Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
VIII.

Twardowski siedział rano przy biurku w swoim gabinecie. Przed nim leżała kupa nowych książek które przeglądał jedną po drugiej.
Było to jego stałą metodą, że gdy przyjeżdżał do nowego kraju, rozczytywał się w jego literaturze powieściowej, co mu dawało pewne pojęcie o miejscowych stosunkach i o psychice społeczeństwa. Teraz właśnie zabierał się do współczesnej, powojennej powieści polskiej.
Wśród tego zajęcia usłyszał dzwonek u drzwi wejściowych. Za chwilę wszedł służący i podał mu bilet wizytowy:

HENRYK CULMER

Kto to być może?...
Wszedł pan średniego wzrostu, dość otyły, w wieku lat jakichś sześćdziesięciu. Wyglądał imponująco... Duża, biała grzywa, zarzucona wtył, i równie biała, przystrzyżona na ostro broda. Od tej białości odbijały czerwone, lśniące policzki i jeszcze czerwieńsze wargi: dolna, gruba, opuszczona i zgięta w dziobek, niby przygotowany do ciągnięcia jakiejś słodyczy. Najbardziej uderzały oczy — czarne jak węgle, gorejące jak węgle rozżarzone, oczy prawie nigdy niespotykane pod północnem niebem. Wiał od nich żar arabskiej czy syryjskiej pustyni.
— Semita — rzekł sobie w duchu Twardowski. Wskazał gościowi fotel koło biurka.
— Czem panu mogę służyć zapytał uprzejmie.
— Czy panu znane jest moje nazwisko — pytał gość śmiało, głosem pewnym, bardzo dźwięcznym.
— Niestety, nie.
— Pomimo angielskiego brzmienia należy ono do Polaka. Jesteśmy w Polsce już od paru pokoleń.
Twardowski spojrzał na leżący przed nim bilet i przeczytał nazwisko po angielsku: Kolmar! Przynajmniej coś bardzo bliskiego. I tamten w wagonie był raczej Culmerem, niż Kolmarem...
Zesztywniał wewnętrznie. Nazewnątrz nic nie okazał.
— Usłyszałem o panu — mówił dalej gość — od mojej dobrej znajomej, pani Czarnkowskiej, i przyszedłem pana poznać. Byłem wielkim przyjacielem pańskiego stryja. Myślałem, że Alfred mówił panu o mnie.
— Niestety, — rzekł Twardowski, panując nad sobą — myśmy się ze stryjem bardzo rzadko i tylko na krótko widywali. Stryj nigdy mi o swoich sprawach i stosunkach nic nie mówił. Żałuję bardzo, ale nazwisko pańskie po raz pierwszy spotykam. Zaczynam dopiero poznawać Polskę. Z wyjątkiem pierwszych lat dziecięcych całe życie spędziłem zagranicą.
— Bardzo dobrze — mówił z namaszczeniem Culmer — że pan w kraju osiada. Nam potrzeba ludzi zdolnych i wykształconych. Słyszałem, że pan pracuje naukowo?...
Twardowski powtórzył mu to, co powiedział profesorowi Topolińskiemu.
— Jaka to szkoda, że stryj pański poniósł duże straty podczas wojny! To był człowiek bardzo zamożny.
Twardowski przypomniał sobie, że z panią Czarnkowską nie mówił o sprawach majątkowych stryja. A więc Culmer musiał mieć relacje o nim od kogo innego, chyba od Topolińskiego — do czego się nie przyznał. To zasługiwało na zanotowanie.
— Pewnie będzie pan chciał poznać trochę ludzi tutejszych — ciągnął Culmer. — Służę panu swemi stosunkami, których mam sporo. Jest pan dla mnie synowcem mego drogiego przyjaciela. Mam nadzieję, że mię pan odwiedzi. Będzie pan najmilszym gościem.
Po krótkiej rozmowie o rzeczach obojętnych chciał wyjść, gdy Twardowski go zatrzymał:
— Nie wiedziałem nawet o tem, że stryj mój był oddawna ciężko chory. Podobno groził mu paraliż postępowy.
Culmer popatrzył nań badawczo.
— Dziś — odrzekł — po jego śmierci można już o tem między nami mówić. To była opinja poważnych lekarzy. I to było przedmiotem wielkiego mojego zmartwienia. Inaczej, Alfred nigdyby się tak całkowicie nie wycofał z życia, w którem miał wielkie powodzenie.
