Hrabia Monte Christo/Część IV/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas
Tytuł Hrabia Monte Christo
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Comte de Monte-Cristo
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część IV
Indeks stron

ROZDZIAŁ I.
ZDUMIENIE.

Gdy Dantes zbliżał się do „swej“ skały, słońce dobiegało do szczytu swej dziennej drogi, zalewając wszystko swemi oślepiającemi blaski. Tysiące koników polnych dzwoniło w powietrzu, do wtóru im liście mirtowe i oliwne grały swem drżeniem, co tworzyło przedziwną symfonię dnia letniego. Na rozpalonych granitach igrały jaszczurki, które wyglądały jak ruchliwe szmaragdy, rozrzucone po skałach.
Dzikie kozy igrały na pochyłościach... cała wyspa tchnęła życiem, aczkolwiek nie było na niej ludzi.
I właśnie, być może dlatego, Edmund czuł się sam, zupełnie sam. Lecz miał wiarę, wierzył, że oko Stwórcy czuwa nad nim.
Wyczuwał jednak w sobie jakieś uczucie bolesne, które jakby bojaźnią, czy lękiem było. Nie był to jednak żaden strach przyziemny lecz raczej niewiara, by oczekiwane szczęście istotnie spotkać go mogło w tej pustce.
Uczucie to było do tego stopnia silne, że aż tamowało mu oddech w piersiach i musiał zaprzestać pracy, gdy wziął motykę do ręki. Porzucił ją więc i wziął ponownie strzelbę i zręcznie, jak koza wdrapywać się zaczął na szczyty najbardziej niedostępne.
Ten wysiłek uspokoił go. Zwolna zszedł na brzeg morza i zaczął pilnie oglądać upatrzoną skałę, by się zdecydować, gdzie ma uderzyć motyką, ażeby wytrysły z niej szmaragdy, brylanty, rubiny i posępne ametysty... najczystsze złoto, wreszcie.
Przypomniał sobie pouczenia Farji, jak do poszukiwań wziąć się należy.
I podniósł oczy w górę, jakby w błękitnych niebiosach pragnął zaczerpnąć natchnienia. Po chwili opuścił je, jakby istotnie jakiś duch świetlany oświecił go.
Śmiało przeszedł kilka kroków i pewną ręką uderzył w skałę, odwalając jej złomy.
Zauważył jednak, że skała jest niejednolita i że odwala kamienie nieznaną jakąś masą spajane. Usuwał warstwę za warstwą, podziwiając z jaką sztuką były ułożone.
Po półgodzinnej pracy wybił otwór dość głęboki i kilkanaście centymetrów szeroki. Pobiegł do drzewa oliwnego, odciął gałąź i starał się podważyć murowanie, lecz tu dało ono nadspodziewanie silny opór.
Opadły wtedy Dantesowi ręce. Lecz oczy jego padły w momencie tym na róg z prochem.
Uśmiechnął się na ten widok. Proch wysypał do chustki, następnie skręcił i natarł saletrą, z wydłużonych rogów jej robiąc lonty, wreszcie umieścił ją w wybitym otworze. Następnie ostrożnie zapalił jej najdłuższy róg i szybko ukrył się w załamie skały, która w chwilę potem zatrzęsła się cała, a następnie rozległ się ogłuszający huk.
Posypały się kamienie, a gdy wszystko się uspokoiło, Dantes ujrzał, iż tam, gdzie przed chwilą był mały otwór tylko, utworzyła się teraz przepastna otchłań.
Nie można było wątpić dłużej, była to pieczara!
Okrzyk radości wydarł się z jego piersi.
Nigdy wspanialszy rezultat nie uwieńczył podobnie szybko tak niewielkich usiłowań.
Po chwili odurzenia, Dantes jakby po schodkach wszedł w głąb groty. I znów ogarnęło go zdumienie. Zamiast ciemności spodziewanych, zamiast ciężkiego i zgniłego powietrza — ujrzał łagodne blaski, zgóry się sączące i odetchnął wprawdzie chłodnem, lecz czystem powietrzem.
Powietrze to i światło przenikało przez otwór wysoko w górze znajdujący się, przysłoniony gałęziami drzew.
Upojony Dantes rozpatrywać zaczął wszystkie zakątki groty, lecz nic godnego uwagi nie zauważył. Tyle zaledwie, że sople wapienne na ścianach połyskiwały kryształami, jak djamenty.
