Gehenna/Tom I/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Gehenna‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Gehenna
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.
Ta kartka.

Lato dobiegło końca.
Przyroda witała jesień sytą, pełną dostatku i łakomych obietnic. Ostatnie złote blaski słońca przyświecały ludziom, ale zapowiedź rychłych słot sunęła już po niebie coraz mglistszym, niby usypiające zwolna oko pogody.
Życie w Turzerogach płynęło monotonnie. Andzia z pomocą panny Eweliny zajęła się szczerze szkółką, i ochroną dla dzieci wiejskich. Pragnęła jeszcze założyć szpital, lecz tu Kościesza opierał się, pomimo obietnicy.
— Niedość, że się chamy uczą, i bawią, jeszcze ich będę leczył?...
Andzia nie mogła wywalczyć tego. Prócz filantropijnych zajęć kształciła się sama i z pomocą nauczycielki. Po za tem interesowała się gorliwie Smoczewem, wpływając na ojczyma i na rządcę turzerogskiego pana Kadłubka, aby folwark ciotki Malwiny obsłużony był, jak potrzeba. Sama zaglądała tam bardzo często i z radością oddała ciotce pieniądze za kartofle i buraki, wykopane prawie pod jej nadzorem.
Andzia stała się opiekunką i lektorką matki Jasia. „Posiedzenia literackie“, wedle określeń Kościeszy, były dla pani Smoczyńskiej jedyną pociechą w jej ciężkich myślach, listy zaś od Jasia jakby głównym celem jej życia. Do listów tych wzdychała, wpadając w rozpacz, gdy poczta nie przyniosła jej upragnionej koperty. Nie odczuwała pomimo to w słowach syna jego duszy, nie umiała czytać pomiędzy wierszami. Za to Andzia posiadła prędko tę sztukę i łatwo doszła do przekonania, że Jaś cierpi nietylko duchowo, ale że mu jest bieda materjalna. Jakkolwiek do niej nie pisywał wcale w obawie nowej przykrości ze strony Kościeszy, pomimo to Andzia postanowiła rzecz zbadać i coś na to zaradzić. Dziewczyna czekała świąt Bożego Narodzenia, tymczasem święta nadeszły, ale Jan nie przyjechał. Wytłumaczył się przed matką listownie brakiem czasu, bo przez ciąg ferji świątecznych postanowił pracować. Andzia domysły swe wyznała pani Malwinie, skłoniwszy ją do wysłania Jasiowi pewnej, nie dużej zresztą kwoty, jako podarunek noworoczny. Do Jasia napisała sama, prosząc, aby ją zawsze uważał za siostrę, i pisywał jak do siostry. Spotkał ją zawód. Jaś odpowiedział jej wprawdzie, ale listem suchym i bardzo ogólnikowym, lecz projektu korespondencji nie poparł ani jednem słówkiem. Pierwszą gorycz swoją Andzia zniosła z przykrością, w przystępie żalu poskarżyła się przed Kościeszą. Ogarnęło ją zdumienie, gdy ojczym zaśmiał się rubasznie i zawołał:
— Ha! boi się mnie smarkacz, dałem mu dobrą naukę!
— Jakto, czyżby to ojczymek zabronił Jasiowi pisywać do mnie?
— Nie zabroniłem pisać, lecz dałem mu raz do zrozumienia, że... no, rozumiesz.
— Nie, ojczymku, nic nie rozumiem.
Kościeszą zaśmiał się i, całując ją, rzekł wesoło:
— Wytłumaczyłem chłopczykowi, żeś ty... nie dla niego.
Bezmierne zdumienie i oburzenie owiało Andzię płomieniem, gniew, żal, zatamował jej mowę. Teraz zrozumiała Jasia, jego chłód dla siebie; przez łzy spojrzała na Kościeszę i prędko wybiegła z pokoju. W sercu dziewczyny zrodziła się nieufność do ojczyma, nawet pewien lęk i tego ukryć nie potrafiła.
