Król Henryk IV. Część II (Shakespeare, tłum. Jankowski, 1895)/Akt trzeci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Król Henryk IV. Część druga
Pochodzenie Dzieła Wiliama Szekspira Tom III
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1895
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Piller i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Placyd Jankowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom III
Cały zbiór:
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron

AKT TRZECI.

SCENA PIERWSZA
Pokój w zamku królewskim.
KRÓL w nocnej sukni i GIERMEK.

Król. Proś tu wnet hrabiów Surrey i Warwika,
Lecz wprzód niech przejrzą z uwagą te pisma!

(Giermek wychodzi).

Ileż tysięcy najbiedniejszych nawet
Z moich poddanych śpi o tej godzinie!
O śnie, śnie błogi! sił odnowicielu!
Jakiż cię postrach oddala odemnie,
Że na zemdlone nie chcesz spaść powieki
I w zapomnieniu ukoić me zmysły?
Dla czegóż wolisz w pełnych dymu chatkach,
Na niewygodnej zasypiać pościeli,
Pośród brzęczenia natrętnych owadów,
Niźli w pachnących komnatach możnego,
Pod kotarami z drogocennej tkani,
I pośród tonów najmelodyjniejszych?
Dziwaczny bożku! czemuż tak podobasz
W łożu nędzarza, a wezgłowie króla

Mijasz jak budkę ogniowego stróża,
Jak tę dzwonnicę, z której biją trwogę?
Nie raz na chwiejnym masztowym wierzchołku,
Zklejasz powieki wiszącego majtka,
A gdy do koła szumi wściekła burza,
Wzdymając wały pnące się ku chmurom,
Z wyciem, co samą śmierć obudzić zdoła,
Przecież w tej nawet straszliwej godzinie,
Umiesz utulić przemokłe do nitki,
To dziecię morza! — A śród cichej nocy,
Śród wszystkich ponęt, jakie tylko mogą
Zwabić cię, zakląć — tyś nie umodlony
Na głos monarchy! — O spijcież spokojnie
Szczęśni biedacy! gdy na nasze łoże,
Cała moc berła snu przyzwać nie może!

(Wchodzą Warwik i Surrey).

Warwik. Dzień dobry! Najjaśniejszy Panie!
Król. Alboż już ranek?
Warwik. Już jest po pierwszej.
Król. Więc dobry dzień, nawzajem!
Czytaliścież listy?
Warwik. Z cała uwaga Najjaśniejszy Panie!
Król. Wiecie już zatem, że choroba kraju
Nie przeszła wcale i niebezpieczeństwo
Najbliżej serca.
Warwik. To tylko, panie, mijająca słabość,
Na którą pewne rady i sposoby
Sztuka lekarska ma na pogotowiu.
Lord Persy wkrótce wyjdzie z tej gorączki.
Król. Dla czegóż niebo nie dało nam czytać
W księdze przeznaczeń! widzieć w głębi czasu,
Jak tu w równiny zmieniają się góry,
Ówdzie ląd niknie i wsiąka do morza,
Tam znów mieleją tonie oceanu,
Jakby się stała przestronną opaska
Dla biodr Neptuna! Czemuż nie widzimy
Uśmiechu losu i tych różnych płynów,
Z których on zlewa swoją czarę przemian!
Patrząc w te księgę, najszczęśliwszy młodzian

Na widok cierni swojej przyszłej drogi,
I ciężkich krzyżów, jakie nań czekają,
Przywarłby klamry — i zapragnął śmierci!
Dziesięć lat temu, Ryszard z starym Persy
Nierozerwani, ucztowali społem,
Ci w lat dwa potem walczyli zawzięcie.
Ósmy rok ledwie, jak tenże sam Persy
Był mi najbliższym od serca człowiekiem,
Jak brat wylany pracował w mej sprawie,
Składał mi u nóg swą przyjaźń i życie,
I nie raz dla mnie śmiało stawił czoło
W obec Ryszarda! — któryż z was był wtedy?

(Do Warwika).

