Fragment (Marrené)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Fragment
Pochodzenie „Jerzy” i „Fragment”
Data wydania 1882
Wydawnictwo Redakcja „Mód Paryzkich”
Drukarz Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Wśród majowego wieczoru, siedziałem na otwartej werendzie, ocienionej dzikiem winem i bluszczem. Słońce spuszczało się ku zachodowi wielkim kręgiem, rozpościerając po niebie gorąco fioletowe barwy, w powietrzu drgającem wiosenną rozkoszą i blaskiem, dzwoniły pieśni skowronków, słowików, brzęczały miryady owadów i głos wesela podnosił się z najskrytszych zakątków świata. A ja spoglądałem na wszystko upojony, bo te radosne dźwięki odbijały się w moim łonie. Obok mnie stała narzeczona moja Marynia i głos jej srebrzysty dzwonił mi w uchu, na tle słowiczem, oczy jej błękitne, jak niebo, zdawały się blask słońca odbijać, a czoło białe jak śniegi, jak lilie, schylało się pod ciężarem złotych warkoczy, czy rozkosznej zadumy. Stała przy mnie, jak obraz wiosny i szczęścia, drobną rączką obrywała listki bzu i akacyi, obsypując mnie, tym wonnym śniegiem. Matka moja siedziała o kroków kilka, ręce jej złożone były jakby do modlitwy, wzrok odwrócił się od czytanej książki i spoczął na nas promienny łzą szczęścia. Ta twarz ocieniona białemi włosami, na której bruzdy cierpienia i myśli nie zatarły pierwotnej piękności, powleczona przejrzystą bladością, jaką malarze kładą na twarze męczenników i świętych; ta twarz, którąm oglądał we wszystkich fazach boleści, dziś po raz pierwszy ukazała mi się przeobrażona, moim weselem, rozjaśniona moją nadzieją. I byłem w tej chwili, bardzo szczęśliwy, na wpół senny, na wpół rozmarzony, zapatrzony, w te dwa oblicza ukochane, zatopiony w ich, i własnem szczęściu, zapominałem o reszcie świata.
Takich chwil, zapewne nikt wiele nie naliczy w życiu, składać się na nie muszą, świat wewnętrzny i otaczający. Czasem, na przekór pojęciom naszym, przychodzą samowolnie, i opuszczają nas bez przyczyny, jakby zależały od tajemniczych wpływów. Często wybiera je piorun, gdy w nas ma uderzyć.
Po długich latach burz i niepokoju, po namiętnych walkach, wracałem do rodzinnego domu, nie bez ran ukrytych i krwawych wspomnień, ale uspokojony. Zbytek sił, zużył się we mnie, wykipiała pierwsza młodość. Nauczyłem się litować bez pogardy, cierpieć bez szemrania, i kochać bez szaleństwa, nie wiem tylko czym to powinien nazwać stratą, czy zyskiem. Zmęczony życiem, odpoczywałem jak ptak w rodzinnem gnieździe. Nadzieje moje, kiedyś, olbrzymiem kołem zakreślone po świecie, stopniowo malały, aż stały się tak drobne, żem je mógł ująć zmordowaną dłonią; świetne meteory marzeń młodzieńczych, rozpryśnięte po niebie, rozbiły się i spadły mi pod stopy czarnym zuzlem tylko. Ale w owej chwili, myśl moja nie latała w przestrzeń, nie goniła mar młodości; nauczony życiem, ceniłem com posiadał, czułem się szczęśliwy jakiemś biernem, nieokreślonem szczęściem, duch mój drzemał, a w sercu była doskonała cisza, może cisza przedburzna.
W tej chwili, konny posłaniec, zatrzymał się przed bramą i szedł ku nam z paką gazet i listów. Ujrzałem go z daleka, i mimowolnie, jakiś niepokój mnie ogarnął i nierad byłem że nam przerwał tę chwilę ciszy. Ale Marynia, ujrzała go także, z żywością dziecka poskoczyła ku niemu, pochwyciła paczkę ciekawie, i rozwinęła na stole. Machinalnie patrzyłem na nią, i wśród gazet, żurnali i listów wzrok mój padł na zbrudzoną kopertę, i utkwił w niej, przyciągany niepojętą siłą.
— To list do ciebie, rzekła Marynia, podając mi go niedbale.
