Henryka/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor François Coppée
Tytuł Henryka
Data wydania 1889
Wydawnictwo Drukarnia S. Lewentala
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Kassylda Kulikowska
Źródło skany na commons
Indeks stron
VIII.

Tego wieczoru Armand przyszedł do domu matki dobrze już po północy. Wracał z końca Vaugirard, upojony swoim piérwszym tryumfem miłości, a w ciszy jasnéj, księżycowéj nocy majowéj, jego zwycięzkie kroki budziły echo wśród ulic milczących.
Niezapomniany wieczór! Dotąd był jeszcze zdumiony swoją śmiałością. Czy to naprawdę on odważył się prosić Henrykę o pozwolenie wejścia do jéj mieszkania? Czy to jego prowadziła za rękę po ciemnych trzeszczących schodach?
Och! tego mieszkania nie zapomni nigdy. Chociaż te dwa pokoiki na czwartém piętrze były bardzo biedne. Bardzo brzydki i ciasny pokój jadalny z piecem o grubéj, wygiętéj rurze, z okrągłym stołem, z maszyną do szycia i kanapą, służącą staréj ciotce za łóżko, a zajmującą większą część stancyjki. Bardzo nędzny także kącik Henryki, z dwoma oleodrukami, przedstawiającemi Gambettę i Garibaldiego, a wiszącemi jako pamiątka przekonań politycznych nieboszczyka ojca. Uzupełniały to umeblowanie: łóżko, popaczony stoliczek, wytarte krzesełko, krzyż mosiężny na stoliku, a nad łóżkiem zawieszona gałąź zeschłego bukszpanu.
Ale w tych lichych izdebkach Armandowi odsłonił się raj nieznany. Spędził chwile szczęścia z kochającą i kochaną istotą. To téż oboje postanowili widywać się jak najczęściéj. Henryka wszakże nie będzie mogła na przyszłość przyjmować Armanda u siebie. Nawet teraz, zgadzając się na to, popełniła wielką nieroztropność. Gdyby o nią tylko chodziło, ach! mój Boże, nic sobie nie robi z sąsiadów i z ich plotek. Lecz ciotka wkrótce wyjdzie ze schronienia dla wracających do zdrowia, a to bardzo dobra i uczciwa kobieta, którą niezmiernie szanuje i nie chciała-by jéj sprawić przykrości.
Armand téż powinien się zaraz postarać o jakiś kącik, gdzieby się mogli z sobą schodzić w chwilach wolnych. Na szczęście, oddając się wyłącznie nauce, nie znał co to hulanki, posiadał więc dobrze zaopatrzoną kieszeń studencką; niemniéj wszakże był w ogromnym kłopocie, nie miał bowiem wyobrażenia, jak się wziąć do tego. Postanowił w końcu udać się do Teodora Verdier, jednego ze współtowarzyszów na wydziale prawnym.
Ten miły chłopak, cokolwiek starszy od Armanda, zwykle żartował sobie z jego surowych obyczajów i nieraz, śmiejąc się, nazywał go: „Panną Bernard.” I on także mieszkał u swoich rodziców, był jednak zanadto pieszczony, pobłażliwość więc macierzyńska zostawiała mu zupełną wolność, któréj, jak się łatwo domyślić, nadużywał. Dobrze już znany w dzielnicy łacińskiéj, palił niezliczoną ilość papierosów, pisał wiersze podług ostatniéj formuły dekadentystów, ukazywał się u Bulliera w „dniu szyku,” był nawet głośny w niektórych piwiarniach w stylu Ludwika XIII, gdzie hałaśliwe kobiety podawały obrzydliwe piwo; a chociaż, bardzo dobrze wychowany, umiał tam, gdzie było potrzeba, zachować obejście dobrego towarzystwa, obudził jednak, od pierwszego rzutu oka instynktową nieufność w pani Bernard des Vignes, która często mówiła do syna:
— Wcale nie lubię tego twego przyjaciela.... Bardzo mi coś wygląda na nicponia.
Nazajutrz po swojéj miłosnéj przygodzie, Armand pobiegł do Teodora Verdier i zastał go w chwili, kiedy szukał w słowniku czwartego rymu na „erbe” do jakiegoś płomiennego sonetu, przeznaczonego do rozmarzenia mocnéj brunetki, zwanéj de Flo, — skrócenie de Florestine, — która zdobiła chwilowo małą piwiarnią przy ulicy Monsieur-le-Prince, urządzoną w stylu japońskim, a uczęszczaną przez grono młodych poetów symbolistów.