Ty mój Newilu, jeśli się nie mylę.
Gdy Ryszard we łzach od gorzkich urągań
Nortumberlanda, powiedział te słowa
Teraz prorocze: „Ty Nortumberlandzie!
Coś dziś drabiną, po której mój krewny
Na tron wstępuje — choć niebu wiadomo,
Żem wtedy nie miał myśli o królestwie
I jedna tylko spraw iła konieczność,
Żeśmy z niem potem dali sobie ręce —
„Przyjdzie czas — mówił dalej z oburzeniem —
Przyjdzie, że zbrodnie twe, jak wrzód dojrzały
Tajone wewnątrz wyleją zepsucie!“
W ten sposób długo, jakby wieszczym duchem,
Mówił on jeszcze, i przyszłe wypadki
I zmianę naszej zgadując przyjaźni.
Warwik. W życiu człowieka zawsze są wypadki,
Na które patrząc spokojnem już okiem
Można coś z mglistej dośledzić przyszłości,
Co w nich spowita leży, jak plon w ziarnie.
Z nieuniknionej na świecie kolei
Król Ryszard łatwo mógł i wnieść i wróżyć,
Że ten, co zdradę oddał mu za przyjaźń,
Jeszcze obfitsze zapragnie mieć żniwo
Z tego nasienia, i nie znajdzie gruntu
Prócz w tobie, Panie!
Król. Więc to jest kolej konieczna na świecie.
Nieunikniona? spotkajmyż ją mężnie.

Mówią, że biskup, łącznie z Persym, liczą
Do pięćdziesięciu tysięcy żołnierza.
Warwik. To być nie może, Najjaśniejszy Panie!
Wieść powtarzając głos i echo trwogi
Zawsze ją dwoi. Ale spocznij Panie!
Racz się położyć, ja ręczę mem życiem,
Że nasze wojska łatwo uspokoją
Te zamięszania, zwłaszcza że przed chwilą
List mi oddano o śmierci Owena.
Lecz cierpiąc, panie, od dwóch już tygodni,
Nie chciej poświęcać tak godzin spoczynku,
Racz nam oszczędzać swoje drogie siły!
Król. Przyjmuję wdzięcznie tę życzliwą radę.
Tak, sił mi trzeba. Gdyby nie za swemi,
Jużbyśmy dawno byli w świętej ziemi.

(Wychodzą).
SCENA DRUGA.
Dziedziniec przed domem sędziego pokoju PŁYTKIEM, w hrabstwie Glocester.
Wchodzą PŁYTEK, z przeciwnej strony MILCZEK, za nimi BUTWIAK, CIEŃ, BRODAWKA, SŁABIAK, CIELAK pod strażą.

