Fragment (Marrené)/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Fragment
Pochodzenie „Jerzy” i „Fragment”
Data wydania 1882
Wydawnictwo Redakcja „Mód Paryzkich”
Druk Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.

Byliśmy sami, jak zwykle, na ganku, gwiazdy blado jaśniały na niebie, a po wodzie biegały fosforyczne światła, i przypływ morza szumiał po skałach, oblewając je co chwila ognistą falą. Patrzyłem na to długo osłupiały i niemy, aż w oczach poczęły mi się krzyżować dziwne światła, fala krwi ścisnęła mi serce, i usta wyrzekły to wielkie słowo, które pokolenie za pokoleniem syllabizuje w księdze życia, jak wieczny symbol ludzkości, jak niedokończony akt wiary. Wyrzekłem je i zadrżałem przed dźwiękiem własnego głosu, nie śmiałem spojrzeć na nią i zamknąłem oczy instynktownie, bo w myśli mojej otwierały się jakieś otchłanie. Ona pozostała na miejscu, jak gromem rażona, i nastała cisza taka, żem mógł rachować uderzenia serc naszych. Nie mogłem znieść jej dłużej, a nie znajdowałem już głosu w piersiach; czułem tylko jej wzrok na sobie.
— Czyś pan tak bardzo szczęśliwy, wyrzekła w końcu, że sam uparcie szukasz cierpienia, a głos jej dźwięczał cichy i wyraźny, jakimś serdecznym echem, i wrócił mi odwagę i siłę.
Podniosłem czoło, i zatopiłem w niej wzrok tak pewny i dumny, iż pojęła, że się nie cofnę przed męczarnią nawet; w tej chwili odnalazłem samego siebie i wyspowiadać chciałem wszystkie tajemnice ducha mego, długo tłumione uczucie wybuchało jak lawa potokiem palącym. Łucya zrozumiała to widać, bo wzrok jej stał się błagalnym prawie, a ręka spoczęła na moich ustach, jakby zamknąć je chciała przemocą rozpaczną. Napróżno, ni słów, ni chwili minionej, cofnąć nie podobna. Otworzyłem przepaść pod stopami naszemi, trzeba nam było zmierzyć ją odważnie; prędzej czy później godzina ta nadejść musiała, odkładać jej nie chciałem. Po raz pierwszy może głuchy byłem na jej wolę; pochwyciłem tę rękę, która mi milczeć kazała, i przyciskając ją do ust, zwilżyłem namiętnemi łzami. Com ja jej mówił wówczas? nie pamiętam, — wiem tylko, żem całe serce miał na ustach, że życie skupiło się w słowach, i miały one nieprzepartą wymowę silnych uczuć, ożywczą siłę przekonania, bo dłoń jej coraz słabiej wyrywała się z rąk moich, wzrok zachodził łzami i zapalał się jakimś ogniem wewnętrznym.
— Czemu? spytała z gorączkową siłą, mówisz mi o tem, co być nie może, pokazujesz raj, do którego nie wejdę. Nie masz litości nad sobą i nademną...
Zrazu nie pojąłem, pojąć nie chciałem znaczenia słów jej, czułem to jedno, że miłość moja nie przeszła bez oddźwięku, że bicia serca mego znalazły echo, żem nie był tak szalony, jak mi to nieraz przychodziło do myśli w chwilach wewnętrznej rozterki. Byłem upojony takim szczęście, że na nie słów już niema, duch mój rozpływał się w atmosferze rozkoszy i w niej gubił wszystkie inne uczucia; zapomniałem, że istnieją zawady, niepodobieństwa, zapomniałem o świecie całym, wiedziałem to jedno, że kocham, że jestem kochany...
Ale gdy trzeźwiejszem okiem zmierzyłem przyszłość, zrozumiałem co powiedzieć chciała. Prawda, świat, ludzie, powszednie pojęcie obowiązku, stało między nami, wiedziałem o tem, ale czułem w sobie siłę do zwyciężenia wszystkiego, do zdobycia jej, na przekór ludzkim względom, nie sądziłem tylko, że jej zbraknie mocy, że całą energję swoją zużyje na walkę przeciwko mnie, nie przeciw światu, że o ten puklerz bezwładnej rezygnacyi rozbiją się bez nadziei wszystkie marzenia moje. Ja przeciw niej byłem bezsilny zupełnie, do walki nie przygotowany. Gdyby miłość moja była więcej rozumowaną a mniej instynktowną, mniej zupełną, gdybym był mógł i chciał chodzić krętemi drogami, ta kobieta niebyłaby mi się oprzeć mogła. Gdyby ona sama miała choć jeden atom zwykłej przebiegłości kobiecej, gdyby chciała była przywabiać i kłamać obojętność, i pozwoliła mierzyć się zwyczajną modłą, życie nasze poszłoby odmienną drogą. Ale nieszczęściem spotkaliśmy się w całej świeżości nieskalanych uczuć, oboje mieliśmy prostotę dzieci, prawość rycerską, hardość ducha pogardzającą fałszem, musieliśmy odcierpieć za to wszystko, i jedno drugiemu stać się katem.