List ten, tak był obłożony pieczątkami pocztowemi, że zrazu trudno było dopatrzeć podpisu; od dawna widać był w podróży, i gonił mnie po szerokim świecie, przebiegał różne kraje, zatrzymywał się w różnych miastach, aż wreszcie, dobiegł mnie, i zatrzymał na progu szczęścia.
Obracałem go w ręku, przejęty dziwnym niepokojem, aż spojrzałem na podpis zatarty, niewyraźny, jak gdyby go drżąca nakreśliła ręka. Poznałem pismo i oddech mi zamarł na ustach, serce nierównym biciem rozrywało piersi; pożerałem wzrokiem ten świstek papieru, co przynosił mi upajającą woń wspomnienia, odnowił wszystkie rany przeszłości, i znów cierpieniem, budził mnie do życiu. Czułem żem bladł i mienił się, bo niepodobna, by wewnętrzny ogień nie odbił się na twarzy, i gdyby oczy Maryni nie były tak niezmąconego błękitu, gdyby czoło jej nie było tak przezroczyste, tak gładkie, bałaby pewnie odgadła wzruszenie moje, a idąc od wzruszenia do przyczyny, zrozumiała wiele rzeczy dla niej niepojętych. Trzymałem ten list w drżących rękach, spoglądałem na litery, smukłe, pochylone, których tyle wyryło mi się w pamięci, a nie śmiałem rozłamać pieczątki, i zapytać co mi przynoszą. Czułem, że one zamykały los mój, wyrok przyszłości, a duch rozstrojony gwałtownem wstrząśnieniem, nie był wstanie go wysłuchać. Zbrakło mi na raz męztwa i siły, pokój zdobyty latami cierpień, bojowaniem ciągłem, bierna odwaga zniechęcenia, wszystko rozwiał jeden podmuch przeszłości, i na sam widok tego pisma stałem się znowu namiętnym i szalonym jak dawniej.
W tej chwili śmiech Maryni wstrząsnął mną i zbudził do rzeczywistości; dziewczyna widząc, że nie zważam na nią, przybliżyła się na palcach, i znienacka sięgnęła po ten list, co był przyczyną roztargnienia mego, śmiejąc się srebrnym śmiechem niewiadomości. Zerwałem się gwałtownie, odpychając ją bezmyślnym ruchem, a wzrok mój musiał odbijać zmącone myśli wyraźnie, bo dziewczyna cofnęła się zdziwiona i przelękła. Spojrzałem na nią opamiętany trochę, i dziwna; rysy jej delikatne napiętnowane niewysłowioną słodyczą wydały mi się teraz pospolite i płaskie. Zniechęcony, zwróciłem się w inną stronę, wiodąc w koło niepewnym okiem, bom nie poznawał już samego siebie. Słońce zaszło od dawna, sposępniał horyzont, wiatr smutnie szeleściał wierzchołkami drzew. Marynia odeszła zasmucona, woń wesela uleciała mi z serca, a natomiast żar co tlił mi w piersi przysypany popiołem czasu, oddalenia wybuchał niepohamowanym płomieniem, topiąc wszystkie inne uczucia. Tylko głębokie i smutne oczy matczyne, tkwiły we mnie, niepokoju i miłości pełne. Nie mogłem znieść tego wzroku, i uciekłem daleko, pilno mi było zajrzeć sam na sam, w głąb mego ducha, popuścić wodze wspomnieniom, zrzucić kłamany spokój nakazany twarzy, i ukryć łzy namiętne, co drgały mi na powiekach gryząc oczy palącą goryczą. W głębi szpaleru rzuciłem się na wilgotną murawę, i przyciskając czoło do ziemi, zagłębiłem się w ten chaos wspomnień, które jak widma zbudzone z grobowego uśpienia, otaczały mnie nieubłaganem kołem. I myśl uniosła mnie w lata dawne, w kraje cudze, w przeszłość.