Płytek (do Milczka). Witam, witam, witam, dajże mi rękę! To dziw, tak rano! Jakże się masz kochany mój krewny, panie Milczek!
Milczek. Dzień dobry, kochany panie Płytek!
Płytek. Jakże się ma moja krewna a wasza połowica, i wasza śliczna córeczka, a moja chrzestna córka Helena?
Milczek. Na nieszczęście, zawsze jak kos, czarna, panie Płytek.
Płytek. Niech będzie, co chce, mój dobry panie Milczek, założę się jednak, że mój krewny Wilhelm musi być przedni łacinnik. On i dotąd w Oksfordzie?
Milczek. Tak, z nie małym nakładem z mojej strony.
Płytek. I zapewne nie zadługo poszlesz go panie Milczek na naukę prawa. Jam był w kolegium Klemensowskiem, gdzie zapewne i dotąd jeszcze wspominają o trzpiocie niejakim Płytku.
Milczek. Podobno dawano wam wtedy imię świerszcza, Płytku.
Płytek. W kolegium nazywano mnie jak chciano, a jam też im płatał, co tylko chciano, i to wręcz i zaraz. Byli tam wtedy, pamiętam, mały Dżone Doit z Staffordshire, czarny Jerzy Bare, Franek Pikbone i Wilhelm Squele, czterej wisusy jakich zapewne nie było do koła w żadnem kolegium prawa. Zwietrzyć zwierzynę i dojść tropu, można powiedzieć, że znaliśmy się na tem, jak należy. Dżon Falstaf, teraz sir Dżon, był jeszcze wtedy małym chłopakiem, dość powiedzieć giermkiem przy Tomaszu Mowbray, księciu Norfolk.
Milczek. Ten sam, sir Dżon, który jest teraz naznaczonym do nas dla zaciągu żołnierzy?
Płytek. On sam, tenże sam, a nie inny. Patrzyłem na to, jak on pałką rozbił głowę Skoganowi, u samych wrót kolegium, proszę sobie tylko wyobrazić: taćki berbeć! pewnie nie większy. I tegoż samego dnia biliśmy się z niejakim panem Samsonem Stokflsh, ogrodnikiem, niemal na szkolnym dziedzińcu. To to były czasy! A teraz o kim człek nie wspomni ze swoich szkolnych kolegów, słyszysz tylko, że umarł.
Milczek. I nas spotka ta kolej.
Płytek. Ani chybi, co prawda, to prawda! Śmierć, jak powiada psalmista, dla wszystkich jest nieuchronną, wszyscy umrzeć muszą. Po czemu też para dobrych wołów płaciła się na jarmarku w Stamford?
Milczek. Jeżeli wyznać prawdę, nie byłem na tegorocznym jarmarku.
Płytek. O tak, śmierć jest nieuchronną. — A czy żyje jeszcze wasz ziomek, stary Double?
Milczek. Dawno umarł.
Płytek. Umarł! proszę, a tak tęgo strzelał z łuku. Jan z Gaunt lubił go bardzo, i wielkie przez niego wygrywał zakłady. Umarł! pst! on ci bywało trafi do celu o dwieście czterdzieści kroków, a dorzuci o dwieście ośmdziesiąt, a nawet dwieście dziewiećdziesiąt kroków, że to aż lubo było patrzeć — a po czemu też w tam tych stronach dziesiątek owiec?
Milczek. Jak do owiec, dziesiątek dobrych płaci się od czterech do pięciu gwineów.
Płytek. To stary Double umarł!

(Wchodzi Bardolf i z nim druga osoba).

Milczek. Są to, jak mi się zdaje, dwaj ze służby sir Dżona Falstafa.
Bardolf. Dzień dobry, moi panowie! Który z nich jest sędzią pokoju Płytek?
Płytek. Robert Płytek, ja jestem panie. Widzisz pan przed sobą obywatela tutejszego hrabstwa i jednego z sędziów pokoju Jego królewskiej mości. Co mi pan rozkażesz?
Bardolf. Mój dowódzca rozkazał, abym go polecił panu: Sir Dżon Falstaf, rycerz, mogę ręczyć honorem, pełen powagi i jeden z najwaleczniejszych kapitanów.
Płytek. Dziękuję niewypowiedzianie za pamięć. Zawszem go znał jak wybornego fechtownika. Jakże się ma ten waleczny rycerz i jeśli mi wolno zapytać w jakiem też zdrowiu miledy, jego dostojna żona?
Bardolf. Proszę mi darować, lecz żołnierz nadto dobrze jest dysponowany, aby mógł mieć żonę.
Płytek. A to przedziwnie powiedziano! na honor, przedziwnie powiedziano. „Nadto dobrze dysponowany!“ wybornie! Dobre frazesy są i będą zawsze w wielkiem poważaniu! „dysponowany!“ to pochodzi od dispono; tak, bardzo dobrze, wyborny frazes!
Bardolf. Daruj mi pan, takem słyszał to słowo. Pan to nazywasz frazesem? Jak jest dzień dzisiaj, tak nie rozumiem tego wyrazu: frazes. Ale co za słowo: „dysponowany“, to gotów jestem obstawać szpadą, gdyż jest to słowo przyzwoite żołnierzowi i nieraz wiele niem można dokazać. Dysponowany, mówi się o człowieku, który jest, jak to mówią, należycie dysponowany, to jest taki, o którym i na którego powiedzieć można, że jest dobrze dysponowany; jest to wyraz całą gębą!

(Wchodzi Falstaf).

