Heidi/Rozdział dwudziesty pierwszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Johanna Spyri
Tytuł Heidi
Data wydania 1934
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY.



DALSZY BIEG SPRAW NA HALI.

Słońce wzniosło się właśnie ponad skały, zalewając złotą poświatą chatę i dolinę. Halny Dziadek, jak każdego dnia, objął wszystko skupionem spojrzeniem.
Czyniło się coraz jaśniej, znikały cienie, płynęły różowe obłoki, aż wreszcie lasy, góry i hale zalała świetlna powódź.
Dziadek wrócił cicho do chaty i wszedł po drabinie. Klara właśnie otwarła oczy, patrząc z niemym podziwem na snopy promieni wpadających otworem z dachu i tańczących po pościeli. Nie wiedziała, gdzie jest i co widzi, dopiero widok śpiącej jeszcze Heidi i życzliwy głos dziadka oprzytomnił ją:
— Dobrze się spało? Panna Klarcia nie zmęczona? — spytał.
Zapewniała, że zmęczenia nie czuje i że spała kamiennym snem przez noc całą. Spodobało mu się to i jął jej pomagać w ubieraniu z taką wprawą, jakby od urodzenia pielęgnował chore dzieci.
Heidi otwarła oczy i zobaczyła z podziwem, że dziadek znosi na dół ubraną już przyjaciółkę. Zerwała się błyskawicznie, zarzuciła odzież, zbiegła po drabinie i stanęła przed chatą, zdumiona tem, co czyni dziadek. Wczoraj wieczór, po odejściu dziewcząt na spoczynek, jął rozmyślać, gdzie umieścić wózek Klary, zbyt szeroki dla drzwi chaty. Wyjął z tylnej ściany szopy dwie deski, otworem tym zatoczył wózek i zastawił deskami, nie przybijając ich jednak. Heidi nadbiegła właśnie w chwili, gdy wiózł siedzącą już Klarę. Zostawił ją na środku polanki i poszedł do stajni koziej, a Heidi zbliżyła się do przyjaciółki.
Świeży powiew rzeźwił ich twarze i niósł im żywiczny zapach drzew. Krzepiło je czyste powietrze alpejskie, przepojone słońcem. Klara chwytała je w piersi, siedząc oparta o poręcze wózka, i nieznana dotychczas ogarnęła ją lubość.
Nie spędziła dotąd letniego ranka poza pokojem, nie czuła takiego powiewu i nie patrzyła na takie słońce. Promienie jego nie parzyły, a pod stopami jej rosła wonna trawa. Nie wyobrażała sobie hali w ten sposób.
— O Heidi droga! — powtarzała raz po raz, zwracając się we wszystkie strony, by lepiej użyć słońca i powietrza. — O, Heidi droga! Radabym tu z tobą zostać na zawsze.
— Przekonałaś się więc, żem nie przesadziła, iż na hali u dziadka jest najpiękniej z całego świata! — odparła radośnie.
Dziadek wyszedł z drzwi stajni, niosąc dwie czarki pienistego, białego mleka i podał im naczynia.
— To pannie Klarci dobrze zrobi! — rzekł, zachęcając ją ruchem głowy. — Mleko Białuszki bardzo wzmacnia. Na zdrowie! Proszę, proszę!
Klara nie piła dotąd koziego mleka i bezwiednie powąchała je. Widząc, z jaką chciwością Heidi wychyla jednym haustem swoją czarkę, zaczęła pić i... o dziwo... mleko było słodkie, silne, jakby z cukrem i cynamonem. Wypiła do dna swą czarkę.
— Jutro dostanie panna Klarcia dwie czarki! — powiedział dziadek, zadowolony wielce, że Klara poszła za przykładem Heidi.
Właśnie zjawił się Pietrek ze swoją trzodą. Dziewczęta zaczęły witać zwierzęta na dzieńdobry, a dziadek odwiódł Pietrka na stronę, by mógł go słyszeć mimo rozgłośnego beczenia kóz uradowanych widokiem Heidi.