........Byłem tak młody wówczas, a tak rozmarzony; piersi kipiały mi lawą uczuć, myśli obejmowały świat cały i jeszcze świat im był ciasny. Zagnany w dalekie kraje, błąkałem się między obcemi ludźmi, posępny i rozgorzały, a oddzielony od nich, o całą odległość pojęć moich, o całą silę uczuć. Tęsknota trawiła mnie straszna i wprawiała umysł i ciało w jakiś stan chorobliwej drażliwości, gorączkowego roztkliwiania. Duch trawiony był niepokojem bez celu, serce spragnione i otwarte bez straży. Byłem w jednej, z tych niebezpiecznych chwil życia, które o całej stanowią przyszłości. Wszystko co wysokie i jasne, zdawało mi się chlebem codziennym; znałem wprawdzie życie z gorżkiej i niskiej strony, ale doświadczenie jeszcze nie było wstanie zwalczyć wszystkich sił dusznych, które parły mnie z dróg codziennych na samotne, ścieżki myśli mojej. I cóż dziwnego żem napotkał boleść, i stracił wszystkie młode nadzieje, los strzegąc mnie od zawodu i skazując na nieszczęście tylko, jeszcze litościwym okazał się dla mnie. W władzach ducha, w wartości moralnej i zdolnościach człowieka zawarty jest może os jego, i gdyby wszystkie wewnętrzne siły dały się liczbami określić, możnaby z tych danych wyprowadzić przyszłość jasną i nieomylną jak pewnik matematyczny. Ta wiara tłómaczyłaby wiele rzeczy, pokazywałaby dotykalnie nieubłaganą sprawiedliwość, rządzącą ludźmi i światem, przez ludzi gdyby znów nie nasuwała tego pytania: „Dla czego jesteśmy, czem jesteśmy?“

Bądź jak bądź, zaświatowe wpływy, spuścizna przeszłych pokoleń, wychowanie czy pierwsze wrażenia, skazały mnie na żywot męczeński. Wszystkie uczucia podnosiły się do wyższej potęgi, a nastrój myśli o wiele przenosił kamerton ogólny, nawet owe subtelne nerwy, któremi się duch posługuje, obdarzone były szczególną czułością, drgały odnajlżejszego wstrząśnienia. Dźwięk, słowo, promień słońca, lub chmura, wprawiały je w ruch, drażniły rozkoszą lub bolem. Najcięższe chwile moje, może były te właśnie, gdziem się pasował z cierpieniem bez nazwy, najrozkoszniejsze winienem nieznanym przyczynom. Fakta też i słowa miały zawsze dla mnie jakieś odnośne znaczenie, i to stanowiło ich wagę rzeczywistą. Ale w czasach, do których sięgam pamięcią, te wszystkie rozumowania nie przeszły mi przez głowę; byłem zarazem twórcą i ofiarą wrażeń moich, szedłem przez świat, nie myśląc o świecie, zasłuchany tylko w dźwiękach własnego ducha.
Nie wiem już jaka fantazya, czy burza, zagnała mnie ku północy, na skalistą wysepkę Helgoland. Miejscowość dzika; szum fal nieustanny, wiatr przesiąkły rzeźwiącym aromatem morza, wszystko razem przypadło mi do smaku, wtórowało zgodnem echem myślom moim. Przywykłem z tej granitowej skały, spoglądać w horyzont nieskończony, śledzić bieg chmur w górze i wiry fal pod stopami, kołysać się w drobnej łodzi, około olbrzymich ścian wyspy, zaglądać w oczy niebezpieczeństwom i w nich poznawać siłę własną; nieraz zawieszony nad przepaścią, kładłem rękę na sercu i rachowałem jego bicia. Niezrażony szczupłością przestrzeni, wszerz i wzdłuż przebiegałem wyspę w codziennych przechadzkach, lub przewiózłszy się na piaszczystą zaspę, zwykłe miejsce kąpieli, chodziłem po zasłanym muszlami wybrzeżu, a morska piana oblewała mi stopy. Tłum gości kąpielowych zaludniał Helgoland, mało zważałem na przybywających, i małom się z niemi łączył, nie spotkałem sympatycznych twarzy; z resztą w owych czasach bogactwo fantazyi mojej, było tak wielkie, żem starczył samemu sobie, niepotrzebowałem ludzi i zostawałem z niemi w obojętnych stosunkach.
Dziwne dobrane były ramy, do serdecznego dramatu, pełnego łez i bolu, za tło służyło mu krwawo czerwone skały, za ramy — smutne, sine i spienione fale północnego morza.
