Dziad i baba (opowiadanie)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dziad i baba
Pochodzenie Dziad i baba. O pięknej królewnie-wiedźmie
Wydawca M. Arct
Data wydania 1923
Druk Drukarnia Djecezjalna we Włocławku
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cała książeczka
Pobierz jako: Pobierz Cała książeczka jako ePub Pobierz Cała książeczka jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała książeczka jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
DZIAD I BABA.


Był sobie dziad i baba; stary się zwał Taradaj, a żonę jego nazywano Taradajką. Nie mieli na całym świecie Bożym ani piędzi ziemi, ani złamanego szeląga, ani żadnej rzeczy, która jego jest.
We wsi Czubatej Woli od niepamiętnych czasów najmowali sobie pustą chatę, w której niegdyś kowal mieszkał. Dziura to w ziemi była, nie chata, ale się w niej żyło, i Taradaj z Taradajką przebyli w niej około pięćdziesięciu lat, biedując, harując, z dnia na dzień, jak Bóg dał. Bywało gorąco, bywało zimno, czasem głodno, niekiedy wesoło, jak zwyczajnie na świecie. Taradaj chodził z siekierą, z kosą, z sierpem, Taradajka też z rękami gołemi do pielenia, z sierpem, z grabiami, jak tam przypadło. Zarabiali tyle, że głodu nie było.
Oszczędził się czasem grosz jaki, to trzeba było bieliznę sprawić, kożuchy odnowić, buty kupić, sukmanę, a czasem też i przepić, żeby o ciężkiej biedzie zapomnieć.
Baba w węzełku u spódnicy nosiła groszaki, dziad zawiązywał je w koszulę, a rzadko ich tam się uzbierało.
Najgorsza bywała zima, zwłaszcza gdy postarzeli, a Taradaj z siekierą już ledwie mógł chodzić i mniej zarabiał. Dziecka im Pan Bóg nie dał, cudze też nie miały ochoty do tej biedy przystać, i siadywali tak sami, bo w chacie, okrom kota i starej kury chudej, nie było nikogo.
Jednego wieczora baba, w piecu ogień rozpaliwszy, przygrzewała ranne kluski na wieczerzę, na dworze wiatr dął okrutny, dziad na ławie leżał i stękał.
— Oj, doloż ty nasza! — mówił Taradaj — drugiemu się wszystko wiedzie, jak po maśle, a tu człek calusieńkie życie męczył się, biedował, pocił, stękał i na starość nawet nic nie uciułał. Żeby choć przehulał, zostałaby pamięć, żeby zgrzeszył, pokutowaćby nie żal było, a no, życie się przewlokło, jak wóz po błocie, i niema z niego nic. Teraz już po kościach świdruje, dalej sił nie stanie, choć z głodu mrzeć.
Taradajka, stojąc koło ognia, podparłszy głowę na ręku, dodała:
— Oj, co prawda, to prawda! jak się nie wiedzie, to się nic nie powiedzie. Inni, nie pracując, z niczego szczęściem się podorabiali, my nic...
— Człekby już i djabłu duszę dał, żeby mu trochę lepiej było na świecie — rzekł Taradaj.
Baba się przeżegnała.
— Anobyś nie plótł pod złą godzinę, tfu! — krzyknęła.
Dziad się śmiał.
— Doskwierczyła bo bieda!
— To pewna, że groszby się zapaśny bardzo zdał! — westchnęła Taradajka — żeby choć po żebrach nie chodzić.
Wtem drzwi od sieni skrzypnęły.
Dziad i baba ulękli się mocno, i Taradaj z ławy się porwał.
— Kto tam?
Aż i od izby uchyliły się drzwi.
— Podróżny, zbłąkany — odparł jakiś głos niemiły, który Taradajkę od ognia aż odpędził. Zamilkli oboje.
Wszedł do izby jegomość, licho wie, do czego podobny, w kusym płaszczyku, w kapelusiku na głowie, jak grzybek przydeptany, w pluderkach ciasnych, z kijkiem w ręku, bo trochę na jedną nogę nakuliwał.
