Figle kobiet (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt pierwszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Figle kobiet
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom IX
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Tytuł orygin. The Merry Wives of Windsor
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
FIGLE KOBIET.
(WESOŁE WINDSORSKIE KOBIETY).

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Windsor. — Przed domem pana Page, od strony ogrodu.
(Wchodzą: sędzia Płytek, Chudziak i Hugo Evans).

Płytek.  Dostojny księże Hugonie, skończ przekładania, sprawa pójdzie pod sąd Izby gwiaździstej, a sir Robert Płytek, koniuszy, nie zlęknie się dwudziestu takich Falstaffów.
Chudziak.  W hrabstwie Gloucester sędzia pokoju i Coram.
Płytek.  Tak jest, kuzynie Chudziaku, i Custalorum.
Chudziak.  A do tego Ratolorum i rodowity szlachcic, mości plebanie, który się pisze armigero na wszystkich aktach, upoważnieniach, kwitach i obligach; armigero.
Płytek.  Tak się piszę i tak zawsze się pisałem od lat trzechset.
Chudziak.  I tak się pisali wszyscy jego sukcesorowie, którzy go poprzedzili, i tak się pisać będą mieli prawo wszyscy przodkowie, co się po nim urodzą. Wszyscy mogą się pieczętować dwunastu białemi szczypami.
Płytek.  Herb to stary.
Evans.  Twanaście szczyp przystoi staremu herpowi. Szczypa, stary to ludzki przyjaciel, a znaczy ogień i ciepło.
Płytek.  Szczyp jest to biała ryba, a, żeby herb był stary, musi być ryba solona.
Chudziak.  Czy mam prawo herb mój ćwiartkować, kuzynie?
Płytek.  Będziesz miał prawo, zawierając stadło.
Evans.  To prawda, że musi ćwiartkować. kto chce mieć stadło[1].
Płytek.  Bynajmniej.
Evans.  Musi ćwiartkować, powtarzam, po jeśli weźmie jedno stadło, zostanie tylko resztka, tak mi się przynajmniej zdaje, piorąc rzeczy na mój płytki rozum. Ale dajmy temu pokój. Jeśli ci sir John Falstaff upliżył, ja, jako duchowna osopa, z radością ofiaruję wam moje pośrednictwo, aby załagodzić sprawę i skończyć interes przez kompromis.
Płytek.  Izba rozsądzi; to był gwałt oczywisty.
Evans.  Nie przystoi, żepy Izpa gwałtów słuchała; niema pojaźni pożej w gwałtach, a trzepa wam wiedzieć, że Izba wolałaby coś usłyszeć o pojaźni pożej, a nie o gwałtach; niech wam to służy za przestrogę.
Płytek.  Ha, na moją głowę, gdybym odmłodniał, szabla skończyłaby wszystko!
Evans.  Lepiej, żepy tę szaplę zastąpili przyjaciele i położyli koniec wszystkiemu. Ale wylągł się nowy projekt w mojej głowie, który przyta się może na co. Jest tu niejaka panna Anna Page, córka pana Jerzego Page, a piękny to kwiatek panieństwa, na uczciwość.
Chudziak.  Panna Anna Page, co ma ciemne włosy, a cedzi słówka, jak wielka pani?
Evans.  Ona właśnie; to mi kopieta, jakiejpyś chciał za żonę. A siedemset funtów monety i złota zapisał jej na śmiertelnem łożu dziadek (taj mu Panie ratosne zmartwychwstanie!), do których ma prawo, byle się toczekała lat siedemnastu. Zdaniem mojem pyłopy lepiej skończyć wszystkie swary, a pomyśleć o małżeństwie pana Aprahama z panną Anną Page.
Płytek.  Więc dziadek zostawił jej siedemset funtów?
Evans.  A ojciec zeprał dla niej więcej jeszcze grosiwa.
Płytek.  Znam ja tę młodą panienkę; nie zbywa jej na dobrych przymiotach.
Evans.  Sietemset funtów i speranta, tobre to przymioty.
Płytek.  Więc idźmy do uczciwego pana Page. Czy zastaniemy tam Falstaffa?
Evans.  Mamże ci powiedzieć kłamstwo? Gartzę kłamcą, jak gartzę fałszywym człowiekiem, jak gartzę człowiekiem, który nie mówi prawty; zastaniesz tam kawalera sir Johna. Ale proszę cię, słuchaj raty życzliwych ci ludzi. Zastukam we trzwi pana Page (stuka). Hola Pokój temu tomowi. (Wchodzi Page).
Page.  Kto tam?
Evans.  Płogosławieństwo poże i twój przyjaciel, i pan sętzia Płytek, i młoty pan Chutziak, który kto wie, może ci inną zaśpiewa piosneczkę, jeśli rzeczy po twojej pójtą myśli.
Page.  Cieszę się, mości panowie, że was widzę przy dobrem zdrowiu; a wam, panie Płytku, dziękuję za zwierzynę.
Płytek.  Panie Page, rad cię widzę. Niech wam to będzie na zdrowie. Pragnąłbym, żeby lepsza była zwierzyna, bo źle była zabita. A jakże zdrowie dobrej pani Page? Kocham was zawsze z całego serca, na uczciwość, z całego serca.
Page.  Dziękuję wam, panie sędzio.
Płytek.  To mnie raczej dziękować należy; więc krótko a węzłowato, najpiękniej dziękuję.
Page.  Cieszę się, że cię widzę, dobry panie Chudziaku.
Chudziak.  A jak się ma twój płowy chart, panie Page? Słyszałem, że na wyścigach w Cotsall mydło woził.
Page.  Rzecz nie była rozstrzygnięta.
Chudziak.  Nie chcesz się tylko przyznać, nie chcesz się przyznać!
Płytek.  Bardzo wierzę. To wasza wina, wasza wina, bo to pies doskonały.
Page.  Powiedz raczej, że to kundel.
Płytek.  A ja utrzymuję, że to pies doskonały, że to pies piękny. Czy można powiedzieć więcej jak, że doskonały i piękny? Czy sir John Falstaff jest w waszym domu?
Page.  Jest w naszym domu, a pragnąłbym waszym być pośrednikiem.
Evans.  Oto mi słowa, jakie chrześcijaninowi przystoją.
Płytek.  Pokrzywdził mnie, panie Page.
Page.  Sam się po części do winy przyznaje.
Płytek.  Przyznać się nie znaczy naprawić, czy nieprawda, panie Page? Pokrzywdził mnie, na uczciwość, pokrzywdził mnie; Robert Płytek, armígero, powiada, że był pokrzywdzony.
Page.  Właśnie sir John nadchodzi.