Z okien mieszkania mego, w górnem mieście, widziałem wijące się na dół wielkie wschody, dalej ciasne uliczki i wysokie domy, których dachy tuliły się pokornie do stóp skały, a dalej morze i zaspę, jak wielką żółtą plamę na jego powierzchni: a nad domem jeszcze; wybiegała wieżyczka z galeryą odkrytą, i ztamtąd, nic już nie krępowało wzroku, panowałem nad całą wyspą, mogłem zaglądać do sąsiednich domów, lub zwróciwszy się w inną stronę widziałem tylko morze i morze. Lubiłem tam siadać przy zachodzie słońca, szum fal i wiatru, dziwnie kołysał umysł, nieruchomy, rozmarzony, siedziałem tu nieraz długie godziny, wpatrując się w świat fantastyczny wyszły z wyobraźni mojej, co otaczał mnie, żył i drgał moim życiem; mewy i wielkie rybitwy, dotykały mnie nieraz skrzydłem w swoim locie i rzucały w koło mnie, w ponurem powietrzu swój krzyk złowrogi.
Tak mijały mi dnie niepostrzeżone, w jakimś stanie snu na jawie, aż wielka, moralna burza, której żywioły zbierały się od tak dawna, w ciszy serca mego wybuchła, uniosła mnie szalonym prądem, na przeciw marzeń bez granic, postawiła ciasne szranki najcodzienniejszych przeszkód, i rozbiła życie o niezwalczoną skałę niepodobieństwa.
Pamiętam jak dziś, dzień był parny, południowa burza wisiała w powietrzu, powlekając niebo ołowianym całunem, morze gładkie i bez piany, było w ciszy ciężkie, bezbarwne; atmosfera gorąca, dusiła piersi, odurzała umysł, rozemdliwała ciało.
Wszedłem na wieżę, i wsparłszy się na balustradzie, patrzyłem na ptastwo morskie zakreślające wielkie koła po nad wodami, na białe żagle rybackich łodzi dążące do brzegu, na świat, który za chwilę miał się rozdziczyć walką żywiołów — i myślałem — o czem? Ta chwila tak mi jest przytomną, że pamiętam nawet ulotne myśli moje. Myślałem, że życie moje marnie upływa, że kto wie, czy ten rybak co wraca z połowu, uciekając przed burzą, walcząc z niebezpieczeństwem i trudem, nie jest użyteczniejszym i lepszym odemnie. Myślałem, że daleko, w rodzinnym kraju tęsknią za mną, i duszą przeniosłem się do niego, widziałem wszystko com ukochał; gdy nagle kilka słów wymówionych po polsku, dorzuciło ton nowy, do marzeń moich, i razem zbudziło do rzeczywistego życia. Spojrzałem w około. O kilka kroków zaledwie, w sąsiednim domu na niższym balkonie, siedziało kilka osób, balkon był tak położony, żem mógł rozeznać najdrobniejsze szczegóły, słyszeć każde słowo wymówione, sam nie będąc widzianym. Nie miałem myśli ukrywania się, lub podglądania, ale głos, który mnie doleciał był tak czysty, słowa wyrzeczone były tak miękkie, i wszystko razem tak odpowiadało tęsknotom moim, żem się pochylił szybko, szukając tej, co je wyrzekła.
Była to kobieta młoda i dziwnie piękna, twarz jej biała jak kość słoniowa, bez śladu rumieńca, nosiła mgliste, nieujęte piętno cierpienia; barwą i wyrazem, przypominała rośliny hodowane bez słońca, a w tej bladej twarzy świeciły oczy wielkie, smutne i głębokie — takiemi były w tej chwili przynajmniej, poznałem poźniej jakie połyski świeciły w ich głębiach. Siedziała niedbale w tył przechylona na wielkim fotelu, obwinięta białem, lekkiem ubraniem, które drapowało się w koło smukłych kształtów, i nadawało im wdzięk niewyszukany. Znać odpoczywała po kąpieli, bo włosy czarne, przesiąkło jeszcze słonym wyziewem, spadały splątane na ramiona, i rozsypując się po poręczy, sięgały ziemi. Ręce jej jak gdyby z marmuru wykute, obnażone po ramiona, zwieszały się na kolanach. Wszystko w jej wyrazie, postawie, ruchach nawet, zdradzało zniechęcenie, czy znękanie nieuleczone, pociągało niepojętą słodyczą rozlaną w spojrzeniu, uśmiechu i głosie. Znać los nie uskąpił jej żadnego ciernia, i życie żadnej goryczy, znać łzy wypiły rumieniec jej lica, i natomiast ukoronowały jej młode czoło, majestatem cierpienia. Jednak nie było na jej ustach skargi, ni roztkliwienia, dziwny spokój wionął od tej kobiety, beznadziejny spokój rezygnacyi, dumnego poddania, ukrytej siły. Jam patrzał na nią nieruchomy, nigdy jeszcze twarz ludzka, nie wcieliła tak dokładnie marzeń moich, nie odpowiedziała kapryśnym zachceniom ideału. Może ukazała mi się ona w danej godzinie, może na wrażenia tej chwili składały się lata, może?... Ale któż postawi granicę podobnym pytaniom, kto na nie odpowie? Teraz los był rzucony, mogłem zamknąć, lub odwrócić oczy, twarz ta wyryła się w sercu moim, niestartym stygmatem...