— A wy skąd? co za jeden? — zapytał Taradaj.
Mężczyzna się obejrzał dokoła, kot zlazł zza pieca, podszedł do niego i o nogę mu się otarł.
— Jechałem do Czarnego Stawu — rzekł — konisko mi w drodze padło. Nie macie konia?...
— Ani konia, ani kobyły, ani kozy nawet! — rzekł Taradaj.
Gość zmęczony przysiadł tymczasem na ławie.
— Daleko do Czarnego Stawu? — spytał.
— Ani znam, ani wiem! — szepnął dziad, rad się pozbyć przybyłego, bo mu już kluski pachniały, a był głodny — idźcie do gospody, tam się lepiej dowiecie.
— Niechno spocznę, noga mnie boli — mruknął gość i dodał: — Coś tu około was ubożuchno?
— Jak widzicie! — odezwał się Taradaj — my zarobnicy jesteśmy, a nie szczęściło się nam.
— Cóż to? dlaczego? — mówił podróżny.
— Albo ja wiem? — odparł, ramionami ruszając, Taradaj.
Baba, ośmieliwszy się, wylazła z kąta, twarz gościa się jej nie podobała, uśmiech miał na ustach bardzo paskudny, ale do serca im zagadał.
— E! już to, co prawda — odezwała się — my to właśnie o tem gadali... dola! dola!... Ono to dola, a bywało, stary taki w gospodzie przepił i przehulał!
— Jakby to ty była lepsza! — ofuknął dziad rozgniewany. Baba zamilkła.
— Jaki ty był, taka i ja być musiała. Hulało się, to się hulało, to i przehulało...
Gość się śmiał. — A na starość — rzekł — nie zostało nic, ani na owinienie palca!
Zamilkli starzy oboje.
— Hę? — odezwał się podróżny — gdyby tak parę tysiączków złotych wam... cobyście z niemi zrobili?
Obojgu się im oczy zaśmiały, popatrzeli na się.
— Co tam i gadać! — rzekł dziad.
Mężczyzna z ławy wstał nagle.
— Bardzo mi pilno do Czarnego Stawu — rzekł — śpieszno, gdybyście mnie na drogę tylko wyprowadzili, która mimo Wężowe Oko idzie do Hydkiego, tambym ja już sobie poradził. A wiecie? litość mam nad wami, dam wam parę tysięcy czystem złotem, czerwońcami...
Starzy się czegoś ulękli.
— Et! żarty! — rzekł dziad.
— Nie żarty, kładę je na stole — zawołał gość.
Baba się do dziada zbliżyła i szepnęła:
— Uchowaj, Boże! w drodze ci głowę ukręci.
Gość dosłyszał i rozśmiał się.
— Nie ukręcę — rzekł — on sam ją sobie skręci i beze mnie, jak rozumu mieć nie będzie.
Taradajowi na myśl przyszło, że o djable gadał pod wieczór, i rzekł, spluwając:
— Ja duszy swej nie sprzedam!
— A po jakiego kata mi dusza twoja, głupi człowiecze! — zaczął się śmiać podróży. — Ta to smród i paskudztwo... ja jej nie potrzebuję. Mam litość nad wami! Na! oto dwa tysiące, obrączkowemi... prowadź mnie na drogę do Hydkiego.
I na stole począł kłaść dukat obok dukata, a złoto się tak świeciło, aż za oczy chwytało.
Strach był wielki, a pokusa większa jeszcze. Wyraźnie przecie powiedział, że duszy nie chce...
— No! dziejże się wola Boża! — zawołał dziad, zgarniając dukaty i pośpiesznie wiążąc je w chustę, którą baba podała, a potem prędzej jeszcze niosąc je do komory...
Natychmiast czapkę i kij pochwycił i stał gotów.
— Dziej się wola Boża, poprowadzę was na drogę do Hydkiego!...
Podróżny jeszcze babie rzucił dukata, obwinął się płaszczykiem i już wyszedł, dziad tylko żonie głową kiwnął i wysunął się za nim.