(Wchodzą: Falstaff, Bardolf, Nym i Pistol).

Falstaff.  Więc to rzecz zdecydowana, mości Płytku, że zanosisz na mnie skargę przed króla jegomości?
Płytek.  Panie kawalerze, zbiłeś moich ludzi, wystrzelałeś moją zwierzynę, wyłamałeś mój zwierzyniec.
Falstaff.  Ale nie wycałowałem córki twojego gajowego.
Płytek.  Wolne żarty. Odpowiesz za to, kawalerze.
Falstaff.  Odpowiem natychmiast i bez ogródki: wszystko to prawda. Spodziewam się, że jasna odpowiedź.
Płytek.  Rozpozna to Izba.
Falstaff.  Zrobiłbyś lepiej, panie Płytku, gdybyś siedział cicho w własnej izbie, bo tylko na śmiech się wystawisz.
Evans.  Pauca verba, sir Johnie, topre słowa!
Falstaff.  Ja mu dałem coś lepszego jak dobre słowa, bo dobry uczynek. Mości Chudziaku, rozpłatałem ci czaszkę, co masz jeszcze do mnie?
Chudziak.  Bądź spokojny, mości panie, mam w tej czaszce dosyć rzeczy przeciw tobie, mam też i przeciw twoim trzem urwiszom rzezimieszkom, których nazwiska Bardolf, Nym i Pistol. Wciągnęli mnie do szynkowni, upoili, a potem do grosza okradli.
Bardolf.  A ty banburski serze!
Chudziak.  Mniejsza o to.
Pistol.  Co śmiesz utrzymywać, Mefostofilu?
Chudziak.  Mniejsza, mniejsza o to.
Nym.  Porąbać go! pauca, pauca! porąbać, to moja reguła.
Chudziak.  Gdzie Głuptas, mój sługa? Czy nie wiesz, kuzynie?
Evans.  Cicho, panowie! partzo proszę. Czas już porozumieć się. Trzech jest, jak rozumiem, polupownych sętziów w tej sprawie; to jest pan Page, vitelicet pan Page; powtóre ja, vitelicet ja; a trzecim sętzią, ostatecznie i nakoniec, jest pan gospotarz operży pod Potwiązką.
Page.  My trzej mamy ich wysłuchać i sprawę zakończyć.
Evans.  Pardzo toprze; wciągnę treść całej sprawy do mojego pugilaresu, a roztrząśniemy ją potem z największą jak pędzie można tyskrecyą.
Falstaff.  Pistol!
Pistol.  Słucha uszyma.
Evans.  Do kroćset peczek! co to za wysłowienie: słucha uszyma, co za afektacya!
Falstaff.  Pistol, czy zwędziłeś sakiewkę pana Chudziaka?
Chudziak.  Na te rękawiczki, zwędził; a jeśli kłamię, bodaj moja noga nie postała więcej w mojej wielkiej sali! Zwędził mi trzy złote groszy trzy w samych dziesiątakach i dwa edwardowskie talary, które płaciłem pięć złotych groszy dziesięć sztuka u Jeda Millera, na te rękawiczki!
Falstaff.  Pistol, czy to prawda? czy to bezwarunkowa prawda?
Evans.  Tylko warunkowa tam prawta, gdzie idzie o zwarowanie.