Teodor przyjął wesołym wybuchem śmiechu pół-wyznanie, które, rumieniąc się, zrobił mu towarzysz.
— Brawo! „panienko!” — zawołał. — Winszuję ci!.... Zresztą trafiasz doskonale. Moja przedostatnia znajomość była właśnie w mocy zazdrośnika i jeśli nasze niegdyś schronienie, — dzielnica oddalona, dom spokojny — jest do rozporządzenia, to właśnie jest to, czego ci potrzeba. Chodźmy zobaczyć.
Był to pokój dosyć obszerny, czysty, dostatecznie umeblowany, do którego powietrze i światło wpadało przez dwa okna, wychodzące na jednę z ulic, otaczających gmach Inwalidów, „pokój oficera wyższego stopnia,” jak go nazywała właścicielka, mająca częste interesa z wojskowymi. Stosując się do rady Teodora, Armand kazał zdjąć ze ściany rozpaczliwą chromolitografią, wyobrażającą Thiersa w chwili, kiedy trzystu deputowanych wyciąga ręce, wskazując nań, jako na zbawcę kraju, kazał dodać do urządzenia, aby je milszém uczynić, dwie lampy, kobierzec, kilka zielonych roślin; potém, zapłaciwszy z góry za miesiąc i podziękowawszy z uniesieniem swemu przyjacielowi, wrócił do domu uszczęśliwiony, że sobie zapewnił takie przyjemne chwilowe schronienie.
Odźwierna wręczyła mu piérwszy list Henryki.
Pomyślna wiadomość! Otrzymała tak bardzo upragnione miejsce u Pameli, znakomitéj krawcowéj, obejmie je od jutra, to jest we Wtorek. Nie mówiła tylko o zadowoleniu, jakiego doznaje, nie będąc zmuszoną chodzić do pani Bernard, bo na widok matki Armanda była-by chyba umarła ze wstydu. Jeżeli o wpół do dziewiątéj wieczorem, kiedy wyjdzie z pracowni, Armand będzie wolny, to się spotkają pod arkadami ulicy Rivoli przed hotelem Continental. List kończył się wyrazami miłości i pieszczotliwości, które Armand przeczytał z rozkoszném biciem serca, nie troszcząc się wcale, wierzajcie! fantastyczną pisownią i niemożliwą bazgraniną.
Armand rzadko wychodził wieczorem. Żeby matki nie zdziwiła zmiana zwyczajów, skłamał, niestety! po raz piérwszy w życiu, upozorował swoje wyjście posiedzeniem, zebraniem studenckiém, i nazajutrz o oznaczonej godzinie stawił się na wskazane miejsce.
Henryka pracowała cały dzień we sławnym zakładzie przy ulicy Castiglione, znanym dobrze paryzkim wykwintnisiom. Ale, natychmiast po skończeniu obiadu, — robotnice tam żywiono, — w mgnieniu oka zwinęła serwetę, włożyła kapelusz, pożegnała się ze wszystkimi i jak jaskółka frunęła pod arkady. Armand czekał na nią już od kwadransa. Zdaleka poznała smukłą jego postać. I natychmiast, trzymając się pod ręce, tuląc się do siebie, zdążali, lekko jakby we śnie, do swego gniazdka.
Przez całe dwa tygodnie codziennie się tak spotykali i spędzali chwile czarujące.
Jak się kochali! Jak bardzo się kochali! Och! jak para gołąbków, z upojeniem i szałem młodych zmysłów, ale także z serdeczną tkliwością! Dla Armanda Henryka nie była tylko kobietą, ideałem, niecącym pożar swoim płomiennym lotem w snach i marzeniach wszystkich młodzieniaszków, a który on nareszcie schwycił i posiadł; ale była jego ukochaną, jedynie ukochaną, którą, gdy się jest od niéj zdaleka, wywołuje się i widzi, przymknąwszy tylko oczy, któréj wspomnienie ściga cię w każdéj chwili, owłada tobą, rozognia ci krew i wypełnia serce. Do tych młodzieńczych uniesień wobec czystéj i powiewnéj piękności kobiecéj, do któréj wmieszał się nad to wdzięk dziecięcy, łączyło się jeszcze u niego uczucie wielkiéj słodyczy, wdzięczność i szlachetna litość dla tego dziewczęcia naiwnego i bezinteresownego, bez rachuby i obrony, które oddało mu za piérwszym uśmiechem, jak sę[1] daje różę, swój skarb, kwiat swoich lat dwudziestu. Jako prawy i uczciwy chłopiec, przysiągł sobie, kochać ją przez całe życie.