— Sam studjowałem medycynę — rzekł Twardowski — i chętniebym z którym z tych lekarzy pomówił o moim stryju. Byłbym panu bardzo wdzięczny, gdyby pan zechciał mię z nimi zapoznać.
— Niestety — odrzekł nieco zbyt pośpiesznie Culmer — obaj doktorzy którzy stan jego zdrowia znali i o nim opinjowali, już nie żyją.
— Jaka szkoda!
Tym razem w głosie Twardowskiego nie było nic udanego: żal jego był całkiem szczery.
Po wyjściu gościa odświeżał sobie w pamięci opis “Kolmara,” który dał mu w Turowie Grzegorz. Jeżeli tamten przez dziesięć lat ostatnich całkiem osiwiał, był to ten sam człowiek. A jeżeli tak, to trzymający się godnie pan Henryk Culmer był nielada ptaszkiem. Mówić o “drogim przyjacielu Alfredzie” po opowiedzianej przez Grzegorza scenie w Turowie mógł tylko łotr niemałego kalibru. Jeżeli zaś jest on przytem “tatą” owego Kolmara z pociągu Calais-Paryż?...
Twardowski zaczął gwizdać.
Sprawa idzie szybko. Nie miał potrzeby szukać “Kolmara,” sam mu wlazł w ręce. Chce nawiązać z nim przyjazne stosunki. Ciekawa rzecz, w jakim celu? Trzeba pójść do niego — to będzie bardzo interesujące.
Tymczasem są do zanotowania fakty: Culmer zna panią Czarnkowską, nazywa ją swoją dobrą znajomą; podpisuje się pod kłamstwem o chorobie stryja, powołuje się nawet na powagi lekarskie, które... poumierały; musi być blisko z Topolińskim, który pośpieszył go poinformować o zjawieniu się synowca Alfreda Twardowskiego; wreszcie Culmer chce uchodzić w jego oczach za przyjaciela zmarłego stryja.
Wziął do ręki katalog telefoniczny. Tym razem znalazł adwokata Henryka Culmera.
Adwokat?... Twardowski się zamyślił.
Po chwili wziął znów katalog odszukał numer Osieckiego i zadzwonił. Osiecki był w domu i mógł go przyjąć za kwadrans. Ubrał się, wyszedł z domu i wsiadł w pierwszą taksówkę.
— Pan mi mówił — rzekł na wstępie do Osieckiego — że pan prowadził sprawy mojego stryja od lat dziewiętnastu. Więc przed panem stryj miał innego adwokata, od którego pan sprawy stryja przejął.
— Naturalnie.
— Kto był tym adwokatem?
— Kulmer, Henryk Kulmer.
— Kulmer...
— On sam wymawia swoje nazwisko inaczej. Kolmar czy coś w tym rodzaju. Ma to być wymawianie angielskie: rodzina jego ma niby pochodzić z Anglji. Jeden wszakże z naszych starych, dziś już nieżyjących kolegów, twierdził stanowczo, że Kulmery to Żydy polskie z Prus i że nazwisko ich pochodzi od Chełmna na Pomorzu. Chełmno po niemiecku Kulm. Wogóle najdawniej cywilizowane rodziny żydowskie w Warszawie pochodziły z Prus królewskich i z Poznańskiego. Przyszły one tu z Prusakami po trzecim rozbiorze.
— Jakiegoż on jest wyznania?
— Kalwińskiego. Powiada, że przodkowie jego, Szkoci, praktykowali prezbiterjanizm; ojciec zaś jego wybrał kalwinizm, który jest prawie tem samem, a ma tradycje polskie. To wszystko blaga. U nas wogóle Żydzi, którzy dla wygody zmieniają wyznanie, lubią kalwinizm, bo to najdalsze od rzymskiego katolicyzmu i przytem najmniej kłopotliwe.
— Pan go zna dobrze?
— Mało. Nie lubię go. Jednakże on ma pozycję w Warszawie. Wielu ludzi obdarza go dużem zaufaniem i radzą się go nietylko w kwestjach prawnych. Ma reputację bardzo mądrego.
— Dlaczego stryj przeniósł się od niego do pana?
— Nie wiem. Akty otrzymałem nie od niego, ale od pana Twardowskiego, który sam je od Kulmera odebrał. Sam też siedział ze mną dobrych kilka godzin, sprawdzając, czy Kulmer wszystko w porządku oddał.