Pistol.  

Milcz, ty góralu! — By mu kłamstwa dowieść,
Płaską tę klingę wyzywam na rękę,
Bo jak pies szczeka; w oczy mu powiadam:
Bezczelnie kłamiesz, na muł i na pianę!

Chudziak.  Jeśli nie on, to ten mnie okradł, na moje rękawiczki!
Nym.  Uważaj co mówisz, mości panie, a wiwat dobry humor! Nie przepuszczam takich przypuszczali! to moja odpowiedź.
Chudziak.  Więc na mój kapelusz, ten jegomość z czerwoną gębą ma moją sakiewkę; bo choć nie mogę sobie przypomnieć co robiłem, gdyście mnie spoili, nie jestem jeszcze jednak zupełnym osłem.
Falstaff.  Co mówisz na to, Janie Szkarłacie?
Bardolf.  Mówię, że ten jegomość sam zapił swoje pięć zamysłów.
Evans.  Chcesz powietzieć: swoje pięć zmysłów; o zgroza, co za nieuctwo!
Bardolf.  A gdy raz sobie w czub nalał, plótł jakby się wyrwał od czubków i bredził jakby w delirium.
Chudziak.  He, teraz sobie przypominam, że i wtedy także mówił po łacinie. Ale mniejsza o to; odtąd, póki życia, nie upiję się, chyba w towarzystwie uczciwych, grzecznych i bogobojnych ludzi; nauczył mnie rozumu wasz figiel. Jeśli sobie zaleję kiedy głowę, to zaleję z ludźmi, u których jest jeszcze bojaźń boża, a nie z pijanem hultajstwem.
Evans.  To mi się nazywa uczciwe postanowienie, sątź mnie, Poże.
Falstaff.  Słyszycie panowie, że przeczą wszystkiemu, słyszycie.

(Wchodzi: panna Anna Page, z winem, za nią pani Ford i pani Page).

Page.  Nie, córko, wróć z winem do domu, tam wychylimy szklenicę (wychodzi Anna Page).
Chudziak.  O nieba! to panna Anna Page.
Page.  Jakże zdrowie, pani Ford?
Falstaff.  Pani Page, na honor, przychodzisz w porę. Z przeproszeniem (całuje ją).
Page.  Żono, pozdrów tych panów. Proszę z sobą; mamy dziś na obiad pasztet ze zwierzyny, prosto z pieca. Proszę z sobą, panowie, a mam nadzieję, że utopimy wszystkie urazy.

(Wychodzą wszyscy prócz Chudziaka, Płytka i Evansa).

