Kradzione

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Kondratowicz
Tytuł Kradzione
Podtytuł Tom I
Pochodzenie Poezye Ludwika Kondratowicza
Data wydania 1908
Wydawnictwo Wydawnictwo Karola Miarki
Miejsce wyd. Mikołów-Warszawa
Źródło skany na commons
Indeks stron
KRADZIONE.

PRZYPOWIEŚĆ SZLACHECKA.
(Podsłuchano).


W ręce aspana, panie Jakóbie!

Mówisz: kradzione lepsze, i chcesz tego dowieść;

Ja sobie rozmaite przypowieści lubię,
Powiem aspanu przypowieść:

W samym końcu zaścianku, pilnując swej niwy,
Żył sobie szlachcic poczciwy, —
A miał syna wyrostka z wąsem wyżej nosa.
Chłopiec dobre miał serce, ale w głowie za to
Okropnie było pstrokato,
Zwyczajnie jak u młokosa.
A tuż, mój mospaneńku, obok ich stodoły
Ciągnął się wygon sąsiada,
Na którym pasły się stada:
Konie, owieczki i woły.
Czy wiecie co, tatulu? — tak mówił raz młody —
Fraszki to — praca i cnota.
U nas, panie, poczciwość, trudy, niewygody,
A w domu wieczna hołota.
Czy to Pan Bóg uważa, że ludziska giną?
Poczciwym nie da talarka,
Dla jednego pomyślność odmierza ośminą,
Drugiemu liczy na ziarnka.
Naprzykład choćby u nas: ot idą zapusty,
A w domu ni to, ni owo;
Hola! jakby to dobrze, by na Czwartek tłusty
Utuczyć pieczeń wołową!
— A skądże weźmiesz wołu?

— Czy to wielka sztuka?
Niby to dostać nie możem,
Chodzą woły sąsiada — po gardlisku nożem.
Niech potem sąsiad poszuka.
— Cóż to! — zawołał ojciec — to kradzież wyraźnie..
To jakaś sztuka zbójecka;
A siódme przykazanie? a sumienie? błaźnie!
A nasza wiara szlachecka?...
— At myśleć, co się godzi, a co się nie godzi?
Za cóż my biedni i głodni?

Nas jeden wół przeżywi przez kilka tygodni;
Czy to po ludziach nie chodzi?

Na takie argumentum ojciec mruknął z cicha:
Cóż robić? szatan cię uczy;
Ukradniem jutro wołu, lecz pomnij do licha,
Nigdy kradzione nie tuczy!

Wieczorem stary ojciec poszedł do sąsiada,
Cichaczem kupił wołu, napił się borysza;
Nazajutrz bierze syna, niby się podkrada,
I z wołem... het! do zacisza.
Zaraz nożem po gardle nieszczęsnego byka,
Rozćwiartowali w stodole,
I jak słowo powiedzieć, już u czynszownika
Wołowa pieczeń na stole.

Wiesz co teraz, mój synku? — odmierzym się w pasie:
Zjadając mięsko tak cudnie,
Będziem wiedzieć, mospanie, po niejakim czasie,
Kto z nas utyje? kto schudnie?
Zmierzyli się i każdy na swojej poprędze
Naznaczył kreskę czerwoną.
Co to gadać, tatulu! schudzeni przez nędzę,
Teraz utuczym się pono!
 
Przez całe trzy tygodnie gody u szlachcica,
Codzień przysmaczek od wołu:
Dzisiaj rura do barszczu, jutro polędwica,
Pojutrze pieczeń u stołu.
A tu rozruch w zaścianku, sąsiad niby jęczy,
Niby to szuka wołu, niby ludzi zowie...
Syn dręczy się obawą, jak duch potępieńczy,
Już mu i jadło nie w głowie.
Czy kto skrzypnie we wrotach — on w nocy i we dnie
Marzy o przyjściu sąsiada;
W obiedzie... strach, zgryzota, co chwila poblednie,
A ojciec smaczno zajada.

Syn był młody i zdrowy, jak dębina krzepka,
Ojca wiek zniszczył i znoje;
Lecz kiedy zjedli wołu, syn wysechł jak szczepka,
A ojciec utył we dwoje.
A co, błaźnie — rzekł stary — pamiętaj przysłowie,
Że male parta do czarta.
Ja zakupiłem wołu, — toć mi szło na zdrowie,
Ty, kradnąc, schudłeś na charta.


∗             ∗

A cóż, panie Jakóbie, jak przypowieść zda się?
— Moralna! sens na wierzchu jakby gwiazda świeci.
— Ja umiem jeszcze lepsze — a w swobodnym czasie
Więcej opowiem waszeci.
12 marca 1849. Załucze.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Kondratowicz.