Gwiazda przewodnia/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jeanie Gould
Tytuł Gwiazda przewodnia
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Druk Drukarnia „Głosu Narodu“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Hartingh
Tytuł orygin. Marjorie’s Quest
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.

Gdy odgłos kroków Horacego ucichł w kurytarzu, Marjorie, prawie bezprzytomna ze strachu, upadła pode drzwiami. Światło latami ulicznej, wpadające przez okno, oświetlało o tyle wnętrze pokoju, że mogła dojrzeć olbrzymiego brytana, krążącego na uwięzi dokoła stołu i wyszczerzającego do niej straszne kły i oczy, błyszczące złowrogo wśród ponurych cieni. Stłumiła oddech w strwożonej piersi, aby nie podbudzić gniewu jego, wierzyła bowiem mocno, że gotów jest, będąc głodnym, poszarpać ją na kawałki. Wkońcu jednak, namyślając się, co robić, powzięła nagle postanowienie i plan ucieczki zaczął świtać w jej dziecięcej główce. Gdyby tylko mogła jakim sposobom dostać się do okna, otworzyć je i zawołać na pomoc policjanta, którego widywała przechadzającego się w dzień po ulicy, byłaby może uratowaną.
W pokoju nie było krzeseł, a sofka zbyt była niska, aby mogła przydać się do jej zamiaru. Półki z książkami sięgały wysoko, zasłaniając część okna. W miarę, jak oczy Marjorie, stojącej przy drzwiach, przyzwyczajały się do ciemności, dostrzegła kilka pak, stojących w kącie blisko półek. Gdyby mogła dojść do nich, wleźć na nie i wspiąć się na górę, dostałaby się do okna... ale nuż paki przewróciłyby się pod nią, cóżby się wtedy z nią stało?
Powoli, cichutko, skradając się krok za krokiem, zaczęła się przesuwać wzdłuż ściany, nie spuszczając ani na chwilę oczu z Hydera; ten zdawał się przeczuwać plan jej ucieczki, zaczął bowiem warczeć groźnie, targając sznur z całej siły. Wkońcu jednak dostała się do pak i zaczęła się na nie wspinać. Hyder szczekał coraz głośniej i miotał się z wściekłością, a sznur, który był słaby i zużyty, zaczął już pękać. Na szczęście Marjorie nie dostrzegła tego, bo obrócona była do niego plecami. Dostawszy się nareszcie po wielu trudnościach na wierzch pak, zaczęła z całych sił obu swoich zakurzonych i pokrwawionych od gwoździ rączek szarpać za okno, którego zardzewiałe zawiasy stawiały nielada opór. Nareszcie po wielu daremnych wysiłkach okno się otworzyło, a fala chłodnego powietrza owiała czoło dziewczynki, kroplistym potem zroszone. Wyczerpana z sił, zatrzymała się chwilę, chcąc nabrać oddechu i zawołać: „panie policjancie!“ gdy naraz Hyder, szarpnąwszy się gwałtownie, zerwał resztki swoich więzów i jednym potężnym skokiem rzucił się na paki.
Marjorie obejrzała się za siebie i usłyszała chrapliwy oddech strasznego zwierza; ujrzała krwią nabiegłe jego oczy, z dzikim wyrazem zwrócone ku niej, wydała okrzyk przeraźliwy, i z wyciągniętemi naprzód rączkami wychyliła się przez okno; naraz straciła równowagę... i z głuchym łoskotem padła bezprzytomna na kamienne schody ogrodowego tarasu, nie ruszając się wcale.
W kilka chwil potem uliczna żebraczka, stara Molly, jak ją powszechnie zwano, wracając z wieczornej włóczęgi, przysiadła na chwilę na schodach tarasu, chcąc sobie odpocząć wśród nocnego chłodu.
— Co to być może? — rzekła do siebie, widząc opodal coś białego, leżącego bez ruchu. — Dziecko?... nieżywe?... pewnie zabite!... nie dotknę się go; jeszcze powiedzą, że to ja zrobiłam.
Zabierała się szybko do odejścia, gdy naraz w żółtym blasku łatami ujrzała złoty łańcuszek, połyskujący na szyjce zemdlonej dziewczynki. Zbliżyła się chciwie, pomacała grubą swoją ręką członki dziecka, które drgnęły pod jej dotknięciem, i przekonała się, że mała jeszcze żyje...
Molly sama nie wiedziała teraz, co począć. Popatrzała na dom i widziała, że był szczelnie na noc zamknięty. Zresztą, cóż ją to obchodziło, jakim sposobem dziecko tutaj się dostało w takim opłakanym stanie... Mała miała na sobie złoty, błyszczący ponętnie łańcuszek i sukienki z białej, miękkiej, kosztownej tkaniny, które można było spieniężyć w karczmie i dostać za nie kilka kieliszków whisky... prócz tego właścicielka szynku, Paddy, poszukiwała małej dziewczynki, którą chciałaby „przyswoić“. Zapłaciłaby jej pewnie za ten nabytek. A jeżeli mała była ciężko rozbita, i umrze? no! to umarli nie robią plotek, a rzeka płynęła tak blisko...
