Królowa Śniegu (Andersen, przekł. Niewiadomska)/Laponka i Eskimka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Królowa Śniegu
Data wydania 1918
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Zakł. Graf. B. Wierzbicki i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Sneedronningen
Podtytuł oryginalny Et Eventyr i syv Historier
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron

VI. Laponka i Eskimka.


Zatrzymali się nagle przed niepozornym domkiem. Była to chatka tak nizka, że dach opierał się na ziemi, a drzwi stanowił otwór, przez który musieli wpełzać do środka na brzuchu. W chatce nie było nikogo, oprócz starej Laponki, która gotowała rybę nad lampą, napełnioną tranem.
Ren opowiedział jej swoją historję, która wydawała mu się najważniejszą, a potem zaczął mówić o Marysi, ponieważ dziewczynka była tak zziębnięta, że sama opowiadać nie mogła.
— Ach, biedaki! — rzekła Laponka, wysłuchawszy wszystkiego uważnie — daleka, bardzo daleka jeszcze przed wami droga, — więcej niż sto mil lecieć musicie na północ, bo tam dopiero, na samym biegunie, królowa śniegu ma swój pyszny zamek, w którym zorza północna pali się co wieczór wspaniałymi ogniami. Nie mam w domu papieru, więc na suszonym sztokfiszu[1] napiszę wam list do pewnej bardzo mądrej Eskimki, która mieszka niedaleko pałacu królowej i może wam więcej dopomódz ode mnie.
Potem dała Marysi jeść, pić, a gdy dziewczynka posiliła się i ogrzała, Laponka napisała list na suszonym sztokfiszu, oddała go Marysi i kazała dobrze pilnować. Następnie przywiązała ją znowu do rena, a ten szybko puścił się w drogę.
I pędzili znowu na północ bez wytchnienia i odpoczynku. Drogę wskazywały im wspaniałe blaski ogni, płonących w pałacu królowej, które na ciemnem niebie rozlewały się zorzą czerwoną.
Wreszcie stanęli przed chatą Eskimki. Tu drzwi nie było wcale, więc musieli zapukać do komina. Wpuszczono ich niezwłocznie.
Wewnątrz chaty było tak straszne gorąco, że Eskimka, mała, tłusta i bardzo brudna kobiecina, chodziła w lekkiej sukni. Zaraz też rozwiązała Marysi jej sukienkę, zdjęła jej buciki i ciepłe rękawice, a renowi położyła na głowie kawał lodu, gdyż inaczej nie mogliby tu wytrzymać.
Potem wzięła rybę i zaczęła czytać list Laponki.
Przeczytała go raz i drugi i zamyśliła się głęboko. Ren zbliżył się do niej i mówił z prośbą w głosie.
— Wiem, że jesteś bardzo mądra i masz wielką władzę, że rozkazujesz wiatrom, które są ci posłuszne, daj więc Marysi takiego napoju, żeby była silniejsza od dwunastu mężczyzn i mogła pokonać królowę śniegu.
— Siłę dwunastu mężczyzn! — powtórzyła Eskimka, z uśmiechem kiwając głową. — Na cóżby się to zdało? Czyż królowę śniegu pokona siła dwunastu mężczyzn?
Potem wzięła z półki duży kawał zwiniętej skóry, rozłożyła ją z wielką uwagą, i patrzała na dziwaczne znaki i litery, które ją pokrywały, z takiem natężeniem, że grube krople potu wystąpiły jej na czoło.
Ren kręcił się koło niej bezustannie, potrącał ją rogami, ocierał się bokiem i patrzał w oczy błagalnie, aż Eskimka zaprowadziła go wreszcie do kąta, a kładąc mu na głowie świeży kawał lodu, szepnęła bardzo cicho:
— Janek jest naprawdę u królowej śniegu, ale jemu tam dobrze. Zdaje mu się, że jest w najpiękniejszym kraju, i że mu nigdzie lepiej być nie może. Wszystko to stąd pochodzi, że drobne okruszyny czarodziejskiego zwierciadła utkwiły mu w oku i w sercu. A dopóki tkwić tam będą, nikt go nie uratuje, bo królowa śniegu ma nad nim władzę i może zatrzymać go gwałtem. A zresztą choćby i wrócił do ludzi, to będzie dla nich obcy, bo nic dla nich nie ma: nie potrafi nawet być wdzięcznym Marysi za jej miłość i poświęcenie.
— Więc cóż począć? — rzekł ren strapiony.
