Karjera panny Mańki/Zakończenie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Karjera panny Mańki
Podtytuł Powieść
Wydawca Księgarnia Popularna
Data wydania 1935
Druk P. Brzeziński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ZAKOŃCZENIE.

Sprawa narobiła niebywałego hałasu. We wszystkich pismach pojawiły się szczegółowe opisy tajemniczej willi z fotografjami „podziemnego państwa”, co przez szereg dni stanowiło olbrzymią sensację, a dzienniki rozchwytywano. Tłumy ciekawych dążyły do Skolimowa, aby na własne oczy ujrzeć urządzenie niezwykłego pałacyku i pochwycić coś nie coś z pikantnych szczegółów, ale z rozporządzenia władz, willę, dla zrozumiałych względów opieczętowano, zaś „specjalne” kolekcje — niezbyt nadające się do demonstrowania szerokim tłumom, włączono do muzeum kryminalnego, gdzie po dziś dzień stanowią przedmiot zainteresowania specjalistów, szczególniej psychologów i lekarzy. Fotografje z nich odnaleźć można w Archiwach medycyny sądowej w „Dziale historji zboczeń ludzkich”...
Sam proces zapowiadał się początkowo niezwykle interesująco, ale zaszłe wypadki osłabiły nieco zaciekawienie. Oto, główna bohaterka — tajemnicza czarna dama — występująca pod nazwiskiem baronowej Krauze, w więzieniu śledczem w niewytłumaczony sposób odebrała sobie życie, snać sprytnie ukrywszy piorunującą truciznę, z którą tak mistrzowsko umiała się obchodzić. Odtąd wspólnik jej — Doriałowicz — zamknął się w milczeniu, z którego niczem nie można go było wydobyć. Czy cios ten złamał go ostatecznie, czy też tylko udawał przygnębienie — trudno dawało się orzec. Nawet nie zdołano ustalić, jakie naprawdę nosił nazwisko. Że nie Doriałowicz — to pewne. Z zagranicy tylko, wciąż nadchodziły wieści, donoszące o poprzednich sprawkach zbrodniczej pary. Wedle tych rewelacji, pięćdziesięcioletni żywot Doriałowicza stanowił jedno pasmo przestępstw, popełnionych w przeróżnych krajach kuli ziemskiej. W mieszkaniu jego znaleziono w całości klejnoty Welesza oraz wielkie sumy, pochodzące z szantaży i rabunków... Te, w miarę możności zwracano prawym właścicielom. Den nabrał po tej sprawie wielkiego rozgłosu, był zasypany sprawami, ale prawdziwemi bohaterami stali się Balas i Mańka...
Szczególniej Mańka... Fotografje jej zdobiły szpalty wszystkich pism, a parę teatrzyków i przedsiębiorstw filmowych, proponowało korzystne „engegement’y”. Wszystkie te oferty jednak odrzuciła Mańka, powróciwszy na swe skromne stanowisko, za bufet „Pod czerwonego koguta”. Zato niebywałem powodzeniem poczęła się cieszyć knajpka. Do dobrego tonu niemal należało pojechać tam i obejrzeć dziewczynę — a Balas coraz więcej nosa zadzierał i coraz robił się ważniejszy.
Jeden Welesz nie korzystał z tej fali popularności. Odzyskawszy biżuterje, sprawie swej nie nadawał rozgłosu, nie chcąc tajników swego domowego pożycia wywlekać na żer ciekawości publicznej.
Przesiadywał tylko całemi dniami w knajpce „Pod czerwonym kogutem” — tak, że wkońcu bywalcy, jęli go poczytywać za wspólnika Wawrzona.
Hipcio wiedział dlaczego tam przesiaduje i dlaczego zabiera miejsce w najbliższem sąsiedztwie bufetu. Mało nawet pił a oczy ciągle miał wlepione w jeden punkt — a tym punktem była Mańka.
Trzy miesiące już blisko upłynęło od czasu tych niemych zalotów, lecz dziewczyna...
Hipcio coraz więcej był onieśmielony i nie wiedział, jak z nią zacząć rozmowę. Toć na pieniądze mało zwracając uwagi, odrzuciwszy najponętniejsze oferty, powróciła za bufet... Zrozpaczony udał się po pomoc do dobrego swego przyjaciela Balasa, ten, choć mu jej zasadniczo nie odmawiał — tak rzekł:
— Wisz pan, panie Hipek! — po pamiętnym wieczorze, nie będąc pijany, nie śmiał go wprost per „ty” traktować. — Bez „gazu” z kobitami głupi jezdem!... Wciąż gadam... ona nic... Trza samemu łeb szwagierce pokołować..
