Gehenna/Tom II/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Gehenna‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Gehenna
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.
W parku Monaco.

W pięknym swym buduarze, na atłasowej kanapie, gorąco żółtego koloru, Lora von Bredov Nordica leżała rozciągnięta swobodnie. Paljowy szlafrok, raczej zwój z tiulów i koronki owiewał ją bajecznie subtelną powłoką, nie zazdrosną wszakże; różowe tony ciała przeświecały z pod tej obłocznej szaty niezbyt dyskretnie. Nogi bose, w sandałkach purpurowych, złotem szytych, Lora założyła jedną na drugą, ramiona obnażone rzuciła swoim zwyczajem poza głowę i, zanurzając palce w kaskadzie włosów rozpuszczonych, złoto rudych, śmiała się drażniącym chichotem do Hańdzi Tarłówny, która naprzeciw niej siedziała, wtulona głęboko w fotelu na biegunach.
— Pytasz o Oksztę? A no, widzisz on był motorem wprowadzającym mnie w świat. Adrjan miał temperament i umiał szaleć, zaraził mnie. Oddałam się mu jeszcze w Wilczarach. Och! pamiętna noc. Pomyśl sama; w gnieździe takiego smoka, jak Kościesza, obok takiej niewinności anielskiej jak ty Anuś i takiej cnoty zamarynowanej jak Ewelina. No... i przy boku mamy, to także coś znaczy. Emocja niebywała, zresztą pierwszy raz!...
Ach! tempi passati! Wyjechaliśmy o świcie, ucałowałam ciebie śpiącą i hajda w świat!... W Szwajcarji byliśmy do zimy, zapał nasz trwał, ale z chwilą, gdy zaczął słabnąć, oglądaliśmy się oboje za drogą wyjścia.
— Więc go nie kochałaś Loro?... I tak bez uczucia, bez wiary poszłaś za nim? I nie czułaś potem goryczy, niesmaku?... Nie zapragnęłaś powrotu?...
— Nie Andziu! Ja wiem, to ci się w głowie nie mieści, a jednak tak jest.
Nie obiecywaliśmy sobie z Adrjanem małżeństwa, żadnych zobowiązań, tylko szał. Skoro ten minął i myśmy się rozpryśli w dwie strony. Przyjechałam tu. Pamiętasz może, zażądałam wówczas pieniędzy od mamy i trochę mi ich przysłała. Biedna! okłamałam ją, że wychodzę za mąż, a naprawdę było ze mną wtedy krucho. Lecz wybrnęłam...
Andzia zabujała silniej fotelem, Lora zauważyła jej wzrok pytający.
— Nie pytaj Anuś jakim sposobem, nie pytaj!... Widzisz... trochę grałam szczęśliwie, bardzo szczęśliwie. Piękna, młoda dziewczyna zawsze znajdzie tu opiekuna, miałam wówczas dziewiętnaście lat, jesteśmy rówieśnicami, jakież inne nasze drogi! I czy wiesz, nie zazdrościłam tobie, było mi tak jak zawsze pragnęłam, no, cokolwiek inaczej... z początku. Weszłam w ten lej tutejszy, który słabych ciągnie na dno.... ja obijałam się trochę o złote jego ściany, lecz nie zepchnięto mnie w głąb. Mam spryt duży i urodę, umiem te dary wyzyskać, wierzę w siebie nieograniczenie.
Zaległa chwila ciszy. Tarłówna nie odrywała oczu zamyślonych od pięknej kuzynki. Sama była bledszą niż zwykle. Biały, lekki szlafroczek i warkocze czarne, spuszczone na przód figury, które wiły się lśniąc jedwabiem miękkim, nadawały jej wyglądu jakby jakiejś kapłanki, słuchającej w skupieniu spowiedzi jawnogrzesznicy. Spytała cicho.
— Więc takie życie dało ci zadowolenie?... A kiedyż poznałaś twego męża?...
— W rok po przyjeździe na Riwierę. Odrazu oszalał za mną, przejrzałam go na wylot i zaczęłam grę. Powiedziałam sobie, że on będzie moim mężem. Kolosalnie bogaty Rumun, viveur w całem znaczeniu, łatwowierny, zapalny i... głupi. Ha, ha, ha!... Przytem nazwisko podobało mi się. Utrzymałam nasz stosunek ceremonjalnie aż do ślubu, którego zażądałam jako jedyną drogę... do mnie... Dziwisz się?...