Taradajka, zostawszy sama, stała długo, jak osłupiała, przypatrywała się dukatowi to z jednej, to z drugiej strony. Zdało się jej, że to wszystko snem było.
— Sen mara! Pan Bóg wiara! — poczęła powtarzać, ale dukat trzymała w ręku; wzięła go w zęby, ani ugryźć.
Niepokój ją opanował, gdzie tę garść dukatów Taradaj schował. Chciała je zobaczyć, czy wszystkie były do tego podobne. Poleciała wskok do komory, macnęła po dzieży, po kieszeni opończy, wiszącej na kołku, do skrzynki... Nigdzie dukatów.
Zapaliła łuczywo i poszła z niem szukać; opatrzyła wszystkie kąty, nigdzie nic.
Dziwnie się jej zrobiło.
— To bestja dziadzisko przemierzłe, starzyna ta, gnój ten! cóż to, bał się, żebym nie ukradła? gdzie on to włożył?... Ano mu głowę zmyję, gdy powróci, popamięta.
Siadła Taradajka na ławie i poczęła myśleć.
— Co my z temi pieniędzmi będziemy robili? Stary to zaraz do gospody pociągnie i pić będzie. Niedoczekanie! Toć nie jego pieniądze, ale nasze, już choćby połowę musi mi dać. To sprawiedliwość! choćby na skargę przyszło iść!
Wbiegła jeszcze raz do komory szukać i nie znalazła, a zła się zrobiła bardzo. Ogień przygasł, dorzuciła łuczywa.
— Co mamy sobie żałować! — rzekła.
Już kury piały, a Taradaj nie wracał, baba zasnąć ani myślała, przyglądała się swojemu dukatowi, ciągle układała, co zrobić z pieniędzmi, i pilno jej było dziada doczekać, a złajać go, jak zasłużył.
Drugie kury piały, gdy w sieniach drzwi skrzypnęły i dziad wszedł milczący, zmęczony, zmokły, a ławy dopadłszy, zawołał:
— Babo! jeść!
Kluski się pono aż popaliły, bo je dopiero teraz sobie przypomniała. Pilniejsze od klusek było łajanie starego.
— A gdzieżeś to pieniądze wetknął? — zawołała. — Coś to wiary we mnie nie miał, czy co? — Zamiast je żonie oddać, toś licho wie, gdzie wściubił. Ejże!
Pokazała mu pięść, a dziad ani się nawet zżymnął.
— Kluski! — zawołał — to twoja rzecz, a pieniądze — moja!
— A zjadłbyś kaduka! — zakrzyczała baba, biorąc się w boki — albo to pieniądze twoje! Toć nasze, nie twoje! Nasze! rozumiesz!
— Nieprawda! moje! — rzekł dziad — tobie jednego czerwonego dał, to go sobie trzymaj, nie odbieram, a co moje, to moje, tego i nie powąchasz...
Baba krzyknęła na całe gardło:
— Tak to już?
— Ano tak! a jakże miało być! — począł dziad. — Albom to ja darmo tego czarnego biesa na rozstaje wodził po błocie i słocie, nogi zrywał i strachu się najadł.
Z wielkiego gniewu baba płakać poczęła, weszła do komory, zatrzasnęła drzwi za sobą i wołała przez nie:
— Schowałeś je tu, w komorze, nie chcesz się podzielić, podpalę chatę, niech pieniądze i ją, i ciebie licho bierze!
Dziad się śmiał.
— Jaka bo ty głupia — począł — jam ich w komorze nie chował, trzymam je za pazuchą! Do komorym poszedł tylko, aby się podróżnemu zdało, żem je położył tu, bom się bał, aby mi ich po drodze nie odebrał! Pal chatę, spal się sama, a mnie co! Ja teraz o to nie dbam...
Usłyszawszy to, wyszła Taradajka spłakana. Poczęła już inaczej mówić, przypominając, jak to oni z sobą tyle lat przeżyli, tyle chleba i soli zjedli, jak on był niewdzięczny za to, że go tyle razy pielęgnowała w chorobie i gdy mu głowę w karczmie rozbito, i t. d.