— Słuchaj uważnie! — przykazał mu. — Od dziś zostawisz Białuszce swobodę. Niech się pasie, gdzie chce. Rozpozna ona najlepsze zioła, ty zaś idź tylko za nią, choćby przyszło spinać się po skałach. Na tem zna się ona lepiej od ciebie, a chcę, by dawała mleko posilne i dobre w smaku. Rozumiesz? Cóż patrzysz z podełba, jakbyś chciał kogoś połknąć? No, a teraz ruszaj w drogę!
Pietrek nawykł słuchać dziadka ślepo, zebrał tedy stado i poszedł, ale miał widocznie coś na wątrobie, bo obracał wciąż głowę i spozierał srogo. Odbiegające kozy porwały z sobą Heidi kawałek drogi. Było to Pietrkowi na rękę.
— Musisz iść ze mną — krzyknął, machając batem. — Teraz kiedy trzeba chodzić za Białuszką, jesteś mi potrzebna do pomocy!
— Nie, nie! — odparła. — Przez czas długi nie przyjdę na pastwisko! Przez cały pobyt Klary, chyba że ją tam na górę dziadek zaniesie, jak obiecał.
To rzekłszy, wydobyła się ze stada i przybiegła do Klary. Na ten widok podniósł Pietrek pięść, wygrażając wózkowi, potem ruszył spiesznie za biegnącemi kozami, gdyż nie był pewny, czy dziadek nie dostrzegł tego wygrażania, a on nie chciał wiedzieć nic o wrażeniu, jakie mógł swym czynem wywołać.
Przyjaciółki miały na dziś tyle planów, że nie wiedziały, od czego zacząć. Heidi zaproponowała, by najpierw napisać list do babuni, gdyż obiecały, że codzień otrzyma wiadomość. Babunia miała swe wątpliwości odnośnie do skutków długiego pobytu Klary na hali, to też zobowiązała dziewczęta do codziennych listów z wszystkiemi szczegółami. Mogła spokojnie przebywać w kąpielach, wiedząc, kiedy będzie czas jechać na halę.

— Czyż trzeba nam wracać do izby? — spytała Klara. — Możeby list napisać tu, gdzie mi jest tak dobrze, że nie chciałabym odchodzić.
Heidi znalazła na to radę. Wbiegła do izby, przyniosła swe przybory szkolne, mały zydelek i wróciwszy, położyła na kolanach Klary zeszyt i książkę, by mogła pisać, potem zaś usiadła na zydelku przed ławką. Pisały przez czas jakiś. Klara odkładała za każdem zdaniem ołówek i patrzyła wokół. Było przepięknie, wiatr nie rzeźwił już, ale ciepłem tchnieniem ogarniał wszystko, szemrząc zlekka w jodłach. W powietrzu tańczyły z pobrzękiem wesołe komary, a cisza wielka ogarniała całą okolicę. Wysokie skały spozierały poważnie, a spokój głęboki przerywały jeno radosne pokrzyki pasterzy, które echa niosły daleko.
Ranek minął niepostrzeżenie, zjawił się dziadek z kipiącem mlekiem i złocistym serem i powiedział, że Klara zostanie na dworze, aż do zachodu. Spożyto obiad, jak wczoraj, przed chatą, potem Heidi zawiozła Klarę pod jodły, a ona zaczęła jej, siedząc w cieniu, opowiadać, co zaszło od czasu wyjazdu Heidi z Frankfurtu. Mimo, że wszystko szło normalnym trybem, było do opowiedzenia mnóstwo szczegółów o znanych dobrze osobach.
Siedziały tak przez całe poobiedzie, rozmawiając, a im głośniej mówiły, tem głośniej śpiewały ptaki, którym się ta paplanina podobała wielce. Nadszedł wieczór i zaraz zjawiła się trzoda biegnących kóz, a za nią pasterz, nasrożony i zły ogromnie.
