”. Diabli wiedzą, czy panna Emilia nie ukaże się nawet na sądzie ostatecznym w dziewiczym wianku, co lubo jest wielką cnotą, jednakże nie nęci panien na wydaniu!

ROZMYŚLANIE. Czy panna Emilia mądrze robi, pędząc żywot tylko w „naszej sferze” i używając jedwabnych sukien dekolte, które tak odstręczają młodych ludzi, skądinąd chętnych do uczynienia zamachu na jej - serce?

ĆWICZENIE II. Panna Zofia utrzymuje się z pracy i [nie] żyje tylko w „naszej sferze”. Pracuje po całych dniach i nawet nie ma czasu myśleć o balach.

Wszelako pewnego razu wujaszek wyprawił bal, na którym oczom zebranej młodzieży ukazała się panna Zofia w muślinowej sukience, ze stanikiem wyciętym w malutkie karo.

Panna Zofia była bardzo zajmująca w tym stroju, a pan Józef, który z nią tańcował cały wieczór - przez cały wielki post myślał o tym tylko: co by było, gdyby przy muślinowej sukni odrobinę rozszerzyć karo? W końcu przyszło mu na myśl, że gdyby został mężem nadobnej Zofii, miałby prawo kupować jej suknie z takim karo, przy którym najmniej wychodzi materiału. Jak w „naszej sferze”.

A ponieważ ciekawość jego i chęć oszczędzania muślinu rosła z każdym dniem, więc w końcu - pan Józef oświadczył się, a panna Zofia, w sukience bez grymasów, dostała żywego i prawdziwego „chłopeusza”, który usilnie dbał o to, ażeby jej karo u balowych sukien było wykrojone podług miary obowiązującej w „naszych sferach”.

ROZMYŚLANIE. Czy panna Zofia źle uczyniła używając tylko muślinowej sukni i ukazując się nie dekolte, ale - z malutkim karo?...

A teraz - nauka.

Wyżsi rangą moi koledzy ogłosili w jednym z pism, że stróż, wydając córkę za mąż, wynajął do ślubu karety. Koledzy wypadek ten zaliczyli do kategorii ekonomicznych zjawisk: „życia nad stan”, wzbogacili go moralnymi uwagami i cennym przypiskiem, mnie zaś skłonili do śmiałego postanowienia.

„Jeżeli - myślałem - światli koledzy w fakcie obstalowania karet przez stróża znaleźli coś niezbędnego do podźwignięcia skołatanej ojczyzny, to również podźwdgnie ją biografia mego przyjaciela Dratewki, który także jeździł do ślubu karetą.”

Mój przyjaciel Dratewka urodził się w tej epoce, kiedy zabronione było dochodzenie ojcostwa, Z tego powodu przez pierwsze tygodnie po przyjściu na świat bawił u Dzieciątka Jezus, pierwsze lataj spędził na wsi, wyższą edukację otrzymał w ochronce, a specjalną wiedzę zdobył u szewca.

Tam przebył do dziewiętnastego roku życia i otrzymał dyplom na czeladnika, czyli po dzisiejszemu: „na towarzysza sztuki”. Tam również, widząc jego apetyt dochodzący do żarłoczności, niemałe lenistwo i popęd do awantur, odgadywano' w nim arystokratyczne pochodzenie.

W owej epoce dojrzały fizyczne przymioty i rozwinął się charakter Dratewki.

Mój przyjaciel był małego wzrostu, zapewne po rodzicach; miał zapadnięte piersi, skutkiem kilkunastogodzinnej pracy w pozycji schylonej, i - na kolanie posiadał duży nagniotek, dzięki nieustannym uderzeniom młotka w to właśnie, a nie inne miejsce. „Inne” bowiem miejsca były „uderzane” pięścią albo pociągiem, ,co już zależało od uznania majstra i czeladników.

Prócz tego mój przyjaciel Dratewka miał zgruchotany młotkiem wielki palec u lewej ręki, przez pomyłkę. Miał bok przebity szydłem przez czeladnika, ranę od szewskiego noża zadaną przez majstra, bliznę na czole zrobioną obcasem przez kolegę i dwa zęby przednie wybite przez majstrowe, skutkiem jej żywego temperamentu.