— Trzeba go uleczyć, trzeba wyjąć mu z serca i z oka szczątki czarodziejskiego zwierciadła.
— A jak to zrobić?
— Nie wiem. To nie moja sprawa.
— Więc nie chcesz pomódz Marysi? Nie możesz jej dać żadnej władzy?
— Zmiłuj się, renie, powiedz, cóż ja jej więcej dać mogę nad tę władzę, jaką sama już posiada. Czyż nie widzisz jej siły i potęgi? Czyż nie widzisz, że ludzie i zwierzęta służą jej i wypełniają jej wolę? Czyż nie widzisz, że bosa i uboga, pół świata już przebyła, a wszyscy jej pomagają, i nic się jej oprzeć nie może? Takiej władzy my jej nie damy. Takiej władzy nie może dać jej nikt na świecie, i od nas ona jej nie potrzebuje, bo ma źródło potęgi we własnem swem sercu, a tem źródłem jest dobroć, miłość i niewinność. Jeśli te trzy złote klucze nie otworzą przed nią pałacu królowej śniegu i nie ocalą Janka, to my także uczynić tego nie zdołamy.
— A teraz słuchaj jeszcze, co ci powiem. O dwie mile stąd zaczyna się ogród królowej. Tam zaniesiesz dziewczynkę i zostawisz ją przy dużym krzaku, który stoi na śniegu, okryty czerwonemi jagodami. Ale już z nią nie rozmawiaj i wracaj tu co prędzej.
Eskimka posadziła Marysię na renie, przywiązała ją dobrze, a poczciwe zwierzę pomknęło natychmiast.
— Ach, moje buciki! moje rękawice! — zawołała Marysia, gdyż mróz ostry owiał jej bose nożyny i zatamował prawie oddech w piersi.
Ale ren nie śmiał wrócić, ani się zatrzymać, i biegł naprzód, co miał siły, aż stanął na granicy ogrodu królowej, przy wielkim krzaku, okrytym czerwonemi jagodami.
Tu zsadził Marysię na ziemię i pocałował ją w usta, a z oczu popłynęły mu łzy wielkie.
Potem zawrócił i znów biegł przed siebie, wcale się nie oglądając.
A biedna Marysia została na śniegu, sama jedna, bosa, bez rękawic i bucików, wśród wichru i strasznego mrozu.
Zaczęła biedz naprzód, jak mogła najprędzej. Ale natychmiast zastąpił jej drogę cały tłum płatków śnieżnych. Nie spadały one z nieba, gdyż niebo było jasne i pogodne, oświetlone płonącą zorzą, lecz unosiły się nizko nad ziemią i powiększały coraz bardziej w miarę, jak zbliżały się ku niej.
Wtedy przypomniało się dziewczynce, jak oglądała z Jankiem płatki śniegu przez szkło powiększające. Tamte jednak były inne i nie takie wielkie. Te wyglądały strasznie, jak żywe istoty: były to rzeczywiście przednie straże królowej śniegu. Ich postaci były dziwaczne i groźne: niby ogromne, białe i kolczaste jeże — to kłęby żmij i wężów o syczących paszczach — to niby małe, grube niedźwiedziątka o nastroszonej sierści. A wszystkie białe, lekkie, świecące, ruchliwe, budzące strach brzydotą i wstręt tem, że żywe, a przecież to płatki śniegu!
Dziwne, szkaradne wojsko.
Marysia w trwodze zaczęła się modlić. Ale mróz był tak wielki, iż własny jej oddech, wychodząc z ust, stawał się dla niej widzialny, zmieniał się w gęstą parę i otaczał ją jakby obłokiem. I nagle w tym obłoku ujrzała małych aniołków, które krążyły koło niej, spuszczały się ku ziemi, a gdy jej dotknęły, rosły szybko i otaczały ją jak groźne wojsko. Każdy miał hełm na głowie, w ręku tarczę i włócznię.
Było ich coraz więcej, a kiedy Marysia skończyła pacierz, już otaczał ją cały legjon tego cudownego wojska. Teraz rozpoczął się bój z potwornemi płatkami śniegu. Wojsko anielskie rąbało i siekło na drobne szczątki szkaradne istoty, które zaczęły cofać się w popłochu, i Marysia biedz mogła prędzej bez przeszkody. Aniołkowie głaskali jej nóżki i ręce, i nie czuła już mrozu, aż stanęła przed samym pałacem królowej.
A tymczasem zobaczymy, co tam robił Janek. O Marysi nie myślał wcale i nie przypuszczał, że stoi w śniegu przed pałacem.



Przypisy

  1. Sztokfisz — ryba morska.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Hans Christian Andersen i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.