Tak sobie rozważała żebraczka i los biednej Marjorie w jednej chwili został rozstrzygnięty.
Stara Molly zdjęła z siebie brudną, dziurawą chustkę i zawinęła w nią szczelnie bezwładną dziewczynkę, zdjąwszy z niej poprzednio kosztowny naszyjnik. Potem cichaczem, skradając się ciemnemi zaułkami, dla uniknięcia bacznych oczu policji, zaczęła iść ku rzece.
Nieraz przystawać musiała po drodze dla otarcia potu z zabrudzonej twarzy i nabrania oddechu, zanim doszła do tak zwanego swojego mieszkania, położonego w najbrudniejszej i najnędzniejszej dzielnicy miasta, gdzie zaraza trwałe obrała sobie siedlisko... Oddychając z wielką trudnością i stąpając ciężko po skrzypiących, brudnych schodach, żebraczka weszła aż na czwarte piętro, klnąc, gdy naraz potknęła się o jakąś postać, leżącą wpoprzek progu.
— Przestań kląć, babko! — zawołała młoda kobieta, podnosząc się z ziemi. — Tchu mi nie staje w piersi w tę noc upalną. Wyjdę chyba na ulicę zaczerpnąć powietrza.
— Trzymaj język w gębie... Nancy! — szorstko odparła stara kobieta. — Zapal łojówkę i poświeć mi; zobaczę, co się da zrobić z tą małą.
Nancy potarła zapałkę i wyszukawszy ogarek świecy, podeszła do tapczanu, na którym Molly złożyła swój ciężar.
Żółty, chwiejny płomień padł na śmiertelnie bladą twarz Marjorie, na złociste jej rozsypane w nieładzie włosy i czerwoną pręgę krwi wpoprzek czoła.
— Miłosierny Boże! — zawołała Nancy, padając na kolana. — Jakże podobna do mego Gima, nawet ranę ma w tem samem miejscu, co mój biedak, gdy go śmiertelny cios trafił. Jakiż znów nowy piekielny zamiar zaświtał w twojej głowie, babko?
Słowa te wymówiła płaczliwym, ale dzikim prawie głosem, poruszając silnie kościste ramię starej kobiety.
— Uspokój się — łagodniejszym głosem odparła Molly, patrząc niemal trwożliwie krwią nabiegłemi oczyma w rozjątrzoną twarz Nancy. — Mam tylko dobro dziecka na względzie... Uległa wypadkowi, więc przyniosłam ją do ciebie, abyś ją pielęgnowała.
— Uległa wypadkowi, powiadasz? — podejrzliwie odezwała się młoda kobieta. — Dziwny to musiał być wypadek, który przyprowadził biedne dziecko do podobnego stanu...
— Przysięgam, że tym razem mówię prawdę... — zaklęła się kobieta. — Może zresztą rana nie jest śmiertelna... Obejrzyj ją.
Nancy tymczasem zaczerpnęła wody z wyszczerbionego dzbanka i starą szmatą zwilżała delikatnie skrwawione czoło Marjorie. Twarz młodej kobiety łagodniejszy przybrała wyraz i coś, niby łza, zabłysła w jej oku.
— Zdaje mi się, że oddycha, choć rana jest głęboka, a długa, jak mój palec — rzekła podnosząc się z miejsca. — Podtrzymaj jej głowę, a ja pobiegnę po lód i przyłożę jej do skroni.
Marjorie wydała cichy, bolesny jęk i nawpół otwarła zamglone oczy, ale je natychmiast zamknęła. Nancy wydostała parę pensów z blaszanego pudełka i poleciwszy surowo starej, aby nie spuszczała dziecka z oczu, szybko zbiegła ze schodów.
Molly tymczasem skorzystała z jej nieobecności, aby ukryć złoty łańcuszek w słomie siennika; potem rozebrała małą z jej pięknych sukienek i zostawiwszy ją tylko w cienkiej, oszytej koronkami koszulce, położyła ją na łóżku.
Następnie rozsznurowała eleganckie jej buciki, oceniwszy wartość ich jednym rzutem oka i wrzuciwszy je do brudnego fartucha, cichaczem zeszła na dół, zostawiając Marjorie samą. Gdy Nancy powróciła po kwadransie, niosąc lód w słoiku, towarzyszył jej szczególnie wyglądający mężczyzna.
Pan Boddy, jak go nazywano, snać spadł bardzo nisko z poprzednio zajmowanego stanowiska w świecie. Wśród ubogiej ludności tej dzielnicy miasta zjednał sobie pewną powagę jako doktór (gdy był trzeźwy). Miał lat czterdzieści pięć, wyglądał jednak na dużo starszego, bo choć zarost twarzy miał ciemny, włosy jego były prawie zupełnie białe. Nosił je w długich puklach, spadających na szyję i zwracał niemi powszechną uwagę. Nikomu nie było wiadomem, z czego się utrzymywał, ale że nigdy nie był wmieszany ze swymi sąsiadami w żadną złodziejską sprawę, przypuszczano tylko, że przechowuje u siebie skradzione rzeczy i korzystając jednocześnie ze znajomości i stosunków w sferach wyższych, zbywa takowe w sposób korzystny.