Po społu z kolegami terminatorami sypiał w bezpośrednim sąsiedztwie wychodka, co jego postaci nadawało w ciągu paru lat szczególny zapach. Trafiało się też (czemu prawie nie podobna wierzyć), że podczas nocy odzienie jego samo przechodziło z jednego końca komórki na drugi.

Nadto mój przyjaciel Dratewka, skutkiem częstego pociągania go za włosy, miał do końca życia na szczycie głowy - niewielką łysinkę, a z tyłu - dość oryginalny wicherek włosów, z czym zresztą było mu bardzo do twarzy. Nareszcie miał (Boże! czego on nie miał?...) zwichniętą nogę, dzięki namiętności do czepiania się z tyłu jadących sanek i powozów. Przy tej okazji jeden z jego upadków zwrócił uwagę policji i spowodował ogłoszenie wymierzone przeciw: rodzicom chłopców biegających za powozami. W tym razie zdumiewającą okazała się przezorność Dratewki, który przyszedłszy na świat nielegalnym sposobem, uwolnił swoich rodziców od płacenia kar za jego figle.

Ważny wypadek w życiu mego przyjaciela stanowił dyplom na czeladnika; młody bowiem „towarzysz”, otrzymawszy go, natychmiast ożenił się po raz pierwszy, z pierwszą lepszą kobietą, która go przyjęła za męża.

Tu ośmielę się zrobić uwagę, że najdzielniejszą podporą bezinteresownej miłości jest - szewcki stołek, niski i wklęśnięty, na trzech rozkraczonych nóżkach. Jestem prawie pewny, że zaraz w pierwszym akcie zabiłby się Romeo dla Julii, gdyby przez jakiś czas praktykował u szewca. Dziwię się, że Kupido, zamiast erotycznych strzał, nie rzuca na zakochanych - wklęsłymi stołkami, i sądzę, że gdyby wszyscy mężowie biegle władali szczeciną i szydłem, nie byłoby rozwodów.

Nie dziw więc, że mój przyjaciel Dratewka, który biegle władał szydłem i przez 14 godzin na dobę używał zaklęśniętego stołka, ożenił się - w dziewiętnastym roku życia.

Jak mieszkało i co jadło młode małżeństwo, mające do dyspozycji około rubla dziennie?... tego nie wiem. Jest przecie rzecz pewna, że: młoda małżonka przy pierwszym dziecku i wraz z pierwszym dzieckiem, nagle - odseparowała się od męża co do stołu i łoża i przeniosła się na stały pobyt za cyrkuł powązkowski „do Siulca”. Innymi słowy: umarła, a ponieważ w owej epoce nie pisano przy cyfrze nieboszczyków nazwiska choroby „z zejściem pomyślnym”, należy się więc domyślać, że: imci pani Dratewczyna nr I zmarła na - mors simplex.

Mój przyjaciel Dratewka po stracie ukochanej żony i jedynego syna był w tak wielkiej rozpaczy, że nie wiedział nawet, jakim sposobem zaręczył się na pogrzebie nieboszczki. W kilka tygodni potem, nieutulonego w żalu, zaprowadzono po raz drugi przed ołtarz, gdzie nowej towarzyszce życia przysiągł miłość, wierność i nieopuszczenie jej aż do śmierci, w czym miał mu dopomagać Pan Bóg i wszyscy święci.

Po ślubie - „rodzinny budżet” mego przyjaciela nie zmienił się ani o kopiejkę. Państwo młodzi nie ponosili żadnych wydatków na opał; nie uważali nawet za stosowne kupować talerzy i misek, przeczuwając zapewne, że według zasad dietetyki: zupy nie są pożywne, a według zasad fizyki: chleb, ser i wędzonka dają się utrzymać w bosej ręce, bez odwoływania się do fajansowych naczyń.

Swoją drogą, młoda małżonka, widać nie mająca czasu otrząsnąć się z zastarzałych przesądów, niekiedy płakiwała. Wtedy mój przyjaciel chcąc urozmaicić życiową jednostajność sprawiał jej „lanie” - pocięglem, pięścią, nogami, a zresztą czym było można. Ponieważ zaś, już w kilka miesięcy po ślubie, zdrowie pani wymagało troskliwej opieki, a opieki tej nie znalazła, więc - na mocy higieny, fizjologii, patologii i pewnej liczby innych nauk medycznych - umarła. Zdaje się, że tym razem przyczyną śmierci była: mors composita.