Przyczyną powściągliwości było to, iż gdy razu z Mańką rozpoczął ten temat, ofuknęła go tak ostro, a nawet zagroziła porzuceniem posady, że nie śmiał ponownie drażliwej kwestji poruszać.
Niewiększy skutek odniosła interwencja pani Lucki.
— Co ty wyrabiasz, — mówiła do siostry, — chłop zakochany... A ty na niego, jak na psa... Onby się ożenił, a tak się obrazi...
— A niechaj się obraża!
— Co ty gadasz? Nie bądź głupia!
— Będę głupia!
Lucka odeszła, ruszywszy ramionami, Mańka tylko uśmiechała się lekko.
Wreszcie Welesz zdobył się na odwagę i sam zaczepił swą bogdankę.
— Panno Mary, czy pani się nie domyśla?
— Nic się nie domyślam...
— Przecież ja panią kocham...
— No, to świetnie.
Twarz Hipcia wykrzywiła się niemiłosiernie.
— Więc... — wybełkotał.
— Co więc?
— Ano... to...
— Nic...
Odeszła za bufet. Ale Hipcio tym razem nie dał za wygraną i pośpieszył wślad za nią.
— Czy pani nie rozumie, że ja mam najuczciwsze zamiary...
Spojrzała uważnie na niego.
— Panie Hipolicie! — rzekła. — Sparzyłam się razy tyle, że przywykłam nie wierzyć mężczyźnie... Pan bawi się kobietą, a później ją porzuci dla innej. Nie chcę być niczyją rozrywką i nie pragnę losu pańskiej żony...
Hipcio zmięszał się okrutnie.
— Niech pani uwierzy! — począł się tłumaczyć, — że ostatnie przejścia zrobiły na mnie wrażenie ogromne. I ja dziś życie pojmuję inaczej... Jeśli pani mnie nieco polubi, miłości nawet nie wymagam, będziemy szczęśliwi...
Teraz ton jej głosu zabrzmiał serdeczniej.
— Nie chcę mieć męża, któryby mnie zdradzał, lub któremu jabym przyprawiała rogi... Z takich, jak ja, co przeszły przez piekło życia, bywają najlepsze i najwierniejsze żony... Ale czy nie zniechęci się pan, czy nie wypomni mi kiedy mojej przeszłości... Jabym tego nie zniosła...
— Nigdy...
— Proszę się dobrze zastanowić... Byłam dziewczyną ulicy i przyznać się do tego nie wstydzę... Połaszczyłam się raz jeszcze na złote góry i za to zostałam ukarana. Dziś pragnę tylko spokojnego, uczciwego życia... choćby, jako bufetowa...
— Ależ, panno Mary...
— Proszę wysłuchać do końca... Nie chcę nowych rozczarowań... Pan twierdzi, że mnie kocha, iluż kobietom pan to powtarzał.
— Kiedy... Wszak już trzeci miesiąc...
— Przychodzi pan tu zupełnie bezinteresownie i nie razi pana ani ta knajpka, ani moja rodzina, ani moje otoczenie... Wie pan, na to trzeba nieco przywiązania, bo mnie samą to razi...
— Więc panno Mary, od pani tylko zależy...
— Skoro pan wytrzymał trzy miesiące, musi pan wytrzymać trzy następne... Gdy po tym terminie znowu wznowimy rozmowę, wtedy...
— Jeszcze trzy miesiące? Tak długo...
— To mój nieodwołalny warunek... Jeśli się nie podoba, dziś nawet odejść pan może... Wszak nic sobie nie obiecywaliśmy...
W Hipciu widać było, że toczy się ciężka walka. Trzy nowe miesiące próby były bolesne, ale musiał się do nich zastosować.
— Zgadzam się, — szepnął, — ale czy wolno mi będzie tu codziennie przychodzić?
Uśmiechnęła się filuternie.
— Oczywiście!... Knajpka jest dla wszystkich...
— No tak... ale...
— Co... ale?
Hipcio wreszcie wybełkotał:
— Czy wolno mi panią uważać za narzeczoną?
Mańka powoli podniosła rękę do góry i równie powoli przekręciła pierścionek, odwrócony kamieniem ku dłoni. Był to ten sam pierścionek, który ongi ofiarował jej Welesz, w czasie pierwszej wizyty...
— Widzi pan, panie Hipciu! — rzekła — dziś włożyłam go po raz pierwszy... Chciałam go właściwie zwrócić panu... Jednak zatrzymam i będę nosiła... Oto moja odpowiedź!...
Twarz Hipcia zajaśniała, niczem księżyc w pełni...

Hipcio chadza regularnie już pół roku pod „Czerwonego koguta”. Przepraszam, nie chadza tam, tylko gdzieindziej. Bo Wawrzon zdążył już nabyć restaurację w śródmieściu i nazwał ją „Bar pod czterema hrabiami”. Co ta nazwa ma znaczyć, sam dobrze nie wie — ale jest z niej niezwykle dumny. Toć tylu hrabiów posiada na szyldzie.... Im więcej bowiem czasy są demokratyczne, tembardziej ludziom imponuje arystokracja...


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.