Chudziak.  Wolałbym teraz mieć pod ręką mój Zbiór Pieśni i Sonetów niż czterdzieści złotych w kieszeni. (Wchodzi Głuptas). Gdzież to bywałeś, Głuptasie? Jakto, więc mam sobie sam służyć? hę? Czy masz przy sobie Wybór Zagadek? hę?
Głuptas.  Wybór Zagadek? Alboż go pan nie pożyczyłeś Halce Pierożek, w ostatni dzień Wszystkich Świętych, na tydzień przed Świętym Michałem?
Płytek.  Śmiało, kuzynie! śmiało, kuzynie! Czekamy na ciebie. Jeszcze słowo, kuzynie. Uważaj, kuzynie, jest już, że tak powiem, deklaracya, pewien rodzaj deklaracyi, zrobiony z daleka jeszcze przez dostojnego księdza Hugona. Czy mnie rozumiesz?
Chudziak.  Doskonale, Bądź spokojny, kuzynie; zobaczysz, że się poprowadzę roztropnie. Jeśli już na to mi przyszło, zrobię, co nakazuje roztropność.
Płytek.  Aleć zrozum mnie nakoniec.
Chudziak.  Rozumiem cię bardzo dobrze, kuzynie.
Evans.  Słuchaj jego raty, panie Chutziaku. Tam ci opis całej sprawy, jeśli masz po temu serce.
Chudziak.  Zrobię wszystko, co radzi kuzyn Płytek. Przebacz, proszę, dostojny plebanie; to sędzia pokoju w swoim obwodzie, choć ze mnie prosty tylko człowiek.
Evans.  Ale tu nie o to rzecz itzie: tu itzie o małżeństwo.
Płytek.  Tu cały sęk, miły kuzynie! Evans. Tak jest, tu sęk, tu itzie o Pannę Annę Page.
Chudziak.  Jeśli o to idzie, wezmę ją za żonę, byle rozsądne były warunki.
Evans.  Ale czy masz to niej jakie czułe afekta? Niech się towiemy z twoich ust lup twoich warg, po, jak niektórzy filozofowie utrzymują, wargi stanowią część ust, więc powietz topitnie, czy czujesz jaki pociąg do tziewczyny?
Płytek.  Kuzynie Abrahamie Chudziaku, czy możesz ją kochać?
Chudziak.  Spodziewam się, panie, że zrobię, co przystoi człowiekowi, chętnemu iść za radą rozumu.
Evans.  Przez Poga i Wszystkich Świętych, tłómacz się jasno; czy masz ku niej jaką przychylność?
Płytek.  Tak jest, musisz powiedzieć nam wyraźnie, czy chcesz wziąć ją za żonę z dobrym posagiem?
Chudziak.  Gotów jestem do większej ofiary na twoje żądanie, kuzynie, do daleko większej.
Płytek.  Aleć zechciej mnie zrozumieć, zechciej zrozumieć, kochany kuzynie! Wszystko, co teraz robię, robię dla twojego szczęścia. Czy możesz ją kochać tę dziewczynę?
Chudziak.  Wezmę ją za żonę na twoje żądanie, a jeśli niema wielkiej miłości w początku, niebo może ją odmnożyć przy lepszej znajomości, gdy raz pobrani będziemy mieli więcej okazyi do poznania się. Spodziewam się, że z poufałością rozwinie się sentyment. Ale skoro ty mówisz: weź ją, wezmę ją; to moja niezmienna, wolna rewolucya.
Evans.  Pardzo tyskretna otpowietź. Jest tylko mała omyłka w wyrazie rewolucya; właściwy wyraz, wetle naszego rozumienia, jest rezolucya; ale intencya pyła topra.
Płytek.  I ja myślę, że intencya mojego kuzyna była dobra.
Chudziak.  Zaręczam, a niech mnie powieszą, jeśli kłamię, na uczciwość. (Wchodzi Anna Page).
Płytek.  Ale jak widzę, zbliża się panna Anna. — Chciałbym odmłodnieć dla twojej miłości, panno Anno!
Anna.  Obiad na stole; ojciec mój czeka na wasze zacne towarzystwo.
Płytek.  Śpieszę do niego, śpieszę, piękna panno Anno!
Evans.  Tam to kata! Niechciałpym chypić penetykcyi.

(Wychodzą Płytek i Hugo Evans).

Anna.  Czy raczysz wejść i ty także, szanowny panie?
Chudziak.  Nie, pani, dziękuję, na honor, z całego serca. Bardzo mi tu dobrze.
Anna.  Obiad czeka na was oddawna gotowy.
Chudziak.  Nie jestem głodny, dziękuję, na honor. Ruszaj, pachołku, a choć jesteś moim sługą, idź służyć mojemu kuzynowi Płytkowi. (Wychodzi Głuptas). Nawet sędzia pokoju może czasem potrzebować usługi pachołków swojego przyjaciela. Jak na teraz, mam trzech ludzi i jednego chłopaka, póki nie umrze moja matka. Ale mniejsza o to, żyję tymczasem jak biedny urodzony szlachcic.
Anna.  Nie mogę wrócić bez ciebie, szanowny panie, bo nie siądą do stołu, póki nie przyjdziesz.
Chudziak.  Na uczciwość, nic do ust nie wezmę; ale dziękuję ci, panienko, jakbym doskonale obiadował.
Anna.  Ale bardzo proszę, panie, wejdź do domu.
Chudziak.  Wolę tu się przechadzać. Dziękuję. Otarłem sobie goleń, dni temu kilka, bijąc się na szablę i sztylet z fechmistrzem. Szło za trzy trafienia o półmisek gotowanych śliwek, i na honor, od tego czasu nie mogę znieść zapachu gorącej potrawy. Ale czemu wasze psy tak szczekają? Czy są w mieście niedźwiedzie?
Anna.  Zdaje mi się, że są; słyszałam przynajmniej, jak o nich mówiono.
Chudziak.  Zapamiętale lubię hece, choć niema na nich gorętszego ode mnie człowieka w całej Anglii; o lada nic gotów jestem szukać kłótni. Czy nieprawda, panno Anno, że strach cię bierze na widok puszczonego niedźwiedzia?
Anna.  Prawda.
Chudziak.  A dla mnie jest to jadło i napitek. Dwadzieścia razy widziałem puszczonego Sackersona, chwyciłem go za łańcuch, ale możesz mi wierzyć, że kobiety wrzeszczały wniebogłosy na ten widok. Ciężkoby mi było przestrach ich opisać, bo kobiety, trzeba wyznać, nie mogą znieść widoku niedźwiedzia; brzydka to i dzika bestya. (Wchodzi Page).
Page.  Przybywaj, panie Chudziaku, przybywaj! Na ciebie tylko czekamy.
Chudziak.  Nic do ust nie wezmę; dziękuję.
Page.  Terefere! Niema tu wyboru, musisz iść z nami.
Chudziak.  Więc proszę, pokaż mi drogę.
Page.  Idźmy!
Chudziak.  Panno Anno! tobie się należy pierwszeństwo.
Anna.  O nie, nie, panie, bądź naszym przewodnikiem.
Chudziak.  Na uczciwość, nie wejdę pierwszy, na uczciwość, nie, nie wejdę. Nie chcę ci robić tej krzywdy, panno Anno!
Anna.  Ale, proszę.
Chudziak.  Wolę być niegrzecznym, niż nudnym. Sama się krzywdzisz, panno Anno! i na tem koniec, tak. (Wychodzą).