Płytek. Bardzo słusznie! Lecz otoż nadchodzi i dobry sir Dżon! proszę o rękę, proszę mi dać rękę swoja, drogocenną, szlachetną rękę! na honor, jak mi ślicznie wygląda! Lat jak nie było! Witaj czcigodny sir Dżonie!
Falstaf. Jakże się cieszę, że was oglądam w dobrem zdrowiu, dobry panie Robercie Płytku! A to, jeśli się nie mylę, jest pan Sure Card.
Płytek. Nie sir Dżonie, jest to pan Milczek, mój krewny i towarzysz urzędu.
Falstaf. Dobry panie Milczek, wam jest bardzo właściwie być urzędnikiem pokoju.
Milczek. Witamy waszą dostojność!
Falstaf. Ależ dyable gorąco! Cóż moi mości panowie, przygotowaliście mi tu jakie półtuzina zdatnych ludzi?
Płytek. Są, są, mamy w pogotowiu! Lecz raczże nam pan zrobić łaskę i usiąść.
Falstaf. A nie mogliżbyśmy ich widzieć? jeśli się panom podoba.
Płytek. Natychmiast! Gdzie jest lista? lista? gdzież jest lista? zaraz, w tej chwili, wnet będzie i lista! Jest, jest wszystko: tylko co ją miałem pod ręką! Tak, zaraz, otóż i znaleźliśmy, czegośmy szukali! (czyta) Ralf Butwiak! — Niech tu występują, po jednemu, z porządku, bez gwaru, bez ciżby. Ralf Butwiak! Gdzież jest Butwiak!
Butwiak. Jestem.
Płytek. Cóż o nim powiecie sir Dżonie? chłop dorodny, młody, silny i z dobrej familii.
Falstaf. Twoje nazwisko Butwiak?
Butwiak. Tak, proszę pana.
Falstaf. A więc właśnie czas, aby był użytym.
Płytek. Ha! ha! przewybornie! na honor! Co jest zbutwiałem, to właśnie zda się do użycia! na moją uczciwość, przewybornie! To jest tak powiedziano, jak tylko być może!
Falstaf. Proszę go naznaczyć.
Butwiak. Wielmożni panowie! chciejcie mię uwolnić! a któż się zajmie gospodarką i ubóstwem mojej biednej matki, jeśli mię naznaczycie. Tylu jest lepszych odemnie i zdatniejszych do marszu.
Falstaf. Cicho moje dzięcię, idź teraz z Bogiem! Sam sobie winieneś: pocóżeś zbutwiał.
Butwiak. Ja? Co? gdzie? kiedy? — Niech mi kto dowiedzie!
Płytek. Sza! mospanie i stań na boku! wiedz z kim mówisz. Co się tycze innych, sir Dżonie, następuje z kolei Szymon Cień. Gdzież jest Cień?
Cień. Słucham.
Falstaf. Czyim jesteś synem mości panie Cień?
Cień. Jestem synem mojej matki, panie!
Falstaf. Twojej matki. To dosyć podobne do prawdy. I jesteś marą czyli cieniem twojego ojca, jak w rzeczy samej: syn matki często bywa tylko cieniem ojca, nie mając nie a nic z jego istoty.
Płytek. Podoba się wam sir Dżonie?
Falstaf. I cień przyda się w lecie: proszę go naznaczyć. Prócz tego, w naszej wojskowej kontroli, mamy nie jednego z panów Cieni.
Płytek. Tomasz Brodawka?
Falstaf. Gdzież on jest?
Brodawka. Tu jestem.
Falstaf. Twoje nazwisko: Brodawka?
Brodawka. Tak, panie.
Falstaf. Jesteś w rzeczy samej porządnie garbaty.
Płytek. Mamli go naznaczyć?
Falstaf. A to na co? alboż on nie nosi na plecach całego wojskowego rynsztunku? Jest to już stary żołnierz.
Płytek. Cha! cha! cha! otóż to jest mieć do czynienia z wami rycerzu! cha! cha! cha! W rzeczy samej, dziękuję wam najserdeczniej. Franciszek Słabiak!
Słabiak. Jestem.
Falstaf. Twoje rzemiosło Franciszku?
Słabiak. Jestem żeńskim krawcem.
Płytek. Czy każesz go pan naznaczyć.
Falstaf. Jeśliby on był krawcem męskim, to dałby się wam we znaki panie sędzio. — Cóż, kochany panie Słabiak, czy narobisz tyle rzezi w szeregach nieprzyjacielskich ile jej doznały od ciebie stroje płci pięknej?
