Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 151, dnia 9 lipca

Podróż jw. Jenerał -Gubernatora i stanowisko ludności. - O szkołach ogólnych i fachowych. - Orkiestra p. Noskowskiego. - Trudne położenie ociemniałych.


Podróż jw. naczelnika Królestwa Polskiego po zachodniej części kraju była pewnego rodzaju uroczystością. Między innymi na przybycie znakomitego gościa Łódź urządziła wystawę przemysłową, a Ciechocinek sypał kwiaty. Takie objawy szacunku dobrze musiały usposobić od dawna życzliwego krajowi dostojnika. W naturze i w ludzkim sercu każda akcja wywołuje reakcję, nie wątpimy więc, że jw. jenerał-gubernator niejednokrotnie pomyślał:

„Chciałbym też dla tych poczciwych ludzi zrobić coś użytecznego!..."

Jest to refleksja tak naturalna, tak konieczna, że skutkiem tego na całym świecie po objawach sympatii następuje sformułowanie jakichś legalnych żądań, a grzeczność robi się poniekąd wstępem do interesu.

Mam przekonanie, że naczelnik kraju gotów był w granicach możności hojnie opłacić spotykające go dowody sympatii i że musiał być niemało zdziwiony, przekonawszy się, iż owacje mają czysto platoniczny charakter.

Wiemy, że rzucano kwiaty, ale nie słyszeliśmy, ażeby co mówiono. Między witającymi, widać, zabrakło ludzi reprezentujących potrzeby okolic, przez które gość przejeżdżał i o których może rad był usłyszeć zdania wychodzące od miejscowej opinii.

Zdania te stanowiłyby pewien rodzaj egzaminu obywatelskiej dojrzałości, na którym można było dotknąć niejednej kwestii.

Naprzód, specjalnie co do Ciechocinka, tamtejsza inteligencja powinna była uprzytomnić sobie złe gospodarstwo w tej miejscowości. Ciechocinek ma obfite źródła solne, z których przy jakim takim ładzie można wydobywać miliony funtów soli rocznie. Tymczasem dziś produkcja soli jest umyślnie ograniczona, dwie tężnie ogromnym wzniesione nakładem - gniją, skarb traci, a w Królestwie Polskim sól angielska albo pruska jest tańsza od ciechocińskiej!...

W tymże Ciechocinku odkryto nie mniej obfite źródło żelaziste. Wiercenie jego pochłonęło kilka tysięcy rubli, utrzymanie mogłoby ściągnąć setki chorych i znowu przynieść skarbowi dochód. Ale... coś się stało i źródło zasypano kamieniami!

Po wtóre - inteligencja wiejska przy podobnym egzaminie mogła była przypomnieć sobie niektóre fakta z zakresu stosunków gminnych.

Już małe dzieci wiedzą o tym, że gminy nasze posiadają liberalną ustawę. Przede wszystkim sprawy ich załatwiać się powinny nie na rozkaz tej lub owej osobistości, ale przez głosowanie. Dalej - wójt nie powinien być sułtanem, ale wybieralnym urzędnikiem. Dalej - pisarz nie powinien być wezyrem, ale płatnym sługą gminy. Dalej - szkoła elementarna powinna znajdować się pod dozorem gminy i jak mówi dzisiejszy jw. minister oświecenia: „powinna utrzymywać ścisły związek z rodziną".

Tymczasem w rzeczywistości tak nie jest, a prawa, nadane przez władze najwyższe, obchodzą się przez podrzędne figury.

Dzięki temu nasza gmina, zamiast być żywym organizmem, udaje rolę panny Lucylli, a jej opiekunowie - rolę magnetyzerów.

Istotnie, gminy są jakby zahipnotyzowane. Świadomości w nich nie ma. Jeżeli poruszają się, to tylko na rozkaz magnetyzera, wydany za pomocą tajemniczych manipulacyj. Gdy magnetyzer chce, gminy nie słyszą, nawet - rozporządzeń wyższej władzy. Gdy znowu chce, w niektórych organach budzi się tak ostry słuch, że słyszą, jak trawa rośnie. A gdy znowu chce magnetyzer, gminy odpychają każdą zdrową radę z większą energią niż panna Lucylla czterech mężczyzn.

