Emisarjusz/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wydania 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



∗             ∗

Czwartego dnia, pochmurnym rankiem wszedł do pokoiku Pawłowskiego, na dole, od sieni, przyjaciel jego Załowicki, który stał osobno z Rabczyńskim.
— Słuchajno, panie... jakie ci mam dać imię?
— Jakie chcesz, byle nie moje.
— No to cię nazwę Celinjuszem chyba, bo wczoraj...
— Ale zlituj się! nie żartuj ze mnie! — ofuknął Pawłowski.
— Nie o tem mowa, to między nawiasami — dodał, siadając na łóżku Załowicki. — Słyszałem, że się sprawnik kręci po powiecie, i z Kołków żydek dał znać przez chłopa, że nocował tam, a ma na obiad tu przybyć... Co ty myślisz? Pawłowski, z Dubieńskiego powiatu... śmiało mu się postawić?
Pawłowski drgnął i pobladł.
— A! byłoby to bardzo łatwem, gdyby ten człowiek osobiście mnie nie znał i zajadle nie był mym wrogiem. Stare dzieje.
Załowicki podskoczył aż z łóżka.
— To nie ma co — zaprzęgać konie i jechać!
— Dowie się, że tu ktoś był i drapnął.
— Cóż się dowie? Załowicki i Pawłowski.
— Możemy jechać — odezwał się pierwszy — możeby nie jechać, ale to pewna, że on mnie widzieć nie powinien, i że jeśli mnie zobaczy... tom przepadł. Ja to nic — ale ze mną...
Załowicki spojrzał na zegarek, była dziesiąta przeszło.
— Do kaduka! — zawołał — jechać byłoby najlepiej, ale zważ: ta bestja wyjechała z Kołków rano... jest na Radziszewskiej grobli pewnie, my tą samą groblą musimy wyjeżdżać, bo dwóch dróg do tej fortecy niema. Spotkamy go w drodze... gotów zatrzymać, bo teraz taki czas... no i...
— Jeśli tak, to muszę zostać — rzekł Pawłowski — ale mu się nie pokazywać...
— Czy zwierzyć wszystko gospodarzowi?
— Niech Bóg uchowa!... nastraszylibyśmy go niepotrzebnie. Ja będę chory leżał cały dzień... ot, cała rzecz.
— Ale co ci poczciwi ludziska ze swą gościnnością, troskliwością, gotowi zrobić jakie dzieciństwo?
— Bądź co bądź, innej rady niema! — zawołał Pawłowski — idź wcześnie, uprzedź, że mam gorączkę, ból głowy, co chcesz... i że potrzebuje wypocząć w łóżku...
Załowicki zafrasował się.
— No tak — rzekł — wszystko to dobrze... ale jeśli temu djabłu przyjdzie co na myśl, jeśli się posunie aż do rewizji domu?
— No... to wówczas ja sobie poradzę — rzekł stanowczo gość — bądźcie spokojni. Przyjmujcie go, upójcie, ugoście, nie zatrzymujcie na noc... nie dawaj poznać gospodarzom, co się święci... a resztę polećmy Bogu.
— To pewna — dodał Pawłowski stanowczo — że po wyjeździe sprawnika i mnie tu w pół godziny nie będzie.
Domawiał tych wyrazów, gdy w dali na grobli dał się słyszeć ów straszliwy dzwon urzędniczy, na którego odgłos truchleją wieśniacy.
Na długiej grobli błotnistej, wiodącej do dworu, widać już było z czterema w poręcz zaprzężonemi końmi ciągniętą bryczkę pana sprawnika.
Pawłowski rzucił się na łóżko, obwinął kołdrą i drzwi zamknąć kazał, a Załowicki poszedł do bawialnego pokoju oznajmić o jego chorobie.
Podsędek chodził już po saloniku zafrasowany, jak zawsze, gdy miał policjanta, lub urzędnika przyjmować.
— Niechby go tam djabli brali! — szeptał — dałbym mu chętnie pięćdziesiąt rubli, żeby mnie i Radziszew minął.
— Toć się go pozbędziecie — rzekł Załowicki — a tu jeszcze i Pawłowski nam ubędzie, od towarzystwa, bo leży chory, z djabelską migreną. Trzeba wiedzieć, że migreny ma takie, że ani gadać, ani jeść, ani ludzi znieść nie może.
— Otóż tobie masz, a ja na niego rachowałem, że go zabawi... Prawdziwe nieszczęście! — zawołał gospodarz. — Trzeba wiedzieć, co to Szuwała... nieprzyjaciel imienia polskiego, chytry... podły, a kute licho... a tu przed nim trzeba udawać wiernopoddanych, kiedyby się jego i jego rząd razem chciało...
— Cyt! cyt! nagotuj pięćdziesiąt rubli i każ dawać śniadanie — może nie zabawi do obiadu.
— Ale ba! to dzień feralny! nie zechce mu się w słotę dalej... ja się boję, żeby nie nocował... I gdzie ja go postawię?! Skaranie boże!
Gdy tak lamentowali w salonie, dzwonek złowrogi zbliżał się, tętnił, hałasował... coraz mocniej, coraz ostrzej, aż czwórka koni ziejących parą zatrzymała się przed gankiem.
Sprawnikowi towarzyszył sekretarz i do usług ten sam chłopak, który z dorożką stał przed domem policmajstra, gdy się tam pierwsza scena dramatu naszego odbywała.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.