Słabiak. Będę się starał, panie kapitanie, o ile mi w tem dozwolą siły.
Falstaf. Dobrze mówisz kochany krawcze białogłowski, dobrze, waleczny mój panie Słabiak! Spodziewam się, że będziesz tak mężnym jak rozgniewany gołąb, albo jak najszlachetniejsza z myszy. Naznacz, dobrze tego piększyciela płci pięknej, szanowny panie sędzio.
Słabiak. Chciałbym panie, ażeby i Brodawka poszedł do żołnierzy.
Falstaf. A jabym chciał, abyś był męskim krawcem panie Słabiak i wystrychnął swojego przyjaciela w sposób zgodny z twojem życzeniem. Bo już też mi nie podobna zrobić prostym żołnierzem tego, kto, jak sam raczysz widzieć, z natury jest już dowódzcą znacznego korpusu. Ta przyczyna niech ci wystarczy, codzień zdrowszy panie Słabiak.
Słabiak. Ona też mi i wystarcza, panie.
Falstaf. A ja też niewypowiedzianie jestem mu wdzięczny za powolność, panie Słabiak! — Lecz któż z kolei następuje po nim?
Płytek. Piotr Cielak.
Falstaf. Zobaczmy tego pana Cielaka.
Cielak. Jestem.
Falstaf. Ba! ba! sztuka, co się zowie. Napiętnuj panie tego cielaka, aż nam zaryczy.
Cielak. Jaśnie wielmożny kapitanie.
Bardolf. Cóż to? ryczysz już nim cię naznaczono?
Cielak. Ja chory jestem Wielmożny kapitanie.
Falstaf. Na jakąż, naprzykład, chorobę.
Cielak. Na przeklęty katar i straszny kaszel, którego dostałem od ciągłego dzwonienia, w interesach królewskich, w dzień koronacyi.
Falstaf. Nic to! mój kochany! Więc na wojnę pójdziesz sobie ciepło w szlafroku, katar przepędzimy za morze, i urządzimy się tak, że za ciebie podzwonią twoi krewni. Sąż to wszyscy?
Płytek. Mamy jeszcze dwóch w pogotowiu nad liczbę, panu od nas należy się czterech, lecz racz wprzódy wejść pod naszą ubogą strzechę i przyjąć skromny obiadek.
Falstaf. Bardzo chętnie wypiję kieliszek wina, ale nie mogę pozostać na obiedzie. Niewymownie rad jestem, że was widzę, panie Płytek.
Płytek. A czy przypominasz sobie sir Dżonie, jakeśmy to przepędzili całą noc w młynie wietrznym koło polanki świętego Jerzego.
Falstaf. Zapomnijmy o tem, kochany panie Płytek.
Płytek. Co też my psikusów nie nawyrabiali tej nocy. A czy żyje jeszcze i dotąd Joanna Night Work?
Falstaf. I dotąd panie Płytek.
Płytek. Ona nigdy nie mogła się odemnie odżegnać.
Falstaf. Prawda że nigdy, lecz za to też i powtarzała zawsze, że was cierpieć nie może.
Płytek. Bardzo wierzę, bom też ja jej dokuczył, dokuczył. Był to w swoją porę dobry towar, czy utrzymuje się ona jeszcze?
Falstaf. Stara, stara panie Płytek.
Płytek. W samej rzeczy już powinnna być stara, inaczej być i nie może, jużci też musi być starą, kiedy swojego Robina Night Work miała ze starym Night Work, pierwej jeszcze nim ja wstąpiłem do kolegium.
Milczek. Pięćdziesiąt i pięć lat temu.
Płytek. Ach! Panie Milczek! Jeślibyś to widział, cośmy z tym rycerzem widzieli! — Co! alboż nieprawdę mówię sir Dżonie?
Falstaf. Słyszeliśmy nie raz północną grzechotkę, panie Płytek.
Płytek. O, żeśmy słyszeli, to słyszeli, słyszeliśmy na honor! Jeżeli kto, to my zapewne słyszeliśmy. Naszem nocnem hasłem było: „Hop, hop, chłopcy!“ Ale idźmy do stołu! — Czy to takie dni my widzieli! proszę panów.