Nie przeminęły wieki pogaństwa i faryzeizmu, dziś jak dawniej prawdy nie wyznaje się bezkarnie, a biada tym, co palić nie chcą kadzidzeł bogom fałszywym, bo nie brak cyrków, tylko dziś nie mają męczennicy świadków ni oklasków, konają samotni, cierpienie chwili jednej rozkłada się na życie całe, a ból spłaca zdawkową monetą szpilkowych ukłuć, krew zamiast z jednej wielkiej rany sączy się wszystkiemi porami, a niemniej przeto jest krwią i bólem.
Łucya kochała mnie, jak ja ją, mówiła mi to wejrzeniem i słowem, ale dla niej ta miłość zwała się boleścią i nadawała jakieś rozpaczne piętno jej piękności. Cicha spokojność znikła z jej oczów, a natomiast grały w nich blaski ponure, falowały łzy; czoło obarczone chmurami myśli, zwracało się ku mnie z trwogą, schylało blade nad głową córki. Ta wątła istota stała się między nami nieprzełamaną zaporą. Miłość jej dla mnie silniejszą była, niż wszystkie względy i prawa ludzkie, miłości do dziecka zwyciężyć nie mogła. Umysł jej znękany, trawiony gorączką, tworzył sobie widma straszliwe, lękała się, by Bóg jej nie odebrał tej istoty, która dotąd była celem jej bytu, drżała przedemną i przed nią, i życie jej stało się pasmem męczarni tylko.
Czytałem wyraźnie w jej zmąconej duszy wszystko, czego wymówić nie śmiała, i zmuszony byłem szanować nawet dziwactwa jej uczucia, tyle w nich było bolesnej, nieudanej prawdy. Czułem się winny jej cierpienia — powinnością moją było łagodzić je ile mogłem. Schyliłem więc głowę przed jej wolą, stałem się posłuszny jak dziecko jej skinieniom, i w tem poddaniu bez granic znajdowałem jakąś gorzką pociechę.
Tak upływały nam dnie w jakimś stanie upojenia i bólu, nie do opisania, a trudnem do pojęcia. Dzień każden zbliżał nas do nieuniknionej chwili rozstania, która wisiała nad nami jak chmura pioruna, zaciemniając smutny widnokrąg myśli naszych.
Stan ten był nie do zniesienia, a przecież ileż razy wracałem potem pamięcią do niego, i nazywałem go jeszcze szczęściem. Rozumiałem to choć niewyraźnie i chciałem zamknąć każdą chwilę samą w sobie, odwracając wzrok od przyszłości.
Mieliśmy tylko bierną siłę oporu. Poczęła nam ciążyć samotność, ciążyli bardziej jeszcze ludzie. Ja i ona staliśmy się jako chory, który zawsze pragnie zmiany, sądząc że mu ona ulgę przyniesie. Wyspa stała nam się ciasną i nieznośną, bolesne wspomnienia zaludniły ją widmami; zapragnęliśmy dalszych wycieczek, jak gdyby przed cierpieniem uciec można. Samotni i rozkochani nie umieliśmy być szczęśliwi, trawił nas ideał nieskończoności. Im większa była miłość nasza, tem mniej chwila obecna starczyć jej mogła. Ona czuła, że ten promień słońca w jej życiu zniknie za chwilę, ja żem nie był zupełnym panem jej serca, przeczułem że nim nigdy nie będę. A jednak mimo to wszystko, siły uczucia i młodości zwyciężały niekiedy ponure przeczucia, i na przekór przyszłości byliśmy szczęśliwi, jakiemś gorączkowem, beznadziejnem szczęściem, i jak dzieci, używaliśmy życia bez troski. W jednym z dni takich ułożyliśmy całodzienną wycieczkę na pełne morze; chcieliśmy stracić ziemię z oczów choć na godzin kilka, i z nią razem wszystko co nas dzieliło, zapomnieć o rzeczywistości; a zakochanym tak mało do szczęścia potrzeba, iż rozeszliśmy się wieczorem, uspokojeni nadzieją jutra.