Ona jednak nie domyślała się wcale uczuć wzbudzonych we mnie, nie odczuła płomiennego wejrzenia, które ją otaczało. U kolan jej, bawiło się dziecię, piękne nadziemską pięknością, istot skazanych na śmierć przedwczesną, i wzrok jej spoczywał na niem z taką miłością, że odgadłem, iż to było źródło jej życia, przyczyna radości i smutków. Dziecię, dziewczynka lat kilku zaledwie, była jak cień delikatna i wiotka, rysy jej przypominały matkę, ale patrząc na te oczy podkrążone, z długiemi czarnemi rzęsami, na twarzyczkę wychudłą, na blade usteczka, litość brała nad dzieckiem i nad matką, co na tak wątłej istocie oparła życie. To też oczy kobiety spoglądając na córkę, smutniały jeszcze i mgliły się łzami.
— Alinko moja, mówiła, tuląc jej główkę do kolan, a głos jej przechodził drżący, w ledwo słyszalne dźwięki, samo brzmienie jego już było pieszczotą.
Dziecię jednak śmiało się i swawoliło, nie pojmując ani niebezpieczeństwa, ani niepokoju co je otaczał, a śmiech niewinny odbijał dziwnie przy łzach drgających nad jego głową.
Dopełniała tę grupę, kobieta średnich lat i pospolitej choć poczciwej twarzy, ubranie jej wskazywało, że trzymała miejsce pomiędzy ochmistrzynią, a panną służącą. Czynna i ruchliwa, zajmując się dzieckiem, rozciągała opiekę i nad matką; był to rzadki i niknący już typ starej sługi, przechodzącej w spuściźnie dzieciom od rodziców i los swój wiążącej z ich losem.
— Niechże się pani nie martwi, mówiła, otulając maleńką ciepłym szalem, bo podmuchy wiatru czuć się dawały krótkie, ale gwałtowne, i grzmot daleki rozlegał się przeciągle, odbijając od skał otaczających wyspę. Alinka znacznie rzeźwiejsza od dni kilku, powietrze tutejsze wyraźnie jej pomaga.
— Doprawdy?.. odparła matka, z niedowierzaniem, rozgarniając czarne pukle włosów na jej czole, i wpatrując się w nią z zachwytem{. Oh! Brygido, dodała nagle, zwracając się ku niej, z namiętnym wyrazem w głosie, Bóg nie może mi jej odbierać.
I zakryła twarz rękami, jakby przerażona brzmieniem słów własnych, w których wybuchała trwoga długo tajona.
Nie dosłyszałem odpowiedzi, bo w tej chwili nadciągnęła burza i zapanowała samowładnie. Łoskot fal i grzmotu pokrył wszystkie inne głosy, opróżnił się balkon, ale jam pozostał na miejscu, zapominając o burzy, nie czując wichru co wstrząsał posadą, wyspy, ani deszczu, którego strumienie zimne nie ochładzały mi czoła. W koło mnie szalały żywioły, ogniste wstęgi piorunów krzyżowały się na tle chmur czarnych, bałwany wzbijały się i piętrzyły coraz wyżej, niby olbrzymie łańcuchy gór z śnieżnemi szczytami co kręcą się i podskakują w tańcu fantastycznym. Myśl moja była gdzieindziej, w oczach stała mi ta postać, co ukazała mi się i zniknęła jako błyskawica, zostawiając tylko olśnione źrenice.
