Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 244, dnia 29 października

O podobieństwie między znikającym Towarzystwem Opieki nad Zwierzętami - I – Rodząca się nauka rzemiosł dla więźniów. - O tym, co się u nas stało w październiku.- Wnioski dla inteligencji. - Znowu o resursie dla rzemieślników. - Burmistrze w miasteczkach i burmistrzostwo w szpitalach. - Słówko o robiącym bokami Towarzystwie Muzycznym. - Koncertowe wspomnienia chłopa.


Jeżeli, czytelniku, nie nasyciłeś się jeszcze takimi frykasami, jak: polityczne wiadomości z ostatniej poczty, artykuły wstępne, rozporządzenia rządowe, nowiny krajowe i miejskie i im podobne - to zapraszam cię do postnej kuchni.

Na zupę mogę ofiarować dwie - pogłoski. Oto naprzód - słychać, że Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami „zwija interes", czyli - przestaje opiekować się zwierzętami, podobno z braku poparcia ze strony ludzi. Po wtóre zaś, ma być zaprowadzona nauka rzemiosł, ale - w kryminałach.

No - jakaż zupa?... Nie możecie w niej dopatrzyć smaku? Więc pomogę wam, naśladując tych grzecznych restauratorów, którzy na pytanie:

- A co to za pomyjki?... odpowiadają z uśmiechem:

- To jest - doskonały rosołek z drobiu!

Czy Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami było instytucją złą, szkodliwą albo brzydką?...

Bynajmniej, a nawet przeciwnie, było instytucją streszczającą w sobie wcale szlachetne uczucia.

Bo i któryż uczciwy człowiek nie doznał przykrości na widok opuszczonego psa, co ledwie stojąc na nogach, pije wodę z rynsztoka? Kto na targu praskim nie żałował nieszczęsnych wołów, chudych, głodnych, zalęknionych, grzęznących po kolana w błocie? Kto nie litował się nad nędzną krową albo nad wątłym i okaleczonym koniem, którego biciem zmuszano do dźwigania ciężaru nad siły?...

Nie dość na tym, ponieważ oprócz uczucia litości nad dręczonym zwierzęciem, każdy z nich miał jeszcze tę wiedzę, że: człowiek, im troskliwiej pielęgnuje nieme stworzenia, tym większy ciągnie z nich pożytek. Że syta krowa da więcej mleka, tęgi koń lepiej pracuje, czerstwy wół ma posilniejsze mięso, strzeżony pies jest mniej niebezpieczny w razie wścieklizny.

Zatem i uczucie, i rozum sympatyzowały z celami Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Zatem my wszyscy posiadaliśmy kwalifikacje na członków tego Towarzystwa, które jednak upadło. Upadło - dla ,,braku ogólnego poparcia"!...

Skąd to pochodzi?

Oto z tej racji, że Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami pomimo szlachetnych celów stanowiło pewnego rodzaju kontrast wobec niemniej szlachetnych, ale - ważniejszych potrzeb społecznych.

- Jak to! - mówił niejeden. - Więc współczucie dla głodnego psa albo chorego konia tworzy sobie specjalną instytucję w tej samej chwili, kiedy setki opuszczonych ludzi ginie z braku opieki? Więc kilkadziesiąt światłych osób naradzają się nad sposobami zabijania wołów wówczas, gdy nikt nie myśli o trudnościach, jakie spotykają w życiu setki tysięcy rzemieślników i miliony chłopów?...

Takie przeciwstawienie miłosierdzia dla zwierząt obojętności dla ludzi, tyle przynajmniej nieszczęśliwych co one, w niejednych oczach wyglądało jak żarty z człowieczego rodu. I z tej właśnie przyczyny Towarzystwo nie znalazło w społeczeństwie poparcia. Robiło ono takie wrażenie jak piękne jabłko przyczepione do potrzaskanego drzewa, któremu należało przede wszystkim podpierać gałęzie, a dopiero później przyozdabiać je.

Wypadek ten powinien być nauką. Społeczeństwo ma tysiące potrzeb materialnych i moralnych, ale dopóki nie zaspokoi najważniejszych, dopóty będzie odpychało najpiękniejsze. Robi ono jak głodny człowiek, który gdy nie może doprosić się o suchy kawałek chleba, odrzuca ofiarowane mu błyszczące piórko.

Nieledwie takim samym przeciwieństwem społecznych potrzeb zdaje się być pogłoska o „nauczaniu rzemiosł w więzieniach".