— Niestety — rzekł do siebie Dantes, którego ogarnęła znów fala zwątpienia — zapewne są to całe skarby, jakie się tu mogą znajdować!
Wtem przypomniał sobie słowa testamentu, które pamiętał doskonale: „w najodleglejszym zakątku drugiej groty“.
On zaś był w pierwszej grocie, a w tej nigdy żadnych skarbów nie było, więc i teraz ich również niema.
Należy przeto poszukać wejścia do drugiej groty.
W wykonaniu myśli tej, Dantes wziął się do pracy. Obejrzał pokłady kamienia i wybrał miejsce — gdzie jego zdaniem należało przedewszystkiem rozpocząć próby.
I zaczął motyką uderzać w granity. Żelazo początkowo dźwięczało głucho, trafiając w twardą skałę, lecz w pewnem miejscu wydało mu się, iż echo zaczyna odpowiadać mniej wyraźnie. Uderzył przeto całą mocą swych sił — i motyka uwięzła w skale. W miejsce granitu — ukazał się biały kamień, miękki i kruchy.
To mu dało do myślenia. Z największym wysiłkiem wyrwał motykę i uderzył nią raz drugi i t. d. Posypały się okruchy kamieni, sztucznie jakąś masą spajanych...
Ten nowy dowód prawdziwości słów Farji, o dziwna naturo ludzka! zamiast spotęgować jego odwagę — wyzbył go resztki sił. Uczuł, że jest prawie bliski omdlenia. Porzucił więc pracę i wyszedł na powierzchnię ziemi.
Aczkolwiek od rana nie miał nic w ustach, ani pomyślał o jedzeniu. Wypił jedynie trochę rumu i, wzmocniony tem na siłach wszedł ponownie do jaskini.
Motyka, która do niedawna tak mu ciężyła znów wydała się lekką, to też ze spotęgowaną energją wziął się do pracy, która teraz okazała się jeszcze tem łatwiejsza, że w głębi poukładane kamienie nie były już niczem spajane, a tylko poukładane szczelnie, bez najmniejszych szczelin.
Praca więc szła szybko i była lekka, to też niezadługo wybił otwór tej wielkości, że mógł był już się przezeń przecisnąć.
Jeszcze parę kamieni zwalonych, nowy przypływ nadziei, i Dantes wszedł do drugiej groty, testamentem zapowiedzianej.
Sklepienie tej drugiej jaskini było już o wiele niższe. Ciemności w niej panowały absolutne i przejmowały przerażeniem.
Powietrze w niej było również bardzo ciężkie, to też Dantes nie wszedł odrazu, czekając, ażeby napływ powietrza z pierwszej groty oczyścił powietrze drugiej.
Gdy to się stało, Dantes śmiało wkroczył do otchłani, tem śmielej czyniąc to, iż ciemności dla niego nie istniały.
Bez żadnych wątpliwości orzekł, gdzie się znajduje w grocie tej owo miejsce „najbardziej odległe“.
Poszedł tam i na miejscu tem stanął, a wtedy dziwne go ogarnęło wzruszenie na myśl, że jego poszukiwania są już na ukończeniu teraz, że trzeba jeszcze było na jakieś pół metra w głąb ziemię przekopać, a wtedy radość najwyższa, lub też rozpacz bez granic ogarnąć go miały na zawsze.
Lecz nawet i w tej chwili nie odstąpiła go odwaga.
Pochylił się i mocno kopać zaczął ziemię.
Po niezliczonych uderzeniach, jego motyka uderzyła nie w ziemię i nie w kamień, lecz jakby w żelazo.
Nigdy pogrzebowa pochodnia, nigdy lód, co krew ścina, nie wywarły silniejszego wrażenia, aniżeli to, jakiego Dantes doznał w tej chwili.
Raz jeszcze z rozmachem uderzył żelazem i znalazł znów silniejszy opór, lecz odpowiedział mu inny, tępy dźwięk.
Motyka uderzyła najwidoczniej w drzewo.
Wtem nagły cień zasłonił przed nim światło idące z otworu.
Motyka wypadła z ręki Dantesa, porwał za strzelbę i wybiegł nad brzeg morza, szukając wzrokiem wroga.
Lecz to dzika koza przebiegła około otworu, a teraz spokojnie szczypała trawy na szczycie skały.