Ta chyba między panną Lucyllą i gminą zachodzi różnica, że pannę Lucyllę budzą co kilkanaście minut, a nasze gminy od kilkunastu lat znajdują się w stanie hipnotycznym.

Należało więc przy sposobności uprzytomnić sobie nasze biedne histeryczki. Należało przypomnieć sobie, w jaki sposób ludzie podpisują niezrozumiałe dla nich dokumenta - jakim cudem rachunki gminne obchodzą się bez kontroli, a szkoły bez opieki - w jaki nareszcie sposób, wbrew wyraźnej woli rządu, zerwały się wszelkie związki pomiędzy szkołą i rodziną! Tymczasem, o ile wiemy, nie zrobiono nic podobnego, składając tym sposobem wobec naczelnika kraju dowód gruntownej nieznajomości czy też obojętności dla spraw najbliższych.

Ładny popis, nie ma o czym mówić!...

Dla młodzieży gimnazjalnej rok szkolny skończył się mniej tragicznie aniżeli jego poprzednicy. Za jeden błąd w wypracowaniu nie zatrzymywano promocyj ani patentów, o rozwinięciu uczniów decydowali profesorowie, nie zaś rejestra i sławnej pamięci „średni stopień" - a nareszcie tyle rozdano medalów i nagród, ile „za dobrych czasów" - promocyj.

Swoją drogą, nie słychać o żadnej głębszej reformie. Władze naukowe stoją jakby nieruchome wobec skutków działalności hr. Tołstoja, który na długi czas zamknął wrota do reform. Tak np. dopiero dzisiejsze ministerium zajmuje się: przygotowaniem nauczycieli mechaniki dla gimnazjów!... Wkrótce zapewne będzie musiało robić toż samo z nauczycielami do nauk przyrodniczych, jedynie dzięki temu, że spadły z etatu minister starożytnymi językami karmił państwo, które w jego oczach [nie] cierpiało z powodu braku oświeconych techników, rzemieślników, agronomów i im podobnych.

Oddawszy hołd systematowi hr.Tołstoja w kwestii naszych szkół publicznych, przechodzimy - jak mówi wójt z Czartowskiej ławy - do porządku dziennego; szkoły te po dziś dzień są dla nas dość obojętne i tylko trzeba cieszyć się nadzieją, że kiedyś może będzie lepiej.

Bliżej nas obchodzą szkoły fachowe prywatne.

Na czele ich stoi: szkoła techniczna Drogi Żelaznej WarszawskoWiedeńskiej, która pod kierunkiem p. Wojny wciąż rozwija się, zarówno w postępach uczniów, jak i w wewnętrznej organizacji. Z początkiem szkolnego roku podzieli się ona na dwie szkoły: ogólną i techniczną, a to w celu lepszego przygotowania nowowstępujących i powiększenia czasu na wykłady fachowe.

Obok niej wspomnieć wypada o znacznie młodszej: szkole technicznej przy Drodze Żelaznej Warszawsko-Terespoiskiej. Dzięki pracy p. Dynowskiego i jego kolegów - instytucja ta doskonali się pomimo niedostatku funduszów i wielkiej odległości od Warszawy. Ostatni ten wzgląd powoduje, że nie tylko nauczyciele muszą być mniej punktualni w przychodzeniu na lekcje, ale i publiczność warszawska traktuje szkołę na Pradze jak sierotę. Nikt jej nie odwiedza, a mało kto wie o jej postępach i potrzebach!

Śmierć śp. Łapińskiego, pierwszego kierownika szkoły rzemieślniczej przy ul. Jasnej, nie wywarła, na szczęście, szkodliwego wpływu. Nowy przełożony, p. Kiihn, pracuje równie gorliwie, a co ważniejsza: rozszerza za pomocą kilku przedmiotów program nauk teoretycznych.