(Falstaf, Milczek i Płytek wychodzą).

Cielak. Panie kapralu Bardolfie, zarzuć za mną dobre słówko, a oto czterdzieście Henrykowskich szelingów, w francuskich koronach. Dalibóg, panie kapralu, równieby mi było wisieć jak iść na tę wojnę. Z mojej strony ja się oto nie frasuję, ale że nie mam najmniejszej chęci do wojskowości, i że chciałbym już dokołatać wieku przy swoich — zresztą z mojej strony, ja się o to nie wiele frasuję.
Bardolf. Dobrze, stań na stronie.
Butwiak. I za mną wielmożny panie kapralu zarzuć słoweczko przez wzgląd na moją starą matkę. Jeśli mnie wezmą, to ani duszy nie zostanie w domu, i zmarnuje się za nic cała gospodarka. Oto i z mojej strony czterdzieści szelingów.
Bardolf. Dobrze, przejdź na tę stronę.
Słabiak. A dla mnie, na honor, wszystko równo, człowiek raz tylko umiera, i wszyscy dłużni jesteśmy śmiercią przed Bogiem. Jeśli to mój los, dobrze — nie, znowu dobrze! Nie ma człowieka, któryby mógł powiedzieć, że jest za dobrym, aby miał służyć swojemu królowi, niech będzie co chce, ten kto umiera w tym roku, wypłaca się za następujący.
Bardolf. Dobrze, dzielnyś chłopak!
Słabiak. Na honor, tchórzostwo tylko jest mi obrzydłem.

(Powracają Palstaf i sędziowie).

Falstaf. Jakichże ludzi dacie mi panowie?
Płytek. Czterech, podług waszego wyboru sir Dżonie.
Bardolf. Mam panu powiedzieć jedno słówko na stronie. Cielak i Butwiak dali mi trzy funty szterlingów wykupu.
Falstaf. Zapewne, rozumiem.
Płytek. Którychże więc pan wybierasz?
Falstaf. Wybierz pan dla mnie.
Płytek. Jużci zapewne: Butwiak, Cielak, Słabiak i Cień.
Falstaf. Butwiak i Cielak. Co do ciebie, Butwiak, pozostań jeszcze i dojrzewaj, nim będziesz zdolnym do posługi wojskowej. A ty panie Cielak dorastaj jeszcze nim się usposobisz na całego wołu. Was nie przyjmuję.
Płytek. Sir Dżonie! Sir Dżonie! Pan sobie samemu czynisz krzywdę: są to najdobrańsi ludzie, chcieliśmy mu usłużyć tem, co mamy najlepszego.
Falstaf. Pan mię raczysz uczyć panie Płytek, jakich powinienem wybierać ludzi. Alboż to mi chodzi o ogrom członków, wzrost, otyłość i o tym podobne powierzchowne znaki silnej budowy? Serca, serca mi potrzeba panie Płytek. Oto jest Brodawka naprzykład, proszę spojrzeć, co to za rzezkość w oczach. On ci nabije i uderzy z muszkietu, prędzej niżby uderzył młot kotlarski, a zwinie się tu i owdzie dziesięć razy prędzej, niż się zawija z wiadrami piwowar. Albo naprzykład ten profilowy łotr Słabiak! dajcie mi takich ludzi! Niech w nim znajdzie nieprzyjaciel jakąkolwiek powierzchnią lub cel do wystrzałów: ktoby weń trafił, ten trafiłby chyba kulą w ostrze scyzoryka, a przyjdzie do odwrotu, to z jakąż chyżością ten białogłowski krawiec potrafi wam uciekać. O dajcie mi więcej takich brakownych, to ja na waszych dobornych i patrzeć nie będę. Bardolfie! daj Brodawce muszkiet w ręce!
Bardolf. Broń na ramię, do oka! tak! tak! tak!
Falstaf. No! przewróć broń! podnieś! ot tak! dobrze! maszeruj! bardzo dobrze! przewybornie! Nic lepszego, nic podobnego na pieszego strzelca, jak człowiek niski, stary, chudy, garbaty i łysy. Mówię ci na honor, mój Brodawka, żeś przedni piechur. Oto masz testona na porcyę wina.
Płytek. Jeszcze on w tem niedoskonały i nie wyrabia jak należy. Ale pamiętam, że na równinie Mile-End, kiedym był jeszcze w kolegium, przedstawiałem sir Dagoneta w sztuce „Artur“. Otóż był tam wtedy jakiś malec osobliwszy w tym kunszcie, robił ci on bronią tak, potem przewracał tak, potem tak, w tył, naprzód, wołał: paf! pif! cel! pal! i maszerował w prawo, w lewo, i tam i owdzie, ale to tak, że w życiu mojem zapewne nic już podobnego nie zobaczę.
Falstaf. I ci ludzie dadzą się usposobić. Panie Płytek! żegnam go najczulej. Z wami panie Milczek nie powinienem rozszerzać, się w słowach. Bądźcie zdrowi moi panowie. Dziękuję im obu, dziś jeszcze mam ze dwanaście mil drogi. Bardolfie! daj nowozaciężnym mundury.
Płytek. Sir Dżonie! Niech go błogosławi niebo, szczęści wszystkim jego zamiarom i przywróci nam jak najrychlej pokój. Przechodząc tędy na powrót, odwiedź mój domek, abyśmy oanowili starą znajomość, a być może, będę mu towarzyszył do dworu.
Falstaf. Bardzobym chciał, abyś nabrał do tego chęci panie Płytek.
Płytek. U mnie słowo grunt sir Dżonie! Bądź zdrów! Szczęśliwej drogi rycerzu!