SCENA II.
Przed domem pana Page.
(Wchodzą: sir Hugo Evans, Głuptas).

Evans.  Ruszaj, a pytaj o trogę to tomu toktora Kajusza. Mieszka tam niejaka pani Żwawińska, która jest nipy jego mamką, alpo jego niańką, alpo jego kucharką, alpo jego praczką, alpo jego szwaczką.
Głuptas.  Dobrze, panie.
Evans.  Słuchaj tylko, a powiem ci coś lepszego. Ottaj jej ten list, po to jest kopieta serteczna przyjaciółka panny Anny, a list ten ją prosi, żepy poparła intencye twojego pana do panny Anny Page. Więc proszę, śpiesz się, a ja tymczasem idę skończyć mój opiat, po przyjtą jeszcze pórsztówki i ser. (Wychodzą).


SCENA III.
Izba w oberży pod Podwiązką.
(Wchodzą: Falstaff, Gospodarz, Bardolf, Nym, Pistol i Robin).

Falstaff.  Panie gospodarzu Podwiązki!
Gospod.  Co mówi dzielny mój zuchter? Wytłómacz się uczenie a mądrze.
Falstaff.  Naprawdę, panie gospodarzu! muszę odprawić część moich ludzi.
Gospod.  Odgoń, junaku, Herkulesie, degraduj! Niech idą w świat, der, der!
Falstaff.  Siedzę tu gospodą za dziesięć funtów na tydzień.
Gospod.  Drugi z ciebie cesarz, Cezar, Kajzer i Fizar. Biorę na mój rachunek Bardolfa; będzie mi beczki odszpontowywał i ściągał butelki. Czy zgoda junaku, Herkulesie?
Falstaff.  Zrób tak, dobry panie gospodarzu!
Gospod.  Powiedziałem; niech idzie za mną. Zobaczę, czy będziesz w stanie zarobić na kawałek chleba, szumując. Słowny ze mnie człowiek. Idź za mną. (Wychodzi).
Falstaff.  Idź za nim, Bardolfie. Piwniczy! dobre to rzemiosło. Ze starego płaszcza można wykroić nową kurtkę, a z wywiędłego sługi świeżego piwniczego. Idź za nim i bądź zdrów! Bardolf. Jest to rzemiosło, za którem oddawna wzdychałem. Urosnę! (Wychodzi).
Pistol.  Plugawe cygańskie plemię! i ty chcesz czopem obracać?
Nym.  Po pijanemu był poczęty; czy koncept niedobry? Niema w jego duszy nic heroicznego, i na tem koniec.
Falstaff.  Rad jestem, żem się nakoniec żagwi tej pozbył. Kradzieże jego zbyt były jawne; jego wędzenie było jak śpiewak niećwiczony — nie trzymało miary.
Nym.  To mi talent — kraść w krótkich pauzach.
Pistol.  Mądrzy ludzie nazywają to subtylizowaniem. Kraść! fe, figa za takie wyrażenie!
Falstaff.  Nie chcę dłużej taić wam prawdy, panowie; już prawie świecę piętami.
Pistol.  Przygotuj się więc na odmrożenie.
Falstaff.  Niema lekarstwa; czas zacząć tumanić, muszę kierować się przemysłem.
Pistol.  Młode kurczęta muszą mieć strawę.
Falstaff.  Czy zna który z was Forda, tutejszego mieszczanina?
Pistol.  Znam tego jegomościa, pięknej to człowiek substancyi.
Falstaff.  Uczciwe moje chłopaki, powiem wam teraz, co u mnie za pasem —
Pistol.  Dwa sążnie obwodu i coś w przysypku.
Falstaff.  Schowaj żarty na później, Pistolecie! Prawda, że mam w pasie coś około dwóch sążni; lecz nie o pasie teraz myślę, ale o zapasie. Krótko węzłowato, zamierzam stroić koperczaki do żony Forda. Czuję nosem zwierzynę. Jej słowa, jej uśmiechy, jej zalotne spojrzenia, wszystko daje mi zachętę. Mogę jasno tłómaczyć całe znaczenie poufałego jej stylu, a najsurowsze słowo jej postępowania znaczy dobrą angielszczyzną: jestem sir Johna Falstaffa.
Pistol.  Studerował, widzę, jej chęci i przetłómaczył je z języka uczciwości na angielski.
Nym.  Głęboko zarzucił kotwicę. Jak wam się zdaje ten humor?
Falstaff.  Otóż, jak powiadają ludzie, rozrządza ona po swojej woli workiem swojego męża, a w tym worku siedzą pułki aniołów.
Pistol.  Przywołaj więc na pomoc równą liczbę dyabłów i ruszaj do szturmu, to moja rada.
Nym.  Humor rośnie; doskonale; shumoruj mi tych aniołów.
Falstaff.  Napisałem tu sobie list do niej, a ten list drugi do żony pana Page, która także strzelała do mnie oczyma, chwila temu, i doświadczonym wzrokiem badała moje doskonałości. Promień jej źrenicy to ślizgał się po moich nogach, to krążył po moim majestatycznym brzuchu.
Pistol.  To więc słońce świeciło na kupie gnoju.
Nym.  Dziękuję ci za ten humor.
Falstaff.  O, błąkała się po mojej osobie tak łakomem spojrzeniem, że chętka jej oka zdawała mi się dopiekać, jak szkło palące. Oto jest drugi list, do niej wystosowany. I ona też nosi sakiewkę; to druga Gujana — samo złoto i dostatek. Będę obu zwodnikiem, a one obie będą mi płatnikiem, mojemi Wschodniemi i Zachodniemi Indyami, będę z obydwiema handlował. Idź więc i ponieś ten list do pani Page, a ty ponieś ten do pani Ford. Odrosną nam pióra, chłopaki, odrosną nam pióra!
Pistol.  Z szablą przy boku mam twym być Pandarem? Nigdy! niech wprzódy dyabli wszystko wezmą!
Nym.  Nie chcę być winnym podłego humoru; trzymaj sobie twój list humorystyczny, bo ja chcę żyć, jak szlachcicowi przystoi.

