Ewa (Wassermann)/Bose nogi/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
19.

Krystjan nie mógł się obejść bez Ewy. Ciemń go ogarniała, gdy ją na krótko choćby opuszczał.
Wszystko co się do niej odnosiło, posiadało znamię pożegnania na zawsze. Każdy uścisk dłoni, czy wymiana spojrzeń, miały rzewność i ból ostatniej chwili.
Tosamo przebijało w miłości jego. Cecha czepiania się kurczowego, ofiarności, cierpliwości, a często posłuszeństwa.
Wyrażał to przy sposobności podawania płaszcza, szklanki, z której pić chciała, ramienia, gdy była zmęczona, oraz czekaniu, gdy po nim przybywała na umówione miejsce.
Czuła to i pytała często, on jednak nie umiał wyjaśnić. Mógłbym opisać uczucie tej rozłąki bliskiej, co atoli miało nastąpić potem, nie wiedział.
Zdawał sobie jasno sprawę, że idzie tu nietylko o rozłąkę z nią samą, ale z wszystkiem co mu dotąd było miłe, cenne i nieodzowne. Ale nic nie wiedział, nie kreślił planu i nie roztrząsał go wcale.
Nie miał sam żadnych życzeń, czy pragnień, zato Ewa miała sio rozmaitych żądań i wpadała w gniew, gdy któreś nic zostało spełnione. Postanowiła wyruszyć na morze, a on najął jacht i przez dwa tygodnie pływali po Atlantyku. Zatęskniła za Paryżem, a on zawiózł ją tam autem. Ucztowali u Foyota przy rue de Tournon, wraz z zaproszonymi przez nią przyjaciółmi, literatami, malarzami i muzykami, a nazajutrz wrócili.
Posłyszawszy o jakimś czarownym zamku normandzkim w stylu średniowiecznym, zapragnęła go widzieć przy świetle księżyca. Wyruszyli w czasie pełni, kiedy była nadzieja na pogodne noce. Potem pociągnęła ją katedra w Rouen, następnie słynna kultura róż, którą posiadał baron Zerbaulen w okolicy Gandawy, dalej wycieczka w Ardenny, zachód słońca nad jeziorem zuiderskiem, konna przejażdżka po parku richmandzkim. Rembrandt w Hadze i uroczysty obchód w Anlwerpji.
— Czy cię to nie nuży? — spytał pewnego dnia Krystjan z nieokreślonym uśmiechem, czyniącym wrażenie fałszu.
— Świat jest wielki, a krótka młodość! — odparła. — Piękno kłoni się do mnie, dla mnie istnieje, a bezemnie umrze. Od biedy posiadam Ignifera, głodu niczem zaspokoić nie mogę. Oświetla mg ziemię i ułatwia każdą drogę. Widzisz teraz coś uczynił, kochanku mój.
— Strzeż się Ignifera! — rzekł Krystjan, z tymsamym pozornie chytrym uśmiechem.
— Jest tu Fjedor Szilagin! — powiedziała, a powieki jej opadły ciężko.
— Tylu tu ludzi, — odrzekł — większej części nie znam wcale.
— Nie spostrzegasz żadnego, ale wszyscy cię widza! — zauważyła Ewa. — Wszyscy się dziwują, pytając: Kimże jest ten młodzieniec smukły, wykwintny, o śnieżnych zębach i błękitnych oczach? Wszakże słyszysz szepty? Jestem z tego dumna.
— Cóż oni o mnie wiedzą? Zostaw ich w spokoju.
— Kobiety bledną na twój widok. Wczoraj widziałam na promenadzie młodą kwieciarkę, Flamandkę. Spojrzała na ciebie, a potem zaczęła śpiewać. Czyś nie słyszał?
— Nie. Cóż to była za pieśń?
Ewa przysłoniła oczy dłonią i jęła śpiewać zcicha, z wyrazem napoły bolesnym, napoły swawolnym:

Ou sont nos amoureuses?
Elles sont au tombeau,
Dans un séjour plus beau,
Elles sont hereuses.


Elles sont près des anges,
Au fond du ciel bleu,
Ou elles chantant les louanges
De ta Mère de Dieu.