Pochowawszy imci panią Dratewczynę nr II, w sposób zgodny z policyjnymi przepisami, mój przyjaciel na kilka lat pozostał nieutulonym w żalu wdowcem. Nie dlatego bynajmniej, ażeby zaklęśnięty stołek przestał już wywierać błogi wpływ na jego idealne uczucia, lecz dlatego, że po rychłym zejściu dwu żon miał opinię: partii „nieszczęśliwej”.

Tych kilka lat wyszły mu na dobre. Przyswoił sobie w ciągu nich dwie ekonomiczne zasady: „pamiętaj o jutrze” - i - „nie wydawaj nad to, co masz”. Mój przyjaciel z całym zrozumieniem rzeczy wypełniał te przepisy. Zawsze pamiętał, że: po sobocie następuje niedziela, a po niedzieli poniedziałek; nie wydawał też nad to, co miał, bo mu w sklepikach odmawiali kredytu. Więc pierwej, nim co wydał, musiał wziąć od majstra zaliczkę, zupełnie jak niektórzy dziennikarze.

Swoją drogą, ponieważ płacono mu lepiej, zaczął przychodzić do grosza. A jakkolwiek twarz żółkła mu coraz bardziej, coraz głębiej zapadały piersi i nie powiększał się wzrost, Dratewka jednak mile był widziany przez płeć piękną. Jego koszule po 12 rs tuzin, jego surduty z przykrotkimi lub przydługimi stanami, jego piękne: niebieskie, zielone i czerwone krawaty, a nade wszystko: świeży tytuł majstra - podbijały czułe z natury serca kobiet. Mój przyjaciel zaczął być partią „świetną”, skutkiem czego zapraszano go na wesela i inne tańcujące rozrywki.

Na jednej z takich zabaw Dratewka poznał dziewicę tak cudnych kształtów, że wszystkie staniki były na nią za ciasne, i - dowiedział się z boku, że... ona ma „kapitalik”. Tańcował więc tylko z nią. Na jej cześć chciał nawet „zamieść antresolę” pewnemu ślusarzowi, który jednak natychmiast zdyskontował mu jego weksel wraz z hojnym procentem, co nawet między nią i nim - zawiązało ściślejsze stosunki. Piękność bowiem ofiarowała Dratewce własną chustkę do zatamowania krwi, obficie płynącej mu z nosa, lała mu wodę na kark i z zajęciem przysłuchiwała się obelgom, jakie incognito miotał na pozbawionego ambicji i edukacji ślusarza.

Wzmocniwszy nadwątlone zdrowie, Dratewka wrócił z damą na salę i znowu zaczął tańczyć. A ponieważ miał zwyczaj, trzymając coś w obu rękach, szarpać łokcie w tył, jak gdyby wyciągał dratwę, więc między nim i lubą istotą zawiązały się w ciągu tańca tak serdeczne stosunki, że tego samego wieczora on oświadczył się, a ona go przyjęła.

W kilka tygodni nastąpił ślub.

W czasie tej pauzy Dratewka, licząc na „kapitał” przyszłej, wydał wszystkie oszczędności, pobrał na urządzenie domu zaliczki od majstrów i nie zapłacił nawet świeżo wynajętego mieszkania, upewniając gospodarza, że zrobi to „po ślubie”. Nieraz siedząc na wklęsłym stołku marzył o pięknie zbudowanej dziewicy, za której „kapitalik” miał wynająć sklep, zgodzić mnóstwo czeladzi, zrobić majątek, kupić kamienicę i - jako człowiek „naszej sfery” przyjmować udział we wszystkich balach kostiumowych.

Nadzieje te wydawały się memu przyjacielowi tak niezawodnymi, że nagle zhardział. Czeladnikom przestał podawać rękę, majstrom podawał tylko po dwa palce i umyślił wyprawić wesele - jak szanujący się członek „naszej sfery”.

Kupił tedy za dziesięć złotych tort, kilka butelek ryskiego szampana, mięsa, piwa i wódki, aż się wracało, i...

... Obstalował do ślubu dwie karety...