Falstaff  (do Robina). Więc ty, pachołku, nieś list ten co żywo,
Bądź łódką moją do złotych wybrzeży. —
Precz stąd, kapcany! precz! jak grad się stopcie!
Więc nogi za pas, szukajcie kwatery!
Choć ciężkie czasy, Falstaff nie utonie,
I jeszcze z paziem swym na wierzch wypłynie.

(Wychodzą: Falstaff i Robin).

Pistol.  Niech sępy twemi karmią się flakami!
Jeszcze mi moje pozostały kostki,
Jeszcze oskubię biednych i bogatych.
Wprzód ty, frygijski Turku umrzesz z głodu,
Nim mej kieszeni na tynfach zabraknie.
Nym.  Mam ja tu planik, który zemstą pachnie.

Pistol.  Chcesz się zemścić?
Nym.  Na niebo i gwiazdy!
Pistol.  Sprytem, czy stalą?

Nym.  Obydwoma humorami; uwiadomię Forda o humorze tej miłości.

Pistol.  A ja drugiemu wydam tajemnicę,
Powiem, jak Falstaff, to fałszywe bioto,
Chce jego białą uwieść gołębicę,
Splamić mu łoże i wykraść mu złoto.

Nym.  Mój humor nie ostygnie. Podbudzę Forda, żeby się wziął do trucizny; nabawię go żółtaczki, bo gniew mój niebezpieczny: to mój prawdziwy humor.
Pistol.  Czysty z ciebie Mars malkontentów: rachuj na moją pomoc, marsz! (Wychodzą).


SCENA IV.
Pokój w domu doktora Kajusza.
(Wchodzą: pani Żwawińska, Głuptas i Rugby).

