Gehenna/Tom I/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Gehenna‎ | Tom I
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Gehenna
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


IX.
Wiosna.

Po zmartwieniu ciężkiem, jakie przeszła po odjeździe Andrzeja, powtórnie steroryzowanego przez Kościeszę, zaczęło się dla Tarłówny życie nowe, jakby rozkwit wiosenny.
Uczucie słodkie, niewinne dla Olelkowicza nabierało mocy, potęgowało się w niej, rosło. Kartka z jego wyznaniem złożona starannie w malutki zwitek spoczywała w medaljonie złotym pod fotografią matki, który Andzia stale nosiła na szyi. Tam się nikt nie domyśli ukrytego skarbu. Na wszelkie indagacje pana Teodora o Andrzeju Andzia była głucha. Do sekretu dopuściła tylko pannę Niemojską. Z tej strony nie zachodziła obawa zdrady. Jedynie jej Tarłówna zwierzała uczucia swe dziewczęce, i pierwsze marzenia. Razem z rozkwitem tych uczuć budziła się w niej nieznana dotąd nieufność do ludzi wogóle, szczególnie zaś do ojczyma.
Imienia Olelkowicza nie wspominano zupełnie w Turzerogach, on zaś nie pokazywał się.
Nadchodziła wiosna. Dnie stały się dłuższe, jaśniejsze.
Dziewczyna zaniepokojona zaczęła tęsknić. Monotonja życia turzerogskiego nużyła ją. To, co dawniej było dla niej zwykłem, nawet zabawnem, teraz stało się nieznośnem.
Kościesza był najczęściej w kwaśnym humorze, dokuczający wszystkim i śledzący Andzię.
Ją zaś trapiła myśl o Andrzeju. Wyczekiwała zupełnej wiosny i dorocznej wycieczki do Wilczar; tęskniła do borów, do pustyń przepastnych, gdzie świat i ludzie giną z oczu, tylko zostaje roztocz zielona, wonna, dywanem rozpięta na ziemi, w górze w cudne wachlarze rozwita, szumiąca, przytulna i tęskna. Majaczyła w oczach Tarłówny panorama Krasnej duszohuby o wschodzie słońca, w łunach fioletów i różów; olbrzymie koszlawe postacie łosi przy stogach z sianem, złote pióra czapli opromienionych słońcem, gęg kaczek dzikich i suchy trzask wystrzału, jak pocisk druzgoczący przedziwną melodję świtu. Potem on, Olelkowicz, zdążający za Grześkiem krokiem elastycznym, pewny siebie, wesół i rześki, jak ów poranek. Ach! gdyby tam być znowu z nim! Słuchać bajek Grześka, rwać czerwone dojrzałe poziomki i wonne ich jagody sypać do ust spragnionych. Być tam z nim w tych czarach, w tych tajniach leśnych. I on kocha naturę, i on ją podziwia.
Tarłówna zrażona od ojczyma i rozgoryczona do niego za Andrzeja, unikała go starannie. Polubiła samotność, długie i częste błądzenia wśród pól, runią wiosenną umajonych. Wymykała się konno na takie wycieczki i na ulubionej swej klaczce Sławie, kłusowała dzielnie po polach i lasach turzerogskich.
Z rozkoszą wdychała w piersi szeroki, ciepły powiew. Słuchała świergotu skowronka. Spacerując piechotą, szła często z głową podniesioną, śledząc oczyma dzwoniącego w powietrznych roztoczach ptaszka; uśmiechała się radośnie, patrząc na trzepotliwe skrzydełka, unoszące się w błękit najwyższy z chyżością kuli. Witała serdecznie gęg zlatujących dzikich gęsi i kwakanie kaczorów, bo te odgłosy, przypominały jej znowu Krasną duszohubę. Gdy rozciągnięte długim kluczem leciały żórawie, krucząc na powitanie idącej wiosny, Handzia wołała na nie — żur, żur, żur i biegła śladem ich lotu jakby pragnęła, by ją z sobą uniosły.
Upajała się wiosennem tchnieniem pól i łąk, w lesie zbierała pierwsze, nikłe, białe kwiateczki zawilców i przylaszczki błękitne, ciekawą źrenicą patrzące na świat. Obarczona takiemi skarbami wracała do domu różowa, tryskająca młodością, z rozwianym czarnym warkoczem i oczyma siejącemi potop złoty. Zwierzała kwiatom tajemnice swego serca, tęsknoty swe przelewając w ich wątłe istnienie. Tuliła puszyste więzie kwiecia do ust, szeptała imię ukochanego, wzywając go do siebie. Tęsknota rosła w niej, rodząc nowe komórki, drzemiące w jej sercu, które jak pąki wiosenne pękały, roniąc coraz słodsze uczucia. Nie widziała Andrzeja od lutego, od owej szlichtady rozkosznej, kiedy przez jeden moment czuła się na jego piersiach, uniesiona przez kochające ramiona i szept jego wraz z oddechem musnął pieszczotliwie jej skroń.