- Jak to! - zawoła niejeden. - Zatem mamy troszczyć się więcej o kształcenie złodziejów i rozbójników aniżeli o uczciwych ludzi? Kto pracuje nad nauką kilka lat, nie jest pewny, z czego będzie żył; ale kto kilka lat odsiedzi w kryminale, dostanie w nagrodę rzemiosło... Po cóż więc troszczyć się o wychowanie dzieci, jeżeli każde z nich, byle popełniło cięższy występek, otrzyma edukację fachową w więzieniu!...

Krótko mówiąc: dobrze jest, ażeby przestępca, zamiast próżnować, pracował w więzieniu; dobrze jest, ażeby wyszedł z niego udoskonalonym. Ale źle jest, że dbając o zbrodniarzy, nie dość pamiętamy o tym wielomilionowym tłumie, który walczy z biedą i nie może doczekać się ani poparcia, ani oświaty, nawet takiej, jaką otrzymuje kajdaniarz.

Wszystko to, rozumie się, piszę pod adresem inteligencji, czyli: majętnych i ukształconych klas narodu. Czas wielki zająć się ubogimi i ciemnymi w epoce, która proteguje zwierzęta i chce uczyć - zbrodniarzy!...

Czas wielki, bo tak zwane „niższe klasy" z roku na rok dziczeją. A na dowód tego przytoczę choćby listę występków, jakie zdarzały się w ciągu kilkunastu dni bieżących miesiąca.

I tak.

W dniu dziesiątym w lasach olkuskich zabito strzelca Soleckiego.

W dniu dwunastym w Sławęcinie (powiat koniński) podpalono folwark.

Około tegoż czasu był dokonany napad na karczmę w Konarach (powiat jędrzejowski), połączony z rabunkiem i udręczeniem karczmarki.

W tych również czasach w Trzeszczanach (powiat hrubieszowski) skradziono sreber za 3 600 rs.

W nocy z siedemnastego na osiemnasty trzynastu uzbrojonych opryszków napadło na plebanią w Ulanach (powiat łukowski), gdzie skradli 4000 rs.

W ciągu dwudziestego, dwudziestego pierwszego i dwudziestego drugiego miało miejsce w Warszawie siedm bójek z ciężkimi okaleczeniami.

Nieco wcześniej pod Krośniewicami, w powiecie kutnowskim, parobek zabił dzierżawcę łopatą, a dwudziestego drugiego we wsi Klikowie (gubernia radomska) zastrzelono Alfreda Lipskiego, właściciela majątku.

Złowroga ta litania jest drobną cząstką tego, co stało się w październiku, a cóż dopiero w ciągu roku!

W każdym razie już i ta drobnostka ilustruje pewnik, że nienawiść, nieposzanowanie osób i chęć zysku, choćby kosztem największej krzywdy bliźniego, robią u nas postępy...

W co obróci się społeczeństwo, jeżeli podobne wypadki pójdą naprzód, krokiem coraz szybszym? Co się stanie z tysiącami rubli i srebrnymi naczyniami, jeżeli jedna noc wystarczy do zagrabienia ich? Gdzie będą folwarki, jeżeli zaczną je coraz częściej podpalać?... Co się stanie z inteligencją kraju, jeżeli na usunięcie jej wystarcza strzał przez okno albo łopata parobka?...

Dzieje się w tym wszystkim straszna rzecz, którąśmy od kilku lat przewidywali. Nie myślano o losie "ciemnego gminu", nie chciano walać rękawiczek o jego łachmany, i otóż dziś - te same łachmany przychodzą do naszych pieniędzy, sreber, ba! nawet do czupryn!,..

Już tych, którzy w ciągu kilkunastu lat stali się hultajami, nikt nie przerobi. Ale pozostają dzieci, które trzeba ratować od zabójczych wpływów, trzeba poprawić. Wszakże p. jenerał-gubernator wezwał inteligencję wiejską do zakładania ochronek. Gdzież one są? Czyż dla naszej inteligencji za mało jeszcze zbójców; czy jeszcze nie widzą grozy w tym fakcie, że dziś ludność wiejska poczyna ukrywać złodziei i podpalaczów?...

Prawo, policja, sądy nic tu nie poradzą, jeżeli złe przybierze tak szerokie rozmiary. Już dziś przepełnione są więzienia; za kilkanaście lat wypadnie chyba kościoły przerabiać na kryminały.

Tyle do inteligencji wiejskiej. Bogate i oświecone mieszczanstwo ma także twardy orzech do zgryzienia.