Trzeba Warszawie oddać sprawiedliwość, że i ta instytucja obchodzi ją niewiele. I prędzej podobno doczekamy się przytułku dla pensjonowanych nierządnic, dla złodziei publicznego grosza aniżeli - nowych szkół rzemieślniczych na wzór tej, jaką założył dr Natanson, a utrzymuje kilkanaście osób dobrej woli. Majątki tych osób są niewyczerpanym źródłem rozmaitych instytucyj publicznego użytku, o których zwykle mówi się, że je „utworzyła Warszawa".

Tymczasem „Warszawa", to jest: jej kilka tysięcy właścicieli domów, kilkanaście tysięcy majętnych kupców, fabrykantów, rzemieślników, lekarzy i adwokatów, wcale do tego nie przykładają ręki. Wprawdzie, gdyby chcieli, mogliby założyć i utrzymać dziesięć podobnych szkół, ale - oni nie chcą, a nawet, ażeby nie ulec pokusie, nie zaglądają do szkoły przy ul. Jasnej.

Są to patrioci, dla których kraj powinien się robić sam, jak najwięcej kupować w ich kantorach i sklepach - i - od czasu do czasu - dawać prezenta im, ukochanym synom. Ty zaś, o kraju, który potrzebujesz pomocy od dziatek, sprzedaj na Pociejowie swoją chwałę, a sam idź do Dobroczynności.

Praktyczność przede wszystkim!

P. Łopuski, przełożony prywatnej szkoły realnej z kierunkiem, chemicznym, zaprowadził u siebie za stosownym upoważnieniem kilka nowych zmian. Naprzód - zwiększył liczbę godzin chemii, co pozwoli uczniom lepiej zapoznać się z tą nauką. Po wtóre, otrzymał koncesją na otworzenie klasy siódmej, której słuchacze przez 9 godzin co tydzień będą pracowali w laboratorium, a nadto mają obeznać się: z miernictwem, niwelacją i budownictwem. Po trzecie - do tej siódmej kalsy schodzić ma co roku komisja rządowa, egzaminować i wydawać młodzieńcom patenta, które pod względem praw porównują ich z uczniami odpowiednich zakładów rządowych.

Na tę wiadomość zwracamy uwagę rodziców.

Od czasu kiedy p. Zygmunt Noskowski darował mi bilet wolnego wejścia na koncerta w Szwajcarskiej Dolinie, stałem się - melomanem. Bywam na nich w piątek i świątek, w dzień pogodny i w słotę i nieraz mam tę przyjemność, że orkiestra, złożona z kilkudziesięciu osób, rozrzewnia tylko mnie tudzież dwudziestu innych paszporciarzy. Są bowiem epoki, w których sprzedaje się bodaj czy kilkanaście biletów!...

Uważam za obowiązek po raz drugi zwrócić publiczną uwagę na orkiestrę p. Noskowskiego. Czynię to zaś z kilku powodów.

Naprzód, p. Noskowski jest sam znakomitym kompozytorem. Nie wiem wprawdzie, na czym polega harmonia, co jest kontrapunkt, co „cień" a co „barwa" w muzyce, ale to wiem, że w kompozyji p. N. pt. Morskie Oko słychać szum wiatru wiejącego między górami, łoskot potoków, słychać burzę, spokój - i - nie wiem, co jeszcze. Chwilami złudzenie jest tak wielkie, że gdyby nie głośne rozmowy sąsiadów, myślałbym, że jestem w Zakopanem, i kazałbym podać sobie pstrąga i owczy serek.

Po wtóre, p. N. jest wybornym instrumencistą czy instrumentatorem. Na dowód czego proszę posłuchać Piosnką żołnierza Moniuszki albo Zingarelli Górskiego, przerobioną na orkiestrę.

Po trzecie, pan N. zaznajamia nas z utworami polskich kompozytorów. Proszę panów Zarzyckich, Żeleńskich, Grossmanów, Hertzów, Kleczyńskich i innych, niech powiedzą: po ile miesięcy, jeżeli nie lat, każdy z nich czekać musiał, nim jaka orkiestra odegrała jego kompozycję, którą dziś z całą przyjemnością słuchamy po kilka razy na tydzień?