— I on uwierzył w twą... niepokalaność?...
Lora parsknęła śmiechem.
— We wszystko wierzył byle mnie posiąść. Myślę, że tylko w takich podnietach Jowisz zamieniał się w woły i węże. Robiłam z Nordicą co chciałam, przeistoczyłam go w baranka, żebrał u moich nóg. Nie i nie... Wściekłość go porywała. Po ślubie wynagrodziłam mu mękę... Och, trzeba być niekiedy wyrozumiałą. Oddawałam mu się z taką pasją, tyle ognia i mistrzowskiego rozpasania miał odemnie, że zmysły doprowadzały go do obłędu. Szalał...
— A ty Loro?... Czyś go kochała?...
— Kochać?... Ach nie! tego uczucia zupełnie nawet nie znam. Rozpalał mię tylko, do wściekłości doprowadzał... wkrótce się wyczerpałam... ostygłam.
— Więc tylko zmysły i zmysły? — wybuchnęłą Andzia. — One wiodą ludzi do grzechu, który nazywają rozkoszą, one wytwarzają takie szały?... Czy wy jesteście — ludźmi, czy karłami ludzkimi?... Czy to jest piękno, czy rynsztok plugawy, te wasze zapały, ten wasz szał?...
— To jest życie Andziu, esencja życia, jego paliwo główne, jego byt, jego poezja...
— Nieprawda! świat nie jest tak lichym, poezją jego nie mogą być zmysły. To fałsz! To tylko ludzie zwyrodnieli, odrzuciwszy wszystko co głębokie, co święte, co wielkie, zostali przy małostce, bo najwygodniejsza, bo daje rozkosz fizyczną. Nie znacie duchowej: do tamtej trzeba się wznieść, tę waszą łatwiej osiągnąć. Podstawą życia jest...
— Pieniądz i rozkosz! — dokończyła Lora.
Tarłówna opadła ciężko na fotel.
— A miłość potężna, święta?... wszak z niej wszystko wypływa — szepnęła ciszej. — Ona także budzi szały, ona daje natchnienie bardzo szeroko zakreślone, twórcze, ona promieniuje... Miłość... pozwala ogarniać przestworza rozległe, nad miarę umysłu ludzkiego. Zapał, zachwyt, urok szał, nawet i szał podniety zmysłowej, ale poczęty z miłości — jej twór, jej wykwit... Genjusz miłości daje taki war we krwi, to jego dzieło, wtedy tylko... czaruje.
— Mylisz się Aniu! Wtedy daje najczęściej cierpkie owoce, zawodu, lub... kir wieczystego smutku, jak tobie naprzykład.
— Wówczas nawet cierpienie jest miłością. Taki ogrom nie maleje, nie ginie.
— Ale się nim przesyca. To siła, przyznaję, lecz nie dla każdego dostępna. Zmysły au naturel upajają wszystkich, bo to realność, to potrzeba fizyczna, to wola organizmu, to wreszcie rozkosz! Miłość jest upojeniem?... dobrze, ale i męką. Wreszcie powtarzam, taki kwiat nie na każdem podwórku zakwita. To lepiej. Nie byłoby w życiu głównego barwnika, gdyby tylko miłość duchowa rozdawała szały. I... cóżby robiły kobiety, których jest większość na świecie?...
— Ach, w ten ton uderzasz...
— Bo ważny, moja Hańdziu. Miłość przy wszystkich swych hojnościach daje niezaprzeczenie zazdrość i... pragnienie wyłącznej przynależności. Wszelkie recepty na wiarę i zaufanie śmiało rzucić można w piec. Gdy się kocha, zazdrość wkracza z taką pewnością do uczuć ludzkich, jak... ach! no, jak żandarm na granicy Rosji wołający o paszport. Jest to nieodzowne, bezwarunkowe. Czyli, że miłość nakłada pęta, na obie strony, męską i kobiecą. Kochasz i jesteś niewolnikiem tej miłości.