Dziad trochę zmiękł.
— Dajno kluski — rzekł — pogodzimy się! Juści ja pieniędzy nie połknę.
Podała baba kluski, ale sama ich nie tknęła. Gadali i gadali, resztę nocy nie kładąc się spać, a wkońcu zaklęli się oboje, ażeby, uchowaj, Boże, nikomu w świecie nie mówić o tych pieniądzach. Baba przyrzekła, a Taradaj też powtarzał:
— Albo ja głupi?
Zrana się jakoś wypogodziło, poszedł Taradaj do gospody na piwo. Miał tam starego jednego dobrego druha, Pasimuchę, poczciwe bardzo człeczysko. Kazał mu dwa piwa postawić.
— Wiesz, stary — szepnął mu w ucho po drugiej półgarncówce — jakby ty się zaklął, że nikomu ani piśniesz, jabym ci co zwierzył.
Zaklął się strasznie Pasimucha, bodaj sczezł, bodaj świata nie oglądał, bodaj roku nie dożył i t. d.
Naówczas Taradaj mu pocichu, ręką się zasłaniając, od A od Z opowiedział wszyściutko i na dowód pokazał dukata.
Pasimucha oczom nie wierzył, dukata w zęby wziął, próbował kąsać, głową kiwał i wyszli z gospody na gawędę za płoty.
Taradajka też, wyszedłszy z chaty, wprost pobiegła do kumy swej, do Opójduchowej, której dziecko było słabe. Poczęstowali ją krupnikiem, napiła się trochę raz, słodki był, popiła drugi.
— A! moja ty Opójduchowa serdeczna i stateczna, moja ty jedyna! Jakbyś ty mi się zaklęła na duszę, na zbawienie, że nikomu nie powiecie, to jaby wam coś osobliwego zwierzyła.
Opójduchowa uderzyła się w piersi kułakiem.
— Czy ty mnie nie znasz? czy ty nie wiesz, że ja umiem język trzymać za zębami? A jużci się klnę na wszystko najświętsze!...
Taradajka nachyliła się do jej ucha i wyspowiadała. Poczęły w ręce plaskać, a psy wieszać na dziadzie, że sobie skarb chciał przywłaszczyć.
Trzeciego czy czwartego dnia po wsi pletli różne rzeczy, że Taradaj ćwierci pożyczał w karczmie, na której smoły trochę było u dna, a gdy ćwiartkę odniósł, dukat znaleźli do niej przylgnięty. Inni mówili, że djabłu duszę sprzedał, inni, że stara kura niosła jaja, dukatów pełne, a nareszcie, iż barana miał w komorze, który jak się strząsł, sypały się z niego czerwońce.
Przed Taradajem siaki taki czapkę zdejmował, czego nigdy dawniej nie bywało.
Staremu to pochlebiało i mówił sobie: — Nic nie wiedzą, ano takie nosy mają! ho! ho!...
Chodził teraz z rękami w kieszeniach, czapka na bakier.
Najgorsza była rzecz, że wieczorami z babą dzień w dzień się kłócili, co z pieniędzmi robić.
Ona co innego chciała, on co innego. Krowy jej było trzeba koniecznie, jemu — konia i wozu...
Dalej grunt-by byli kupili. Dziad rozumniejszy głową trząsł. Jak ludzie zobaczą, że grosz mamy, pokoju nie będzie, trzeba tak żyć, jakbyśmy go nie mieli.
— A na cóż on nam się zdał? — mówiła baba.
— Na czarną godzinę!
— Toć już czarniejsza być nie może, jak dziś.
— E! co ty, głupia babo, wiesz! — kończył Taradaj i szedł do gospody radzić z Pasimuchą.
Taradajka wlokła się do Opójduchowej i płakała.
— Żeby nie ta baba stara, bestja — mówił Taradaj — hm? jeszczebym sobie młodą żonkę wziął i gospodarstwo prowadził!