— Czy likwidacja interesów stryja zaczęła się już przy Kulmerze?
— Nie. Rozpoczął ją pan Twardowski wkrótce po przeniesieniu spraw do mnie. Zdaje się, że wtedy stosunki między nim a Kulmerem były całkiem zerwane. Gdy były jakie wątpliwości, zwracałem się na piśmie do Kulmera i na piśmie otrzymywałem odpowiedź.
Twardowski wrócił do domu, zadowolony z wyniku dochodzenia.
Culmer był adwokatem stryja, poczem “drogi przyjaciel Alfred” odebrał mu swe sprawy i zerwał z nim stosunki. Stało się to w krytycznym roku 1911, po którym stryj wycofał się z życia. Co się w owym roku stało?... Oto główne pytanie. Za wszelką cenę trzeba znaleźć na nie odpowiedź i sam Culmer musi do tego dopomóc. Dlatego trzeba udawać naiwnego, niepraktycznego filozofa, który się niczego nie domyśla. Trzeba przez jakiś czas jeszcze kłamać.
Twardowski, chociaż czystej krwi Polak, skutkiem swego niepolskiego wychowania i odcięcia od własnego społeczeństwa w okresie, kiedy charakter człowieka ostatecznie się formuje, nie podlegał nigdy wahaniom od chwili, gdy sobie jakiś cel wyraźnie postawił, i nie uznawał możliwości niepowodzenia. Wierzył, że gdy człowiek zrobi wszystko, co potrzeba, cel zawsze osiągnie. Wszystko inne wtedy schodziło na drugi plan, cała jego energja skupiała się na jednej sprawie, szedł przed siebie pewnym krokiem, dopóki u celu nie stanął. Nie było w nim nic z Hamleta.
Był to jego sposób używania życia: osiąganie celu było dla niego o wiele większą rozkoszą, niż doznawanie przyjemnych wrażeń. I rozkosz była tem większa, im cel był trudniejszy do osiągnięcia.
W danym wypadku nie zdawało mu się, żeby przedsięwzięcie było bardzo trudne. Bawiła go atoli jego niezwykłość. Podniecała go gra psychologiczna, rozpoczynająca się między nim a łotrem, który usiłuje zbliżyć się z nim dla jakiegoś ukrytego celu.
Nazajutrz poszedł do Culmera. Nie zastał go i tylko bilet zostawił.
Twarz służącego, który mu drzwi otwierał, wydała mu się znajomą. Wracając więc do domu, zastanawiał się nad tem, gdzie mógł tę twarz widzieć. Duża głowa, osadzona na małem ciele, rysy brzydkie, wstrętne, jakaś mieszanina rasowa, niby Żyd, a jednak niecałkiem Żyd. Wiek koło pięćdziesiątki. Z zachowania się raczej oficjalista, niż służący... Nareszcie przypomniał sobie. To tylko podobieństwo. Zupełnie takie samo wrażenie zrobił na nim służący jednego profesora paryskiego, również Żyda z pochodzenia, odgrywającego bardzo wpływową rolę w stosunkach francuskich, przyczem niepodobna było zrozumieć, skąd pochodzą jego wpływy.
— To widocznie jakaś osobna rasa służących u pewnego typu ludzi — rzekł ze śmiechem do siebie Twardowski, któremu jakaś odległa myśl przebiegła przez głowę.
Wieczorem zadzwonił Culmer.
Prosił go nazajutrz na śniadanie i przepraszał, że robi to tak bezceremonjalnie. Chciałby, żeby pan Twardowski traktował go jak starego znajomego, jak przyjaciela. Obaj są ludźmi pracy: najwygodniej, z najmniejszą stratą czasu pogadają sobie przy stole. Jest wdowcem, mieszka sam i na śniadaniu nikogo więcej nie będzie.
Twardowski podziękował i obiecał się stawić.
Przyjął to zaproszenie, jak wyzwanie na pojedynek. Przeciwnik jest zdaje się, wypróbowanym fechtmistrzem i trzeba mu sprostać. Najlepiej będzie obmyślić sobie rolę, i grać ją konsekwentnie. Ciekawa rzecz, kto kogo obełga...
Nie uważał siebie za nowicjusza: przez lata całe, przy swoich studjach, musiał wiele dyplomatyzować, wiele kłamać, żeby się dowiedzieć tego, czego szukał.