— Ona wygładza taką niewolę, czyni ją nietylko znośną, lecz... drogą.
— Bon! ale tymczasem należycie do siebie, a co robią inni? ci, którym nie sądzono było kochać i trafić na miłość?...
— Paradoksujesz Loro. Tak stawiać kwestji nie można.
— Poczekaj, ja jeszcze chcę mówić o parze zamkniętej w kręgu miłości. Czy ty myślisz, że to uczucie szczytne daje zarazem ślepotę i głuchotę na wszelkie blaski i melodje świata?... nie, ma petite! Nie łudź się. Prędzej lub później, ona lub on, gdy już napatrzą się na siebie dowoli, napieszczą, naidealizują, mówmy otwarcie, namnożą niezbitych dowodów swej wyłączności, wówczas przecierają oczy, żeby zobaczyć, co też świat porabia? I daltonizm wytworzony przez patynę miłości niknie, wzrok, słuch przeciera się. On, albo ona nabierają apetytu do jakiejś odmiany w codziennej potrawie. Pobożny marcepan miłości trochę się przejadł, zapachniały ostryżki, pieprzyk nęci, a tu pokusy są, wabią. Och, ja maluję notabene bardzo klerykalną parę. Zwykle prędzej i łatwiej zaczynają się takie wycieczki ciekawe, po za próg uświęconego ogniska. Ale miłość pomimo tego trwa i... zazdrość jest już jak w domu. Mąż robi wycieczki, żona histerjuje się lub cierpi, żona pierwsza przetarła oczy, mąż urządza jej piekło. Już po spokoju, już się wkrada podejrzliwość, niechęć, obraza. Oto są owe opiewane tęcze miłości.
— O jakich ty wycieczkach mówisz, Loro?...
— O najprostszych. Żona zazdrosna z miłości, często z własnej próżności, chciałaby, żeby jej mąż nie spojrzał już na żadną kobietę, nie mówię, żeby ją zdobywał, ale nawet patrzyć nie wolno, pochwalić pobawić się. Sama jednak, gdy się komu podoba, odrazu odgadnie i wcale nie broni, owszem to jej pochlebia, często bawi i ukrasza jej życie, smak cnotliwego marcypanu zaostrza trochę. Za to mąż choćby sam miał stokroć wybujalsze zakusy nie daruje żonie jej powodzenia. To przecie grzech ciężki, występek! A jeśli ona polubi czyjeś towarzystwo, nawet najniewinniej, najszczytniej, po prostu wiedziona potrzebą szerszego horyzontu, bez osobistych zmysłowych podniet, gdyż te ma w domu, pod sklepieniem swej miłości, wtedy pan mąż dęba staje. Zazdrość rozsadza go jak dynamit i miłość wytwarza już pole bitwy.
Tarłówna powstała z fotela. Zdenerwowana przebiegła pokój parokrotnie.
— Zbyt czarno przedstawiasz, Lorko, życie i małżeństwo. Tak nie jest! ty zawsze byłaś pesymistką, zawsze ironizowałaś to, co uświęcone, co drogie, co wreszcie jest poezją, jedyną w życiu.
— Jeśli zakucie dwojga ludzi w kajdany obowiązków i w jakieś tam przysięgi, ma być poezją życia, to ci Andziu nie zazdroszczę, — odparła Lora. — Szkoda, że właśnie kobiety z takiemi pojęciami, gołębice uczuciowe idą najczęściej na ofiarę całopalną zupełnie odrębnych mężczyzn. To jest tragedja! Wogóle najczęściej bywa tak: że kobieta odchodząc od ołtarza widzi przed sobą niebo i marzenia swe najszczytniejsze w pełni rozkwitu, mężczyzna zaś tylko — pokój sypialny...
— Loro zmiłuj się! Loro nie bądź tak okropnie wyzutą, taką cyniczką, nie sądź ludzi tak surowo, tak... podle...
Andzia zakryła oczy i stojąc przed kuzynką, trzęsła się z oburzenia, szepnęła cicho zawstydzona.
— Wybacz mi, mój okrzyk, daruj... ale... jesteś straszną...
— Jestem tylko szczerą, nigdy się nie łudziłam co do idealnych uczuć mężczyzn i kobiet. Są takie wyrodki, owszem są, lecz i tym łuska spada z oczu dosyć prędko.