Ale nazajutrz czekałem długo u drzwi jej niecierpliwy, łódź gotową była oddawna. Łucya wyszła w końcu, ale tak blada, tak chwiejąca, że podałem jej rękę w milczeniu, i o nic pytać nie śmiałem. Szliśmy powoli, dłoń jej jak lód zimna wspierała się na mnie, a jednak drgała od gwałtownego krwi biegu, oczy jej wgłąb zapadłe świeciły niewysłowionym blaskiem cierpienia. A przed nami roztaczał się widok cudny, świat zdawał się wzywać do szczęścia, niebo i morze uśmiechały się niezmąconym błękitem, ruchliwa fala połyskała słońcem, granitowe skały nawet, oświetlone porannym blaskiem, spowite mgłą srebrną, traciły ponurą krwi barwę; powietrze było lekkie i rzeźwiące, podmuchy wiatru wesoło wzdymały żagle.
W milczeniu wprowadziłem ją do łodzi, ułożyłem poduszki, na których spoczęła, sam wsparłem się o maszt o kroków kilka, pod wpływem sprzecznych uczuć. Zrozumiałem że godzina się zbliża, że grom wiszący nad nami uderzył, i dotknięcie rzeczywistej boleści pasowało mnie na męża, dodawało siły i bodźca; wesele świata wpływało na mnie, przeciwważąc wewnętrzne wrażenia. Szczęście tak mnie było blisko, żem nie mógł w nie przestać wierzyć, wzrastałem na duchu, czułem się zdolny dla niej świat dźwignąć.
Tak dawno zżyłem się z samym sobą, w koło własnych idei, tak daleko stanąłem od pojęć ogólnych, że najhardziejsze pomysły przestały mi się wydawać szaleństwem. Wartość słowom nadaje indywidualna duchowa skala, niepodobieństwo stanowi wiara w niepodobieństwo; wola pojedynczego człowieka nieraz zmienia dzieje narodów, jakżeby zmienić nie miała losu jednostki; wierzyłem w to jak w wiele innych rzeczy, i ta wiara została mi w sercu, choć jej nie potwierdziło życie. To w co wierzymy istnieć musi, staje się faktem przez to samo, że wiarę wzbudza; ja com był gotów zerwać ze światem całym, dla niej jednej, com ją kochał z zaparciem i prostotą dziecka, czyż nie miałem prawa sądzić, że tak samo ukochanym będę. Nie jestem wyjątkiem w społeczeństwie, serce moje bije tak samo, jak inne serca ludzkie, czemużbym w nich echa znaleźć nie mógł.
Powietrze, którem oddychałem na tej wysokiej skale, było czyste jak atmosfera duchowa, wśród której poczęła się i wzrosła ta miłość; świat nie wmięszał się dotąd pomiędzy nas, nie zbrudził jej pyłem szyderstwa i nieufności, nie stawiał nam tych drobnych, konwenansowych zawad, które trzeźwiąc co chwila, zmuszają powracać do realnych warunków życia; okoliczności, wśród których poznaliśmy się i pokochali tak swobodnie, były jedyne, które mogły odebrać nam rozwagę i popchnąć na drogi nowe. W tej chwili myślałem o przyszłości, jak gdyby ona już moją była, nie pojmowałem, gdym wyciągał ku niej ramiona, że próżnię tylko uścisnę; byłem w stanie umysłu dziwnym; tworzyłem gorączkowo szalone plany i obrachowywałem środki zarazem z matematyczną ścisłością; miałem podwójną władzę fantazyi i analizy; wszystkie siły ducha podniesione do wysokiej potęgi, kipiały we mnie. Byłem jako lunatyk, który we śnie wchodzi na niedostępne miejsca pewną stopą, gdzieby nigdy nie odważył się wejść na jawie.
Z chwil podobnych szału i rozwagi, jeśli cel ich wysokim będzie, rodzić się muszą czyny zadziwiające świat; alem ja spoglądał tylko na nią i na całym świecie widziałem ją jedną, na wpół leżącą na pochylonej łodzi, pod gorącym promieniem słońca, białą, bezsilną. Upojony stanowczością chwili, błękitem nieba, jej widokiem, zbliżyłem się do niej z owym faktycznym spokojem, jak daje czasem gorączka.
— Łucyo, rzekłem, topiąc wzrok w jej oczach, czas marzenia przeminął, wszak prawda, godzina rozstania nadeszła, powiedz mi wszystko.
Wyczytałem odpowiedź w smutnem skinieniu, wymówić jej nie miała odwagi.