Dantes w pierwszej chwili chciał ją zastrzelić, lecz... darował jej życie. Spodziewana radość złagodziła jego serce.
Natomiast uciął suchą gałęź limpy, zapalił ją w żarze, jaki pozostał w ognisku rozpalonem jeszcze rano przez towarzyszów i wrócił z tą zaimprowizowaną pochodnią do jaskini.
Przy jej świetle miał się przekonać ostatecznie, co mu losy dać miały?
Na początek stwierdził, że domysły jego były trafne; motyka istotnie uderzała raz w żelazo, to znów w drzewo.
Utkwił wtedy pochodnię w ziemi i wziął się znów do dzieła.
Po godzinie pracy, całe wieko kufra było odsłonięte. Był on dębowy, gęsto żelazem okuty.
Na samym środku, na srebrnej blasze, jaśniały herby rodu Spadów.
Wszelkie tedy wątpliwości zostały rozproszone ostatecznie. Skarb jest, boć przecie z taką przezornością zakopać musiano kufer z wielkimi skarbami jedynie.
Dantes znów się wziął do pracy, po której cały kufer był z ziemi wydobyty i widać było dokładnie wszystkie okucia, zamki, antaby i zawiasy.
Teraz Dantes chciał wydobyć kufer z dołu, lecz szybko poznał, iż było to ponad siły jednego człowieka. Chciał kufer otworzyć wtedy, lecz przekonał się, że zamki i zawiasy również nieprzełamany stawiały opór. Wierni ci stróże jakby nie chcieli wydać skarbu.
Dantes udał się więc raz jeszcze o pomoc do żelaza; założył ostrze motyki pomiędzy wieko, a boczną ścianę kufra, podważył wieko, które, po dużych wysiłkach, odskoczyło nakoniec, przyczem poodpadały zawiasy.
Gorączkowe drżenie opanowało Dantesa.
Zamknął oczy, jak dziecko, gdy wśród ciemności ujrzeć chce w oczach gwiazdy, których niema; następnie otworzył je i stanął olśniony.
Kufer był podzielony na trzy przegrody. W pierwszej błyszczały zaśniedziałe złote talary, w drugiej — lane sztaby złota, w trzeciej — djamenty, siejące oślepiające blaski, perły, rubiny, szmaragdy, szafiry i inne drogie kamienie.
Dantes nie dowierzał oczom. Zaczął brać do ręki wszystkie te skarby swoje. Lecz po chwili rzucił to wszystko i wybiegł z jaskini. Zapragnął powietrza chciał uświadomić sobie, że to nie wizja... lecz rzeczywistość.
Wbił paznokcie w piersi, uczuł ból — i oprzytomniał.
A więc tak! — to prawda! Skarb istniał i on był jego panem!
Założył ręce na głowę, ścisnął ją silnie, jakby brzemię myśli chciał powstrzymać.
Rzucił się wreszcie w najdziksze zarośla, darł się na cyple najbardziej niedostępne. Dzikie kozy i pierzchliwe ptaki morskie uciekały przed nim w popłochu.
Nakoniec padł na mchy i długi czas przeleżał bez ruchu, następnie wstał i jakby ciężko chory, powlókł się z powrotem w stronę jaskini.
Wszedł do pierwszej groty, potem do drugiej i padł tam w ciemności, na kolana, przyciskając obie ręce do drgającego serca; i zaczął szeptać modlitwę, którą Bóg tylko zrozumiał. Modlił się gorąco i to mu dało ulgę, uczuł się spokojniejszym i od tej chwili dopiero zaczął wierzyć w to, że jego szczęście jest rzeczywiste.
Potem wstał i już zupełnie spokojnie zaczął rachować swe skarby.
Było tam przedewszystkiem tysiąc sztab złota, każda wagi jednego kilograma. Dwadzieścia pięć tysięcy dukatów złotych, wartości 80 franków każdy. Co do drogich kamieni, to z tych niewielka tylko ilość znajdowała się w surowym stanie, większość była kunsztownie oprawiona i szlifowana przez najlepszych mistrzów, co dawało im o wiele większą wartość.
Wieczór już zapadł, a jeden z największych bogaczów ziemi stał ciągle jeszcze nad swymi skarbami, głodny i wyzuty z ostatka swych sił.
Był jednak szczęśliwy. Szczęśliwy przyszłością, jaka się przed nim otwierała.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.