Już jest połowa kwietnia, świat rozkwita świeżą pięknością; czady upajające biją z ziemi, wsiąkają w każdy twór, pobudzając do życia, do miłości. Tylko jego niema. Głucho jest o nim w Turzerogach, ale w duszy Andzi pieśń o Andrzeju nie milknie, lecz wzmaga się stale podniecona przez tęsknotę i marzenie, co już jest sama miłością.

Pewnego dnia Andzia z Lorą biegły we dwie do lasu. Dzień był jasny, wonny, rozbulgotany wrzątkiem ciepłych prądów wiosennych. Andzia śpiewała pełną piersią jakąś pieśń o nieznanej melodji i słowach, pieśń w wyobraźni własnej skomponowaną, będącą jakby oddźwiękiem jej uczuć, echem duszy stęsknionej i jak ona młodą, pełną nut rzewnych i szumnej werwy, buńczuczną trochę.
Lora inaczej odczuwała bujność przyrody, mówiła gorączkowo.
— Patrz, Andziu, jak kuropatwy parami już spacerują, wszystko się kocha na zabój i aż drży do miłości. Wczoraj widziałam bociana na topoli za stodołą. Muskał bocianicę dziobem i czochrał jej pióra; tak ją całował, a potem klekotali, klekotali razem; może to taki ich ślub?... Motyle tłuką się na świeżej trawie, żaby skrzeczą, bo także się kochają, ptaki, żuki, owady, wszystko romansuje, gzi się, szaleje! Gdzie spojrzysz, tam wesele i miłość! Oj, Andziu! i mnie tak coś rozpiera, jakby jakieś soki we mnie wzbierały, niby w roślinie, co ma zakwitnąć. Tak mi gra we krwi, że rzuciłabym się na ciebie bodaj i... całowała do zapamiętania. Daj usta, Aniu!
Przypadła do Tarłówny i nagle wpiła się w jej wargi z pożądliwością niesłychaną, gwałtowną, drapieżną niemal. Żywym ogniem sparzył Andzię ten pocałunek, chciała się cofnąć, lecz Lora porwała jej głowę w obie silne dłonie i piekła usta dziewczyny coraz namiętniejszemi pocałunkami.
— Puść mnie... ty!... puść!
Odepchnęła towarzyszkę i odskoczyła od niej.
— Tyś się chyba wściekła? Lorka, co tobie jest?
Smoczyńska blada, dysząca, miała oczy pokryte dziwną mgłą i rysy ściągnięte kurczowo, niby bólem fizycznym. Splotła drżące z podniecenia palce rąk i, przytknąwszy do ust, zaczęła je gryźć białemi zębami. Głuchy jęk, czy skowyt wydobywał się z jej piersi.
— Ja się naprawdę... wścieknę, już nie mogę... nie mogę!
Pobiegła pędem w głąb lasu.
Innym razem w nocy Andzia, obudziwszy się, ujrzała światło w pokoju.
Przed wysokiem lustrem bieliźnarki stała Lora, lecz wydała się Andzi sennem widziadłem. Była zupełnie obnażona, tylko biodra jej opasywał suty, gazowy, niebieski welon i związany na środku w fantastyczny węzeł, opadał nisko. Na szyi wisiały blado-różowe korale i wielkie, mleczne bursztyny, ramiona ściskało parę złotych bransolet i opaski ze złotej wstążki lamowej. Włosy Lora miała rozpuszczone falą jasno-rudą, przepyszną, jak płynne złoto, ujęte nad czołem w taką samą szychową przepaskę. Przegięta w tył ruchem bachanckim, ręce miała wzniesione i założone za również odrzuconą głowę. Usta uśmiechały się lubieżnie, źrenice lśniły ogniem. Cała różowocielista w świetle błękitnej ampli, zdawała się być posągiem. Ciało miała silne i rozrośnięte; szeroka w biodrach, o wypukłych, twardych piersiach, prężna była i, pomimo nadmiernie rozwiniętych kształtów, powabna pierwszą młodością, lecz namiętną i pragnącą.
Tarłówna usiadła na łóżku zdumiona, myśląc, że śni.
— Lora!
A tamta przegięła się jeszcze silniej w tył i drgnąwszy lekko, wolnym, leniwym ruchem, bezwiednie może wyuzdanym, odwróciła do Anny owianą złotem głowę.