Co do Henryki, oddała się miłości z tą nieocenioną umiejętnością życia chwilą obecną, z tą rozumną lekkomyślnością, właściwą prostaczkom i nieświadomym. Dzień, nieniukniony[2] dzień, w którym będzie się musiała rozłączyć z Armandem, będzie grobem jéj szczęścia, i na tém koniec! Tymczasem używała tego szczęścia do szału. A było takiém, że czasem zdawało jéj się zbyt wielkiém i piękném. Tak jak gdyby jéj dano do ręki przedmiot wielkiéj wagi, którego użytku nie znała. Biedna dziewczyna! była tak zdumiona, jak żebrak, któremu-by ofiarowano gwiazdę jako jałmużnę.
Uwielbiana, jak najukochańsza z kochanych, zachowała bojaźliwą uległość niewolnicy. Przez dni kilkanaście nie mogła się odważyć na mówienie mu po imieniu. Żartował sobie z tego wesoło i niezmierną mu sprawiały przyjemność niezgrabne usiłowania Henryki, ażeby być z nim poufalszą. Kiedy w chwili większego wynurzania się uczuć, nazwała go pieszczotliwie, ale pospolicie, kiedy zawołała nań „mój kochany,” nawet „mój skarbie,” co przypominało przedmieście, a co jednakże Armandowi wydawało się bardzo miłém, w téj chwili ogarniał ją wstyd i rzucała się na piersi młodzieńcowi, lub téż całowała go w szyję, żeby ukryć rumieniec. Tak się lękała, że nie jest dość „przyzwoitą“ dla niego! Mimo, że do niego należała, rozumiała dobrze, iż nie jest mu równą. Bardzo często brała delikatnie jego rękę, szczupłą i nerwową, rękę arystokraty, przyglądała się jéj długo, z takiém wrażeniem, jakby dotykała czegoś niezmiernie rzadkiego, nadzwyczajnego, i w końcu niosła zwykle do ust, składając na niéj delikatny, pełen czci pocałunek.
Widząc ją tak pokorną, tak trwożliwą i nieśmiałą, tak bezbronną wobec życia, wczorajszy młodzieniaszek, którego przetworzyła w mężczyznę, myślał sobie z pewną dumą pełną wzruszenia, że ta słaba istota zależała od niego i że odtąd świętym było jego obowiązkiem bronić i otoczyć ją opieką.
Jak się kochali! i jak byli szczęśliwi! Aby spotęgować ich upojenie, przypadek tak pokierował, że młodzieńcza ich sielanka miała za tło i otoczenie przepyszne noce letnie, podczas których ciemny błękit odsłaniał swe głębie nieskończone, wśród migocącéj drogi mlecznéj, planety błyszczały jak latarnie morskie, a miliony gwiazd jaśniały tajemniczém światłem.
Około godziny jedenastéj wychodzili ze swego tajemnego schronienia i Armand odprowadzał Henrykę do mieszkania przez szerokie i widne bulwary. Powietrze było ciepłe, długie szeregi drzew w pełni kwitnienia wydzielały woń świeżą. Ciemno-błękitna kopuła Inwalidów, lśniąca gdzie-nie-gdzie złotem, rysowała się wspaniale na niebie. Oprócz ruchu, właściwego wielkiemu miastu, a dolatującego zdala, jak brzęk pszczół, co za cisza! Przytuleni do siebie, idąc wolno, krokiem cokolwiek ociężałym, zbliżali się do cichéj i spokojnéj dzielnicy. Pełnia ich szczęścia była tak zupełną i tak wielką, iż zdawało im się, że cała natura musi je podzielać; i kiedy się zatrzymywali na chwilę, byli pewni, że wszystko co ich otacza: wielkie ulice, gmachy wysokie, gęste, cieniste drzewa i Zodyak, tryskający kaskadą światła, wszystko oddycha w téj chwili, tak jak oni, niezmierzoném szczęściem i rozkoszą.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – się.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – nieunikniony.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: François Coppée i tłumacza: Kassylda Kulikowska.