Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 145, dnia 2 lipca

Dziwowiska. - Dwaj magicy i ich polityczne role. - P. Donato i jego rola naukowa. - Wystawa sztuki stosowanej do przemysłu i jej rola społeczna. - Pomnożony i ulepszony program takich wystaw. - Marki oszczędnościowe dla... podmajstrzych. - Znowu p. Landau i znowu szmerek!...


W historii naszego miasta niezatartymi głoskami zapisze się miniony tydzień. Mieliśmy dwu magików, jednego magnetyzera, jedno medium, kilkudziesięciu „magnetycznych" współpracowników - wystawę sztuki stosowanej do rzemiosł - i - ażeby już nie brakło niczego - kometę!...

Ci, którzy nie widzieli żadnej z wymienionych osobliwości, niechaj spróbują przeczytać powyższy ustęp jednym tchem, a zrozumieją - ilu doświadczyliśmy wrażeń.

Dzięki przyrodzonej tępości, już w dzieciństwie nie mogłem pojąć: do czego służy magia i dla jakich celów pokazują się za biletami ludzie posiadający przywilej: nalewania z pustego, reparowania utłuczonych w moździerzu zegarków, mnożenia pieniędzy, wskrzeszania zabitych - kurcząt, przyklejania odciętych głów, słowem - robienia cudów.

Dziś wiem, dlaczego magicy występują na arenę „publicznej działalności": robią to dla idei powszechnego dobra. Lecz znowu nie mogę zrozumieć, w jakim celu przypatrują się im widzowie?

Dopiero przypadkiem podsłuchana rozmowa rzuciła mi nieco światła na tę zagadkową kwestię.

- Po co ty chodzisz na Beckera? - pytał wuj siostrzeńca.

- Chciałem dowiedzieć się, ilu też jest naiwnych w Warszawie - odpowiedział siostrzan.

- Ilu żeś znalazł?

- Ośmset czterdziestu trzech.

- A siebie policzyłeś? Siostrzan zamilknął.

Otóż zdaje mi się, że każdy amator sztuk czarodziejskich odwiedza je tylko po to, żeby znaleźć owych ośmset czterdziestu trzech ... a siebie - opuścić w rachunku.

Jest to także pewien rodzaj satysfakcji.

Szczęściem, w tegorocznych produkcjach magii prasa nasza ukazała głębszy fundament, kładąc nacisk na polskość p. Siedleckiego. Tym sposobem p. S. stał się przedstawicielem naszego patriotyzmu, a co idzie za tym p. Becker - widomym działaczem jeszcze nie skrystalizowanej idei „zgody". Ponieważ zaś na sztukach p. Beckera bywało więcej widzów, zatem wniosek oczywisty, że: w Kraju Przywiślańskim stronnictwo „zgody" rośnie w liczbę, a zapewne i w błogosławieństwo Boże.

Szkoda tylko, że „ugodowość" p. Beckera drożej kosztuje aniżeli patriotyczność p. Siedleckiego!...

Mam nadzieję, że kilka tych pobieżnych obserwacyj posłużą korespondentowi „Nowego wremeni" za materiał do jego dalszych a zawsze głębokich studiów nad charakterystyką naszego społeczeństwa. Kto wie, może w powodzeniu p. Beckera pismo to znajdzie dowód „polskiej mądrości", podobnie jak w innych tej samej wagi faktach odkryło dla siebie wystarczający dowód „polskiej głupoty". Co się zaś tyczy nas, to z jednakowym uczuciem będziemy spoglądali i na patriotycznych, i na „ugodowych", i na nieprzejednanych - szarlatanów.

Publiczność, wysypawszy trzyrublówki i rublówki na cuda pana Donato, nie ma już, biedaczka, dwuzłotówek na „wystawę sztuki stosowanej do rzemiosł" i dlatego odwiedza ją - półgębkiem. W każdej sali znajduje się więcej dozorców aniżeli gości, a okazów to już chyba więcej aniżeli włosów na wszystkich głowach.

Szkoda - podwójna szkoda!... Naprzód, cel wystawy zasługuje na najgorętsze poparcie, ponieważ ma ona być zawiązkiem stałego muzeum sztuki stosowanej do rzemiosł, które wlałoby nową duszę w nasze bardzo zacofane produkcje rękodzielnicze. A po wtóre - sama wystawa jest rzeczywiście ładna i nauczająca, byle tylko umiano ją oglądać.

Na nieszczęście, publiczność tyle ma ciekawości w tym kierunku, ile organizatorowie wystawy mieli sprytu do urządzenia jej.

Oto jest program, wedle którego ja urządziłbym podobną wystawę.


"Za pozwoleniem zwierzchności

Panowie A, B, C, profesorowie sztuki zastosowanej do przemysłu, będą mieli honor pokazać szanownej publiczności wielkie, niesłychane dotychczas widowisko.