Nazajutrz, wstałem rano, po nocy bezsennej, niezwalczona siła ciągnęła mnie na wieżę, próżno jednak strawiłem tam godzin kilka, balkon był otwarty, ale nikt nie wychodził. Zmordowany wreszcie opuściłem moje stanowisko i zeszedłem szybko do przystani. Była to godzina kąpieli; łódź przewozowa na zaspę właśnie odpływać miała, ujrzałem w niej Alinkę z Brygidą; serce zabiło mi dziwnie na widok tego dziecka, wskoczyłem do łodzi i usiadłem tuż przy niej. Ile zużyłem dyplomatycznych wybiegów zanim od słowa: „Co za śliczne dziecko“, zawiązałem rozmowę z Brygidą; jak wielkie zakreślałem koła, by dojść do najprostszych zapytań, jak przebiegle podchwytywałem jej słowa, naprowadzałem na tor rozmowy, jak użyłem 10 cio minutowej przejażdżki, by zdobyć zaufanie rozpieszczonego dziecka, — sam nie wiem już dzisiaj i wytłómaczyłbym jakimś zmysłem, właściwym tylko zakochanym. Dość, że kiedyśmy przybili do zaspy, wiedziałem: iż przyjechali do Helgoland, by dziecię to skazane na śmierć od kolebki, i cudem matczynej miłości utrzymane dotąd przy życiu, oddychało powietrzem morskiem, wiedziałem, że imię matki było Łucya, a Alinka, którą wziąłem na ręce przy wysiadaniu, uczepiła się szyi mojej, wołając bym z nią zbierał kolorowe muszle, obficie na piasku rozsiane; i mimo przedstawień Brygidy uparcie trwała przy swojem. Błogosławiłem po cichu tę fantazyę dziecka, drżąc tajemną rozkoszą, gdy drobne jej i blade rączęta przesuwały się po mojej twarzy, zdawało mi się, że czuję na jej włosach pocałunki matki, że słyszę znowu ten głos pieszczotliwy, mówiący: „Alinko moja“.
Powolność dla chorej dziewczynki zyskała mi widocznie ufność Brygidy, rozmawialiśmy chodząc po wybrzeżu. Mówiła z miłością o jej matce, którą wychowała i skąpo i niechętnie o ojcu, bawiącym u wód, zkąd miał za parę tygodni przyjechać po nich, a słowa jej potwierdziły tylko cały poemat, osnuty w myśli mojej.
Po tem spotkaniu, wzmógł się tylko gorączkowy stan mojego ducha, tak że już miejsca nie mogłem znaleźć sobie, przebiegałem ciasną przestrzeń wyspy, nie wiedząc sam czegom pragnął, com marzył, zatopiony w obrazach myśli, począłem lękać się rzeczywistości, by te powietrzne bańki nie rozbiły się o nią niepowrotnie. Miłość moja nie mogła jeszcze sformułować się dokładnie, nie miała żadnej podstawy, była przeczuciem dopiero. Któż mógł odgadnąć czy rzeczywiste spotkanie z tą kobietą nie rozwiałoby uroku jednej przemarzonej chwili. Wówczas mogłem walczyć jeszcze, powinienem był bronić się ucieczką, alem nie miał siły, czczość serca wydała mi się straszniejszą niż boleść, niż zawód — zresztą los był rzucony, pozostałem.
