Historyja prawdziwa o Janie Dubeltowym (Kraszewski, 1858)/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historyja prawdziwa o Janie Dubeltowym
Pochodzenie Podróż do miasteczka
Wydawca S. Orgelbrand
Data wydania 1858
Druk S. Orgelbrand
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

II.

W roku 1829 poszedłem z towarzyszami memi do KK. Bonifratrów; ledwie pod chórem potrafiłem się jakoś wcisnąć w próżnię, którąśmy gwałtem wyrobili młodemi łokciami zapamiętałych dilletantów — staliśmy tam do końca muzyki, a gdy tłum wypływać począł, Eugenijusz, Edward i Romuald poczęli mnie silnie namawiać, żebyśmy zaszli do szpitala, do którego zaraz z kościołka w lewo drzwi prowadziły. Poczynałem wówczas lat ośmnaście, młodym był bardzo i na nieszczęście do zbytku draźliwy; z obawy, żeby mnie za sobą nie wciągnęli i nie zmusili patrzéć na to, co nadto silne uczyniłoby wrażenie na umyśle i tak już rozkołysanym, cofnąłem się aż ku wnijściu, protestując przeciwko temu. Zaczęto się śmiać ze mnie i nazywać tchórzem. W ośmnastym roku, obelg się takich nie znosi, kościelna cisza, którąśmy szanowali, nie dozwala się tłumaczyć, ze ściśniętém sercem poszedłem za niemi, ale postanowiłem wyrwać się od nich i uciec co prędzéj. Maleńkiego wzrostu ksiądz Jacek, przyjął nas u drzwi; byłto jeden z braciszków, poświęconych usłudze i pieczy nad obłąkanemi.
Nie można sobie wyobrazić nic pospolitszego i mniéj obiecującego nad twarz i postawę księdza Jacka, chociaż bliżéj poznany był to skromny, ale dostojny i zacny pracownik, który święcie spełnił swe ziemskie posłannictwo. Maleńki, gruby, kłódkowaty, czerwony, z rękami wielkiemi i niezgrabnemi, wydawał się jak figurka w źle wytoczonych szachach, któréj główkę tylko jako tako wyrobił artysta, a resztę ledwie okrzesawszy, porzucił. Twarz miał okrągłą, pełną, ale tak nic nie znaczącą, tak startą, jakby natura wysiliła się, by nią człowieka zamaskować; nic z oczów, nic z ust, nic z czoła nizkiego nie mówiło. Dopiéro gdy usta otworzył, gdy się ożywił, gdy dusza rozjaśniła te rysy pospolite... promieniał zeń ewangielicznych cnót prostaczek święty, jakich mało na świecie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.