— Nie możesz mieć doświadczenia w takiej kwestji.
— Ty chyba tem mniej?...
— Przyznaję, ale jeśli sądzisz mężczyzn, miarą Adrjana Okszty i...
— Mego męża, bądź odważną Hańdziu.
— Więc tak. Wszakże oni nie mogą tworzyć teorji, obaj są zmysłowcami bez zastrzeżeń.
— Doskonale! Przynajmniej od razu wiadomo z kim się ma do czynienia. My oboje wychodząc od mera, po ślubie cywilnym, nie różniliśmy się zupełnie w naszych... widzeniach, tylko że on szalał wewnętrznie, jak wulkan przed wybuchem, ja... nastrajałam się do... nowej partji. W nagrodę za jego zapał, wytrwałość, za danie mi nazwiska, chciałam rolę swą odegrać... wirtuozowsko i... odegrałam...
— Wstrętne, wstrętne! — krzyknęła Andzia z oburzeniem.
Z rękoma przy skroniach i ohydą w oczach, przerażonych tem co słyszała, prędko wybiegła z pokoju.
Pani von Bredov Nordica parsknęła krótkim śmieszkiem, wyciągnęła się rozkosznie na kanapie, ruchem wężowym, nagle jak sprężyna skoczyła na nogi. Kilku poruszeniami rąk rozmotała spowijające ją tiule i, stanęła przed zwierciadłem, jak bogini grecka w świetnej plastyce swej nagości. Włosy rude spływały na plecy bogatym zwojem, strząsnęła głową i wzrokiem pałającym przyglądała się sobie długo. Uśmiech drażniący a tajemniczy pełzał po wargach krwawych, żądnych rozkoszy. Pierś dyszała szybko.
... Pragnę, stale pragnę... oto jest piękno i poezja życia.
...Handzia nazywa to wstrętem... gdzież jest prawda?...
...O! wieczna męko... kobiecości!... pragnienie rozkoszy... to grzech,... wyrzeczenie się jej... to smutek i... zasługa... cnota, ha, ha, ha!...
Nacisnęła guzik dzwonka elektrycznego.
Cicho rozsunęły się drzwi buduaru.
— Vittorina?...
— Jestem, pani.
— Kąpiel gotowa?...
— Tak, pani.
— Tualeta biała z ponsową siatką, płaszcz adamaszkowy z sobolami.
— Już wiem; wszystko gotowe.
— Automobil?...
— Czeka. Szofer pytał czy pani nie zmieniła projektu.
— Która godzina?...
— Kwadrans po jedenastej.
— Czy panna Tarło poszła do siebie.
— Tak, pani.
— To dobrze. Idę do wanny.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Hańdzia źle się czuła w pysznem mieszkaniu pani von Bredov. Nie mogła się oswoić z atmosferą panującą tu, duszno było jej i niespokojnie. Miny lokajów ironiczno-bezczelne, niesmaczne uśmiechy subretek dokuczały Hańdzi. Męczyły ją przytem ciągłe zebrania w salonie Lory, nie gustowała w nich. Mężczyźni byli zbyt obcesowi, wzrok ich obrażał Hańdzię. Chociaż unikała ich starannie, jednak towarzystwo to stało się dla niej nieznośnem. Kobiety raziły ją tembardziej. Wszystkie te wielkie damy, zachowaniem się i wyglądem nasuwały wątpliwości co do swej dystynkcji. Stroje bezwstydne, kosmetyki na twarzach, rozmowy i ruchy zbyt swobodne, często wprost wyzute, robiły na Andzi wrażenie, że się dostała do jakiejś jaskini. Zauważyła prędko, że i ją uważają za coś cudzego, nie liczono się z nią, ale ją krytykowano. Była tu intruzem. Częste, dzienne prawie wycieczki do Kasyna, gra w ruletę, roznamiętnienie towarzystwa hazardem, napawało Tarłównę obrzydzeniem do tych ludzi. Po tygodniowym pobycie uczuła przesyt i mękę; rozgoryczenie do Lory spotęgowało ten niesmak. Andzia nie mogła darować kuzynce jej sposobu życia i środowiska, w którem się obracała. Ciążyła Andzi myśl, że i tu spotkał ją zawód, że dawna Lora jakkolwiek zawsze zdradzająca zbyt śmiałe poglądy, zawsze cyniczna, ale jakaś swoja, teraz wyłączyła się zupełnie, stawiając mur pomiędzy sobą i towarzyszką lat dziecinnych i młodzieńczych. Lora postępowaniem swem nie obiecywała nigdy zjednoczyć się z Hańdzią duchowo, ale jednak dawniej była bliższą, bardziej siostrzaną, obecnie wiał od niej chłód na Andzię i mroził ją.