1. Przy wejściu balety sprzedawać będzie p. X, który w czasie powstania Siuksów w Ameryce Północnej został przez nich tatuowany. Laski i parasole odbiera prawdziwy Murzyn, a katalogi sprzedaje panna Z, która z powodu licznych przygód miłosnych - szupasem wydalaną była ze wszystkich europejskich stolic.

2. W sieni znajduje się zwierciadło czarodziejskie, w którym każdy będzie mógł zobaczyć swoją fizjognomię z wydłużonymi nieco uszami. Przy tej okazji goście ofiarujący naddatki usłyszą fanfarę wykonaną na pozytywce.

3. Salaceramiczna. Tu znajduje się filiżanka, w której Lukrecja Borgia podała ojcu swemu truciznę, naczynie fajansowe Ludwika XIV, dzban kamienny wyrobiony w wieku XVI a przez wojewodę X rozbity na głowie kasztelana Y w wieku XVIII tudzież mnóstwo spodków, talerzy i filiżanek pokrytych nieobyczajnymi malowidłami.

W tej sali co pół godziny dawane będzie przedstawienie akrobatyczne, za wrzuceniem do puszki co łaska.

4. Sala z bronią. Tu znajduje się miecz katowski, którym ucięto głowę założycielowi jednej z najznakomitszych rodzin, tarcza zgubiona w bitwie pod Żwańcem, zbroja wykupiona z zastawu na Pociejowie i inne osobliwości.

W tej sali prześwietną publiczność bawić będzie p. Tanti, za wrzuceniem do puszki co łaska.

W każdej zaś sali przystojni młodzi ludzie będą robili honory damom, a uprzejme panny - mężczyznom. Trzy muzyki wojskowe grać będą bez przerwy, a wieczorem na balkonie ukaże się światło elektryczne."


Myślę, że wystawa urządzona wedle powyższego programu urodziłaby nam trzy muzea.

Na obecnej wystawie istnieje jedna tylko przynęta, a mianowicie - zwiedzające ją kobiety. Muszę przyznać, że robiły mi one pewną dystrakcją. Gdym np. szukał „puszki z orzecha kokosowego na trzech nóżkach", znajdowałem jakąś kokosową blondyneczkę na dwu nóżkach - a gdym wyczytał w katalogu o „wanience miedzianej podługowatej dla dzieci, ozdobionej amorkami", wtedy oczy moje istotnie padały na rój amorków, krążących około jakiejś milutkiej bruneteczki.

W imieniu przyszłości naszego muzeum błagam was, o czytelnicy! ażebyście uczęszczali na wystawę w Bruhlowskim pałacu pilnie i gromadą. Znajdziecie tam wiele doskonałych dzieł ludzkich, którym należy przypatrywać się z baczną uwagą. O mnie zaś, o mnie, który was naprowadziłem na tak wyborną drogę, zapomnijcie i pozwólcie, abym został między tymi niedoskonałymi dziełami boskimi, dla których - choćby szpilka we włosach już stanowi wystarczającą ozdobę. Nawet, dla dobra przemysłu, mogę i tę ostatnią szpilkę oddać do waszego muzeum - tak dalece nie jestem chytry!

Zanim przyszłe muzeum zacznie rozlewać na nasze rękodzieła znajomość rysunku i modelarstwa, miło mi donieść, że zasadnicze pojęcia ekonomii już zaszczepiły się między niektórymi klasami rzemieślników.

Wiadomo, że na hurtownym zakupywaniu artykułów spożywczych można robić znakomite oszczędności. Jedną bułkę chleba kupuje się za 22 grosze, ale sto bułek można by na upartego kupić za 10 rs, czyli oszczędzić rubla. Toż samo prawo rabatu i oszczędności stosuje się do wszelkich innych artykułów.

Wszelako jeden człowiek, osobliwie robotnik, nie może nic kupować hurtem, a zatem i brać rabatów. Lecz i na to wynaleziono sposób taki, że wszyscy robotnicy pracujący w jednej fabryce biorą u tego samego handlarza, a on - ustępuje rabat.

Ale jakim sposobem skłonić kilkudziesięciu robotników do tego, ażeby wszystko, co im potrzeba, brali w jednym sklepie?

Jest i na to środek. Nie daje się robotnikom gotówki, tylko - marki, które przyjmuje handlarz za gotówkę, a następnie przy ostatecznym rachunku ustępuje procent.

Prawda, że doskonały sposób oszczędzania?... Wynaleziono go właśnie u nas, w Warszawie, przy budowaniu kamienic. W sobotę nie płaci się robotnikom całego zarobku, tylko część, rozumie się, dla ochronienia ich od świątecznej hulanki. Zaś w poniedziałek, ażeby nie pomarli z głodu i - nauczyli się oszczędności - daje się im marki do pewnego handlarza, który w zamian zaopatruje ich w chleb, śledzie, wódkę i piwo, a potem - płaci rabat.