Coraz więcej stawał się on dla niej niezrozumiałym. Tembardziej, że nie domyślając się właściwych uczuć Jasia względem siebie, nie mogła pojąć srogości ojczyma. W umyśle jej zakiełkowało wątłe przeczucie, że Jaś ją kocha i że Kościesza to wykrył, lecz natychmiast pozbyła się tej myśli, jako wprost niemożliwej. Jaś, kuzyn i towarzysz od najmłodszych lat, niemógł przecie kochać jej inaczej, niż ona jego, to jest czysto braterskiem uczuciem. Lecz widocznie i to nie podobało się Kościeszy.
W tych warunkach, w jednostajnym trybie życia mieszkańców Turzerogów krótkie dnie zimowe mijały, na jedną modłę zarysowane. Wieczór zgromadzał wszystkich w dużej sali stołowej, gdzie na ogromnym kominie staroświeckim palił się stały ogień, przy stole zaś Andzia lub korepetytor Bronowski czytywali głośno pisma i książki.
Lora wpatrywała się w ogień na kominku, często w zakochane oczy Bronowskiego. Januszek rysował zawzięcie, a stary rządca, pan Kadłubek, drzemał sobie dobrodusznie, albo wycinał z papieru żołnierzy dla Janusza. Kościesza bywał rzadkim gościem na tych wieczornych posiedzeniach, nie był też upragnionym. Pykał głośno z cygara podczas czytania i chmurnym wzrokiem mierzył obecnych. W trakcie zaś najciekawszego rozdziału, czy też dysputy, pan Teodor wpadał z takiem naprzykład pytaniem:
— Dlaczego Andzia nosi włosy upięte na głowie, zamiast je spuszczać w warkocze? Tak o wiele ładniej i stosowniej.
Albo:
— Panie Kadłubek, wleź pan cały w komin, to będzie lepiej, poco pół-środki?
Często przedmiotem jego zaczepek bywała pani Malwina, praktykant lub korepetytor. I tak:
— Nie pojmuję kobiet, robiących wiecznie szydełkiem, cóż za bezmyślność! pani jest jak Penelopa, z tą różnicą, że oczekuje na synala, zamiast na męża, ale to się chyba również pruje po nocach, bo zawsze tyleż tej kapy, czy dery, nic nie postępuje robota....
— To jest nie derka, tylko dywan do kościoła — odpowiada matka Lorki z dąsem.
— Dywan? A to coś nowego! moje konie mają ładniejsze dery. Panie Bronowski, niech pan uważa na malca, pędzel z farbą macza w ustach, truje mi pan chłopca przez te banialuki literackie.
Gdy Kościesza spostrzegł zachwycony wzrok korepetytora, utkwiony w twarz Lorki, natychmiast następowała uwaga mniej więcej taka:
— Pan Roman zapomina, że jutro trzeba być trzeźwym przy nauce, wszelkie roztkliwiania są dla pedagoga niestrawne.
Pewnego dnia zwrócił się wyłącznie do panny Eweliny:
— Pani zaprowadza u mnie w domu zwyczaje republikańsko-socjalistyczne: wspólne czytania, ogólne głosowanie. Ja tam jestem rojalistą i konserwatystą.
— O tak, i samowładcą — wyrwało się Andzi.
— Co przez to rozumiesz? — spytał zimno.
— Że ojczyk jest zwolennikiem feudalizmu i jako taki bywa często srogi i bezwzględny.
— Zgadłaś! Bo siłę i moc uznaję przedewszystkiem; siła to puls życia.
— Siła serca i uczuć, siła charakteru, lecz nie siła przemocy, — wtrąciła panna Ewelina.
— Serce i uczucia są to babskie łachy, któremi się zawsze zasłaniacie, mężczyźni mają inne zadania, prawdziwi zaś geniusze, ludzie wielcy przeważnie posiadali tylko siłę.
— Jakie to szczęście, że pan nie jesteś ani geniuszem, ani wielkim! — zawołała Lorka.
Wszyscy uśmiechnęli się dyskretnie.
Kościesza popatrzył na nią oczyma wieloryba, ale nic nie odrzekł.