— Nie lękaj się rzeczywistości, mówiłem z wrastającą mocą, patrz, jam silny, podźwignąć ją zdołam, powiedz tylko, że mi ufasz, że mi zawierzysz. Dla czegóż cierpieć mamy?
Łucya podała mi rękę w milczeniu, i choć wzrok jej nie rozjaśnił się moim ogniem, chciałem to wziąć za przyzwolenie, a w myśli mojej przyszłość rozwinęła się tęczową wstęgą.
— Jutro więc, mówiłem rozpromieniony; ściskając jej dłoń gwałtownie, jutro tak jak dziś wypłyniemy tylko wszyscy razem i nie powrócim... Znam wyspiarza, który ztąd wydostać się pragnie, on nas przewiezie do lądu... Łódź puścim na fale i wszyscy będą nas mieli za utopionych. Człowieka przekupię, zabiorę z nami. Z Hamburga popłyniem do Ameryki i zginiemy wśród powodzi emigrantów; zmienimy nazwiska — żyć będziemy zamknięci w sobie społeczeństwo co goni naprzód, oglądać się nie będzie na ciche jednostki. To co posiadam wystarczy nam aż nadto. Odwagi chwila tylko, a przyszłość nasza. Nie lękaj się, świat szeroki, młodość silna, a cierpienie tak straszne.
Zatrzymałem się nagle, bo w oczach jej było zdziwienie, trwoga, żal i wszystko oprócz nadziei. Czar miłości mojej nad nią był bezsilny, uczułem to, i naraz gorączka ustała, spojrzałem przed siebie błędnym wzrokiem, jak ze snu zbudzony, nie rozumiejąc prawie jedynego wyrazu odpowiedzi na jej ustach, a tym wyrazem było imię Alinki. Chwilę stałem jeszcze na miejscu bez głosu i myśli — zimno jakieś wionęło od niej, objęło mi piersi i ścisnęło serce, jakby lodowatą dłonią; nie mogłem tchu uchwycić, i padłem martwy prawie przy jej stopach.
Gdym powrócił do zmysłów, głowa moja wsparta była na kolanach Łucyi, ręka jej spoczywała mi na piersi, rachując serca bicia, a nad czołem paliły się jej smutne oczy i na myśli padła mi senność dziwna, nie chciałem nic wiedzieć, nic przypominać sobie, lękałem się głosu każdego. Po moralnych wstrząśnieniach strasznych, po tylu dniach walki, niepokoju, przyszła chwila reakcyi i wyczerpania, byłem bezsilny i rozmarzony przy niej, pod jej wzrokiem.
— Co tobie pytała trwożna,
— Nic; nic, szepnąłem wpół nieprzytomnie, co znaczy jutro? komu ono zabłyśnie? czemu cień jego ma padać na dzisiejsze słońce, odbierz mi pamięć — daruj mi dzień ten, ten piękny, ten rozkoszny dzień boży. Pozwól mi tak pozostać, aż rozkosz odbierze mi zmysły na zawsze, aż zatracę pamięć o sobie — aż chwila ta pochłonie ducha mego.
Dziwna, wówczas pragnąłem szaleństwa, nie śmierci; zanadto dobrze było mi na ziemi, pragnąłem tak pozostać na wieki, choćby marzeniem tylko, i żeby ten obraz pozostał mi w myśli na zawsze złudną rzeczywistością, gotów byłem ducha zaprzedać. Łucya milczała, ale twarz jej jakby przyciągana siłą pragnień moich pochylała się ku mnie powoli, aż usta jej spoczęły na moich ustach, i razem dwie łzy gorące padły mi na czoło i stoczyły mi się po twarzy. To był pierwszy jej pocałunek, zmięszany z piołunem łez.
— Miej litość, szepnąłem błagalnie, gdym potrafił przemówić, czyż nie widzisz, że skonam bez ciebie.
Ale ona położyła mi rękę na ustach, a drugą rozgarnęła mi włosy na czole, tak samo jak to czyniła Alince, a głos jej brzmiał mi w uszach, pieszczotliwy a łzawy. Poczęła mi mówić wiele rzeczy, których nie zrozumiałem, zasłuchany tylko w brzmieniu jej głosu. Jedyny wyraz, jaki mogłem zrozumieć: „Jestem twoją na zawsze,“ nie wyszedł z jej ust. Zresztą cóż dla mnie znaczyć mogły inne słowa; musiała mówić o cnocie, obowiązkach, o mężu, córce, poświęceniu; miała słuszność zapewne. Jam cierpiał.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.