Tarłówna uciekała na częste wycieczki, samotne, do miejsc ustronnych, rzadziej uczęszczanych przez gwarną publikę. Panna Niemojska zwykle nie towarzyszyła jej, nie mogąc chodzić, ona więc zostawała na tarasach, które były dla starej nauczycielki szczytem piękna i marzeń. Siedząc na ławce, odwrócona do morza, z gazetą lub książką w ręku potrafiłaby przetrwać tak cały dzień. Słońce grzało, morze mieniło się tęczowo, szum fal rytmiczny kołysał słodko duszę panny Eweliny.
Andzia nie lubiła tarasów. Za dużo ludzi, hałasu, ciągła, sucha strzelanina do gołębi, nisko nad morzem, mordowanie bezmyślne niewinnych ptaków, huk tramwajów, częsty łoskot pędzącego pod tarasami pociągu, przeraźliwe ryki samochodów. I zresztą znowu tłum, wprawdzie mniej zahypnotyzowany grą, niż w salach Kasyna, ale także bardzo rozmaity i „rozriwierowany“. Nie częstymi okazami są tu ludzie zupełnie normalni, spokojnie, dla potrzeb zdrowotnych używający ciepła zbawczego i powietrza, o kryształowych własnościach. Takich ludzi spotyka się nie wielu na tarasach montecarloskich, odrazu się ich odróżnia. Ci, co przybyli po zdrowie, mają inną patynę od osobników zagnanych tu żądzą gry; mają wyłączną dystynkcję i powagę, którą nawet tubylcy szanują więcej, niż niepokój gorączkowy, charakteryzujący tych, co przybyli napełnić kasy pana Blanca, bo nie własne kieszenie. Odrębność kuracjuszów jest tu widoczną i sympatyczną.
Panna Ewelina i Andzia nie przyjechały tu dla klimatu, lecz i nie dla Kasyna, odrazu też przywarły do tej drugiej kategorji tłumu, brano je powszechnie za kuracjuszki. Tarłówna miała uprzywilejowane miejsca spacerów swych i rozmyślań. Jeśli nad morzem, to park Monaco, piasczysta połać dla łódek obok bulwaru Condomine i płaskie skały tuż przy fali, pod nasypem kolejowym stacji Monte-Carlo. Jeśli drażniło ją morze, uciekała do parku obok Kasyna, do altany z żywopłotu, gdzie była klatka gołębi werflów, lub do zagrody drucianej, w której hodowały się kozy górskie, skaczące po sztucznej skałce. Często lubiła przebywać na górce, w kącie parku, otoczonej gęstwiną drzew i krzewów rzadkich gatunków, agaw, kaktusów i różnego gąszczu roślin, dokąd z niższej strony parku wchodziło się po kamiennych schodkach, zupełnie zatopionych w zieleni. Morze szafirowe i góry rdzawe o różowych refleksach, przeświecały poprzez krzewy.
Do parku Monaco uczęszczała najchętniej.