Podczas jednego z takich wieczornych posiedzeń nagle w otwartych drzwiach od sieni stanął Olelkowicz. Pierwsza spostrzegła go Andzia. Gorąca krew oblała jej policzki, zerwawszy się, powtórzyła kilkakrotnie radosny okrzyk:
— Pan Andrzej! Pan Andrzej!
Podbiegła do niego i wówczas dopiero ogarnął ją wstyd; wszyscy patrzyli na to ze zdziwieniem, Olelkowicz witał ją pierwszą z twarzą jasną, wesołą.
Przybycie jego o tak niezwykłej porze zdziwiło wszystkich. Podczas gdy młodzieniec witał zebranych, Kościesza patrzał nań wcale nie uprzejmie, z wyraźnem pytaniem: „co cię tu sprowadza?“
Olelkowicz rzekł:
— Wyjechałem z Prokopyszcz w południe, licząc już na złe drogi, ale one przeszły nawet moje oczekiwanie, przytem śnieżyca i odwilż to tak jakby kąpiel w przeręblu, ale...
— Niema złej drogi... — podchwycił praktykant Bronowski patetycznie.
— A tak! Panno Loro, jaki to koniec tego przysłowia? — spytał Andrzej dziewczyny z lekkim umizgiem.
— Do swej niebogi — odrzekła Lorka wyzywająco, podczas, gdy Olelkowicz rozweselony skłonił przed nią głowę.
Kościesza, obserwujący młodzież, zauważył, że Andzia zakręciła się jakoś bezcelowo po pokoju, poczem zaczęła energicznie usuwać książki ze stołu.
Podawano kolację. Przez cały wieczór była nieswoja, trzymając się stale obok ciotki Smoczyńskiej. Olelkowicz bawił Lorkę, dogadywał Bronowskiemu, ciesząc się jakby z jego wściekłości, za to zajmowanie się Lorką młodego pana.
Po wieczerzy Andrzej ofiarował się czytać głośno. Ale Lorka nie chciała lektury, dość jej ma na codzień. Zaproponowała zabawę w sekretarza. Sama będąc mistrzynią w tej grze chciała zebrać obfity plon czułych kartek od młodzieży, od Olelkowicza w pierwszym rzędzie. Jakoż kartek pod jej adresem było mnóstwo: z tryumfem spoglądała na kilka zaledwo papierowych zwitków, leżących przy Andzi.
Nagle spostrzegła, że Tarłówna jedną kartkę zręcznie w dłoni zgniótłszy wsunęła ją w rękaw bluzki, że była przytem trochę zmieszana, nienaturalnie zarumieniona i że z roztargnieniem odpisywała na pozostałych kartkach.
Lorę to zaintrygowało. Przy głośnem odczytywaniu pytań i odpowiedzi spytała Andzię obcesowo, dlaczego jedną kartkę pominęła milczeniem.
Tarłówna poczerwieniała jak krew, zaczęła coś bąkać, wykręcając się.
Olelkowicz siedział zanurzony w książce, także zmieszany, ale gdy natarczywość Lory nie ustawała, rzekł opryskliwie:
— Szczególną jest taka kontrola cudzych kartek. Pani ma duże zdolności śledcze, panno Loro.
— A z pana zato bardzo niezręczny podsądny — odcięła się — gdyż teraz sam się pan wydał, że kartka... schowana jest pańskim utworem.
— Więc gdyby nawet tak było, skoro pisana jest tym razem do panny Anny...
— W takiej zabawie nie powinno być sekretów, wszyscy mogą czytać otwarcie co kto do kogo napisze.
— Pani wydaje prawa, lecz sama je pomija. Miałem dowody...
Panna Ewelina starała się spór załagodzić, gdy w tem ściesza rzekł zimno:
— Jestem zdania panny Lorci. Kartek się w sekretarzu nie chowa.