Żwaw.  Słuchaj, Janku Rugby, proszę cię, idź, wyjrzyj oknem i zobacz, czy nie ujrzysz wracającego mego pana, pana doktora Kajusza, bo na uczciwość, gdyby wrócił, a znalazł kogo w domu, narobiłby harmideru i na straszną wystawił próbę bożą cierpliwość i królewską angielszczyznę.
Rugby.  Stanę na czatach (wychodzi).
Żwaw.  Idź więc, Janku, a za to dziś wieczór napijemy się krupniku, kiedy ogień ziemnego węgla zacznie gasnąć. Uczciwy to i pełny dobrych chęci pachołek, sługa, jakiego życzę każdemu domowi, a do tego, możesz mi wierzyć, nie plotka i nie hałaburda. To najgorsza jego wada, że za długo odmawia modlitwy; to jego słaba strona; ale cóż robić, każdy ma swoje wady; dajmy temu pokój. Więc, jak powiadasz, imię twoje Piotr Głuptas?
Głuptas.  W braku lepszego.
Żwaw.  A pan Chudziak twoim jest panem?
Głuptas.  Wyznaję.
Żwaw.  Czy nie nosi on wielkiej, okrągłej brody, jak rękawicznika nożyce?
Głuptas.  Nie, na uczciwość; on ma malutką twarzyczkę, z małą żółtą bródką, bródką kainowego koloru.
Żwaw.  Łagodnego charakteru człowiek, czy nieprawda?
Głuptas.  O co.to, to prawda. Ale mimo tego ma on pięść tak twardą, jak ktokolwiek, coby mu śmiał spojrzeć w oczy; bił się niedawno z gajowym.
Żwaw.  Co powiadasz? O, przypominam sobie teraz doskonale. Czy nie trzyma głowy do góry, że tak powiem, a chodząc, czy się nie puszy?
Głuptas.  I bardzo.
Żwaw.  Niechże niebo gorszej nie spuści fortuny na pannę Annę! Powiedz księdzu plebanowi, że zrobię, co będzie można dla twojego pana. Anusia, dobra to dziewczyna i pragnę — (wchodzi Rugby).
Rugby.  Umykaj! pan mój idzie.
Żwaw.  Toż da się nam wszystkim we znaki! Dalej! co żywo, młodzieniaszku, schowaj się do tej komory. (Zamyka Głuptasa w komorze). Nie długo tu zabawi. — Hej tam, Janku Rugby! Janku! czy słyszysz? Ruszaj, Janku, wywiedz się o twoim panu; boję się, żeby mu się co nie przytrafiło, że dotąd nie wrócił jeszcze do domu (śpiewa). Tra, la, la! (Wchodzi doktor Kajusz).
Kajusz.  Co to szpiewalem za trele? Ja nie lubial takie rozpusty. Proszę, poszukaj w moja komora un boitier vert, pudełko, zielony pudełko. Czy rozumial, co ja mówil? zielony pudełko.
Żwaw.  Rozumiem bardzo dobrze; zaraz je przyniosę (na str.). Dzięki Bogu, że sam szukać go nie poszedł, bo gdyby tam znalazł młodego pachołka, wściekłby się od złości (wychodzi).
Kajusz.  Fe, fe, fe, fe! ma foi, il fait fort chaud. Je m’en vais à la cour, la grande affaire.
Żwaw.  (wraca z pudełkiem). Czy to, panie?
Kajusz.  Oui, mette le au mon kieszonka; depcche, żwawo! a gdzie ten hultaj Rugby?
Żwaw.  Hej, Janku Rugby! Janku!
Rugby.  Jestem, panie.
Kajusz.  Ty, Janek Rugby, lub Gawel Rugby, ruszaj, weź twego miecza i maszerował za mój pięta na zamek.
Rugby.  Szabla moja czeka gotowa w sieni.
Kajusz.  Na honor, za długo bawię. Tam do kata! Qu’ ai-je oublié? Są tam pewne ziółka w mój komora, którychbym nie chciał zapomniał za cały globus ziemski.
Żwaw.  O, Boże! Znajdzie tam młodego pachołka i wścieknie się.
Kajusz.  O, diable, diable! co tam siedzi w mój komora? Rozbój! larron! (Wyciąga z komory Głuptasa). Rugby, mój szpada!
Żwaw.  Uspokój się, dobry panie.
Kajusz.  Na co mam uspokój się?
Żwaw.  To młody, uczciwy pachołek.
Kajusz.  Co mial do roboty uczciwy pacholek w mój komora? Uczciwy pacholek nie włazilbym w mój komora.
Żwaw.  Proszę cię, panie, nie bądź tak flegmatyczny; powiem ci szczerą prawdę; pachołek ten przyszedł do mnie w posły od księdza plebana Hugona.
Kajusz.  Bon.
Głuptas.  To prawda, panie, z prośbą —
Żwaw.  Cicho! proszę cię, cicho!
Kajusz.  Cicho z twego języka! a ty opowiadaj twój historya.
Głuptas.  Z prośbą do tej uczciwej szlachcianki, a twojej, panie, gospodyni, żeby powiedziała dobre słowo pannie Annie Page za moim panem w interesie małżeństwa.
Żwaw.  I na tem koniec, Bóg świadkiem, no! Ale nie wścibię palca w ogień, gdzie nie potrzeba.
Kajusz.  Ksiądz pleban Hugo cię poslalem? Rugby, baillez moi papieru. Zaczekaj tu kwilka (pisze).
Żwaw.  Cieszę się, że tak jest spokojny, bo gdyby się wedle zwyczaju w gniewie zaciekł, tożbyś się nasłuchał krzyków i melancholii! Mimo tego jednak, człowieku, zrobię, co będę mogła, w interesie twojego pana; ale żeby ci wszystko powiedzieć, ten francuski pan mój — mogę go nazywać moim panem, bo widzisz, jestem jego gospodynią, piorę, prasuję, warzę, piekę, szoruję, przyrządzam jadło i napitek, ścielę łóżka, a wszystko sama.
Głuptas.  Wielki to ciężar na dwie ręce.
Żwaw.  Poznałeś się na tem? Przyznać musisz, że wielki to ciężar, być wcześnie na nogach a kłaść się późno. Mimo tego jednak, powiem ci pod sekretem, bo nie chciałabym, żeby o tem ludzie paplali, pan mój jest sam zakochany w panie Annie; mimo tego jednak, znam myśli Anusi, nie będzie z tej mąki chleba.
Kajusz.  Ty dureń, oddalem list ten ksiądz Hugo. Morbleu, to kartel. Zakolę go w parku. Nauczylem tego parszywy kleka mieszać się w nie swoje sprawy. Marsz! Nie zdrowy dla ciebie dlużej tu kwaterować. Parbleu, utnę mu wszystkie jego dwa uszy, że będzie szelma.