Oto, jak uczy statystyka sądowa, większa część skazanych w Warszawie za występki, szczególniej przeciw własności, należy do klasy rzemieślniczej. Popycha ich do tego bieda lub złe nałogi, a w każdym razie niedostateczny wpływ czynników kształcących i umoralniających.

Sami rzemieślnicy dobrze to rozumieją.

Od paru tygodni noszę przy sobie list pewnego czeladnika, który w imieniu kolegów prosi mnie, ażebym: wystarał się o koncesję na stowarzyszenie rzemieślnicze.

Miły Boże! gdybym to ja mógł...

Czytelnik wzruszy ramionami. Na co rzemieślnikom towarzystwo? zapyta się. Czy ono przysporzy im zarobki - czy da tańsze produkta i wygodniejsze mieszkania - czy zabezpieczy starość?...

Zapewne, gdyby utworzyło się towarzystwo samych ludzi ubogich i pochłoniętych przez pracę na chleb codzienny, to - niewiele by zbudowali. Inaczej jednak rzecz się ma, gdyby rzemieślnicy znaleźli jakiś punkt zborny, w którym stykaliby się z ludźmi wyższego wykształcenia i większych materialnych środków.

Wtedy można by pomyśleć o tworzeniu sklepów dostarczających taniej odzieży, o budowie tanich lokalów, o kasie emerytalnej, o fachowych odczytach i o szkołach rysunku, bez którego rzemieślnik nie może więcej zarabiać.

Nim to nastąpi, należałoby raz wykonać, a przynajmniej starać się o urzeczywistnienie projektu resursy rzemieślniczej. Mając taką instytucję, człowiek pracujący nie potrzebowałby przepłacać w bawariach za liche jadło i jeszcze gorsze trunki - zabawiłby się tanio i uczciwie, znalazłby jakąś fachową książkę, a nareszcie zetknąłby się z inteligencją, od której jest dziś tak odsunięty, jak gdyby mieszkał w innej części świata.

Przy wykonywaniu podobnych projektów trafiają się przeszkody; rzemieślnicy więc muszą o tym pamiętać. Ale są wypadki, w których przeszkody podobne nie istnieją, tylko zła wola wytwarza nowe, najtrudniejsze do pokonania.

Wiadomo na przykład, że w razie wybuchu ognia w małym miasteczku miejscowe narzędzia pożarne oddają zwykle usługi dosyć wątpliwe, ponieważ beczki są dziurawe, a sikawki popsute.

Tymczasem z drugiej strony dowiadujemy się, że kasy miejskie otrzymują co roku fundusze na - reperacją sikawek i beczek. A gdzie te fundusze?... Czyliż pożarne beczki są już tak dziurawe, ale to tak - dziurawe, że przez nie wypływają nawet zapomogi rządu?... A może ojcowie naszych miasteczek siebie samych reperują, uważając, może i słusznie, siebie za najbardziej dziurawy statek?...

Dbać o siebie, ale dobrze dbać o siebie, jest to nie lada cnota, z tym wszystkim smutnie wygląda miasteczko, które w braku bezpieczeństwa od ognia pociesza się widokiem rumieńców swego burmistrza!...

Idea burmistrzostwa kryje się podobno i w łonie naszych dobroczynnych instytucyj. Przed niedawnym czasem dr Markiewicz odkrył zdumionej Warszawie, że od paru lat daje rząd po 2000 rs na utrzymanie „instytutu szczepienia ospy", którego to instytutu nie widziało u nas ludzkie oko.

Szczepi się wprawdzie ospę dzieciom u Dzieciątka Jezus, ale w tym samym ambulatorium, w którym się co dzień opatrują mnóstwo najrozmaitszych chorób. Tym sposobem dziecko nie umiera wprawdzie na ospę, tylko - skutkiem zarażenia się - na szkarlatynę albo na dyfteritis!...

W podobnych wypadkach nie mamy juz do czynienia z trudnością uzyskania koncesji, lecz - z... zimną krwią jednostek, które mogą jeszcze mieć pretensją do wdzięczności ogółu.

Bah!... a te dzieci?...

Skończyło tedy Towarzystwo Muzyczne pierwszy okres swojej egzystencji bankructwem... albo mówiąc grzeczniej - niedoborem moralnym.

Dzieje tej spółki są godne uwagi.

Kiedy się zawiązała, zbiegało się na jej sejmy rzesze samych Demostenesów. O muzyce rozprawiano tak wściekle jak w parlamencie angielskim o sprawie irlandzkiej. Wypowiadano piękne mowy (a jakie gorące!...), rzucano na siebie podejrzenia, dzielono się na konserwatystów i progresistów, wymyślano sobie, a nawet (słuchajcie!) wyzywano się na pojedynki...