Jego wzrok żelazny uderzył nieprzyjemnie w oczy Olelkowicza, ale ten się nie stropił, widząc zaś przykrość na twarzy Andzi, postanowił rzecz zbagatelizować. Żartował, przedrzeźniał się z Lorką, czytając już głośno na nowo pisane kartki, nawet z wymianą adresów. Nie zdołał jednak rozchmurzyć panny Smoczyńskiej, widocznie na niego obrażonej. Chłód gospodarza domu mroził go, tylko ironiczne oczy Bronowskiego wprawiały go w lepszy humor.
Wieczór wlókł się niesympatycznie. Wtem Kościesza dał hasło do spania, nie zapraszając na noc Olelkowicza.
Andzia spojrzała na ojczyma z niemym wyrzutem. Udał, że tego nie widzi. Andrzej natomiast z najwyższą swobodą wydał polecenie służącemu, by zaprzęgano jego konie. Gdy zaś panna Ewelina szepnęła do Kościeszy, aby go zatrzymał, Andrzej usłyszał jego odpowiedź, dość głośną, która go uświadomiła wybornie o co chodzi.
— To zbyteczne, może jechać.
Nauczycielka zbladła, panny pokraśniały, zaś pani Malwina mruknęła końcem warg:
— Cóż za gbur.
Wszystkim zrobiło się przykro nad wyraz, lecz Olelkowicz nie wytrzymał, ukłonił się sztywno Kościeszy, w głosie jego zadrgał żart przy ironji i obrazie, gdy wyrzekł:
— Ma pan słuszność, mogę jechać i pojadę.
Poczem bardzo serdecznie pożegnał panie i obecnych mężczyzn. Gdy zbliżył się do Andzi ona usunęła się na bok, poprawiając ogień na kominie. Podali sobie ręce. Olelkowicz szepnął cicho:
— Dziękuję pani za... dyskrecję.
— Tem tylko pana naraziłam. To wszystko moja wina.
— Nie, to właśnie jest dla mnie nagrodą. Tego pragnąłem. Czy pani w tem wytrwa?
— Tak.
Silnie jej rękę uścisnął, z żywym blaskiem w oczach. Pobieżnie pożegnał Lorkę i wyszedł.
Za chwilę brzęk janczarów rozległ się dźwiękliwie za oknem.
Rozeszli się wszyscy w niemiłem usposobieniu. Andzia niepostrzeżenie wybiegła pierwsza; dopadła ją Lorka, zdyszana i gniewna.
— Pokaż kartkę, pokaż zaraz kartkę!
Tamta wyprostowała się jak struna.
— Nie pokażę nigdy, rozumiesz! — wybuchnęła z pasją.
— Dlaczego?...
— Bo nie chcę!...
— Ojczymkowi pokazać musisz; nawet pannie Ewelinie. Oni zażądają...
— Czy ty ich do tego skłonisz, Lorko?...
Smoczyńska zająknęła się.
— Ach! jak wybornie zrobił twój ojczymek, że zlekceważył tego... bałamuta.
Tarłówna milczała; milczała już na wszystkie zaczepki Lory i na jej żarty.
Lecz gdy noc zapadła i Lora zasnęła, Andzia cichutko opuściła łóżko, w bieliźnie, boso skradając się jak kotka, wśliznęła się do łazienki, obok sypialni. Tam, w wannie, zapaliła mały ogarek świeczki, siadła w kucki na zimnym metalu, i ze wzruszeniem rozwinęła zgniecioną kartkę Olelkowicza.
Czytała pisane ołówkiem, zamazane już trochę słowa.
„Jestem pod twym urokiem od pierwszego spotkania... Czy pamiętasz? Na Krasnej duszohubie? Nie wierz pozorom, które do czasu zachowane być muszą. Jeśli jeszcze nie rozumiesz dlaczego, ufaj mi, z czasem zrozumiesz sama. Twój A.“.
Andzi serce biło radosnem tępem w dziewczęcej piersi. Więc jego zajęcie się Lorką to tylko pozór konieczny, ale dlaczego, co go do tego zniewala?
Oto dziś, przed godziną, mogła zrozumieć; niechęć ojczyma aż nadto wyraźnie objawiona Andrzejowi, niegrzeczność względem gościa, to tłumaczy wszystko.
Andrzej odgadł, że Kościesza go nie lubi. Ale za co?