Pewnego popołudnia Andzia zmęczona wyjątkowo obiadem w galerji Karola III-go, gdzie była z Lorą, w licznem towarzystwie, przebrawszy się, pojechała tramwajem do Monaco. Pragnęła ciszy, samotności. Wysiadłszy z wagonu, szybkim krokiem, w obawie by jej kto nie uprzedził, poszła przez cały park, aż na jego kraniec ostatni, dotykający już ogrodu książęcego. Miała tam swój ukochany kącik, na cyplu skały, schowany w zieleni, otulony jak gniazdo ze wszech stron, tylko szeroko rozwarty na morze, z widokiem jak z bajki. Prowadziła tam uliczka wąska, zagłuszona w gąszczach i kręta. Schronisko wyborne dla tych, co chcą być sami. Od jedynej ławeczki, przypartej do skały, w zwojach bluszczu i przedziwnych roślin pnących było zaledwo parę stóp, nie więcej, do niskiej barjerki żelaznej, poza którą rozpościerało się morze w przepaści kilkunastopiętrowej. Tarłówna patrząc w dół doznawała zawrotu głowy, lecz podniecał ją widok dzikich złomów skalnych, spadających pionowo, od zrębu owego cypla ku morzu. Rosły w szczelinach kamieni dzikie agawy, jakieś pnące, niezwykłe kwiatki chorowite, kępki szaro-zielonej roślinności morskiej.
Nisko na dole burzyły się piany białe, fale tłukły o kamienie, pluły na nie z bezsilną zajadłością, lub też, uspokojone, lizały je poufale, omywając biedne roślinki słonemi językami. Morze i morze, hen, w nieskończoność idące. Wzrok biegnie swobodnie i krańca nie znajduje, niebo nalane błękitem, woda szafirem nasiąkła, na niej spiętrzone grzbiety faliste, pasma białych welonów i grzywy wzburzonej bieli i ciemniejsze załomy szafiru i ruch bezustanny, żywiołowy, bełkot, szum, rozgwar, masy wód. Rozkołysana przestrzeń, otchłań pełna tajemnic, skąd głosy jakieś i szepty i melodje płyną. Organ jedyny, świat odmienny i nęcący, mistyczne społeczeństwo wnętrza i dna. Czyż jest tu dno?... Morze, morze niezrównane, kolos! Na prawo, ze swego gniazda skalnego Andzia widziała w oddali, wysunięty w morze, wąski pas przylądka Beaulieu. W przeczystem powietrzu widoczne były białe sylwetki domów i pałaców, jakaś wieżyczka. Bliżej rysowały się brzegi wpełzające w morze, wzgórza, domy i drzewa, Cap Ferrat, Eze, Cap d‘Ail. Tor kolejowy biegł tam nisko nad morzem, kłąb dymu zaplątany w mozajkę domów, skał, kwiatów rozpływał się jak obłoczek. Tarłówna oswojona już z tym widokiem napawała się nim dowoli, poczem siadła na ławeczce i puszczając oczy w dal bezbrzeżną, myśli swe tęskne wysłała na Wołyń. Odwiedzały wszystkie, bolesne i drogie zjednoczone z sobą miejsca, rozbudziły śniące tam wspomnienia. Zamajaczyła chata Grześka, w uroczysku pod Wołkiem, postać dzielna Andrzeja wyrosła, wycieniowana z plastyką niesłychaną. Scena w stajence... Watażka parskający nozdrzami, obawa spotkania Kościeszy... czarowna chwila upojenia w ramionach Andrzeja, jego szał, miłość, pocałunki, moment wybuchowy, gdy siedzieli oboje na siodle. Przytulona do jego piersi, pieszczotami okryta była jak dziecko, lub jak branka porwana przez junaka zakochanego, sama półprzytomna z miłości. Jego słowa pamiętne, jego oczy sokole i usta jak dwa węgle...
Jego głos niski, męski, a młody, pełen dźwięku i uroku.
Jego szept zdławiony uczuciem.
Hańdziu!... Hańdziu!... moja!...
Tyle chwil cudownych!... taka krótka minuta szczęścia nieziemskiego. Bo wszak epopeja, którą przebyli, to minuta tylko wobec życia, to kropla słodyczy w oceanie, mało!... w potopie niedoli.
...Szczęście jest zazdrosne, daje z siebie po listeczku, który schnie prędko...
... Pozwala ogarnąć się w całokształcie i w pełni swego czaru ginie, pustkę zostawiając...
...Dlaczego tak mało?...
...Dlaczego morze tak piękne, niezmierzone, trwałe jest i wieczne...
... Szczęście z Andrzejem było jak morze głębokie, rozległe, a złote, a błękitne, a tęczą i zorzą prześwitujące...
... Dlaczego znikło tak prędko, bez ratunku... brutalnie... strasznie!...