Tylko - z przeproszeniem - składek nie płacono, z tej zapewne racji, ażeby królestwa muzyki nie zaśmiecać pieniędzmi.

Po paru leciech idealnej gospodarki okazało się, że choć ani jeden człowiek nie zmarniał w pojedynku, to jednak wielu ubyło skutkiem pospolitej u nas epidemii: znudzenia się. Dziwnym zaś trafem piękne mowy - nie mogły pokryć niedoborów!

Dziś - nikt nikomu nie wymyśla, tym mniej nikt nie chce dawać gardła za pomyślny rozwój muzyki. Nikt też nie mówi jak Demostenes, a co gorsze - ledwie kilkadziesiąt osób głębokim ziewaniem ożywia zebrania sejmowe, mające decydować o istnieniu Towarzystwa. Z całej zaś pełnej wspomnień przeszłości utrzymała się jedna tylko tradycja: niepłacenia składek.

P. Z. Noskowski rozpoczął drugi okres dziejów Towarzystwa, w którym: na słuchanie muzyki podczas zimy chce ściągać członków za pomocą - muzyki podczas lata. Czy mu się to uda? zobaczymy, a również zobaczymy, jakich muzykalnych środków użyje - do ściągania składek?

Ja bo znam jedną tylko słowiańską melodię, która dość łatwo windykuje wszelkiego rodzaju należności. Nazywa się ona „kozakiem"...

Życzę Towarzystwu, ażeby odrodziło się jak feniks ze swoich popiołów; muzyka bowiem po jedzeniu, piciu, odzieniu i tym podobnych szczegółach - jest także zaspokojeniem potrzeby. Potrzeby wprawdzie duchowej, ale wrodzonej nawet prostaczkom, na których oddziaływa równie silnie, jeżeli nie silniej, jak i na „inteligentów".

Wprowadzono raz na koncert pewnego chłopa, który tak opowiadał doznane przez siebie wrażenia.

- Jeść to ta w onym korcerzu dają nienajgorzej: chleb, krupnik... Ino spać - twardo, a nawet i ten drugi korcer to widzi mi się, że stoi trochę za daleko!

- Na jakim żeś ty był koncercie, człowieku?...

- Widzi pan, tak było. Zaprowadzili mnie do hańtego ogrodu, co jest przy ulicy, jak się patrzy do Wilanowa. Wlazem se tam, oglądnąłem się, ale - jakiem zobaczył tyle państwa, takiem się zawstydził.

Wtedy ten pan, co mnie sprowadził, mówi: „I... nie wstydaj się ta, Bartek, siądź se ta gdzie ci wypadnie, i rób se, co ci się ino podoba." No - zatem ja się wścibiłem w środek państwa, alem tak usiadł, żeby patrzeć ludziom w oczy, nie na plecy, żeby w Warszawie wiedzieli, jako i prosty chłop wie- jak, co i komu...

Naraz - wzięli ci mnie z tyłu grać na skrzypkach. Mówię panu, że grali tak serdecznie, aż mnie mrowie przeszły, aż musiałem ci się, z pozwoleniem, podrapać... Potem zaczęli trochę skoczniej, ale zawdy tak ładnie, aż ci mnie rozebrało do flaków... Siedzę se tylko, patrzę se na jedną tam panienkę i myślę se:

„Oj!... żeby ja tak był ślachcic, jak nie jestem, i żeby tu tak trochę siana..." Mówię panu - łzy mi pociekły z żałości. Aż ci tu naraz jak nie hukną na trąbach i na bębnach, rychtyk jak wojsko... ech!... mój ty miły Jezu!... Taka ci mnie wtedy ochota na wojaczkę porwała, że se myślę: „Będzie, co będzie!..." i - jak się nie zamachnę, jak nie świsnę jednego przez łeb, aż ci trzy stołki przewrócił ze trojgiem państwa... No - i kazali mi potem iść za strażnikiem do drugiego korceru, tu gdzie targ bywa koło kościoła. Tam już siedzieli ludzie prostsi, w izbie ciepło, dali mi jeść...

To ino mi markotno, że mnie bez parę dni przetrzymali i że w gminie ściapnęli ze mnie zapłaty aż trzy ruble. Takiem se wtedy pomyślał: ,.Co ładne, to ładne, ale to zawdy nie dla chłopa, bo człowiek nie ma ani tyle czasu, ani tyle pieniędzy, jak na te rzeczy potrza!..."