— Zbudziłaś się?... patrz! prawda, żem piękna?.... Ja nawet sama nie wiedziałam, że jestem taka, bo... to, co najpiękniejsze, to się szmatami zakrywa... to niby nieprzyzwoite. Barbarzyństwo! Nos, który się wyciera nieestetycznie, i usta ładowane pieczenią mają być przyzwoitsze?! Patrz; jaką ja mam skórę, karnacja marmuru, a w dotyku atłas, miękka, ciepła.... a moje piersi — widzisz? — jakie jędrne i nabrane młodości i siłą, a różowe, jak czary pełne wina rubinowego. Cóż tak na mnie patrzysz, Andziu, takie zdziwione masz oczy?
— Piękna jesteś istotnie, Lora, ale... sama nie wiem..... może to robi wstyd... jednakże.... gdybyś się nie obnażała.....
— Byłabym piękniejszą, prawda?... Ha!... ha!.... Cóż za biblijne przekonanie! Piękne, nagie ciało to nie jest wstyd, moja Andziu, to nie jest też zasługą, lecz sztuką. Gdybym podziwiała własne cnoty lub jakikolwiek swój wytwór, mogłoby to być niesmaczne, jako przechwałka, ale patrząc na swoje kształty, podziwiam w nich naturę, artyzm.
Podeszła do Tarłówny i stanęła w całej pełni światła i swej wyzywającej postawy.
— Ty tak mówisz, bo jeszcze sama siebie nie znasz, zdejm bieliznę, a zobaczysz. Ja cię kiedyś podglądałam w kąpieli, ale i bez tego wiem, żeś cudownie złożona. Tylko tyś wiotsza odemnie, masz płynniejszą linję bioder; i mniejsze od moich, lecz wyniosłe i krągłe piersi. Przytem ja jestem rozrośnięta, a tyś drobna, mnie zakuć w marmur, ciebie rzeźbić z alabastru. Rozbierz się, Andziu.
— Za nic na świecie! — zawołała dziewczyna, płonąc na samą propozycję.
— Dziecko jesteś! Wszak nas nikt nie widzi, a choćby zresztą?... Mnie się nie wstydź, ja będę cię tylko podziwiała. Wyobrażam sobie jakby wyglądały twoje czarne warkocze, roztrzęsione na plecach różowych, ściskałabyś pewno kolana i, rzęsy, których ci zawsze zazdroszczę, zwiesiła na zarumienione policzki. Wystąpiłaby ci na brzoskwiniowe ciało lekka, gęsia skóra wstydu i drżałabyś i byłabyś taka śliczna, Andziu! Ubiorę się w ten koralowy woal twój, ustroję cię, jak grecką Cyrce, lub dziewczę niewinne, wybrane dla sułtana, ja zaś będę heterą. Chodź!... urządzimy żywy obraz.
Andzia zawinęła się szczelnie w kołdrę, lecz oczy jej rozpaliły się. Ciekawość ją porwała nagła, jakby też wyglądała w takim stroju i czy byłaby piękna jak Lora. Dreszcz ją przenikał, chciwe pragnienie tego widoku ogarnęło ją burzą. Zbudziła się w niej zalotność i przeczucie własnej piękności i niezmierna ochota, aby pokazać się w całym blasku urody Lorce, pyszniącej się bogactwem własnych wdzięków. Niepokojący dreszcz zmienił się w dygot namiętny, w pragnienie ujrzenia nagości swego ciała plastycznie, w dziewiczym rozkwicie. Czy też ona jest także tak piękną?....
Lora kusiła.
— Chodź, Handziu! Ten twój wstyd dodaje ci tylko uroku. Jesteś jak muszla, w której tętni życie, a ty myślisz, żeś chłodna. Jak się ujrzysz bez tych tam powijaków, rozkochasz się w kształtach i zapomnisz o niemądrej pruderji, rozpali ci się krew, rozkwitniesz niby róża ponsowa, wydobyta na światło z pod klosza. Chodź do... lustra...
Chwyciła Andzię za obie ręce i szarpnęła w górę.
Jednym rzutem podniesiona sprężyście, dziką mocą nerwów rozhuśtanych, z ogniem w żyłach, Andzia wyskoczyła z łóżka.
Lora błyskawicznie zdarła z niej giezło, wołając:
— Ach! gdyby cię tak ujrzał Olelkowicz....
— Nie! nie! za nic! za nic!
Z okrzykiem Andzia nurknęła pod kołdrę, zanim ją Lora zdążyła zobaczyć.
Tarłówna zwinęła się jak ptak biały w gnieździe i, wysunąwszy rękę, toczoną, o perłowej barwie, do Lory stojącej przed łóżkiem bezradnie, z koszulą w ręku, wyszeptała trzęsącemi się ustami:
— Daj mi to!... daj!...
Smoczyńska rzuciła jej bieliznę bez słowa, odeszła do swego łóżka, wzruszając ramionami.
— Może i to ładne... — myślała — ale ja taką być nie potrafię.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.