Tarłówna przypomniała sobie parę faktów, świadczących wyraźnie o tej niechęci. I oto stanęła po raz pierwszy przed zagadką niewytłumaczoną dla niej. Ojczym wydał jej się nagle siłą potężną, groźną; on sam mówił, że wierzy tylko w siłę, — uczucia lekceważy; serce i uczucie są to „babskie łachy“, jedynie siła jest prawem. Czyż siła wszystko może? pozwala być niegościnnym... pozwala gościa wypędzić z domu w nocy, w zamieć śnieżną, w bezdroża, skazując go na kilkomilową podróż. To jest wszystko siła?...
Nasunęły się przypomnienia. Andzia wyłowiła z nich fakty, że Kościesza zawsze był łaskawszy dla Olelkowicza, gdy ten przestawał z Lorką, ach, nawet bywał wesół, dopomagał Lorce do kokietowania Andrzeja. W jego nieobecności żartował z Lory, że zbałamuciła „kniazia na Prokopyszczach“ i że zostanie najpewniej, „kniaziową“, że zaś jest energiczna, więc będzie z niej czasem druga „kniahini Kurcewiczowa w cycowej spódnicy i jałowiczych butach“. Lorka się niby gniewała za te porównania, ale naprawdę Andrzeja uważała już jako swego konkurenta.
Andzia była pewną, że Olelkowicz zajęty jest Lorą. Ogarniał ją niepokój gdzieś pod sercem zbudzony, jakby odległy odgłos szumu skrzydeł anioła, zwiastującego jej istotną prawdę. Radosny skurcz w sercu odczuwany za każdym razem gdy Andrzej przyjeżdżał, był dla niej również niepokojącym objawem. Po wybuchu szczerości karciła się zawsze, szczególnie widząc Olelkowicza przy Lorce. Wszystkie swe odczucia i drgnienia duszy, wszystkie najistotniejsze, jeszcze nie skoncentrowane myśli i marzenia o nim Andzia kryła zazdrośnie, wbrew swej naturalnej szczerości. Teraz słowa jego, jego wyznanie wyrwało z jej duszy prawdę; anioł zwiastun nadleciał i olśnił ją czarem swych piór cudownych. Spotęgowała się w niej odrazu moc ukryta, głucha dotychczas, niewyraźna, lecz już żyjąca. Nie umiała jeszcze nazwać tych uczuć; słowo — kocham owiewały różowe mgły, tak niewinne, a cudownie rozsnute, takie tajemnicze. Nie mówiła sobie nawet, że on ją kocha, nie, to słowo było jej zbyteczne do określenia odczuwanego szczęścia i słodyczy rozlanej w sercu jej obfitą kaskadą. Było jej jasno, ciepło, promieniście.
On to samo teraz odczuwa, i jemu ta dziwna błogość nalała pełne serce słodyczy, woni przedziwnej. Tylko on jedzie po okropnej drodze, zatopiony w ciemnościach i słocie. Wśród skowytu wichru dzwonią przygłuszone janczary, słychać bicie jego serca dla niej, dla Andzi.
Więc nie dla Lory?...
Duma i tryumf ozwały się w niej po raz pierwszy z żywiołową mocą.
Z nadmiaru radosnych strun duszy, chciała biec, zbudzić Lorę, szarpać ją i wołać jej do ucha: „Pan Andrzej mój, mój, mój!“
Ach rzucić Lorce jego kartkę, wszystkim ją pokazać, niech wiedzą, niech i oni będą świadkami jej szczęścia, niech się z nią razem cieszą. Poco to ukrywać?...
Zadźwięczały żałośnie w uszach Andzi janczary od sanek Olelkowicza; sam jeden wśród borów w zawiei śnieżnej. Wygnany na niepogodę i noc... za tę kartkę, którą ona do ust tuli, za to wyznanie, którego nikt z nich wszystkich nie zna, nawet nie wiedzą co on tam napisał, a jednak już za to ojczym obszedł się z nim jak z natrętem.
Cóżby się stało wówczas, gdyby szczerze wyznać wszystko i jego słowa dać do odczytania ojczymowi, Lorce?