Ten splendor cieszył go najwięcej; na chwilę tylko zmięszał się plunąwszy w czasie jazdy, zamiast na ulicę, na szybę karety. Ale - obtarł ślinę połą surduta i rozparł się jeszcze lepiej.

Przy ślubie myślał o powrocie karetą do domu, a| przez całe wesele rozmawiał tylko - o jeżdżeniu karetą.

Na drugi dzień dowiedział się, że całym „kapitalikiem” jego żony była - niewinność. Nieoceniony ten skarb, dla którego ludzie strzelają sobie we łby, tak zepsuł humor Dratewce, że szturgnął parę razy młodą damę kułakiem.

Ale i ten rozweselający czyn nie zastąpił braku gotówki. Że zaś nowożeniec nie miał grosza przy ciele, a nowych zaliczek nie mógł dostać, więc państwo młodzi na drugi dzień po weselu nie mieli co włożyć w gębę.

Dratewczyna nr III zanosiła się od płaczu, ale Dratewka, jak każdy wyższy umysł, znalazł idealną pociechę, przypominając sobie - jazdę karetą.

Na trzeci dzień kapnęło parę złotych i młodzi zjedli po dwie miski wybornych zacierek ze słoniną. Ale w tydzień potem przyszedł w imieniu gospodarza komornik, zajął wszystkie ruchomości, a nowożeńcom - kazał opuścić lokal.

Szafa, komoda, łóżko, weselny garnitur i nowiuteńkie kamasze wpadły w ręce wykonawcy prawa. Młodzi wyszli na ulicę szukać nowego lokalu. Ona w lekkiej sukni, w lekkich trzewikach i lekkiej chustce, on - w starym surducie, w koszuli bez spinek i w angielskich kortowych spodniach, które posiadały tę godną uwagi własność, że trzeba je było ciągle podtrzymywać ręką, ażeby wraz z pozostałymi nadziejami mego przyjaciela nie runęły na chodnik.

Był to luty, mróz piekielny, dzień krótki. Małżeństwo przechodziło z ulicy na ulicę, nie mogąc nigdzie znaleźć „odpowiedniego punktu” na mieszkanie. „W odpowiednich punktach” wszystkie lokale od dawna zajęto - tam zaś, gdzie były mieszkania, nie chciano ich wynajmować biedakowi lub żądano zapłaty z góry.

Młoda pani, drżąca z zimna, tak owinęła chustką głowę, że nie było widać jej twarzy. Młody pan tupał czasem dziurawymi kamaszami o chodnik i - pocieszał się wspomnieniem tortu, ryskiego szampana i - jazdy karetą.

Chwilami opierał się tyłem o ściany domów i umocowawszy w taki sposób swój angielski kort, na rozgrzewkę uderzał ręką o rękę albo tarł siniejące uszy.

W pustym żołądku tak mu niekiedy turkotało, że żona odwracała się do niego, pytając:

- Czy ty do mnie mówisz?...

Ku wieczorowi Dratewka coraz prędzej biegał po ulicach, wciąż szukając mieszkania. Nareszcie, o zachodzie słońca, znalazł nad Wisłą drewniany domek, na którym wisiało tyle kart, że tu już - lokal był pewny.

Skostniały z zimna, ledwie wynalazł jakąś babinę, która powiedziała mu, że mieszkanie będzie można wynająć, ale wówczas gdy gospodarz przyjdzie, to jest - jutro.

Potem dobra kobiecina skryła się w swojej komórce, zatrzaskując drzwi pokryte lodem, a Dratewka wrócił do żony.

- Cóż?... - spytała.

- Będzie jutro!...

- A gdzie teraz pójdziemy?...

- Chyba zostańmy tu... Gospodarz przychodzi bardzo rano, to możemy się z nim nie spotkać...

Stanęli więc pod ścianą domu, drżąc i przytulając się do siebie ramionami. Żona jeszcze lepiej zasłoniła twarz chustką, ale on, zuch nawet w biedzie, gwizdał sobie, przytupywał nogami i patrzył na drugą stronę Wisły, gdzie przez zamarznięte okna widać było światła lamp, a może - ognie na kominach.

- Hu! ha!... - wykrzykiwał myśląc o jeździe karetą i patrząc na światła w dalekich izbach. Niekiedy przygasały owe światła, ale tylko w takim razie, jeżeli zaczynały mu marznąć nie otarte łzy w oczach.