— Oto ta mała — rzekła Nancy, podnosząc Marjorie na rękach — jest to córeczka mojej nieboszczki siostry. Spadła ze schodów i potłukła się ciężko. Przelękłam się okropnie, zobaczywszy ją w tym stanie i zaraz pobiegłam do pana, przykazawszy Molly, aby ją pilnowała.
To mówiąc, Nancy obstrzygała jedwabiste, złote pukle włosów, krwią spiekłą zbroczonych; poczem niespokojnie spojrzała na pana Boddy.
— Brzydka rana — odezwał się lekarz głosem, który, choć ochrypły od nadużycia trunków, zachował brzmienie zdradzające ślady dawnego wytwornego wychowania. — Mogła się łatwo zabić na miejscu. Zaszyję bliznę.
Ku wielkiemu zdziwieniu Nancy, wyjął z kieszeni małą szkatułkę z instrumentami chirurgicznemi i począł się niemi posługiwać z wielką wprawą.
— Nie dziwiłbym się, gdyby ta mała popadła w ciężką chorobę — rzekł, przypatrując się jej uważnie. — I nie ręczę, czy się z niej wygrzebie... Rana jest głęboka, ale kości nie są uszkodzone i prawdopodobnie utrata krwi mocno ją osłabiła. Okładaj ją lodem, a jutro przyjdź do mnie. Jeżeli nie będę mieć napadu delirjum, to przepiszę lekarstwo dla niej.
— Czyżbyś pan nie mógł powstrzymać się od picia? — spytała Nancy. — Szkoda marnować takich zdolności lekarskich, jak pańskie...
Cień przemknął po twarzy mężczyzny, przystanął, jakby coś bolesnego wspominał.
— Przestań... — rzekł zaraz szorstko — nie pytam ciebie o nic i tobie też nic do mnie...
— Przepraszam pana... — mimowolnie tłumaczyła się Nancy.
— Mniejsza o to — rzekł, powracając do dobrodusznego tonu. — Więc to dziecko twojej siostry... Ładną ma na sobie bieliznę... czy twoja siostra jest zamożną?
Nancy zarumieniła się i zamilkła.
— Nie daj tylko starej dobrać się do tych rzeczy — poradził lekarz. — Tyś dobra kobieta, Nancy. Oto drobnostka na lód... — poczem wsunął jej srebrną monetę do ręki.
— Dziękuję panu — zdławionym głosem odparła młoda kobieta. — Będę czuwać nad nią, jak nad źrenicą oka mojego... Przypomina mi bardzo mojego biednego chłopca...
— Nie wiedziałem, że miałaś dziecko... — rzekł lekarz, patrząc na jej pomieszaną twarz.
— Tak, byłam matką... — wybuchnęła żałośnie kobieta. — Miałam ślicznego jasnowłosego synka, z oczkami błękitnemi, jak niebo... Trzy latka miał, gdy zdarzył się ten okropny wypadek... Mój mąż jest wnukiem starej Molly... nie mógł cierpieć dziecka... sama nie wiem, z jakiej przyczyny... Gim, jakby to przeczuwał, biedaczek, zawsze mu się usuwał z drogi... Och! było to takie roztropne maleństwo! Ale pewnej nocy, gdy starucha i mój mąż wrócili do domu pijani i ledwo zdolni utrzymać się na nogach, Gim czołgał się po ziemi, a Molly potknęła się o niego; wtedy — tu głos biednej matki zniżył się do namiętnego szeptu — wtedy ojciec jego chwycił stołek i z całej siły uderzył go w główkę...
Przez dwa dni leżał nieruchomy, jak ta oto mała, trzeciego dnia otworzył swoje śliczne zamglone oczęta, wyszeptał słodko: — mamo! — i umarł z tem słowem na sinych usteczkach. Odtąd czasem mi się miesza tu w głowie... nie jestem już sama sobą.
— Pilnuj tego maleństwa — rzekł doktór, odwracając się szybko. — Jutro będę cię oczekiwał.
Nancy z niezwykłą uprzejmością odprowadziła go do drzwi i poświeciła na schodach; potem usiadła obok łóżka i z zaciśniętemi hardo ustami, a łzą boleści w iskrzącem się oku przetrwała do samego rana. A w miarę, jak fala goryczy zalewała jej serce, dotknięcie jej dłoni, chłodzące rozpalone czoło bezprzytomnego dziecka, stawało się delikatniejszem, a wzrok ognistych jej oczu miękł i łagodniał stopniowo.
Gdy w parę godzin potem stara Molly wróciła w stanie zupełnej bezprzytomności i rzuciła się jak długa na podłogę, skarżąc się żałośnie, że Nancy więcej dba o tego bębna, niż o kochającą ją babkę, młoda kobieta, nie odpowiedziawszy słowa, obrzuciła ją tylko pogardliwem spojrzeniem, i nie troszcząc się wcale o nią, dozwoliła jej zasnąć na ziemi.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jeanie Gould i tłumacza: Zofia Hartingh.