Lorce? Za nic!
Zresztą on sam mówił, żegnając się z nią, że ukrycie tej kartki to dla niego nagroda, pytał czy ona w tem wytrwa, zatem to konieczne, on ją ostrzegł, by nie zdradziła tajemnicy, widocznie przeczuwa, że lepiej jeszcze się ukrywać. Może i lepiej, ale to takie trudne, a przytem pragnęłaby podzielić się szczęściem z kimś bliskim, mówić o tem, zamiast się kryć, jak ze zbrodnią.
— Komuż powiem? — westchnęła Andzia. — Ojczymkowi? boję się! Ten jego straszny, biały wzrok, jakim patrzał dzisiaj na Andrzeja.
Zadrżała, ujrzawszy w swej wyobraźni wizję oczu matki, paliły ją otchłanną szarością, zdawały się ją głaskać, pieścić słodko, ale... były martwe. Są one pomnikiem w pamięci córki wyrytym; dobre, kochane wspomnienie, ale wieje od nich dziwny chłód, jakby od płyt marmurowych i zawsze są takie żałosne.
Andzia zapragnęła ciepła i wesela dokoła siebie, więc oczy matki ziębiły ją, przerażając trochę.
— Już wiem!... panna Ewelina! Zacna, kochana Lincia. Jej wyznam wszystko i kartkę pokażę. On to zastrzegał, ale myślał pewno o Kościeszy i Lorce — rozumowała dziewczyna.
Uspokoiła się. Duszyczka jej wiośniana nie mogła znieść takiej nieszczerości.
— Panna Ewelina jest dla mnie jakby matką i żyje — myślała Andzia.
...Ludzie umarli nie rozumieją żywych, bo oto i matka, na jej pierwsze szczęście w życiu, patrzy z poza grobu oczyma takiemi, jakby głaszcząc straszyła zarazem.
— Czyżby i mama nie chciała Andrzeja dla mnie? — błysnęła naiwna myśl Andzi.
W tem usłyszała szmer w sypialni. Prędko zgasiła świeczkę, wysunęła się z wanny i teraz dopiero poczuła przykry dreszcz. Ciało miała zziębnięte, niby lodem obłożone. Cicho stanęła przy drzwiach, odchyliła je.
W szarym mroku osnuwającym pokój ujrzała Lorkę w bieliźnie, zbliżającą się do jej pustego łóżka. Stanęła obok pościeli i wyszeptała:
— Andziu, śpisz?...
Cisza.
Kołdra była zarzucona na poduszkę, ten szczegół zmylił Lorkę.
— Andziu! Aniu! — zawołała głośniej.
Cisza.
— Czego ona odemnie chce? — pomyślała za drzwiami Tarłówna.
Odpowiedź miała natychmiast. Lorka cicho i zręcznie wsunęła rękę pod poduszkę, szukając czegoś. Ale niezwykła lekkość pościeli i jej chłód uprzytomniły jej, że łóżko jest puste. Odskoczyła, rozglądając się po pokoju, w tej samej chwili Andzia weszła. Spotkały się i patrzyły na siebie.
— Czemu nie śpisz?
— A ty gdzie byłaś?... zamiast także spać! Już wiem, ty w łazience pisałaś list do Olelkowicza. Rozumiem! Dziwię się tylko, że wierzysz komplementom, które ci pewno nabazgrał w tej kartce. W sekretarzu wolno wszystko pisać, nikt tego na serjo nie bierze. Chyba ty?... Do ciebie pisze dusery, a przy mnie ciągle siedzi.
— Pozory, pozory — szeptała Andzia, zatulając się w kołdrę
Lecz gdy Lorka nie przestała dogadywać jej, trzepiąc bez przerwy o Andrzeju i o tem, jakie on jej mówił czułości, zniecierpliwiona Tarłówna rzekła wreszcie:
— Moja droga, ja ich pod twoją poduszką nie szukam, nie ciekawam!
Lorka umilkła, lecz Andzia odgadła, że zdławił ją wstyd.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.