Nad wieczorem siadłem na ławce przy wielkich wschodach, jedynej drodze łączącej górne miasto z dolnem, i powoli myśl moja poczęła ulatać na skrzydłach wiatru, na chmur kłębach, na pienistych grzbietach bałwanów, duch i ciało zmordowane gorączką, niesnem, oczekiwaniem, wpadły w stan odrętwienia, patrzyłem przed siebie szklannym wzrokiem i wszystkie głosy rozpierzchłe w powietrzu, mieszały mi się w jeden szmer niewyraźny. Wielkie krople deszczu, padając mi na głowę, zbudziły mnie nagle, podniosłem oczy: — o kilka kroków, stała ona w czarnej powłóczystej szacie, trzymając dziecię za rękę, stała wyraźnie zakłopotana nagłą ulewą; spoglądała w około jakby szukając pomocy, bo dziewczynka czepiała się jej sukni, płacząc i wzbraniając się iść dalej. Próbowała wziąść ją na ręce, ale siły jej widocznie były za słabe, zaledwie mogła ujść kroków kilka, chwiejąc się od podmuchów wiatru; a tymczasem wzmagała się burza. Wówczas zbliżyłem się do niej, i odbierając Alinkę z jej rąk omdlałych, wyrzekłem jakieś słowa, niezrozumiałe dla mnie samego, zgłuszone świstem wiatru i morza. Kobieta spojrzęła na mnie zdziwiona, na dziecię, które zarzuciło mi ręce na szyję, i szkarłatny rumieniec wybiegł chwilę na jej twarz bladą; czy wywołało go zmęczenie? ciężar nad siły? czy był to odblask mego wejrzenia, przeczucie lub zrozumienie — nie wiem. Szedłem po stromych wschodach, otulając Alinkę od rozszalałego wiatru, lekki jak ptak co rozpuścił skrzydła, pragnąc, by chwila ta nie miała końca, by wschody, jak w widzeniu Jakóba szły aż do nieba... Spoglądałem na Łucyę, idącą naprzód i zwracającą się ku nam z pół uśmiechem tęsknym i wdzięcznym.
Tak zaszedłem aż do jej mieszkania, sam prawie nie wiedząc o tem. Brygida wybiegła naprzeciwko nam niespokojna, i biorąc dziecię z objęć moich, powitaniem serdecznem uwolniła mnie od oklepanych frazesów, na które w chwili tej zdobyć się me byłem w stanie, mówiąc kto jestem, opowiadając o rannem spotkaniu. U wód, między współziomkami, znajomości zawierają się szybko; wkrótce ujrzałem się na przyjaznej stopie, w tym saloniku obok niej, gdzie jak do raju zaklętego wzrok mój sięgał napróżno. I wówczas w sercu mojem stała się dziwna cisza, zdawało mi się, że gorączka dnia tego i nocy, była snem marnym tylko; ta cisza, był to ostatni urok rzucony jej obecnością, ona to pozwoliła mi jasno spojrzeć na nią i zrozumieć, że wrażenie pierwsze kłamstwem nie było; po nad cały tłum pełzających serc i myśli, mogliśmy spotkać się oko w oko, wśród czystej i niebezpiecznej atmosfery wyżyn. Czar, który padł na mnie, nie był carem piękności samej, bo piękność jej nawet szła od ducha; wiele łez, wiele bolów złożyło się na nią, Bóg wiedział. Jam przeczuł...
Ciszy tej szukałem potem wśród namiętnych szałów napróżno, a czułem, że tylko przy niej odnaleźć ją mogłem. Odtąd dzieje serca mego stały się nieustannem pasmem wrażeń, budzonych źdźbłowemi wypadkami życia, a duch mój jak harfa drgał wiecznie pod jej dłonią, smutkiem, rozpaczą, tęsknotą i szałem. Pojmą to i zrozumieją ci tylko, co jak ja złożyli serce i życie w jedną wielką miłość, i po za nią przestali pojmować możliwość bytu. Bezwładnego każda chwila przykuwała silniej, tysiącem pajęczych, a nierozerwalnych nici codziennych stosunków. Nie wiedząc o tem, stałem się jej cieniem, bezmyślnie zwracałem się ku niej, szedłem za jej krokami w jakimś stanie jasnowidzenia, czy snu na jawie...
Ileż razy wśród nocy nieskończonych, pełnych marzeń szalonych, burz niepohamowanych, wybiegałem na wieżę, party niepojętą żądzą, by ujrzeć choć światło migające w jej oknie, choć martwy przedmiot, na którym spoczęła. Gotów byłem całować ślady jej stóp na piasku. A ona? — Ona, wśród żądz i burz, wypływała w myśli mojej, jasna i mglista jak promień księżyca, jak biały anioł smutku i nadziei; wzrok jej głęboki panował nademną; szalony uspakajałem się pod jego wpływem, i piersi wzburzone nie wydawały jęku ni głosu. Rozgorzały, milczałem. Czemu przyszedł dzień, gdziem milczeć przestał?.. nie wiem. Nie obrachowywałem nic, nie rozumowałem prawie, nie miałem nadziei, ni myśli wyraźnej. Siły ludzkie nie są niewyczerpane... najdumniejszy jęknie wśród męczarni.
Przyszła chwila, gdziem musiał przemówić, lub — skonać!...






Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.