Nazajutrz stawił się punktualnie. Ten sam wstrętny famulus wpuścił go do salonu, dość pospolicie umeblowanego. Uderzała ogromna ilość chryzantem różnych barw, form i wielkości, zarówno rosnących w doniczkach, jak ciętych powtykanych w wazony i wazoniki.
Wszedł gospodarz. Był już mniej namaszczony, a zato bardziej poufały. Dziękował Twardowskiemu za przyjęcie zaproszenia: tak mu miło, że ten go traktuje po przyjacielsku.
— Dziwią pana pewnie te kwiaty — rzekł, zataczając ręką. — Chryzantemy to moja wielka słabość. Zacni przyjaciele o niej wiedzą i ciągle mi je przysyłają Twardowski sobie powiedział, że ta słabość to najpewniej blaga, poza, która dobrze robi w interesie. I pewnie bestja sam sobie je kupuje.
Wszedł służący: do stołu podane.
Gospodarz uprzedził, że śniadanie będzie skromne.
Twardowski niebawem się przekonał, że skromne nie było, tylko było za ciężkie.
Gospodarz rozpoczął rozmowę.
— Pan sobie wybrał drogę naukową. W jakim kierunku pan pracuje?
— Ukończyłem medycynę — odrzekł Twardowski — i miałem zamiar zostać lekarzem. Stryj jednak zapewnił mi poważną pomoc materjalną i postanowiłem dalej studjować. Spoczątku siedziałem w fizjologji, potem zainteresowała mię psychologja. Poprzednie studja dały mi do niej dobrą podstawę, w niej też utkwiłem.
— Może pod wpływem stryja?...
— Nie. Stryj się nie interesował przedmiotem moich studjów — Twardowski rozumiał, że tu lepiej nie powiedzieć prawdy. — Wogóle mało się mną interesował, poza tem, że mi materjalnie pomagał.
— Wybrał pan sobie bardzo ciekawą gałąź wiedzy. Pewnie pan ma już poważne rezultaty swych studjów.
— Niestety, przekonałem się, że gdy człowieka nie zmusza potrzeba starania się o katedrę, trudno mu skupić się na jakiemś jednem, ograniczonem zagadnieniu, i zanadto się rozprasza. Dotychczas nic nie napisałem.
— Ma pan zamiar kontynuować studja?
— Nie wiem — tu znów mówił nieprawdę — w każdym razie przedmiot nie przestanie mnie interesować. Teraz muszę się zająć spadkiem po stryju. Nie jest to wielki majątek, ale przy dobrej administracji da mi całkowitą niezależność.
— Jest pan uprzywilejowany. Człowiek inteligentny, wykształcony, znający świat, a przytem materjalnie niezależny — to wielka siła. Ma się rozumieć, gdy wytworzy sobie stosunki, dające mu możność działania. Nie ma pan zamiaru wejść w nasze życie publiczne, w politykę?...
— O tem nie myślałem.
— Takich ludzi u nas potrzeba. Z pańskiemi danemi mógłby pan zajść wysoko i wiele zrobić.
— Sądzi pan — zapytał Twardowski, udając wielkie zainteresowanie.
— Niezawodnie. Nam brak ludzi europejskich. Nadto pan jest czystą, niezapisaną kartą, nic panu z pańskiej przeszłości nie zawadza.
— Ale też nie mam żadnych zasług, nic, coby za mną przemawiało.
— To właśnie dobrze. Każdy działacz robi mądre rzeczy i głupstwa: jeden więcej mądrych rzeczy, inny więcej głupstw. Wprawdzie są sposoby zmuszenia opinji, żeby jednym pamiętała mądre rzeczy, a innym głupstwa, nawet wmówienia jej rzeczy, których nie było; naogół wszakże ludzie u nas o wiele lepiej pamiętają innym błędy, niż zasługi. I dlatego opinja nasza najchętniej obdarza zaufaniem ludzi nowych, niemających przeszłości. Zwłaszcza, jeżeli jej się do tego pomoże umiejętnem wprowadzeniem nowego człowieka. Tu i ja mógłbym oddać partu pewne usługi, bo mam trochę wpływu.
Twardowski zrozumiał, że Culmer chce obudzić w nim ambicje, do których zaspokojenia byłby mu potrzebny. Zaczął więc udawać, że się na wędkę bierze.