— Żeby nie ten stary dziad, co mi życie zawiązał — szeptała Taradajka, — żebym takie pieniądze miała! A toć ja od niego o lat piętnaście młodsza jestem, jeszczebym za parobka wyszła za mąż, jak należy, i trochę świata skosztowała...
Oboje starzy, co z sobą żyli mało nie pół wieku, dla tych pieniędzy znienawidzili się i, jak tylko spotkali, ząb za ząb gryźli.
— A bodajbym była...
— A bodajem był... kiedym się z tobą żenił.
Pewnego dnia do tego przyszło, że dziad babę z chaty wygonił.
Poszła, płacząc; został sam.
Pod wieczór jakoś mu było nieraźno, otworzył drzwi, popatrzał, czy jej niema, parę razy kaszlnął głośno — ani słychu.
Czekał do późnej nocy, nie wróciła. Wstał, zły i na siebie, i na nią. Do Opójduchowej poszedł szukać, tam jej nie było, w gospodzie też, na wsi nie widział nikt.
Dziadowi zrobiło się na sercu bardzo smutno.
— Uchowaj, Boże, stanie się co, na sumieniu będę miał! — rzekł do siebie.
Baba tymczasem, pożegnawszy przyjaciółkę, po żebraninie się powlokła. Wprawdzie Pasimucha przesiadywał u Taradaja po całych dniach, ale to nie pomagało. Przyszły i inne kłopoty, ludzie o pieniądzach się dowiedzieli, ten i ów zaglądał, posądzano dziada o kradzież, o rabunek, nareszcie zamknięto do kłody. Szczęściem pieniądze wprzódy w ziemi zakopał.
Dostawszy się do ciupy, Taradaj już był tak nieszczęśliwy, że włosy sobie darł z głowy.
— A niechajby te przeklęte pieniądze licho brało! — wołał.
Przeszedł miesiąc czy więcej, dziada nie wypuszczano. Opójduchowa poszła na odpust, patrzy, siedzi z garnkiem Taradajka, rękę wyciągnęła i żebrze: — Za duszyczki, znikąd ratunku nie mające!
— Miły Boże, a toć ona! — zawołała — a wiecie, co się z waszym stało? Toć siedzi zamknięty już czy nie osiem niedziel...
Taradajka rozpłakała się, wzięła kij i poszła wprost z odpustu pod ciupę. Musiała dać kilka szelągów, aby ją wpuścili do męża. Gdy spojrzeli na siebie, popłakali się oboje.
— A bodajmy ich byli nie widzieli! — począł dziad — bodajby ja ich nie oglądał na oczy moje! Djabelski to dar i nieszczęście przyniósł z sobą. Byle mnie puścili, rzucę na dno do studni!
Poszła Taradajka za mężem prosić, i jakoś go uwolnili.
W dobrej zgodzie powlekli się do domu.
— Co wy macie rzucać tyle złota do studni? — odezwała się baba — toć szkoda. Kupujmy, jedzmy i pijmy, co wlezie, to się ich pozbędziemy rychło i tyle...
— Niech i tak będzie! — odparł dziad.
Wprost tedy na ogród szli za chatę, gdzie pieniądze były zakopane.
Dziad kroki wymierzył. Miejsce znalazłszy, patrzy: dołek wykopany, a w dołku coś wcale do pieniędzy niepodobnego...
W ręce plasnęli oboje.
Pieniędzy nie było.
Wieczorem siedzieli oboje pochmurni, nazajutrz mówią, że Taradaj się obwiesił na gruszy, a żona znikła ze wsi bez wieści.
Pasimucha tylko opowiadał w gospodzie, na jakie to sztuki się djabeł bierze, gdy się na kogo zasadzi.
— Żeby był nie powiedział głupiego słowa w złą godzinę — mówił, wzdychając — po dziś dzień byliby żyli i biedę klepali.
— Mój Pasimucho — odpowiadał na to zwykle Żubr, sąsiad jego — żeby głupiego człeka zgubić, na to djabła nie trzeba, dosyć trochę pieniędzy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.