(Wychodzi Głuptas).

Żwaw.  Ach, dobry panie, on się tylko wstawia za przyjacielem.
Kajusz.  To nic nie znaczylo: czy nie powiedzialeś, że dostalem pannę Annę dla siebie? Na honor, zakolę tego Gawel kleka; już nominowalem gospodarza de la Jarretière, żeby nasze szpada wymierzyl. Na honor, kcialem sam wziąć pannę Annę Page.
Żwaw.  Dziewczyna szaleje za tobą, dobry panie, i wszystko pójdzie jak po mydle. Trudno przeszkodzić ludziom, żeby nie paplali; tak zawsze bywało i tak będzie.
Kajusz.  Rugby, marsz za mną do dwora. Morbleu, jak nie mam Anusia Page, to twój glowa przez okno wyrzucę. Marsz za moja pięta, Rugby. (Wychodzą: Kajusz i Rugby).
Żwaw.  Będziesz miał twoją własną oślą głowę, a nie Anusię. Wiem ja, co myśli o tobie Anusia. Niema kobiety w Windsor, któraby lepiej znała jej myśli, któraby u niej więcej mogła ode mnie, dzięki Bogu.
Fenton  (za sceną). Czy jest tam kto? hola!
Żwaw.  Kto tam woła? Zbliż się do domu, mój panie, bardzo proszę. (Wchodzi Fenton).
Fenton.  Co tam nowego, dobra kobieto? Jakże zdrowie?
Żwaw.  Tem lepiej, że tak dostojny pan pytać się o nie raczy.
Fenton.  Jakie masz dla mnie nowiny? Jak się ma piękna panna Anna?
Żwaw.  O, niema co mówić, piękna to panna, i uczciwa i słodka, a do tego twoja przyjaciółka, mój panie, mogę ci to powiedzieć mimochodem, za co dziękuję panu Bogu.
Fenton.  Czy się to przyda na co? Jak myślisz? Czy nie próżne moje zaloty?
Żwaw.  Prawda panie, że wszystko jest w ręku tego, który mieszka tam w górze; lecz mimo tego, panie Fenton, gotowam przysiądz na biblią, że cię kocha. Czy nie masz, panie brodawki nad okiem?
Fenton.  Mam, i cóż stąd?
Żwaw.  O, długa o tem historya. Oj, prawda, że to niewinne stworzenie jak dziecko w pieluchach, ale uczciwsza od niej nigdy nie łamała chleba. Miałyśmy co gadać przez całą godzinę o tej brodawce. Nigdy się tak nie uśmieję, jak w towarzystwie tej dziewczyny; tylko muszę wyznać, że zbyt sobie upodobała w alikolii i dumaniu. Lecz co do ciebie, panie Fenton, oj, to nie żarty!
Fenton.  Dobrze, będę się z nią dziś widział. Weź to dla siebie; nie omieszkaj mówić w moim interesie, jeśli ją zobaczysz przede mną; poleć mnie jej przyjaźni.
Żwaw.  Może nie polecę? oj, że polecę, to polecę! A co do brodawki opowiem panu więcej przy pierwszem widzeniu; powiem też i o innych gachach.
Fenton.  Więc dobrze; a teraz bądź zdrowa, bo mam pilne i ważne interesa (wychodzi).
Żwaw.  Bądź zdrów, dobry panie! — Na uczciwość, uczciwy to szlachcic; szkoda tylko, że go nie kocha Anusia, bo znam tak dobrze myśli Anusi jak kto inny. A tam do kata! co ja zapomniałam! (Wychodzi).


Przypisy

  1. Stadło w języku teologicznym znaczy część, dział.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.