— Wszystko — rzekł — zależy od tego, czy będę mógł zżyć się z Polską. Jestem z nałogów cudzoziemcem: wyrosłem na Zachodzie.
— Któż z nas jest całkiem zżyty z Polską odrzekł gospodarz. — My, ludzie bardziej europejscy, wszyscy czujemy się tu niecałkiem u siebie. Jedyny na to sposób, żebyśmy się solidarnie trzymali, działali według planu i zaprowadzili tu Europę. Pan ma do tego wielkie warunki, bo, wychowany na Zachodzie, wolny pan jest od przesądów, które tu hamują prawdziwy postęp.
— To jest introdukcja do czegoś — pomyślał Twardowski i czekał, co Culmer dalej powie. Ale ten przerwał, zainteresowawszy się nagle kaczką z tygla z oliwkami. Spytał gościa, jak mu smakuje, i rozmowa chwilowo przesunęła się na gastronomję.
Gdy przeszli na czarną kawę i cygara do gabinetu gospodarza, Culmer zagadnął:
— Zajął pan mieszkanie w Warszawie i dom na wsi po stryju?
— Tak.
— Jeszcze się pan pewnie całkiem nie urządził?
— O nie. Mam zresztą jeszcze swoje mieszkanie w Paryżu.
— To nie tak łatwo dom jednego człowieka zrobić domem drugiego. Alfred był dużą indywidualnością, miał szerokie zainteresowania, nagromadził w domu dużo rzeczy, które lubił, książek, papierów... Papierów musi być mnóstwo?
— Tak, bardzo dużo.
— Pewnie pana interesują?
— Niebardzo — skłamał Twardowski. — Przeważnie dotyczą one jego dawnych interesów, które nie są mojemi i na których się nie znam.
— Przeglądał je pan?
— Bardzo powierzchownie.
— Coż pan z niemi zrobił?
— Trzeba je będzie rozklasyfikować: oddzielić to, co może mieć jakieś znaczenie, resztę zaś złożyć do kufrów. Całe szczęście, że stryj zostawił papiery we wzorowym porządku.
Culmer widocznie opanowywał się, żeby nie pokazać, jak go ten przedmiot interesuje. Twardowski zauważył, że służący Jakób, jak go Culmer nazywał, kręci się ciągle po pokoju, czy jest potrzebny, czy nie, i uważnie słucha rozmowy. Culmerowi to wszakże nie przeszkadzało — widocznie przywykł z nim dzielić swe tajemnice.
— W każdym razie — rzekł gospodarz — to żmudna praca, zwłaszcza dla kogoś, komu sprawy Alfreda są całkiem obce. Gdybym panu mógł być w tym względzie pożyteczny, to służę. Mógłbym przyjechać na parę dni do Turowa i razem zrobilibyśmy tę robotę.
— Jakże mię pan ucieszył! — bezczelnie zawołał Twardowski. — Gotów jestem chwycić pana za słowo i skorzystać z pańskiej propozycji. Wiem, że byłoby to niesumienne wyzyskanie pańskiego drogiego czasu, ale tak się tej, pracy boję! Culmer widocznie nie posiadał się z radości.
— Ależ, panie — rzekł — zrobię to z wielką przyjemnością. Przy mojej pomocy załatwimy to dziesięć razy szybciej, niż gdyby się pan sam grzebał.
— A więc dziękuję panu serdecznie. Gdy tylko będę miał czas i odwagę na zabranie się do tej roboty, pozwoli pan, że się udam do pana.
— Może pan na mnie liczyć. Tylko lepiej z tem nie zwlekać.
Pożegnali się w dobrych humorach, każdy z czego innego zadowolony. Culmer cieszył się, że młody Twardowski wygląda na człowieka nieszkodliwego, że są widoki obudzenia w nim ambicyj i tym sposobem zrobienia z niego posłusznego narzędzia, że wreszcie teraz otwiera mu się łatwa droga dobrania się do papierów Alfreda Twardowskiego i oczyszczenia pozostałego po nim archiwum z dokumentów niepotrzebnych. Twardowski był pewien, że zrobił duży krok naprzód w swoich poszukiwaniach. Teraz już nie miał najmniejszej wątpliwości, że jego Culmer jest “Kolmarem” Grzegorza. Jeszcze nie wiedział, jakie białogrzywy mecenas ma nań zamiary, w jakim celu próbuje w nim budzić ambicje polityczne, ale miał pewność, że i o tem rychło się dowie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.