— Dobranoc, Pietrku! — zawołała Heidi, widząc, że się nie myśli zatrzymać.
— Dobranoc, Pietrku! — powtórzyła Klara życzliwie.
Nie odpowiadając wcale, pognał kozy dalej.
Na widok Białuszki, którą dziadek prowadził do stajni, zapragnęła nagle Klara tak bardzo wonnego mleka, że trudno jej się było doczekać, aż dostanie. Zdziwiło ją to samą wielce.
— Szczególna rzecz, droga Heidi! — ozwała się po chwili. — Dotąd wmuszano we mnie jedzenie, które zawsze miało smak tranu. Żałowałam nieraz, że trzeba wogóle jadać! Teraz zaś nie mogę się doczekać mleka.
— Rozumiem to dobrze! — skinęła Heidi, której utkwiło w pamięci, że czasu pobytu we Frankfurcie nie mogła nieraz przełknąć niczego. Dla Klary było to nowością dlatego, że dotąd nie spędziła całego dnia w świeżem, rzeźwem, górskiem powietrzu.
Gdy dziadek przyniósł mleko, Klarcia prędko pochwyciła swoją czarkę i przytknąwszy do spragnionych warg, wypiła prędzej jeszcze, niż Heidi.
— Czy mogę prosić jeszcze o troszkę mleka? — spytała dziadka. Skinął zadowolony i zabrawszy obie czarki, wszedł do chaty. Gdy wrócił, miały czarki przykrywki, ale z innego materjału, niż to bywa zazwyczaj.
Dziadek zrobił tego popołudnia dalszą wycieczkę do juchasów w Maiensaess, którzy w kolebach wyrabiali słodkie, jasno-żółte masło. Przyniósł stamtąd wielki, piękny krąg. Ukroił dwie spore kromki chleba i nasmarował grubo. Była to kolacja arcywyśmienita, to też obie zatopiły zaraz zęby w apetyczne jadło, a dziadek przyglądał się im z zadowoleniem.
Gdy Klara legła potem na posłaniu, chcąc patrzeć w mrugające gwiazdy, stało się z nią to co z Heidi, oczy jej nakryły się powiekami i zapadła w sen zdrowy, jakiego nie zaznała dotąd jeszcze.
Tak rozkosznie minął też dzień następny i jeszcze jeden, poczem spotkała dziewczęta wielka niespodzianka. Dwaj mocni górale przynieśli na plecach dwa piękne, nowiuteńkie łóżka, wraz z całą pościelą, przykryte jednakowo białemi kołdrami, oraz oddali list od babuni. Babunia pisała, że łóżka są przeznaczone dla Klary i Heidi, a legowisko z siana ma zostać usunięte. Heidi miała odtąd sypiać w prawdziwem łóżku, które na zimę powędruje do osiedla, zaś łóżko Klary zostanie na hali i będzie czekać jej powrotu na następne lato. Pochwaliła obie za codzienne, obszerne listy, polecając, by tak czyniły dalej, gdyż chce brać udział we wszystkiem, co przeżywają.
Dziadek rzucił dotychczasowe legowisko na kupę siana, usunął chustki i koce, przy pomocy tragarzy wywindował łóżka na górę i zesunął razem tak, by stanowiły jedno, a tem samem dziewczęta nie utraciły tej wielkiej przyjemności patrzenia przez otwór na gwiazdy i wschód słońca.
Tymczasem babunia przebywała w Ragaz, ciesząc się dobremi wiadomościami, otrzymywanemi codziennie z hali.
Klara była co dnia bardziej rozradowana nowym sposobem życia, dobrocią, oraz troskliwością dziadka, a także wesołością i dowcipami Heidi, lepszemi jeszcze, niż z czasu pobytu we Frankfurcie. Każdego dnia, budząc się, myślała:
— Dzięki Bogu, jestem jeszcze na hali!