Zwikłały się obrazy w myśli Andzi, wizje sunęły jedna za drugą, splątały wspomnienia...
Była ich taka moc...
Płynęły od nich barwy pastelowe, natchnione, świetliste odbrzaski...
Może motyl podczas swego istnienia krótkiego, jak sen o niebie nazbiera takie mnóstwo kolorów i kropel słodkich z kielichów kwietnych?...
Myśli falowały w mózgu Andzi jak cicha toń morska. Melancholijne były, smutne, tęskne.
Czasem myśl słodszą nasunęła wizję, ona niosła zapomnienie chwilowe, koiła, dobry, łagodny dając spokój duszy zbolałej.
Zaszumiały przed Andzią stepy wilczarskie, roztocze kwiecia, traw, ziół wonnych... zapach macierzanki... Dokoła chylą się główki kwiatowe, idzie od nich szept miłosny, idzie rozkosz. Jakiś głośniejszy szum.... to dęby huczą z oddali... tam została chata Grześka; stary borowy uśmiecha się i robi znak krzyża za Andzią i Andrzejem. Oni idą przez step... Jędrek odprowadza ją do Wilczar.
Otoczył ją ramieniem silnem i wiedzie... swoją narzeczoną.
... Hańdziu! Jędruś!... szepcą usta na ustach.
Step ich kryje w sobie, zanurzeni w nim, spokojni... Idą... szczęśliwi, a kwiaty śpiewają nad nimi. Och, jak słodko szumi step...
Andzia oczy ma zamknięte, siedzi na ławce sztywno, zapatrzona w wizję...
Bełkot fal morskich bierze za szum kwiecia i traw...
Głośniejszy zew morza... to u niej dęby huczą...
Pachną rośliny wytworne, słony smak wody miesza się z wonią subtelną kwiatów skalnych...
Ale dla Andzi to stepy wilczarskie zapach ronią...
Niema morza, ni skał, ni krzewów rzadkich, są tylko białe margeryty, dzwonki lila, krwawe smółki, bodziaki-osty wyniosłe o liljowych i bordo szczoteczkach... Są zioła... trawy bujne... jeden kwietnik...
... Niema niebezpiecznego cypla na zrębie skały, nad przepaścią morską...
... Jest tylko step i step...
Ona i... Jędrek...
... Niema barjerki żelaznej, zbyt niskiej oddzielającej ją o krok od zguby...
Jest tylko step szumiący... kwiaty...
Hańdzia czuje, że rosną jej skrzydła,... coś ją unosi z miejsca, podrywa... Melodja stepu woła ją ku sobie... Och, jak wabi słodki szelest stokroci polnych... jakże falują trawy, ukochane trawy wilczarskie.
Skrzydła rosną, zrywają się do lotu...
... Już... już... zaraz unoszą...
...Do kwiatów... do Jędrka!...
Rozwinęły się skrzydła... chrzęszczą...
... Tam nieście... na stęp!...
Jednym susem szalonym rzuciła się naprzód...
Głuchy krzyk, jakiś obcy, nie jej własny i silna zapora. Coś ją porwało w pół niby, w obręcze żelazne... zatrzymało, jakby wbiło w skałę.
Ocknęła się momentalnie. Stała przy samej barjerce, zwieszona nad nią, zawiśnięta prawie nad przepaścią.
Oczy pobiegły w dół, krew uderzyła do mózgu. Obręcze trzymały ją silnie. Głos obcy, barytonowy w brzmieniu, przemówił tuż za nią.
— Qu‘avez-vous?... Etes-vous desesperée,. ou un cauchemar, vous tourmente-t‘il?...
Oprzytomniała zupełnie, odwróciła się uwolniona z silnych więzów...
Stał przy niej nieznajomy z Vintimilli, oczy ciemno-siwe, zielonkawe, wświdrowywał badawczo w jej spłoszone źrenice. Na twarzy zimnej malowało się pewne przerażenie w połączeniu ze zdumieniem.
Hańdzia przetarła oczy, odrzekła wolno, głosem drżącym.
— Non! C’etait une hallucination... Je me voyais sur les prés fleuris de mon pays natal, la Pologne...
— La Pologne?!... Ach! elle reve toujours!...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.