Szarpnęło mnie to za serce i nienawidziłam cię przez minutę. Ileż uczucia płynie z serca człowieczego, a niema dlań naczynia.
Wstała nagle.
— Jest to Fjedor Szilagin! — rzekła z rozbłysłemi oczyma.
Krystjan podszedł do okna.
— Deszcz pada! — zauważył.
Ewa wyszła z pokoju, nucąc półgłosem: — Ou sont nos amoureuses? Elles sont ou tombeau...
Wieczorem zeszli na wybrzeże.
— Widziałam pannę Gamaleję, — opowiadała Ewa — przedstawił mi ją Fjedor Szilagin. To jego kochanka, Tatarka, piękna jak żmija, a dziwna, jak nieznane krajobrazy, o których się marzy. Zmierzyła mnie spojrzeniem i stoczyłyśmy walkę. Rozmowa miała za treść Marję Baskirczew i jej pamiętnik. Ona twierdziła, że istoty tego rodzaju, należy dusić zaraz po urodzeniu. Widzę atoli, drogi mój, że nie wiesz wcale kim była Marja Baskirczew. Była to jedna z owych kobiet, które przychodzą na świat o sto lat za wcześnie i zamarzają, jak kwiaty w lutym.
Krystjan milczał, dumając o twarzach zmarłych rybaków, widzianych ubiegłej nocy.
— Panna Gamaleja przywiozła mi z Londynu pozdrowienie W. Księcia, — zakończyła Ewa, — który tu zjedzie na tydzień.
Krystjan milczał dalej. Dwanaście kobiet i dziewiętnaścioro dzieci otaczało zwłoki rybaków. Wszystko to, ubogo odziane, tonęło w zamrozie żałoby.
Poszli dalej, oddalając się od łoskolu fal, a Ewa spytała:
— Czemu się nic śmiejesz? Czyś zapomniał śmiać się?
Brzmiało to jak krzyk.
Krystjan milczał.
— Jutro jest kiermasz w Dudreele! — powiedziała Ewa porywczo, chwytając szal, który powiewał w wietrze. — Pojedziemy do Dudreele. Występuje tam pulcinello. Będziemy się śmiać... będziemy się śmiać, Krystjanie.
— Ubiegłej nocy była burza, — opowiadał. — Pamiętasz, że byliśmy długo tam, pośród wydm. Nad ranem, spać nie mogąc, zeszedłem ponownie na wybrzeże. W tej chwili właśnie uprzątano przyniesione falą zwłoki rybaków. Trzy łodzie zatonęły w nocy, niedaleko mola, gdyż nie sposób było dać im pomocy. Siedmiu ludzi zaniosło ich na noszach do trupiarni. Szlo za nimi kilku biedaków, poszedłem i ja.
W trupiarni świeciła się latarnia. Ściekająca ze zwłok woda, utworzyła wielką kałużę. Nakryło płaszczami twarze topielców. Z kobiet jedna tylko płakała. Brzydotą przypominała zbutwiały pień, ale wśród płaczu zmieniła się całkiem. I jakże mam się śmiać, Ewo, jakże? Nie przestaję myśleć o rybakach, którzy dzień za dniem zarabiają na życie tam, daleko, na morzu. I jakże mam się śmiać?
Ewa oburącz przytknęła szal do policzków.
Zwyczajnym swym tonem, nie podnosząc, jak zawsze głosu, ciągnął Krystjan dalej:
Wczoraj, w jakimś barze pokazali mi Wiguniewski i Botho Thurgew pięćdziesięcioletniego mężczyznę, byłego śpiewaka operowego, który miał ongiś sławę i dużo pieniędzy. Poprzedniego dnia padł w ulicy, wycieńczony głodem. Miał jednak w kieszeni dwadzieścia franków. Zapytany, czemu nie użył tych pieniędzy na zaspokojenie głodu, powiedział, że była to zaliczka na koszta jazdy do Hawru, gdzie miał dostać miejsce w kabarecie, co mu się udało po długich staraniach. Ale bilet do Hawru kosztuje trzydzieści pięć franków, toteż od dwu tygodni starał się usilnie o resztę kwoty. Nie tknął owych dwudziestu franków, wiedząc, że jeśli wyda jednego choćby centima, przepadł już z kretesem.
, Tego dnia, kiedy upadł wyczerpany, minął termin przybycia do Hawru. Nazajutrz odniósł agentowi zaliczkowane przezeń pieniądze. Pokazano mi tego człowieka. Siedział przy pustej filiżance, z głową opartą na rękach. Zanim zdążyłem przysiąść się doń znikł, potem zaś nikt go już nie widział... Jakże tedy mogę się śmiać, Ewo, jakże się mogę śmiać, myśląc o tem wszystkiem? Nie żądaj dziś odemnie, bym się śmiał.
Nic nie odparła, gdy zaś wrócili do domu, padła mu w ramiona, wołając:
— Muszę cię ucałować.
Jęła całować tak gwałtownie, że z warg jego popłynęła krew.
— Idź sobie teraz! — rozkazała, czyniąc gest odprawy. — Idź, a jutro, pamiętaj, jedziemy na kiermasz do Dudreele.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.