Trudne dotychczas były warunki dla naszych kompozytorów, bo cudzoziemiec tylko w ostateczności ozdabiał sympatycznymi ich nazwiskami swoją muzykalną spiżarnię.

Warunki podobne nie zachęcały do pracy, bo i po cóż było zużywać siły na tworzenie tego, czego nikt nie miał słyszeć, chyba przypadkiem.

Myślę, że orkiestra Noskowskiego nie tylko powróci społeczeństwu melodie, które podsłuchał w nim geniusz kompozytorów, nie tylko spopularyzuje ich nazwiska, ale jeszcze zachęci do nowych prac.

Szranki już są otwarte, więc rozwijajcie skrzydła!... Niech się przekona świat, że i nasza muzyka posiada Matejków i Siemiradzkich.

Orkiestra p. Noskowskiego, która, mówiąc nawiasowo, co tydzień doskonali się, powinna by wyrównać nam jeszcze dwie inne szczerby.

Pierwszą z nich jest to, że kiedy pan N. musiał do kompletu sprowadzić 30 niemieckich artystów, w tym samym czasie polskie orkiestry zbierają laury w Cesarstwie. Nie przedsiębrałby chyba żaden dobry muzyk tak odległej podróży, gdyby w domu umiano zużytkować jego zdolności.

Dalej, narzekano na Konserwatorium, że mało kształci specjalistów na trąbach, fletach, kotłach itd. Że w Konserwatorium nie zasypiają gruszek w popiele, mieliśmy dowód na popisie. Zarząd tej szkoły uczy i podobno dobrze uczy, borykając się jednocześnie z brakiem funduszów, skutkiem czego nie ma na przykład za co kupować fortepianów i trąb.

Ale zarząd nie stworzy specjalistów. Któż brałby się do grania na trąbie lub innym orkiestrowym instrumencie, wiedząc z góry, że w kraju nawet na suchy chleb sztuką swoją nie zarobi?...

Dopiero orkiestra p. N. może ściągnąć tułających się w Cesarstwie specjalistów i wywołać odpowiedni ruch w Konserwatorium.

Słowem, orkiestra p. Noskowskiego dla stu powodów jest pożądanym u nas zjawiskiem, a popieranie jej należy do obywatelskich obowiązków.

A propos muzyki.

Nasz Instytut Ociemniałych rokrocznie z wielką pracą kształci także muzyków, którzy grając na fortepianie lub na skrzypcach w miejscach publicznej zabawy zdobywali sobie utrzymanie.

Jest to praca szlachetna i użyteczna.

Wszelako dziś dowiadujemy się z boku, że egzystencja ociemniałych muzyków zagrożona jest w sposób poważny. Biedaków tych od pewnego czasu rzedziej wzywają do bawaryj, restauracyj i ogródków, ponieważ weszły w modę cudzoziemskie arfiarki i tzw. „szansonetki".

Trzeba się, nad tym zastanowić. Publiczność ma do wyboru jedno z dwojga: albo słuchać wcale dobrej gry ociemniałych i płacić im tylko za muzykę, albo słuchać kiepsko grających arfiarek, gadać im tłuste koncepta, zrujnować ociemniałych i następnie wspierać ich jako nędzarzy.

Myślę, że ten drugi gatunek muzyki jest diabelnie kosztowny!...

Więc, mili bracia restauratorzy, bawarczycy, ogródkowicze i inni ojcowie rodzin, wyrzeknijcie się harfiarek!

Prawda, że kobieta, osobliwie przy dźwiękach muzyki, jest miłym stworzeniem, nawet wtedy, kiedy trzyma w garści arfę.

Wszelako nikt nie zaprzeczy, że roztropniej jest słuchać gry ociemniałego, ale za to we własnej garści trzymać kobietę bez muzykalnych dodatków...