(Płytek i Milczek wychodzą).

Falstaf. Bądźcie zdrowi szanowni panowie! Dalej Bardolfie! prowadź tych ludzi!

(Bardolf wychodzi).

Za powrotem pomyślimy z jakiej beczki potrzeba będzie zażyć tych dwóch sędziów pokoju. Płytka znam już na wylot. Mój Boże! jak też my starzy zaprzedani jesteśmy występkowi kłamstwa. Ten wymokły sędzia przez cały czas tętnił mi w uszy o swojej młodości, o swoich świetnych czynach na ulicy Turnbull, i po każdych trzech słowach tak punktualnie oddawał daninę kłamstwu, jak się oddaje podatek wielkiemu Mongołowi. Przypominam dobrze, że w kolegium podobnym on był do jednego z tych człowieczków, jakie się układają po obiedzie z ostatków sera. Widząc go rozebranym niktby nie powiedział, że to nie jest obrana z łupiny rzodkiew, na której ktoś dla żartu powyrzynał scyzorykiem kształty człowiecze. Na honor, że dla tępego wzroku był on prawie niewidzialnym: był to prawdziwy geniusz głodu i z tem wszystkiem rozwiozły jak małpa. Bardzo stosownie brukowe piękności nazywały go mandragorą, z tem wszystkiem wił się ciągle w wichrze mody, śpiewał dziewczętom piosenki gwizdane przez furmanów i przysięgał, że one są jego utworu. A teraz patrzcie, ten arcybożnik rozpustny jest sędzią pokoju, i mówi o Janie Gaunt, tak poufale, jak gdyby to był jeden z jego stryjecznych braci. Założę się jednak, że on go widział raz tylko w życiu, na turniejach, wtedy, gdy Gaunt omłocił mu plecy, za to, że się wmięszał między ludzi marszałka. Byłem przy tem i pamiętam, rozśmieszyłem Jana Gaunt uwagą, że w tej chwili kij jego dał plagi innemu kijowi. W rzeczy samej był on tak cienki, że dałby się wsunąć w pochwę od węgorza, a w futerale obojowym mógłby był mieszkać jak w pałacu. I on proszę ma teraz swoją. ziemię i trzody. Dobrze, powinniśmy z sobą zapoznać się za powrotem, i poszłoby już chyba na wielkie nieszczęście, jeślibym nie potrafił zrobić zeń sobie dwoistego kamienia filozoficznego. Jeżeli staremu szczupakowi idą na pożywność młode głowacze, to niech mi kto ukaże w prawie przyrodzonem, jakąkolwiek przyczynę, dla którejbym go nie miał schwytać na wędkę? Zacóż nie, byleby tylko zręczność była po temu.

(Wychodzi).
Dzieła Wiliama Szekspira T. VII ornament p.51.jpg




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Placyd Jankowski.