Mechanizm, jak widzimy, nie pozostawia nic do życzenia. Szkoda tylko, że uprzywilejowany handlarz za marki wydaje robotnikom czerstwy chleb, kwaśne piwo i zepsute śledzie, a - oszczędności, porobione w ten sposób przez pracowników, sumiennie i według wszelkich prawideł dzielą między siebie - pisarze i podmajstrowie...

Właśnie odebraliśmy w tym duchu list od kilku murarzy, grabarzy i koźlarzy, pracujących przy budowie domów. Wszyscy oni „operację z markami" uważają za wyzyskiwanie i zapytują, do kogo udać się, aby temu zapobiegł: czy jeszcze do jakiej innej redakcji, czy też wprost do p. oberpolicmajstra?...

Ogłaszamy fakt do publicznej wiadomości z nadzieją, że znajdzie się ktoś, który z dobrym skutkiem zapobiegnie procederowi oszczędzania przez jednych na korzyść innych.

Nazwisko p. Landau, finansisty, nie od dziś dnia znane jest w literaturze periodycznej. Przed kilkoma miesiącami dowiedzieliśmy się, że p. L. dla oszczędności nie wysyłał za granicę pieniędzy pocztą, ale przez swego oficjalistę. W czasie jednej z takich wypraw oficjaliście temu, nazwiskiem Szmerek Reicenstein albo krócej: Szmerek, skradziono 150 tysięcy rubli.

Później tenże Szmerek, liczący dziś 72 lata wieku, a 26 służby u p. Landau, jako podejrzany o kradzież, dostał się do kryminału wraz ze swoim zięciem: N. Działoszyńskim, z profesji złotnikiem, i - z wnukiem: Szlamą Reicensteinem.

Następnie okazało się, że 150 tysięcy rs ukradł kto inny, więc aresztowanych uwolniono po pięciomiesięcznym więzieniu. Jednocześnie zaczęły chodzić wieści, że p. Landau, w celu wynagrodzenia krzywd wiernemu, ale nieszczęśliwemu oficjaliście, ma mu dać emeryturę, jego zaś zięciowi i wnukowi dopomóc do odzyskania tego, co stracili.

Nie koniec na tym. Wczoraj bowiem zgłosił się do mnie ów Szmerek z zięciem i doniósł, że pan Landau ofiarował im: rs 1350, wziąwszy pokwitowanie, że nie będą mieli do niego żadnej pretensji.

Ponieważ skrzywdzonych było trzech, a każdy siedział przez pięć miesięcy w kozie, suma więc ofiarowana wygląda tak, jak gdyby każdy z nich przez czas pobytu w kryminale służył u p. L. i brał 90 rs miesięcznej pensji.

Nie do nas należy kwestia posad u p. Landaua, zachodzi jednak pytanie:

Czy 1350 rs jest dostatecznym wynagrodzeniem dla starca, który w służbie u p. L. stracił zdrowie, a mógł stracić i życie?

Czy te same 1350 rs jest wynagrodzeniem dla jego zięcia, który, siedząc w kryminale, stracił swój proceder i w dodatku ogłuchł?

Czy te same 1350 rs jest wynagrodzeniem dla wnuka Szmereka, który również stracił zarobki, a nadto - zdrowie i podobno narzeczoną?

Czy znowu ciągle te same 1350 rs mają stanowić honorarium i dla całej licznej rodziny Szmereka, która straciła gotówkę i musiała wyprzedawać rzeczy?...

A wszystko to dlatego, że p. L. nie wysyła pieniędzy pocztą i nie zna moralnej wartości swoich oficjalistów, choć służą u niego po 26 lat!...

Gdyby istotnie Szmerek okradł pana L., a który z członków rodziny oskarżył go, wówczas familia ta straciłaby 72-letniego ojca, ale zyskałaby 10 000 rs przeznaczone przez L. temu, kto ujawni kradzież. Ale że Szmerek nie okradł p. L. i tylko wraz z zięciem i wnukiem odsiedział w kryminale pomyłkę swego chlebodawcy, więc dostał za to - 1350 rs.

Dziś jest rzeczą wiadomą, że z sumy uważanej za przepadła p. L. odzyskał 146 tysięcy rs. Pieniądze te zwrócił panu L. porządek społeczny. Godziłoby się więc, ażeby p. Landau nie łamał tego społecznego porządku, ofiarowując większe sumy wspólnikom złodziei aniżeli biedakom, którzy padli ofiarą jego nieoględności.

Pan Landau ma opinią „solidnego finansisty", czego zresztą dowiódł, wypłacając natychmiast skradzione mu 150 tysięcy rs. Szczerze jednak życzymy p. L., ażeby dla utrzymania swojej solidności nie wyrzekał się innego tytułu, który przynosi procent szacunku u ludzi.