Uspokojona temi pomyślnemi wiadomościami, babunia postanowiła odłożyć nieco wycieczkę, co jej było na rękę, gdyż długie jazdy konne w górę i na dół, po stromem zboczu, nużyły ją potrosze.
Dziadek przywiązał się do swej wychowanki i codziennie obmyślał coś dla wzmocnienia jej zdrowia. Odbywał teraz ciągle dalekie wędrówki w góry, wracając z naręczami ziół tak wonnych, że kozy, przechodząc koło jego stajni, rzucały się gromadą, by je schrupać. Ale dziadek zamykał dobrze drzwi. Nie poto chodził za rzadkiemi ziołami, by dawać przysmaki cudzym kozom. Pasza ta przeznaczona była wyłącznie dla Białuszki, w celu uzyskania jeszcze pożywniejszego mleka. Dobrze jej to robiło, podnosiła coraz wyżej głowę, skakała wysoko i groźnie łyskała oczyma.
Nadszedł trzeci tydzień pobytu Klary na hali. Teraz pyta dziadek każdego ranka, sadzając ją w wózku:
— Może panna Klarcia spróbuje stać przez chwilę na ziemi?
Próbowała uczynić mu tę przyjemność, ale żaliła się zawsze:
— To tak boli!
Potem czepiała się go oburącz, on jednak za każdym razem ciągle przedłużał próby.
Tak pięknego lata dawno nie było na hali. Promieniste słońce błyszczało na bezchmurnem niebie, kwiaty rozwierały kielichy, wabiły oko i pachniały, zaś o zachodzie purpura oblewała skały, zamieniając pole śniegowe w ogromne jezioro ognia.
Heidi opowiadała nieraz przyjaciółce o tych cudach, które należycie oglądać było można tylko z pastwiska. Kwitło tam również na zboczach tyle kwiatów, że cała trawa wydawała się czerwona od centurji, złota od złotojeści i błękitna od gencjan, a woń brunatnych, małych kwiatków odurzała wprost, tak że trudno było wstać i odejść z miejsca, gdzie rosły.
Tego dnia właśnie, siedząc pod jodłami, rozwodziła się Heidi szeroko o kwiatach i czarach zachodu i porwało ją nagle takie pragnienie zobaczenia tego wszystkiego, że wstała i pobiegła do dziadka, zajętego w szopie.
— Dziadku! — zawołała z daleka już. — Chodź z nami jutro na pastwisko! Tam tak pięknie teraz!
— Zgoda! — odparł. — Ale panna Klarcia przyrzeknie mi, że dziś wieczór długo będzie próbowała chodzić.
Heidi zaniosła tę wieść przyjaciółce, która przyrzekła próbować chodzić, jak długo tylko dziadek zechce, gdyż rozradowała ją bardzo nadzieja ujrzenia pastwiska. Ucieszyło to Heidi, tak że krzyknęła zdala już do Pietrka nadchodzącego wieczór z kozami:
— Pietrku! Jutro idziemy wszyscy z tobą na pastwisko i zostaniemy przez dzień cały.
Pietrek mruknął coś w odpowiedzi, niby rozjuszony niedźwiedź, i ciął z wściekłością batem w idącą obok niego niewinną Ziębulkę, która jednak spostrzegła to dość wcześnie, przeskoczyła przez Śnieżkę, a cios trafił jeno powietrze.
Dziewczęta położyły się dnia tego do pięknych łóżek, pełne oczekiwania. Postanowiły nie spać przez noc całą, a jeno omawiać plan wycieczki, ale zaledwo głowy ich dotknęły poduszek, rozmowa ustała. Klara zobaczyła przed sobą ogromne pole błękitnych gencjan i dzwonków, a Heidi usłyszała wyraźnie nawoływanie krążącego w górze drapieżnego ptaka:
— Chodźcież, chodźcie do mnie!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Johanna Spyri.